Sprzedani

Akcja TVN i "Newsweeka": lekkomyślność, pazerność, głupota wplątały Polaków w afery narkotykowe. Czy teraz muszą ginąć w więzieniach Ameryki Południowej?

Tagi

Źródło

Newsweek Polska, nr 10/03

Odsłony

5302
Kamienne, wypalone słońcem Quito. Jakby żywcem przeniesione z filmu "Dowód życia" z Meg Ryan i Russellem Crowe'em. Świat skąpany w płomiennych kolorach, w niezwykłej feerii barw, z których cała nasza siedmioosobowa ekipa TVN najmocniej zapamiętała brunatny kolor krat i ludzkiej beznadziei. Zaczynamy w Ekwadorze - ze sprzętem telewizyjnym, operatorem. Przed nami kilka ekwadorskich i peruwiańskich więzień, w których siedzą Polacy. Wszyscy - za przemyt narkotyków. Student, rzemieślnik, niedoszła maturzystka, nawet para na wcześniejszej emeryturze - to żadna mafia, żadni gangsterzy. Ot, szara polska przeciętna. Piotrek Włoch (23 lata) ze Śląska chciał dorobić przed kolejnym rokiem akademickim na stancję i może jakieś jeszcze skromne rozrywki. Jego rówieśnika Tomka Krajniaka z małego miasteczka w Nowosądeckiem pociągnęła południowoamerykańska egzotyka i wizja przygody: miał rzekomo przewozić diamenty i cieszył się, że wróci do kraju z pieniędzmi i w romantycznym nimbie słynnego przemytnika.
Dla maturzystki Marleny Jagiełło szczytem marzeń była posada kasjerki w supermarkecie, a codziennością - bezrobocie. Dość miała Koła, wyjazd był szansą, aby się wyrwać.

Emeryt Tadeusz Mikuć (57 lat) z popegeerowskiej wioski pod Gołdapią chciał po prostu skorzystać z niepowtarzalnej okazji wycieczki w tropiki, o jakiej wcześniej nawet nie śmiał marzyć - a przy okazji zarobić na remont domu.

Wszyscy chcieli szybkich pieniędzy. Ryzyko było - jak sądzili - niewielkie. Dziś za karę, za głupotę, lekkomyślność czy chwilę słabości płacą drakońskimi, wieloletnimi wyrokami. Siedzą w warunkach, jakie Polakowi trudno sobie nawet wyobrazić. Czy zasługują aż na takie kary? - pytaliśmy sami siebie, widząc zobojętniałe z nadmiaru cierpienia oczy naszych bohaterów.
Propozycję przemytu często dostawali przypadkiem - od przygodnych znajomych z dyskoteki, przyjaciela, a nawet kogoś z najbliższej rodziny. Nie ma się czego bać, tysiące ludzi to robi, żyje i zarabia dobre pieniądze - słyszeli. Potem te słowa, jak dzwon, będą dźwięczały im w głowie latami. Tomkowi - od kiedy w rozprutej przez policję na lotnisku walizce zamiast drogich kamieni zobaczył biały proszek. Piotrkowi - od kiedy usłyszał wyrok: 8 lat. Marlenie podszepty znajomych po kilku nocach spędzonych na betonie w karcerze zaczęły mieszać się z głosami duchów Indian. "Jej" więzienie zbudowano ponoć na starym cmentarzysku.

Zrozpaczeni. Często chorzy, zawsze niedożywieni. W obcym kraju, nie przyzwyczajeni do morderczego równikowego klimatu, wieczna zadyszka od parzącej wilgoci, której pełno w powietrzu. Strugi śmierdzącego potu spływające po niedomytych ciałach, toksyczna pleśń na ścianach, a nad ranem, kiedy temperatura spada do 5-6 stopni powyżej zera, lodowaty chłód betonowych cel. Toną w przerażającym tłumie przestępców o gorących, gwałtownych temperamentach. Gwałceni, prześladowani i okradani przez więzienne gangi. Nic dziwnego, że szczytem marzeń tych niedawnych "poszukiwaczy przygód" jest... więzienie. Ale u siebie, w Polsce.
Męskie więzienie Garcia Moreno w Quito w Ekwadorze mieści się na zboczu góry trochę za miastem. Siedzi tu cała Ameryka Południowa. Ci, którzy przemycają narkotyki w walizkach lub kapsułach we własnych żołądkach, nazywani tu pogardliwie mulas (muły). I ci, którzy wysyłają do Europy naraz po 3-4 tony białego proszku. W celach tych drugich w pawilonie C na ścianach wiszą telewizory plazmowe, jakich nie zobaczy się w żadnym salonie telewizyjnym w Quito. Mulas gniją na rozpadających się pryczach lub na betonie, w wieloosobowych norach, które trudno nawet nazwać celami.

Konsul Tomasz Morawski mieszka w Quito już od 20 lat. Wie, jak się znaleźć w tutejszych warunkach, więc już po godzinie siada z nami do rozmowy Piotrek Włoch. Propozycję wyjazdu do Ekwadoru dostał od znajomego z dyskotek. Jego nazwiska Piotrek boi się podać, mówi tylko, że "znajomy" szpanował kasą i ciuchami. Raz mówi o nim "przyjaciel", to znów "fałszywy przyjaciel". - Taki młodziutki, gdzieś na styku gimnazjum i liceum - wspomina.

Piotrek - wtedy szczupły, roześmiany blondyn - był latem 2001 roku po pierwszym roku elektroniki na Politechnice Śląskiej. Miał zdane egzaminy, wolny wrzesień, pusty portfel i zaległe rachunki za stancję. "Znajomy" wspomniał o pracy na Zachodzie przy remoncie jakiegoś hotelu. Piotrek z radością przyjął propozycję. Ale na miejscu remont jakoś się nie mógł zacząć, za to było parę wspólnych balang. Na jednej z nich "znajomy" zapytał, czy Piotrek nie chciałby przewieźć jakiegoś towaru, a przy okazji zwiedzić Ekwador.

Do Quito trafił w ostatnich dniach września 2001 roku. By mógł udawać turystę, mafia zafundowała Piotrowi nie tylko przelot, ale i parę tygodni w hotelu Quito. Bo tacy, co przylatują we wtorek, a już w środę wracają do Europy, narażają się na pytania o cel tak krótkiego pobytu. Piotr cały czas walczył ze strachem: uda się czy nie? Nie pamięta, co zwiedzał, gdzie chodził, żeby zabić czas. Wiele razy przychodził na lotnisko, wyobrażając sobie moment, kiedy pojawi się tam z pakunkiem, parzącym w rękę. Pamięta też, że myślał o swojej dziewczynie i o rodzicach. Raz nawet chciał pójść na policję, ale wystraszył się. - Przecież tu jest taka korupcja, że próba donosu na mafiosów mogłaby się dla mnie źle skończyć - wspomina. W końcu usłyszał, że inny Polak, którego znał, bez problemu wyleciał do Europy. Więc czemu akurat jemu miałoby się nie udać?

W październiku dostał plecak z towarem. Sprasowana kokaina - ponad 2 kg - ukryta była w tylnej ściance, tam, gdzie zwykle jest gąbka i pręty usztywniające. - To było źle zrobione - mówi.

- Nie wiem, czym to spryskali, ale pewnie było to coś, co miało zmylić psy. Tyle że w efekcie plecak śmierdział z daleka jakimś związkiem chemicznym.

Piotrek pamięta z lotniska paru niepozornych facetów w białych koszulach z krótkimi rękawami. Kręcili się jak gdyby nigdy nic między pasażerami, nikogo nie niepokojąc. A potem nagle jak spod ziemi wyrósł facet od stóp do głów ubrany w moro, z psem, który aż rwał się do Piotrkowego plecaka. Ale jeszcze wtedy Piotr sądził, że nic wielkiego się nie stanie - w końcu to tylko diamenty. O narkotykach powiedzieli mu dopiero celnicy.

Tomek Krajniak na widok naszych kamer uśmiechnął się sztubacko, szczęśliwy, że do więzienia Garcia Moreno przyjechało tylu rodaków. Dziewczyny z naszej ekipy telewizyjnej zrobiły mu make-up. Mizdrzył się i wspomniał, że jak jeszcze mieszkał w Nowosądeckiem, marzył o udziale w "Drodze do gwiazd". Od castingu w TVN wolał jednak szybkie pieniądze. Zaproponował mu je nastolatek, na którego konto parokrotnie napił się w dyskotekach.

Kolega najpierw zaproponował wyjazd do pracy w Hiszpanii, potem - przemyt drogich kamieni z Ekwadoru. Przekonywał go, że ze swoim niewinnym wyglądem - Tomek miał wtedy 21 lat - nie wzbudzi podejrzeń. - Nikt nie będzie szukać u ciebie kamieni - zapewniał. O innym towarze w ogóle nie było mowy. Tomek wyobrażał sobie chwilę tryumfu, kiedy wróci do miasteczka owiany sławą przemytnika-obieżyświata. Już widział rozdziawione usta kolegów, słuchających jego opowieści o bezdrożach południowej Ameryki.

Do Quito przyleciał latem 2001. Na koszt ludzi, którzy go tam posłali, spędził ponad miesiąc w niezłym hotelu. Miał 2000 dolarów na drobne wydatki, więc trochę pozwiedzał Ekwador.

- Pewnego dnia przyszła obca kobieta i powiedziała: W tej torbie są diamenty. Jak je dowieziesz do Hiszpanii, dostaniesz 1000 dolarów.

Sprawdził: w torbie nie było nic specjalnego - śpiwór i trochę zakupionych w Quito ciuchów. Wiedział, że jest drugie dno, ale ani myślał tam zaglądać. - Dzisiaj, kiedy widzę, jak ogromny jest tutaj przemyt narkotyków, wiem, że naiwnością było sądzić, że to będą kamienie szlachetne.

Młodzi, jak Piotr czy Tomek, w taki interes pakują się przez przygodne, lekkomyślne znajomości. Do starszych, którzy na dyskoteki nie chodzą, narkotykowa mafia potrafi dotrzeć nawet przez najbliższych. Anna i Tadeusz Mikuciowie do więzienia w Guayaquil trafili za sprawą rodzonej córki i jej męża.

Jedna z córek Tadeusza Mikucia (57 lat) i jego żony Anny (51) zamieszkała we Włoszech z mężem Nigeryjczykiem. Kiedy PGR pod Gołdapią upadł, pani Anna też pojechała do pracy do Włoch. Córce głowy nie zawracała, sama załatwiła sobie sprzątanie mieszkań. Aż tu nagle, w lecie 2002 roku, mąż zakomunikował jej przez telefon, że i on przyjeżdża do Włoch, bo córka chce im zafundować wakacje - kilka tygodni w Panamie. Anna z błogim uśmiechem wspomina ciepły klimat, hotele, zabytki i kolacje z mężem.

Tadeusz nie wspomniał żonie, że za te wakacje córka i zięć oczekują drobnej przysługi. Wiedział, że chodzi o narkotyki. Ale żony w to nie wtajemniczył. Już się zbierali do wylotu z Panamy, gdy córka zaczęła zmieniać im terminy powrotu, a w końcu wysłała do Ekwadoru. Dopiero stamtąd mieli wykupione bilety do Rzymu przez Amsterdam. Tadeusz wiedział, że w Ekwadorze ma przejąć paczkę. - Ile pieniędzy za to panu obiecano? - spytałem. - No, 10 tysięcy dolarów - przyznaje niechętnie Tadeusz. - Dom chciałem wyremontować, ocieplić, pomalować...

Dzień przed odlotem z Guayaquil w Ekwadorze do ich pokoju w hotelu zadzwoniła córka. Kazała Tadeuszowi wyjść przed budynek i od nieznajomego człowieka, czekającego w samochodzie, odebrać 4 duże konserwy. - To były kalmary z ryżem - opowiada pani Anna. - Myślałam, że jak wrócimy do Polski, to będzie czym poczęstować rodzinę.
Tadeusz wrócił do hotelu i wrzucił puszki do torby razem z brudnymi rzeczami. Potem pojechali na lotnisko. Tadeusz nie zdradził żonie, że w metalowych puszkach są narkotyki. Do końca była przekonana, że to kalmary z ryżem, więc bała się tylko, że się zmarnują, gdy policjanci zaczęli dobierać się do konserw. Kiedy zobaczyła biały proszek, osłupiała. - Coś ty zrobił, co teraz z nami będzie, co z nami będzie... - powtarzała w kółko.

Maturzystka z Koła Marlena Jagiełło także przeżyła szok i to mimo że doskonale widziała, co ze swoim 40-letnim towarzyszem Ryszardem wiezie i gdzie jest ukryta koka. Gdy policjanci zaczęli rewizję od polecenia, by zdjęli buty, i rozcinania czekoladek, sztuka po sztuce, zrozumiała, że zostali wydani.

Marlena nigdy nie znalazłaby się w Limie, gdyby nie Ryszard. Już nie pamięta, czy poznała go w Kole w siłowni, czy w nocnym klubie. Człowiek bez stałego zajęcia, ale za to z pieniędzmi i niezłym autem, nie spodobał się matce, ale Marlena była zachwycona znajomością. Bez wahania zgodziła się pojechać z nim w świat. W samolocie do Hiszpanii dowiedziała się, że lecą do Peru, do Limy. Po przylocie przez kilka tygodni szalała w peruwiańskich klubach i dyskotekach, ciesząc się wrażeniem, jakie robiła na miejscowych. Ona, taka słowiańska blondynka. W drodze powrotnej na lotnisko Ryszard uprzedził ją, gdzie jest ukryty "towar", żeby nie sięgnęła przez pomyłkę po czekoladki i żeby nie dziwiło ją trochę cięższe obuwie.

- Gangi wystawiają jeleni specjalnie, żeby potem wpadli na lotnisku. To taka ofiara dla służb celnych czy policji: ktoś wpada z czterema kilogramami towaru, a bokiem przechodzi niezauważone pół tony - mówi Kuba Białek (28 lat) z jednej z mieścin na naszej ścianie wschodniej, który odsiaduje swój ośmioletni wyrok w Garcia Morena w Quito. Nie ma wątpliwości, że on też został wrobiony. - Czekali na mnie. Nikt nie pytał: czy może pan otworzyć walizkę, tylko: bierz walizkę i chodź z nami.

W biurze Interpolu okazało się, że jego cztery kilogramy koki zawierają tylko 84 proc. narkotyku. - A przecież w Europie taki towar jest nic niewart, musi być 96-98 proc. - Wiozłem gówno do wyrzucenia - śmieje się gorzko. - Miałem się wypierdolić z tym wszystkim, żeby mnie zwinęli. Teraz widzę, że to była od początku dziecinada: przychodzi czarny chłopak, 16-17 lat, przynosi do hotelu walizkę i wszyscy, od właściciela po boya hotelowego wiedzą, że to narkotyki.

- Naprawdę, wszyscy o tym wiedzą? - spytałem.
- To jest Ekwador. Tu wszyscy wiedzą wszystko.

Na pewno w Ekwadorze wszyscy wiedzą, jak załatwiać trudne sprawy. Jarek Jerman, kelner z Torunia (3,5 kg kokainy, odsiaduje 12 lat w Guayaquil) o mało co wywinąłby się od więzienia. W Ekwadorze więzień może czekać na rozprawę tylko rok, potem trzeba go wypuścić. - Zabrakło mi 8 dni - mówi Jarek.

Lekkomyślność, pazerność, głupota - to wszystko cechy niewątpliwie naganne. Ale czy naprawdę karą za nie musi być więzienne piekło Ameryki Południowej?

Czy Tomek, Piotr i inni polscy więźniowie Garcia Moreno, Santa Monica, Guayaquil nie dość się już nacierpieli? Czy nie byłoby lepiej - dla nich i dla ich rodzin - gdyby wymierzoną im przez tamtejsze sądy karę mogli odbywać w Polsce?

Współpraca Adam Różański
Nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Armageddon (niezweryfikowany)

Rzeczywiście naiwność - z drugiej strony tym co powoduje to całe zło jest prohibicja i ludzie którzy się na niej bogacą - nic innego.

miko (niezweryfikowany)

powiem krotko: przejebane :(

AleX (niezweryfikowany)

biedni ludzie..

ziben (niezweryfikowany)

hardcore jak huj, wspolczuje

:((( (niezweryfikowany)

Czy powinni siedzieć w amerykańskim wiezieniu?
A czy w ogóle powinni siedzieć gdziekolwiek?
---------------------------------------------------------

Aracely (niezweryfikowany)

 W Ekwadorze wszyscy wszystko i o wszystkich wiedzą. Nie da się zaprzeczyć. Taki kraj. Przyjeżdżasz sobie do małego miasteczka i 15 minut później mieszkańcyznają zawartość Twojej walizki.

 Dla tych, którzy wpadną na głupi pomysł przemytu czegokolwiek z Ameryki Południowej polecam przeczytanie książek Wojciecha Cejrowskiego. Jest 99% szans, że pomysł zacznie wydawać się beznadziejny. A jesli nie, to przynajmniej się człowiek dowie jak lepiej zadbac o swoje bezpieczeństwo.

 I język. Ludzie, uczcie się języków. Ewentualnie noście przy sobie rozmówki.

Bezdenna głupota dorosłych ludzi potrafi zadziwić.

Anonim (niezweryfikowany)

Marlena Jagiełło wcale nie pochodzi z Koła tylko z Sieradza. Szkoda jej, fajna dziewczyna.

Zajawki z NeuroGroove
  • Grzyby halucynogenne

Pod koniec kwietnia pojechałam na odludzie-niesamowicie piękna

okolica,las,jezioro,mała plaża.Nie wiedziałam za bardzo,czego się spodziewać,na

wszelki wypadek wzięłam kanapki i soczek Kubuś :).Nastawiłam się głównie na

pływanie i zjednoczenie z wodą,więc rozebrałam się do stroju kapielowego i

położyłam na kocu.Głowę miałam nabitą ostrzeżeniami,ze grzybki to duszki i jak

nie będę ich szanować,to mi wkręcą taką jazdę,że zwariuję.Wzięłam 30,zagryzając

  • Dekstrometorfan
  • Kodeina
  • Marihuana
  • Marihuana
  • MDMA
  • Przeżycie mistyczne

Codzienna depresja

Kilka słów wstępu

 Jakiś czas temu dodałem raport opisujący moje delirium i podróże kosmiczne pod wpływem DXM. Raport niesamowity i niewiarygodny  - jestem przekonany, że wielu czytających uważa, iż po prostu sobie to wszystko zmyśliłem. Również tym razem zabiorę Was na chore ścieżki mojego skrzywionego umysłu i mam nadzieję, że spodoba się Wam ta podróż.

  • Kodeina
  • Pierwszy raz

większość dnia podekscytowanie, później, tuż przed, zaczęło się pieprzyć.

Witam. Piszę przede wszystkim po to, by podzielić się tym, co mnie spotkało. Wiem, że jest tu gro wiele bardziej doświadczonych osób, być może ktoś zechce się na ten temat wypowiedzieć, co bardzo by mnie ucieszyło. Czytałam trochę TR-ów na temat kodeiny, większość wielce zachęcających. Nigdzie nie zauważyłam opisu czegoś, czego sama doświadczyłam. Dodam jeszcze, że kilka dni zastanawiałam się nad opublikowaniem tego, przygotowywałam się psychicznie na totalne zjechanie i zrównanie mnie z ziemią za moją tępotę. Ale od początku...

  • Benzydamina

nazwa substancji: benzydamina (tantum rosa)

poziom doświadczenia: pierwszy raz benzydamina, wczesniej mj, dxm, alkohol

metoda zażycia: doustnie

set&setting: najpierw w mieszkaniu, pozniej wycieczka po pubach

czy dane doświadczenie mnie zmieniło? : jak kazde inne