Sprzedani

Akcja TVN i "Newsweeka": lekkomyślność, pazerność, głupota wplątały Polaków w afery narkotykowe. Czy teraz muszą ginąć w więzieniach Ameryki Południowej?

Tagi

Źródło

Newsweek Polska, nr 10/03

Odsłony

5174
Kamienne, wypalone słońcem Quito. Jakby żywcem przeniesione z filmu "Dowód życia" z Meg Ryan i Russellem Crowe'em. Świat skąpany w płomiennych kolorach, w niezwykłej feerii barw, z których cała nasza siedmioosobowa ekipa TVN najmocniej zapamiętała brunatny kolor krat i ludzkiej beznadziei. Zaczynamy w Ekwadorze - ze sprzętem telewizyjnym, operatorem. Przed nami kilka ekwadorskich i peruwiańskich więzień, w których siedzą Polacy. Wszyscy - za przemyt narkotyków. Student, rzemieślnik, niedoszła maturzystka, nawet para na wcześniejszej emeryturze - to żadna mafia, żadni gangsterzy. Ot, szara polska przeciętna. Piotrek Włoch (23 lata) ze Śląska chciał dorobić przed kolejnym rokiem akademickim na stancję i może jakieś jeszcze skromne rozrywki. Jego rówieśnika Tomka Krajniaka z małego miasteczka w Nowosądeckiem pociągnęła południowoamerykańska egzotyka i wizja przygody: miał rzekomo przewozić diamenty i cieszył się, że wróci do kraju z pieniędzmi i w romantycznym nimbie słynnego przemytnika.
Dla maturzystki Marleny Jagiełło szczytem marzeń była posada kasjerki w supermarkecie, a codziennością - bezrobocie. Dość miała Koła, wyjazd był szansą, aby się wyrwać.

Emeryt Tadeusz Mikuć (57 lat) z popegeerowskiej wioski pod Gołdapią chciał po prostu skorzystać z niepowtarzalnej okazji wycieczki w tropiki, o jakiej wcześniej nawet nie śmiał marzyć - a przy okazji zarobić na remont domu.

Wszyscy chcieli szybkich pieniędzy. Ryzyko było - jak sądzili - niewielkie. Dziś za karę, za głupotę, lekkomyślność czy chwilę słabości płacą drakońskimi, wieloletnimi wyrokami. Siedzą w warunkach, jakie Polakowi trudno sobie nawet wyobrazić. Czy zasługują aż na takie kary? - pytaliśmy sami siebie, widząc zobojętniałe z nadmiaru cierpienia oczy naszych bohaterów.
Propozycję przemytu często dostawali przypadkiem - od przygodnych znajomych z dyskoteki, przyjaciela, a nawet kogoś z najbliższej rodziny. Nie ma się czego bać, tysiące ludzi to robi, żyje i zarabia dobre pieniądze - słyszeli. Potem te słowa, jak dzwon, będą dźwięczały im w głowie latami. Tomkowi - od kiedy w rozprutej przez policję na lotnisku walizce zamiast drogich kamieni zobaczył biały proszek. Piotrkowi - od kiedy usłyszał wyrok: 8 lat. Marlenie podszepty znajomych po kilku nocach spędzonych na betonie w karcerze zaczęły mieszać się z głosami duchów Indian. "Jej" więzienie zbudowano ponoć na starym cmentarzysku.

Zrozpaczeni. Często chorzy, zawsze niedożywieni. W obcym kraju, nie przyzwyczajeni do morderczego równikowego klimatu, wieczna zadyszka od parzącej wilgoci, której pełno w powietrzu. Strugi śmierdzącego potu spływające po niedomytych ciałach, toksyczna pleśń na ścianach, a nad ranem, kiedy temperatura spada do 5-6 stopni powyżej zera, lodowaty chłód betonowych cel. Toną w przerażającym tłumie przestępców o gorących, gwałtownych temperamentach. Gwałceni, prześladowani i okradani przez więzienne gangi. Nic dziwnego, że szczytem marzeń tych niedawnych "poszukiwaczy przygód" jest... więzienie. Ale u siebie, w Polsce.
Męskie więzienie Garcia Moreno w Quito w Ekwadorze mieści się na zboczu góry trochę za miastem. Siedzi tu cała Ameryka Południowa. Ci, którzy przemycają narkotyki w walizkach lub kapsułach we własnych żołądkach, nazywani tu pogardliwie mulas (muły). I ci, którzy wysyłają do Europy naraz po 3-4 tony białego proszku. W celach tych drugich w pawilonie C na ścianach wiszą telewizory plazmowe, jakich nie zobaczy się w żadnym salonie telewizyjnym w Quito. Mulas gniją na rozpadających się pryczach lub na betonie, w wieloosobowych norach, które trudno nawet nazwać celami.

Konsul Tomasz Morawski mieszka w Quito już od 20 lat. Wie, jak się znaleźć w tutejszych warunkach, więc już po godzinie siada z nami do rozmowy Piotrek Włoch. Propozycję wyjazdu do Ekwadoru dostał od znajomego z dyskotek. Jego nazwiska Piotrek boi się podać, mówi tylko, że "znajomy" szpanował kasą i ciuchami. Raz mówi o nim "przyjaciel", to znów "fałszywy przyjaciel". - Taki młodziutki, gdzieś na styku gimnazjum i liceum - wspomina.

Piotrek - wtedy szczupły, roześmiany blondyn - był latem 2001 roku po pierwszym roku elektroniki na Politechnice Śląskiej. Miał zdane egzaminy, wolny wrzesień, pusty portfel i zaległe rachunki za stancję. "Znajomy" wspomniał o pracy na Zachodzie przy remoncie jakiegoś hotelu. Piotrek z radością przyjął propozycję. Ale na miejscu remont jakoś się nie mógł zacząć, za to było parę wspólnych balang. Na jednej z nich "znajomy" zapytał, czy Piotrek nie chciałby przewieźć jakiegoś towaru, a przy okazji zwiedzić Ekwador.

Do Quito trafił w ostatnich dniach września 2001 roku. By mógł udawać turystę, mafia zafundowała Piotrowi nie tylko przelot, ale i parę tygodni w hotelu Quito. Bo tacy, co przylatują we wtorek, a już w środę wracają do Europy, narażają się na pytania o cel tak krótkiego pobytu. Piotr cały czas walczył ze strachem: uda się czy nie? Nie pamięta, co zwiedzał, gdzie chodził, żeby zabić czas. Wiele razy przychodził na lotnisko, wyobrażając sobie moment, kiedy pojawi się tam z pakunkiem, parzącym w rękę. Pamięta też, że myślał o swojej dziewczynie i o rodzicach. Raz nawet chciał pójść na policję, ale wystraszył się. - Przecież tu jest taka korupcja, że próba donosu na mafiosów mogłaby się dla mnie źle skończyć - wspomina. W końcu usłyszał, że inny Polak, którego znał, bez problemu wyleciał do Europy. Więc czemu akurat jemu miałoby się nie udać?

W październiku dostał plecak z towarem. Sprasowana kokaina - ponad 2 kg - ukryta była w tylnej ściance, tam, gdzie zwykle jest gąbka i pręty usztywniające. - To było źle zrobione - mówi.

- Nie wiem, czym to spryskali, ale pewnie było to coś, co miało zmylić psy. Tyle że w efekcie plecak śmierdział z daleka jakimś związkiem chemicznym.

Piotrek pamięta z lotniska paru niepozornych facetów w białych koszulach z krótkimi rękawami. Kręcili się jak gdyby nigdy nic między pasażerami, nikogo nie niepokojąc. A potem nagle jak spod ziemi wyrósł facet od stóp do głów ubrany w moro, z psem, który aż rwał się do Piotrkowego plecaka. Ale jeszcze wtedy Piotr sądził, że nic wielkiego się nie stanie - w końcu to tylko diamenty. O narkotykach powiedzieli mu dopiero celnicy.

Tomek Krajniak na widok naszych kamer uśmiechnął się sztubacko, szczęśliwy, że do więzienia Garcia Moreno przyjechało tylu rodaków. Dziewczyny z naszej ekipy telewizyjnej zrobiły mu make-up. Mizdrzył się i wspomniał, że jak jeszcze mieszkał w Nowosądeckiem, marzył o udziale w "Drodze do gwiazd". Od castingu w TVN wolał jednak szybkie pieniądze. Zaproponował mu je nastolatek, na którego konto parokrotnie napił się w dyskotekach.

Kolega najpierw zaproponował wyjazd do pracy w Hiszpanii, potem - przemyt drogich kamieni z Ekwadoru. Przekonywał go, że ze swoim niewinnym wyglądem - Tomek miał wtedy 21 lat - nie wzbudzi podejrzeń. - Nikt nie będzie szukać u ciebie kamieni - zapewniał. O innym towarze w ogóle nie było mowy. Tomek wyobrażał sobie chwilę tryumfu, kiedy wróci do miasteczka owiany sławą przemytnika-obieżyświata. Już widział rozdziawione usta kolegów, słuchających jego opowieści o bezdrożach południowej Ameryki.

Do Quito przyleciał latem 2001. Na koszt ludzi, którzy go tam posłali, spędził ponad miesiąc w niezłym hotelu. Miał 2000 dolarów na drobne wydatki, więc trochę pozwiedzał Ekwador.

- Pewnego dnia przyszła obca kobieta i powiedziała: W tej torbie są diamenty. Jak je dowieziesz do Hiszpanii, dostaniesz 1000 dolarów.

Sprawdził: w torbie nie było nic specjalnego - śpiwór i trochę zakupionych w Quito ciuchów. Wiedział, że jest drugie dno, ale ani myślał tam zaglądać. - Dzisiaj, kiedy widzę, jak ogromny jest tutaj przemyt narkotyków, wiem, że naiwnością było sądzić, że to będą kamienie szlachetne.

Młodzi, jak Piotr czy Tomek, w taki interes pakują się przez przygodne, lekkomyślne znajomości. Do starszych, którzy na dyskoteki nie chodzą, narkotykowa mafia potrafi dotrzeć nawet przez najbliższych. Anna i Tadeusz Mikuciowie do więzienia w Guayaquil trafili za sprawą rodzonej córki i jej męża.

Jedna z córek Tadeusza Mikucia (57 lat) i jego żony Anny (51) zamieszkała we Włoszech z mężem Nigeryjczykiem. Kiedy PGR pod Gołdapią upadł, pani Anna też pojechała do pracy do Włoch. Córce głowy nie zawracała, sama załatwiła sobie sprzątanie mieszkań. Aż tu nagle, w lecie 2002 roku, mąż zakomunikował jej przez telefon, że i on przyjeżdża do Włoch, bo córka chce im zafundować wakacje - kilka tygodni w Panamie. Anna z błogim uśmiechem wspomina ciepły klimat, hotele, zabytki i kolacje z mężem.

Tadeusz nie wspomniał żonie, że za te wakacje córka i zięć oczekują drobnej przysługi. Wiedział, że chodzi o narkotyki. Ale żony w to nie wtajemniczył. Już się zbierali do wylotu z Panamy, gdy córka zaczęła zmieniać im terminy powrotu, a w końcu wysłała do Ekwadoru. Dopiero stamtąd mieli wykupione bilety do Rzymu przez Amsterdam. Tadeusz wiedział, że w Ekwadorze ma przejąć paczkę. - Ile pieniędzy za to panu obiecano? - spytałem. - No, 10 tysięcy dolarów - przyznaje niechętnie Tadeusz. - Dom chciałem wyremontować, ocieplić, pomalować...

Dzień przed odlotem z Guayaquil w Ekwadorze do ich pokoju w hotelu zadzwoniła córka. Kazała Tadeuszowi wyjść przed budynek i od nieznajomego człowieka, czekającego w samochodzie, odebrać 4 duże konserwy. - To były kalmary z ryżem - opowiada pani Anna. - Myślałam, że jak wrócimy do Polski, to będzie czym poczęstować rodzinę.
Tadeusz wrócił do hotelu i wrzucił puszki do torby razem z brudnymi rzeczami. Potem pojechali na lotnisko. Tadeusz nie zdradził żonie, że w metalowych puszkach są narkotyki. Do końca była przekonana, że to kalmary z ryżem, więc bała się tylko, że się zmarnują, gdy policjanci zaczęli dobierać się do konserw. Kiedy zobaczyła biały proszek, osłupiała. - Coś ty zrobił, co teraz z nami będzie, co z nami będzie... - powtarzała w kółko.

Maturzystka z Koła Marlena Jagiełło także przeżyła szok i to mimo że doskonale widziała, co ze swoim 40-letnim towarzyszem Ryszardem wiezie i gdzie jest ukryta koka. Gdy policjanci zaczęli rewizję od polecenia, by zdjęli buty, i rozcinania czekoladek, sztuka po sztuce, zrozumiała, że zostali wydani.

Marlena nigdy nie znalazłaby się w Limie, gdyby nie Ryszard. Już nie pamięta, czy poznała go w Kole w siłowni, czy w nocnym klubie. Człowiek bez stałego zajęcia, ale za to z pieniędzmi i niezłym autem, nie spodobał się matce, ale Marlena była zachwycona znajomością. Bez wahania zgodziła się pojechać z nim w świat. W samolocie do Hiszpanii dowiedziała się, że lecą do Peru, do Limy. Po przylocie przez kilka tygodni szalała w peruwiańskich klubach i dyskotekach, ciesząc się wrażeniem, jakie robiła na miejscowych. Ona, taka słowiańska blondynka. W drodze powrotnej na lotnisko Ryszard uprzedził ją, gdzie jest ukryty "towar", żeby nie sięgnęła przez pomyłkę po czekoladki i żeby nie dziwiło ją trochę cięższe obuwie.

- Gangi wystawiają jeleni specjalnie, żeby potem wpadli na lotnisku. To taka ofiara dla służb celnych czy policji: ktoś wpada z czterema kilogramami towaru, a bokiem przechodzi niezauważone pół tony - mówi Kuba Białek (28 lat) z jednej z mieścin na naszej ścianie wschodniej, który odsiaduje swój ośmioletni wyrok w Garcia Morena w Quito. Nie ma wątpliwości, że on też został wrobiony. - Czekali na mnie. Nikt nie pytał: czy może pan otworzyć walizkę, tylko: bierz walizkę i chodź z nami.

W biurze Interpolu okazało się, że jego cztery kilogramy koki zawierają tylko 84 proc. narkotyku. - A przecież w Europie taki towar jest nic niewart, musi być 96-98 proc. - Wiozłem gówno do wyrzucenia - śmieje się gorzko. - Miałem się wypierdolić z tym wszystkim, żeby mnie zwinęli. Teraz widzę, że to była od początku dziecinada: przychodzi czarny chłopak, 16-17 lat, przynosi do hotelu walizkę i wszyscy, od właściciela po boya hotelowego wiedzą, że to narkotyki.

- Naprawdę, wszyscy o tym wiedzą? - spytałem.
- To jest Ekwador. Tu wszyscy wiedzą wszystko.

Na pewno w Ekwadorze wszyscy wiedzą, jak załatwiać trudne sprawy. Jarek Jerman, kelner z Torunia (3,5 kg kokainy, odsiaduje 12 lat w Guayaquil) o mało co wywinąłby się od więzienia. W Ekwadorze więzień może czekać na rozprawę tylko rok, potem trzeba go wypuścić. - Zabrakło mi 8 dni - mówi Jarek.

Lekkomyślność, pazerność, głupota - to wszystko cechy niewątpliwie naganne. Ale czy naprawdę karą za nie musi być więzienne piekło Ameryki Południowej?

Czy Tomek, Piotr i inni polscy więźniowie Garcia Moreno, Santa Monica, Guayaquil nie dość się już nacierpieli? Czy nie byłoby lepiej - dla nich i dla ich rodzin - gdyby wymierzoną im przez tamtejsze sądy karę mogli odbywać w Polsce?

Współpraca Adam Różański
Nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Armageddon (niezweryfikowany)

Rzeczywiście naiwność - z drugiej strony tym co powoduje to całe zło jest prohibicja i ludzie którzy się na niej bogacą - nic innego.

miko (niezweryfikowany)

powiem krotko: przejebane :(

AleX (niezweryfikowany)

biedni ludzie..

ziben (niezweryfikowany)

hardcore jak huj, wspolczuje

:((( (niezweryfikowany)

Czy powinni siedzieć w amerykańskim wiezieniu?
A czy w ogóle powinni siedzieć gdziekolwiek?
---------------------------------------------------------

Aracely (niezweryfikowany)

 W Ekwadorze wszyscy wszystko i o wszystkich wiedzą. Nie da się zaprzeczyć. Taki kraj. Przyjeżdżasz sobie do małego miasteczka i 15 minut później mieszkańcyznają zawartość Twojej walizki.

 Dla tych, którzy wpadną na głupi pomysł przemytu czegokolwiek z Ameryki Południowej polecam przeczytanie książek Wojciecha Cejrowskiego. Jest 99% szans, że pomysł zacznie wydawać się beznadziejny. A jesli nie, to przynajmniej się człowiek dowie jak lepiej zadbac o swoje bezpieczeństwo.

 I język. Ludzie, uczcie się języków. Ewentualnie noście przy sobie rozmówki.

Bezdenna głupota dorosłych ludzi potrafi zadziwić.

Anonim (niezweryfikowany)

Marlena Jagiełło wcale nie pochodzi z Koła tylko z Sieradza. Szkoda jej, fajna dziewczyna.

Zajawki z NeuroGroove
  • Dekstrometorfan

nazwa substancji - DXM

poziom doświadczenia użytkownika - DXM, MJ, efedryna i parę innych...


dawka, metoda zażycia - 450 mg -tussidex (doustnie:))


"set & setting" - Luz na twarzy :) / dom, pozny wieczor, starzy w drugim pokoju.

  • Alprazolam
  • Grzyby halucynogenne
  • Marihuana
  • Miks

Miesiąc po ostatniej psychodelicznej podróży; nastawienie pozytywne, ukierunkowane tym razem na interakcję z grupą; domówka w mieszanym towarzystwie (większość osób nam nieznana), w komfortowych warunkach; później opuszczenie lokum.

Druga godzina ekstrakcji 30 gramów topków ze średniej mocy indiki w 250 gramach medium dobiega końca. Parametry procesu i skład ekstrahenta zostały zoptymalizowane na tyle, na ile to możliwe po przeglądzie literatury i zaledwie kilku wcześniejszych próbach w domowych warunkach; jeszcze trochę takiej zabawy i pomysł wypierdolenia z kuchni lodówki na rzecz chromatografu nabierze sensu.

  • LSD-25
  • Pozytywne przeżycie

Piękne

Puk puk! Kto tam? Znowu ja!

Tylko nowe konto... ale to samo ego! Wymyślanie hasła wtedy na kwasie nie było dobrym pomysłem. No nic, konieczność to konieczność- zakładam nowe.

Specjalnie po to, by gdzieś wrzucić te uczucia... znaki... myśli... słowa.

Przed państwem moje stare zapiski o PH mniejszym niż 1. Poprawione i ułożone we względnie nielogiczną całość.

  • Grzyby halucynogenne
  • Pierwszy raz

Pozytywne nastawienie psychiczne, ekscytacja zbliżającym się tripem i niecierpliwość, lekceważenie opisywanej przez ludzi charakterystyki tripa. Dawka grzybów zażyta na pusty żołądek. Sesja solo - w małym mieszkaniu kawalerce z pokojem i łazienka, uprzednio posprzątanym i przygotowanym. Kontakt z ludźmi przez telefon komórkowy po zażyciu, ale przed właściwym tripem. Noc, sierpień.

Moja pierwsza próba grzybami psylocybinowymi zaczęła się od konsumpcji tychże o 20:30. Zjadłem trzy gramy suszonych grzybów. W smaku wydały mi się podobne do pieczarek, ale bardziej gorzkie. Przeżuwałem je i gryzłem może 5 minut, aż rozdrobniłem cały materiał na rozmiękczoną od śliny papkę, którą następnie połknąłem. Położyłem się na łóżku i zasłoniłem okno (na zewnątrz właśnie zachodziło słońce), włączyłem muzykę, jakiś delikatny popowy chłam, oszczedzając lepsze kawałki na trip. Przez pierwsze kilkanaście minut wymieniałem SMS'y z ludźmi i nie działo się nic ciekawego.