Mamo błagam niech już tak nie boli!

Haniebnym faktem w historii medycyny jest to, iż lekarze przyłączyli się do histerii związanej z narkomanią i ograniczyli chorym dostęp do morfiny. To, że morfina często wykorzystywana jest jako narkotyk, nie może wyłączać u lekarzy logicznego myślenia.

Tagi

Źródło

Polityka nr 48/2001 (2326)
Paweł Walewski, współpraca Barbara Pietkiewicz

Odsłony

9318

W badaniach amerykańskich z udziałem 12,000 chorych wykazano, że po stosowaniu morfiny tylko 4 osoby uzależniły się od tego leku.W Polsce pacjenci z bólem nowotworowym do morfiny muszą dojrzeć i najczęściej dojrzewają w nieludzkich cierpieniach. To przecież takie chrześcijańskie - każdy musi nosić swój krzyż. Buduje się hospicja dla chorych w stanie terminalnym, by mogli godnie umrzeć. A czy można dla nich coś zrobić, aby choć przez chwilę mógli godnie żyć? Czy ludzie mają odbierać sobie życie w imię Wojny Z Narkotykami? Bóg powiedział "w bólu będziesz umierał". Nie można sprzeciwiać sie woli Boga?

Polska medycyna ciągle pozwala ludziom cierpieć. Kilka milionów Polaków musi codziennie walczyć z bólem. Wielu wygrywa ten najważniejszy dla nich pojedynek, który często przesądza o sensie życia; wielu ­ niestety ­ przegrywa. A przecież żyjemy w czasach bardziej komfortowych niż nasi przodkowie, którzy całe wieki musieli czekać, aż medycyna znajdzie sposób na tę poniżającą, degradującą dolegliwość. Pomagali sobie odpędzaniem duchów, żuciem liści koki, sokiem z makówek. Dziś skuteczne środki są dobrze znane, ale ból wciąż odbiera chorym siły i poczucie godności. Ludzie cierpią z biedy (bo nie stać ich na drogie kuracje), z niewiedzy (że wcale nie musi boleć) lub tylko dlatego, że służba medyczna zwleka z udzieleniem skutecznej pomocy. Równie bolesny jest każdy z tych powodów.

Nie ma szczegółowej statystyki, pozwalającej scharakteryzować dolegliwości bólowe. Różne instytucje państwowe prowadzą rejestry zachorowań na raka, choroby serca, gruźlicę, ale dokładnych danych dotyczących częstości występowania bólu nikt nie zbiera. Prawdopodobnie wszyscy musielibyśmy się w takim rejestrze znaleźć, bo nie ulega wątpliwości, że ból jest najczęstszym objawem każdej choroby i towarzyszy nam od urodzenia aż do śmierci. Jest doznaniem zarówno fizycznym jak i zmysłowym (mówi się nawet, że ból to emocja, tak jak nienawiść i gniew), więc każdy przeżywa go inaczej, na swój sposób. Jedni na szpitalnym korytarzu za parawanem, inni zamknięci w swoich domach.

To paradoks, że nie potrafimy sobie radzić z bólem, choć najwięcej leków dostępnych w aptekach bez recepty służy jego uśmierzaniu. Można je zresztą kupić także na stacjach benzynowych, w supermarketach, kioskach Ruchu. Stanowią chyba najintensywniej dziś reklamowane produkty rynkowe, wspierane autorytetem niejakiej Goździkowej (prawdopodobnie lekomanki, gdyż stosuje jeden preparat na różne dolegliwości) oraz armią anonimowych telewizyjnych doktorów przekonujących do środków przeciwbólowych. Cienką granicę uzależnienia w samoleczeniu przekroczyć łatwo. Na naszym rynku jest 30 paracetamoli, pacjenci często nie wiedzą, że Apap, Saridon, Panadol to jedno i to samo. Jak każde lekarstwo, w nadmiarze mogą zaszkodzić.

Pogrążeni w bólu

Ból bywa dolegliwością, z którą nie sposób sobie poradzić po amatorsku. Nieraz i lekarze nie wiedzą, jak z nim postępować.

Irmina S. cierpi na gościec stawowy. Boli ją tak, że wielokrotnie myślała o samobójstwie. Mąż jest jej pielęgniarką. Zawsze obok, zawsze gotowy do pomocy, z przynoszącym psychiczną ulgę okładem. Jego kręgosłup też szwankuje od przenoszenia jej z miejsca na miejsce. Pomaga żonie w myciu, obcina paznokcie, karmi, bo ona sama nie jest już w stanie tego robić z powodu wykrzywionych chorobą dłoni. Odnalazł sens życia w służeniu jej w chorobie. Irmina nie może mu tego zabrać. Więc połyka walizki środków przeciwbólowych, które przynoszą ulgę tylko na krótko. Jest jedną z tysięcy bezbronnych wobec bólu. Marzy o morfinie, lecz mąż nie zgodziłby się za nic na świecie na podawanie jej narkotyku, nawet gdyby jej dni były policzone. Bałby się, że morfina skróci jej życie, sens jego życia.

W Polsce 8 mln osób cierpi na chorobę zwyrodnieniową stawów, bóle krzyża występują u 7 proc. dorosłych, a osteoporozą dotknięte są 4 mln ­ mamy pierwszą, już wielomilionową, rzeszę ofiar. Dodajmy do nich 120 tys. chorych na nowotwory złośliwe, z których co najmniej połowa wymaga agresywnego leczenia przeciwbólowego. Wedle onkologów trzy czwarte chorych na raka odczuwa ból. Ponieważ jednak dotyka on pośrednio także ich rodzin i przyjaciół, z problemem terapii bólu nowotworowego styka się w Polsce prawdopodobnie około 300 tys. osób. Kolejne ofiary bólu to chorzy na migrenę. 70 proc. dorosłych miewa bóle głowy przynajmniej raz w roku, zaś co piąta osoba skarży się na ból przewlekły. Są to więc kolejne miliony pacjentów. I wreszcie wszystkie dotkliwe bóle pooperacyjne ­ których według większości lekarzy w Polsce w ogóle nie trzeba leczyć, bo mijają same po kilku dniach ­ zdarzają się u co trzeciej osoby wybudzonej z narkozy.

Powyższe zestawienie dotyka tylko powierzchni problemu. Ból może być korzystny, gdy ostrzega przed poważniejszą chorobą. Tak zazwyczaj się dzieje, gdy nie mija po kilku dniach bezskutecznego leczenia w domu. Wtedy ratunek powinien przynieść specjalista. Gorzej, gdy widzi obolałego pacjenta i nie reaguje.

­ Boli pana? Trudno, poboli i przestanie. Ja tu nie widzę nic, co by mogło boleć ­ niejeden lekarz z wyraźnym zniecierpliwieniem reaguje na powtarzane przez chorego prośby o środek przeciwbólowy. Ileż to razy znieczulenie musi być wymuszone krzykiem!

Jurgen Thorwald pisał w "Stuleciu chirurgów" o czasach poprzedzających odkrycie środków przeciwbólowych: "Każda operacja niosła ze sobą tak okrutne wspomnienia, że pod skalpel wiodła chorego tylko sytuacja bez wyjścia, rozpaczliwa chęć życia albo cierpienie tak wielkie, że ból w trakcie operacji nie mógł być gorszy". We współczesnych szpitalach można już rodzić bez bólu i umierać bez bólu, ale nikt nie potrafi zliczyć, ile banalnych zabiegów i badań bywa okupionych niezwykłym cierpieniem, jakbyśmy nadal żyli w epoce opisywanej przez Thorwalda.

Po opublikowaniu tekstu na temat wczesnego wykrywania raka jelita grubego (Pokonać wstyd), w którym zachęcałem czytelników do odważnego poddawania się kolonoskopii (za pomocą wprowadzanego przez odbyt giętkiego wziernika lekarz może obejrzeć ścianę jelita od środka), nadszedł do redakcji list: "Spróbowałam raz i wiem, że ostatni. Lekarz kazał mi zdjąć majtki, podnieść spódnicę, klęknąć na kozetce i bez żadnego przygotowania wparował w moje ciało z kolonoskopem niczym czołg. Jęczałam jak zwierzę, a on wrzeszczał, że muszę wytrzymać, bo przerwie badanie i mogę sobie wracać do domu. Po kwadransie prawie zemdlałam ­ nie wiem, czy z bólu fizycznego, czy wstydu, bo za plecami doktora-rzeźnika stała grupa studentów, których uczył, jak wykonywać to badanie".

Tego rodzaju doświadczenia wciąż się niestety pacjentom trafiają, choć rynek medyczny zwłaszcza tam, gdzie się prywatyzuje, wymusza zmiany. Najwyraźniej widać je w stomatologii (w prywatnych gabinetach nikt już nie leczy ani nie rwie zębów bez znieczulenia, bo wie, że klienci odejdą do konkurencji) oraz w położnictwie (tu same kobiety, m.in. dzięki akcji "Rodzić po ludzku", wywalczyły sobie prawo do humanitarnego traktowania). To prawda, że wszystkie te znieczulenia kosztują, więc wizytę u dentysty lub w izbie porodowej zazwyczaj boleśnie odczuwa nasza kieszeń. Ale co się dzieje w innych obszarach medycyny? W przyrzeczeniu lekarskim zapisano wyraźnie na samym początku: "Według najlepszej mej wiedzy będę przeciwdziałał cierpieniu". Między przysięgą a praktyką istnieje jednak przepaść.

Doktorze, myślenie nie boli

Kasia cierpi na łamliwość kości. Od siódmego roku życia siedzi na wózku inwalidzkim między jednym a drugim opatrunkiem gipsowym. Czasem łamie rękę przy silniejszym geście albo w nocy przy przekręcaniu się na drugi bok. Ma silne przykurcze i zdeformowaną przez to sylwetkę. Żyje na co dzień z bólem. Ma 20 lat, a wygląda jak dziewczyna ze szkoły podstawowej. ­ Godzę się na wózek, na to, że nigdy nie pójdę na dyskotekę, że nigdy nie pocałuje mnie mężczyzna, że nie urodzę dziecka. Nie godzę się na jedno: że boli. Pragnę tylko jednego: żeby tak nie bolało.

Do lekarzy powoli dociera to podstawowe przesłanie pacjentów. Droga do profesjonalnego traktowania bólu jest jeszcze daleka, ale zaczynamy na nią wkraczać. W Polsce istnieje już kilka stowarzyszeń lekarskich, które powstały tylko po to, by badać ból i uczyć go pokonywać: Polskie Towarzystwo Opieki Paliatywnej, Polskie Towarzystwo Badania Bólu, Polskie Stowarzyszenie Migrenowe, Polskie Towarzystwo Dysfunkcji Narządu Żucia (pod tą nazwą kryją się badacze bólu w stomatologii). I aż trudno uwierzyć, że tyle gremiów naukowych nie jest w stanie trafić do świadomości wszystkich lekarzy z prostym stwierdzeniem: ból można pokonać, bo czasy, kiedy był nieuleczalny, należą do przeszłości.

­ Dziesięć lat temu nie uwierzyłbym, że będzie możliwa taka ofensywa edukacyjna: broszury, podręczniki, seminaria ­ przekonuje dr Maciej Hilgier, prezes Towarzystwa Badania Bólu (skupia trzystu lekarzy, przeważnie anestezjologów). Pytanie tylko, jaki jest odbiór tych informacji? Wielu lekarzy nie stać na udział w odpłatnych kursach. Firmy farmaceutyczne opłacają wprawdzie uczestnictwo w większości szkoleń, ale wiąże się to zazwyczaj z promowaniem ich produktów.

Napisaną przez specjalistów instrukcję na temat zasad leczenia bólu wydał resort zdrowia w nakładzie 120 tys. egzemplarzy, zatem nie powinno być w kraju lekarza (mamy ich około 100 tys.), który by jej nie otrzymał. A jednak zawiodła chyba dystrybucja, skoro dr Hilgier ­ na co dzień kierujący poradnią przeciwbólową w stołecznym Centrum Onkologii ­ nadal spotyka cierpiących pacjentów, u których lekarz pierwszego kontaktu nie zastosował tego, co powinien. ­ Możemy przyjąć dziennie dwunastu chorych, a przychodzi ponad dwudziestu. Z banalnymi problemami nienowotworowymi, którymi mógł się zająć lekarz rodzinny.

Mógłby ­ gdyby o tym pomyślał. Ale tylko niektórzy lekarze potrafią odpowiednio rozmawiać z chorymi.

W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, Holandii, Szwecji, Izraela, nie ma w Polsce oddzielnej specjalności dla lekarzy chcących się zajmować terapią przeciwbólową. Niedawno do rangi oddzielnej specjalizacji podniesiono medycynę paliatywną (zajmuje się chorymi umierającymi, zapewniając im całościową opiekę medyczną i duchową), ale większość ekspertów leczenia bólu to anestezjolodzy i neurolodzy, których należałoby nazywać algologami (algo ­ po łacinie ból). Anestezjolodzy podczas kształcenia specjalizacyjnego muszą odbyć miesięczny kurs algologii i potem już sami, jeśli nie chcą być tylko "specami od narkozy", mogą kształcić się w tym kierunku. ­ Czego lekarz dowie się w ciągu miesiąca o bólach neurologicznych? ­ pytał prof. Jerzy Garstka z Poznania podczas IV Zjazdu Towarzystwa Badania Bólu. ­ Załamujemy ręce nad standardem poradni przeciwbólowych, ale przecież ten standard zależy od poziomu wyszkolenia lekarzy.

Dr Janina Pernak de Gast, która niedawno powróciła z Holandii, gdzie od 1979 r. zdobywała umiejętności leczenia przeciwbólowego, prowadzi obecnie Centrum Medycyny Bólu w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. ­ Holandia ma 16 mln ludności i 70 ośrodków przeciwbólowych ­ mówi. ­ W Polsce żyje 38 mln ludzi, ale poradni z prawdziwego zdarzenia mamy 80. W organizowaniu tzw. sieci przeciwbólowej dzieli nas od czołówki światowej dwadzieścia lat.

Lęk przed lekiem

Jarkowi po wypadku samochodowym amputowano nogę. Pracuje w tym samym zawodzie, w którym jako zdrowy odnosił sukcesy. Żona wozi go codziennie do firmy. Jarek ma zawsze w kieszeni ołówek do gryzienia. Używa go, gdy nie może znieść bólu. Odczuwa go w nodze, której nie ma. To ból fantomowy, ból z mózgu, nierzeczywisty. Psychoterapia nie pomaga, konwencjonalne środki przeciwbólowe także nie. Morfiny nikt Jarkowi nie przepisze, nie jest przecież terminalny, normalnie pracuje. Poszukuje więc ratunku, miotając się od kolejnego psychologa do kolejnego uzdrawiacza. Marzy o jednym tygodniu przeżytym bez bólu.

Chirurg, okulista, ginekolog ­ przyzwyczajeni do zdecydowanych cięć skalpelem ­ wiedzą o leczeniu bólu znacznie mniej niż anestezjolodzy. Całą swoją energię wkładają w walkę o przeżycie chorego na stole operacyjnym, więc gdy operacja dobiegnie końca, nie zwracają uwagi na cierpienie po wybudzeniu z narkozy. Tymczasem wedle prof. Jacka Łuczaka, honorowego prezesa Polskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej, poziom natężenia bólu u chorego powinien interesować lekarza nie mniej niż temperatura, ciśnienie, tętno i częstość oddechów. ­ To jest piąty parametr życiowy, który lekarz powinien zawsze ocenić i zapisać w historii choroby ­ mówi profesor. ­ Każdy odczuwa ból indywidualnie, ale istnieje subiektywna skala od 0 do 10. Prosimy chorego, aby sam zaznaczył na niej punkt, który określi poziom jego dolegliwości, licząc od zera (kiedy nie boli) do dziesięciu (kiedy ból jest najsilniejszy, jakiego kiedykolwiek w życiu doświadczył).

Dlaczego tych wskazań nie notuje się na kartach temperaturowych przy łóżkach chorych? Wedle dr. Macieja Hilgiera oznaczenia od 5 do 10 kwalifikują się do konsultacji z anestezjologiem. Ale nawet gdyby pomoc specjalisty nie była możliwa ­ co zdarza się w wielu mniejszych szpitalach ­ narastające cyfry w karcie chorego powinny każdego lekarza skłonić do podania silniejszego środka przeciwbólowego. Przecież gdy rośnie gorączka ­ natychmiast poda antybiotyk. Ból też można uczynić "widzialnym" i bardziej znośnym.

Prof. Jacek Łuczak leczył kiedyś 21-letniego chłopca, który cierpiał z powodu nowotworowych nacieków w zatoce szczękowej. ­ Opowiedział mi, co czuje, kiedy ból nadchodzi. Mówił, że wówczas wpada w panikę, szuka środków, które mogłyby to nieludzkie cierpienie złagodzić, płacze, krzyczy, nie wie, co robić i strasznie się boi. W obliczu takich cierpień nie można ograniczać chorym dostępu do środków przeciwbólowych ­ podkreśla prof. Łuczak i od razu dodaje:

­ Morfina. Polscy lekarze wciąż boją się ją stosować.

Marysia P. cierpi na nowotwór kręgosłupa. Choroba zaczęła się, gdy miała 15 lat. Bóle nasilały się z każdym miesiącem. Początkowo Marysia przez całe dni leżała w wannie, bo to przynosiło ulgę. Ani ona, ani matka nie dopuszczały do siebie myśli, że to rak. Operacja odsunęła tylko chorobę. Zaczęły się przerzuty i nowe fale bólu. Matka Marii zamieniła się w domową pielęgniarkę. Sprowadzano kolejnych bioterapeutów. Słowo morfina nie mogło matce dziewczyny przejść przez gardło: to śmierć, koniec. Nie potrafiła uwierzyć, że to nowotwór, nawet wtedy, gdy córka gryzła z bólu poduszki. Zgodziła się na podawanie morfiny, gdy Marysia zaczęła krzyczeć, a sąsiedzi zażądali "uspokojenia" chorej. Dopuściła morfinę na razie. ­ Jest pani równie okrutna, jak niektórzy moi koledzy ­ powiedział lekarz, który zapisał dziewczynie zbawczy narkotyk.

Zużycie morfiny w 1992 r. nie przekraczało 85 kg, a w 2000 r. wyniosło już 260 kg. Jednak na Zachodzie aplikuje się ją chorym czterokrotnie częściej niż u nas. Morfina jest lekiem z grupy tzw. opioidów, ale przez polskich medyków bywa o wiele częściej kojarzona z narkotykiem. "Zalecam morfinę!" ­ zatytułowaliśmy przed trzema laty wywiad z dr. Maciejem Hilgierem, rozpoczynając naszą akcję "Nie musi boleć", która miała na celu odmitologizowanie bólu. Wnet rozdzwoniły się w redakcji telefony: Chcecie powiększać zastępy narkomanów? To mówi lekarz? Wysyłacie ludzi na tamten świat?

­ Podstawowym, najgorszym i szkodliwym mitem jest zrównanie morfiny stosowanej w przewlekłej terapii przeciwbólowej w chorobie nowotworowej z narkotykiem ­ odpowiada dr Hilgier. ­ Ten mit ciężko przełamać, dopóki w polskich podręcznikach farmakologii leki opioidowe będą nazywane środkami narkotycznymi.

Jeden z najsłynniejszych badaczy bólu Patrick Wall już trzynaście lat temu wyraził opinię, że "haniebnym faktem w historii medycyny jest to, iż lekarze przyłączyli się do histerii związanej z narkomanią i ograniczyli chorym dostęp do morfiny". Wedle Światowej Organizacji Zdrowia 95 proc. morfiny używane jest w celach niemedycznych. Jednak fakt, że morfina często wykorzystywana jest jako narkotyk, nie powinien wykluczać u lekarzy logicznego myślenia.

Wedle prof. Łuczaka tylko 2 proc. studentów na trzecim roku medycyny wie, że doustna morfina jest podstawowym lekiem w uśmierzaniu bólu nowotworowego. W Stanach Zjednoczonych opioidami leczy się nawet bóle krzyża. W badaniach amerykańskich z udziałem 12 tys. chorych wykazano, że po stosowaniu morfiny tylko cztery osoby uzależniły się od tego leku. W Polsce pacjenci z bólem nowotworowym do morfiny z reguły muszą dojrzeć i najczęściej dojrzewają w cierpieniach. Zaczynają przyjmować ten lek w sytuacjach krytycznych, choć mogli skorzystać z niego wcześniej, bo łatwość stosowania bardzo się poprawiła. Na rynku dostępne są już opioidy działające 12 godzin (wystarczą więc dwie tabletki na dobę), a nawet ­ jak w przypadku plastrów fentanylowych ­ trzy dni. Takie bezinwazyjne, przezskórne podawanie leków przeciwbólowych staje się standardem w nowoczesnej medycynie.

Sam na sam z bólem

"Mam 54 lata. Od 1975 r. cierpię na nieustający nerwoból w lewej nodze po urazowym złamaniu kręgosłupa z uszkodzeniem rdzenia kręgowego ­ napisał Mariusz Gellert do lekarza, który wygłaszał w radiu apel o konieczności walki z bólem. ­ Noga jest całkowicie bezwładna, bez czucia. Ból jest przeraźliwie ostry i palący. Składa się ze stałego tła w postaci bolesnego zdrętwienia i elektrostrzałów. W odstępach jednogodzinnych narastają kulminacje ognistego bólu przeszywającego jak rozżarzona śruba całą nogę. Natężenie tych dolegliwości pociąga za sobą reakcje obronne: napinanie mięśni, przyginanie głowy, grymasy, pocenie się i załamujący strach. Stan ten trwa bez żadnej nadziei na poprawę już 26 lat i to, że nie widać jeszcze we mnie śladów szaleństwa, zawdzięczam chyba tylko swojej silnej konstrukcji psychicznej".

Nie otrzymał od adresata żadnej odpowiedzi. Przykutego do wózka inwalidzkiego nieszczęśnika odwiedza w warszawskim mieszkaniu tylko opiekunka z pomocy społecznej. ­ Znosi się bariery architektoniczne, aby inwalida mógł wyjść z domu ­ mówi ­ a ja nie byłem na spacerze od roku, bo nawet najmniejsze otarcie nogi wywołuje nieludzkie cierpienie. Buduje się hospicja dla chorych w stanie terminalnym, by mogli godnie umrzeć. A czy można dla mnie coś zrobić, abym choć przez chwilę mógł godnie żyć?

Niedawno podjął jeszcze jedną próbę walki z bólem ­ dowiedział się o nowej poradni, którą w Warszawie otworzyła dr Janina Pernak de Gast i poprosił o pomoc. ­ Rozżarzona śruba w nodze ­ powtarza lekarka. ­ Z takim opisem bólu wcześniej się nie spotkałam, choć słyszałam już wiele: szczury w brzuchu, przypiekanie żelazem, stąpanie po rozbitym szkle. Określeń jest tyle, ilu chorych ­ na tej podstawie możemy ich zidentyfikować.

Przypadek pana Gellerta jest skomplikowany ­ pourazowy, trwający wiele lat, ból neuropatyczny zakłócił równowagę biochemiczną w układzie nerwowym. Włókna przewodzące impulsy do mózgu nie tylko nie są już w stanie przewodzić żadnych bodźców, ale same stały się źródłem bolesnych doznań. ­ Zmieniła się plastyka bólu ­ powiada ekspert i wylicza pozostałe źródła cierpień chorego: ­ Atrofia mięśni w nodze, bóle czuciowe przy poruszaniu, silna depresja. Wielu odbiera sobie z tego powodu życie, bo świadomość zamkniętego kręgu, w którym chory pozostaje sam na sam z bólem, może po wielu latach zabić.

Czy jest jakieś wyjście z tej matni? Być może wszczepiony do kręgosłupa stymulator zdołałby przywrócić włóknom nerwowym prawidłową funkcję. Takie urządzenie kosztuje 10 tys. dolarów, więc Mariusz Gellert czeka na odpowiedź z kasy chorych, czy sfinansuje mu zabieg.

­ Zgodnie ze standardami Unii Europejskiej nie wystarczy już ograniczać leczenia przeciwbólowego do samych leków ­ uważa dr Pernak de Gast. ­ W Polsce jest to wyjście najprostsze, jakby nie istniały nowsze metody (patrz ramka). Są oczywiście droższe, ale pacjent po takim zabiegu nie będzie musiał nosić ze sobą reklamówki wypchanej lekami. Boli go żołądek, ma problemy z wątrobą, ale zachęcony reklamami tych środków faszeruje nimi swój organizm nie zważając na konsekwencje. A zasadniczy ból wcale nie mija ­ błędne koło, którego żaden lekarz rodzinny nie potrafi przerwać.

Właśnie opór przed szkodliwym działaniem środków przeciwbólowych, a więc rzekoma troska o dobro chorego, utwierdza wielu lekarzy w przekonaniu, że z bólem walczyć nie można i lepiej go przeczekać. ­ Argumenty te są wątpliwe ­ przekonują jednak eksperci. Ich zdaniem wystarczy trochę wysiłku, by poznać zakres działania środków przeciwbólowych (to jedna z najliczniejszych grup leków) i wiedzieć, do czego służą zabiegowe metody usuwania bólu. Potem trzeba już tylko umieć przekonać pacjenta, by nie leczył się na własną rękę, a jeśli do tego dojdzie ­ czytał uważnie ulotki na opakowaniach leków. Dozwoloną dawkę, dokładnie określoną na każdym opakowaniu, przekroczyć łatwo.

Cierpienie kieszeni

Kasy chorych niechętnie kontraktują świadczenia w poradniach leczenia bólu uznając, że lekarze rodzinni świetnie sobie z tym problemem poradzą. Ministerstwo Zdrowia ani Towarzystwo Badania Bólu nie posiadają rzetelnych danych, ile w Polsce jest placówek oferujących specjalistyczne terapie przeciwbólowe. W tym roku kasy podpisały kontrakty na tzw. procedury przeciwbólowe z 79 placówkami publicznymi i 19 prywatnymi. Ale ponoć aż 260 dyrektorów szpitali odpowiada twierdząco na pytanie, czy mają zakontraktowane usługi w dziedzinie terapii przeciwbólowej. ­ 70 proc. tych miejsc nie znamy ­ słyszę od prezesa Hilgiera. ­ Czy wszyscy lekarze, którzy leczą ból w małych powiatowych szpitalach, ukończyli szkolenia? Czy ubiegają się o nadawany przez naszą organizację certyfikat?

Podobna sytuacja panuje w zakresie medycyny paliatywnej: powinniśmy mieć 2 tys. łóżek, a jest 700 spełniających odpowiednie warunki. Okazuje się jednak, że dyrektorzy ­ chcąc otrzymać z kas chorych większe pieniądze ­ wpisują do statutów szpitalnych istnienie oddziałów paliatywnych przemianowanych z chirurgii, neurologii, interny. W cenie są teraz tzw. łóżka długoterminowe, ale nikt nie wymaga, by na ich prowadzenie potrzebna była jakaś licencja. ­ To zupełnie wypacza ideę właściwej opieki ­ mówi prof. Łuczak. ­ Każdy oddział medycyny paliatywnej powinien dysponować poradnią i opieką domową. Dziś możemy skutecznie leczyć ból w rodzinnym środowisku chorego, szpital jest dodatkowym stresem.

Kasy chorych nie rozumieją tej idei i wolą rozliczać się tak jak z zakładami opiekuńczymi. ­ Pokrywają zaledwie 40 proc. kosztów naszej opieki ­ skarżą się ordynatorzy. ­ Nie mamy pieniędzy na etaty dla psychologów ani pracowników socjalnych. Poradnia medycyny paliatywnej w Poznaniu udziela 13 tys. porad rocznie i opiekuje się tysiącem umierających chorych. Jak wyznaje prof. Łuczak, dwa lata temu otrzymali wystarczające pieniądze na swoją działalność, w ubiegłym roku funduszy było dwukrotnie mniej, a teraz do maja wydali wszystko, co szpital zakontraktował na cały rok. ­ Dyrektor nie jest zadowolony, że zadłużyliśmy go na milion złotych.

Ale czy mają zamknąć poradnię i powiedzieć chorym: już do was nie przyjedziemy i wy do nas nie przychodźcie po pomoc? Na drugim końcu Polski sytuacja jest podobna ­ w Zamościu szpitalny oddział medycyny paliatywnej w 2000 r. otrzymywał dwukrotnie więcej pieniędzy niż obecnie. ­ Usłyszeliśmy, że nasz standard leczenia jest wyższy niż przewidują wymogi kasy chorych ­ mówi ordynator dr Ewa Kaczurba. ­ Nie znam standardów kasy, ale stworzyliśmy oddział na podstawie wytycznych przygotowanych w 1999 r. przez krajowego konsultanta na zlecenie Ministerstwa Zdrowia. Kasa nie wzięła pod uwagę tych standardów.

Okazuje się, że ból oprócz wymiaru humanitarnego ma też wymiar ekonomiczny. Człowiek cierpiący z bólu przynosi olbrzymie straty ekonomiczne. Ból ostry przechodzi w ból przewlekły, a jego leczenie kosztuje krocie. Amerykanie byli najszybsi w policzeniu kosztów bólu i pierwsi dowiedli, że im szybciej się go leczy ­ tym jest to tańsze. W Holandii i Niemczech dokonano podobnych szacunków. W tych krajach bóle pleców są przyczyną 20 mln dni niezdolności do pracy rocznie. Z powodu samej tylko migreny traconych jest rocznie 270 dni roboczych w przeliczeniu na tysiąc pracowników.

Hegel pisał, że "pierwszym środkiem, jaki natura pozostawiła do naszej dyspozycji w celu uzyskania ulgi w bólu, są łzy", ale na początku XXI wieku nie jest to przecież środek ostatni. W 90 proc. przypadków ból można skutecznie uśmierzyć. Być może są wśród nas tacy, którzy potrafią nie okazywać swojego cierpienia i chlubią się tą odwagą. Być może są tak silni, a może nie zaznali jeszcze bólu, który dziś trudno im sobie wyobrazić. Ilu wśród nich jest lekarzy, którzy cierpienia chorych zbywają machnięciem ręki? Jeszcze nie wiedzą, że nieuzasadnione cierpienie może być równoznaczne z medycznym zaniedbaniem. Może zrozumieją, gdy ich zaboli.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Ryh (niezweryfikowany)

Mam bardzo bliskiego przyjaciela, ktory jest chirurgiem w szpitalu w moim miescie. Gdy przeczytal ten tekst stwierdzil, ze jakis niedoinformowany idota to pisal. Srodki przeciwbolowe takie jak morfina, dolargan czy fentanyl codziennie podaje pacjentom po operacjach czy nawet gdy dyzuruje w karetce pogotowia kazdemu kto mowi, ze cos go boli. Podobnie robia jego koledzy z pracy. Sam rowniez mialem robione 3 zabiegi w tym szpitalu i wszystkie bezbolesnie, a po zabiegach rowniez dostalem srodki przeciwbolowe (dolargan). W mojej rodzinie rowniez nikt sobie nie przypomina zeby odmawiano srodkow przeciwbolowych typu morfina czy dolargan po operacjach czy przy wzywaniu pogotowia przy silnych bolach itp... Lekarze chetnie stosuja srodki przeciwbolowe z grupy opioidow dlatego, ze sa bardzo skuteczne, prawie nie wywoluja skutkow ubocznych i sa bardzo tanie. I z wlasnego doswiadcznia :) dodam, ze wcale nie trzeba byc "nacpanym " po zastrzyku z dolarganu czy morfiny. Dawka usmiezajaca bol (bardzo skutecznie) jest na tyle mala, ze nie odczuwa sie dodatkowych przyjemnych bodzcow, ktore moga wywolywac te substance w wiekszych ilosciach (w zbyt duzycg zaczyna byc bardzo nieprzyjemnie i moze sie skonczyc spiaczka i uduszeniem).

Bzbik (niezweryfikowany)
A ja od 9 lat leczę się onkologicznie(ALL) i bywałem w wielu szpitalach. W wielu niestety nadal hołduje zasada - "jesteś chory" musi boleć. Już wielokrotnie czasowo przyjmowałem leki przeciwbólowe z całej ich gamy i jakoś od żadnego się nie uzależniłem (z morfiną włącznie). A czasem jedna mała tabletka dwa razy dziennie może pomóc przetrwać najgorsze momenty i w miarę normalnie funkcjonować także w domu. W końcu powinniśmy przestać widzieć chorego jako osobę, która ma obowiązek leżeć w łóżku!!!!!!!
monata (niezweryfikowany)

Chciałabym się dowiedzieć od autora artykułu,
który Bóg powiedział" będziesz umierał w bólu"- proszę precyzyjnie podać źrodło
cytatu.
Owszem, jest napisane" w bólu rodzić będziesz" .

feniks (niezweryfikowany)

Młodzież pisze tak, bo traktuje pobyt w szpitalu jako okazje do tego żeby sobie poćpac. Podawanie jakichkolwiek leków w nadmiarze lub niepotrzebnie nie jest obowiazkiem lekarza a wręcz przeciwnie. To samo tyczy prób wyłudzania recept na różne tramale przy okazji wizyt. Trudno, trzeba się z tym pogodzic skoro lekarz upiera się, że nie chce nam szkodzić. Ja osobiście wsród swoich przyjaciół mam kilku lekarzy, ale sądzę, że prośby o wypisanie czegoś podobnego byłyby wielkim nietaktem z mojej strony.

Anonim (niezweryfikowany)
Moze i prawda ze młodziez lubi sobie "pocpac" ale gdy ja jestem w szpitalu i nie znosze bolu,to nie prosze o morfine lub inne leki przeciw bolowe zeby sobie pocpac ,tylko pragne by moja meka sie konczyła w momecie podania go! bez jaj za przeproszeniem!
olaboga (niezweryfikowany)

Autor oryginalnego artykułu - Paweł Walewski, Polityka NUMER 48/2001 (2326), współpraca Barbara Pietkiewicz.

Anonim (niezweryfikowany)
Nie jestem lekarką, ale szereg dolegliwości wciąż bardzo słabo poddaje się leczeniu i... boli. Z tego co wiem należą do nich bóle neurologiczne w rodzaju neuralgii nerwu trójdzielnego twarzy lub przewlekłe bóle neurologiczne w rejonie miednicy, bóle pęcherza czy genitaliów kobiecych (vulvodynia, vestibulodynia).
Konrad (niezweryfikowany)
smutne ale prawdziwe
Zajawki z NeuroGroove
  • Gałka muszkatołowa

Przeczytałem na waszej stronie o gałce muszkatołowej i jej działaniu. Pomyślałem, że warto wypróbować jej działanie na sobie.


  • Grzyby halucynogenne


29 września 2001

  • Marihuana
  • Pozytywne przeżycie

potężny kac wraz z silnym zmęczeniem, otoczenie równie niesprzyjające, gdyż była noc

Był to niezwykle ciężki dzień, spowodował to potężny kac po równie potężnej ilościu alkoholu, dlatego idealnym pomysłem miało okazać się zapalenie trawy, tak więc mniej-więcej o godzinie 23:00 postanowiłem porządnie nabić lufkę zielonym dobrem.

  • 25I-NBOMe
  • Bad trip

Patrz: TR

Słowem wstępu