Przestępcy przewozili kapsułki z kokainą w żołądkach. - Wcześniej połykaliśmy duże winogrona, żeby przyzwyczaić gardło - mówił jeden z oskarżonych.
Przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy rozpoczął się proces ośmiu mężczyzn oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i przemyt narkotyków. Ten proceder był dla nich stałym źródłem dochodu.
Międzynarodowa szajka działała w latach 2011-13. Kurierzy, których werbowano głównie wśród osób niekaranych i bezrobotnych, przewozili narkotyki w jelitach i żołądkach. Szlak przemytniczy kokainy wiódł z Ameryki Południowej. Kurierzy z Bydgoszczy docierali do Amsterdamu, gdzie czekali na nich czarnoskórzy dostawcy. Później towar samolotem, mikrobusem lub samochodem był dostarczany m.in. do Norwegii, Francji, Danii, Szwecji, Włoch i Anglii, na Cypr.
Jak to się odbywało, opowiedział śledczym Arkadiusz K., ps. "Klapek" , obecnie pracujący fizycznie w Holandii.
- Czy rozumie pan treść zarzutów? - pytał sędzia Tomasz Pietrzak.
- Tak.
- Przyznaje się pan do winy?
-Tak.
Oskarżony odmówił składania wyjaśnień, ale zapewnił, że wszystko, co zeznał w śledztwie, jest prawdą. Sąd odczytał jego wyjaśnienia.
- Byłem bezrobotny i miałem niespłacony kredyt - opowiadał "Klapek". - Zgłosił się do mnie znajomy i zaproponował robotę. Wyjaśnił, o co chodzi, podał datę i miejsce, gdzie mam się stawić w Amsterdamie. Nie miałem nic do stracenia, wziąłem, a właściwie wyłudziłem jeszcze jeden kredyt, aby kupić sportową torbę i ładne rzeczy. Chciałem wyglądać jak turysta, aby nie wzbudzać podejrzeń. Autem pojechałem do Berlina, stamtąd samolotem do Holandii. Na lotnisko przyjechało dwóch czarnoskórych mężczyzn, jeden wyglądał i był ubrany jak amerykański raper, miał ksywkę "Ozon". Mówił, że brakuje im zaufanych ludzi do transportów. Drugi się prawie nie odzywał. "Ozon" dał mi 50 euro i przywiózł chińszczyznę do jedzenia. Chciał poczęstować marihuaną, ale odmówiłem. Dał też dobrą radę: "Kup największe winogrona i trochę potrenuj połykanie, żeby później gardło nie bolało".
Kurier został poinstruowany, by kapsułki z kokainą, wielkości kciuka każda, popijać jak najmniejszą ilością wody. - Żeby nie zajmować miejsca w żołądku - tłumaczyli zleceniodawcy.
Kurierzy połykali wypełnione narkotykiem kapsułki w obecności dostawcy. Wcześniej porcje były dokładnie liczone. Gdy w końcu docierały do europejskich odbiorców, w tym Polaków, były wydalane, oczyszczane, a odzyskany narkotyk trafiał do sprzedaży.
Opłata za jeden kurs zależała od liczby kapsułek z narkotykiem, jakie kurier zdołał połknąć. Za sztukę zleceniodawcy płacili 20 euro. Byli tacy, którzy z Holandii do Polski kursowali przez pół roku raz w tygodniu i jednorazowo potrafili przewieźć 100 kapsułek.
- Taką liczbę przełknąłem już za pierwszym razem, "Ozon" pochwalił mnie, że dobrze mi poszło - mówił "Klapek".
Sąd przesłuchał czterech z ośmiu oskarżonych. Tylko dwóch przyznało się do winy. Kurierom grozi od trzech lat więzienia wzwyż. Większość z mężczyzn pracuje teraz w Anglii i Holandii. Legalnie, jako robotnicy.
Pierwsi członkowie szajki wpadli przed dwoma laty. Pod koniec stycznia 2013 r. funkcjonariusze CBŚ zatrzymali 24-letniego bydgoszczanina Karola A., który przyjechał mikrobusem z Amsterdamu. Po prześwietleniu aparatem rentgenowskim i badaniu tomografem odkryto w jego jelitach i żołądku 46 kapsułek z kokainą. Połknął pół kilograma narkotyku o wartości ponad 120 tys. zł. Z tego można było przygotować około 700 porcji. Miesiąc później udało się zatrzymać kolejnego członka gangu - jednego z organizatorów szajki. 30-letni Tomasz K. został ujęty w Gdańsku na lotnisku. Miał przy sobie 8,5 tys. euro. Jest oskarżony o przemyt znacznych ilości narkotyków oraz udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Podczas przeszukania jego mieszkania i samochodu policjanci zabezpieczyli m.in. pistolet, paralizator oraz pieniądze.
Przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy na ławie oskarżonych zasiada jedynie osiem osób. Cały czas nieuchwytny jest organizator przemytu, obywatel USA.