REKLAMA




Inna wojna na Ukrainie

Choć narkomani zawsze byli najbardziej zagrożoną grupą na Ukrainie, to teraz, w aktualnej niepewnej sytuacji ekonomicznej i z wojną toczącą się na wschodzie kraju, ryzyko zarażania jest jeszcze większe niż kiedykolwiek. HIV to również część tej wojny, bo śmierć zbiera żniwo nie tylko w okopach.

Tagi

Źródło

Vice.pl
Tomaso Clavarino, tłumaczenie Robert Kamionek

Komentarz [H]yperreala

Po kliknięciu w link źródłowy zobaczycie kilka poruszających zdjęć wykonanych przez autora, obrazujących opisywaną przez niego sytuację.

Odsłony

849

Anatolij siedzi na łóżku i ogląda telewizję. Przyjechał do Krasnoarmiejska dopiero dwa dni temu, przekroczył granicę między Ukrainą a Doniecką Republiką Ludową pieszo. Ten region graniczny, mimo oficjalnego zawieszenia broni, pochłonięty jest wyniszczającą wojną, każdego dnia siejącą śmierć i zniszczenie.

Anatolij jest uzależniony od narkotyków. Uciekł z Makiejewki, miasta w obwodzie donieckim, dziurawionego moździerzami i granatami. Od momentu, w którym prorosyjscy separatyści przejęli kontrolę nad miastem, ludzie tacy jak on nie są tam mile widziani. Anatolij bierze narkotyki od trzydziestu lat, zaczynał jeszcze jako chłopiec, który psychotropami chciał zabić nudę życia na posowieckim blokowisku. „Odrodziłem się pięć lat temu. Byłem już na skraju, prawie umarłem" – opowiada. „Później zacząłem chodzić do kliniki odwykowej w moim mieście, na terapię metadonową, i powoli zacząłem wracać do życia, spotykać się z ludźmi". Wspomnianą klinikę zamknięto, a Anatolij musiał dotrzeć aż do Krasnoarmiejska, by móc kontynuować swoje nowe życie. Sytuacja z Makiejewki powtórzyła się także w Gorłówce; jak twierdzą moi rozmówcy, w większości miast Donbasu kliniki odwykowe pozamykano bez żadnego uprzedzenia. „Był wrzesień, stałem w kolejce, jak co dzień, wyszła do nas pielęgniarka i powiedziała, że klinika jest zamknięta do odwołania" – mówi Anatolij. Według aktywistów, pacjentów, NGO-sów i lekarzy była to decyzja prorosyjskiego separatystycznego rządu Doniecka – stopniowe wprowadzanie rosyjskiego sposobu leczenia narkomanii, który sprowadza się do zupełnego jej ignorowania, bez placówek i żadnego wsparcia. Pojawiają się doniesienia o nękaniu osób uzależnionych i zmuszaniu ich do ciężkiej pracy fizycznej, na przykład przy kopaniu rowów.

Centrum dystrybucji metadonu w Doniecku jest ostatnim w tym obszarze. Ale jego dni są policzone, ponieważ zapasy powoli się kończą, a kolejne dostawy są zablokowane. „Jest okropnie. Nie potrafię tego inaczej opisać" – mówi Irina Klujewa, dyrektorka oddziału substytucyjnej terapii opioidowej Szpitala Donieckiego. „Z 240 pacjentów, których mieliśmy przed wojną, zostało tylko 90, bo dla większej liczby nie wystarczy nam metadonu. Ci, którzy wciąż korzystają z terapii, niedługo będą musieli znaleźć nowe miejsce, bo i dla nich zabraknie. W ostatnich miesiącach zanotowaliśmy około dziesięciu przypadków śmiertelnych w Doniecku. Wszyscy zmarli byli wcześniej zmuszeni do zakończenia terapii. Popełnili samobójstwo albo przedawkowali". Według Klujewy tysiące ludzi wróciło do życia na ulicy i zażywania (zazwyczaj nielegalnych) narkotyków, często dzieląc się zakażonymi strzykawkami. Nie ostały się tu nawet punkty wymiany igieł.

„Wojna i jej skutki na wschodzie kraju mają wyniszczający wpływ na całą Ukrainę, a z czasem będzie tylko gorzej" – opowiada mi Natalia. Wie, co mówi. Natalia pracuje w Svitanok Club („Klub Świt"), organizacji pomagającej osobom zarażonym HIV, którzy uciekli z Donieckiej Republiki Ludowej, a także tym, którzy wciąż zamieszkują rejony kontrolowane przez rebeliantów. „To głównie narkomani i prostytutki, nie mają dostępu do terapii antyretrowirusowej, bo dostawy zostały zablokowane przez kijowski rząd w ramach odwetu na separatystach". Więc Natalia i jej koledzy raz albo dwa razy miesięcznie wyjeżdżają po zaopatrzenie dla Doniecka i Ługańska, ładują samochody po brzegi lekarstwami, spędzają długie godziny w punktach kontrolnych i przekupują strażników, by móc wrócić do domu.

Wojna prowadzi nie tylko do destrukcji, śmierci czy okaleczenia; powojenne rany potrafią być tak głębokie, że odczuwa je się jeszcze przez długie lata. Tak zapewne będzie na Ukrainie, gdzie wg ostatnich badań UNAIDS zarażonych wirusem HIV jest od 260 do 340 tysięcy ludzi. Ukraina ma jeden z najwyższych współczynników zarażeń w Europie, jednak dzięki pracy wielu organizacji pozarządowych, w latach poprzedzających wybuch wojny w Donbasie udało się go znacznie obniżyć. „Choć nie ma oficjalnych danych z Donbasu, sytuacja się na pewno pogorszyła" – tłumaczy Natalia. „Liczba zakażeń rośnie. Po części ze względu na restrykcyjną politykę DRL, a także przez sytuację na froncie, gdzie żołnierze muszą spędzać wiele miesięcy z dala od swoich domów i rodzin i często dopuszczają się stosunków seksualnych z zarażonymi HIV prostytutkami, zazwyczaj bez zabezpieczeń".

Według danych Eleny Pinczuk z Fundacji ANTIAIDS, między styczniem a listopadem 2015 zarejestrowano na Ukrainie ponad 13 000 przypadków zarażenia się wirusem. Wzrost ten przypisuje się porażce ukraińskiej służby zdrowia, niszczeniu szpitali i przychodni oraz zamykaniu programów wsparcia dla osób z HIV. Co więcej, przez pogorszenie się sytuacji ekonomicznej w kraju i 300% dewaluację ukraińskiej hrywny, zanotowano 25% spadek w zakupie i dystrybucji prezerwatyw. Olga Rudniewa, dyrektorka ANTIAIDS twierdzi, że to właśnie seks bez zabezpieczenia jest głównym powodem zarażenia się wirusem HIV wśród Ukraińców.

Epidemia HIV wzrasta wraz z eskalacją wojny, która może wydawać się zawieszona, ale tak naprawdę działania są prowadzone cały czas. Zmusza to ludzi do opuszczenia swoich domów, swoich żyć i wyruszenia na poszukiwania nowego schronienia, po drugiej stronie granicy. Nie ma żadnych oficjalnych danych co do tego, jaka część z 1,4 mln wewnętrznych wysiedleńców Ukrainy jest zarażona HIV. Nie wiadomo też gdzie dokładnie przesiedlają się ci ludzie, ani ilu z nich jest uzależnionych od narkotyków. Rząd centralny nie ma żadnej kontroli, nawet na terytorium należącym do Ukrainy. Większość wysiedleńców ucieka z Donbasu i Krymu, zazwyczaj kierują się w stronę dużych miast, gdzie próbują rozpocząć nowe życie.

W takiej sytuacji nikomu nie jest łatwo, ale to wyjątkowe wyzwanie dla osób żyjących z HIV – po stracie wszystkiego, bez oficjalnego wsparcia, w kraju, w którym są stygmatyzowani. „Wyjechałem z Symferopolu na Krymie po tym, jak skasowali mój program substytucji" – mówi Andriej, narkoman zarażony HIV. „Pojechałem do Kijowa, by zacząć nowe życie, ale jest wciąż trudno, strasznie trudno. Gdy ludzie dowiadują się, że jestem pozytywny, gapią się na mnie jak na dziwoląga. Znalezienie w tym stanie pracy jest praktycznie niemożliwe. Uciekliśmy z Krymu, bo nie było tam dla nas przyszłości. Gdybyśmy tam zostali, pewnie umarlibyśmy bez leczenia. Nie dalibyśmy tam sobie rady".

Ostatnie dostępne dane, jeszcze sprzed wybuchu wojny, dowodzą, że 21,7% Ukraińców powyżej 25 roku życia, które zażywają narkotyki dożylnie, jest zarażonych wirusem HIV. Ćwierć z nich mieszka, lub mieszkała, w Doniecku i Ługańsku, rejonach, które dziś owładnięte są wojną. „Spodziewamy się wzrostu liczby zarażonych, szczególnie na wschodzie" – mówi Olga Rudniewa. „Głównie wśród ludzi zażywających narkotyki dożylnie, choć inne grupy też są narażone na ryzyko. Wiele czynników wpływa na rozwój epidemii: cięcia budżetowe, wysiedlenie setek tysięcy ludzi czy kryzys ekonomiczny". Osoby, z którymi rozmawiałem, obawiają się, że te liczby wzrosną, gdy Globalny Fundusz do walki z AIDS ograniczy swoje dotacje dla Ukrainy. Gdy w 2010 Fundusz zakończył finansowanie projektów poświęconych prewencji i ograniczenia szkód w Rumunii, w ciągu trzech lat współczynnik zarażeń wśród osób zażywających wzrósł z 3% w 2010 do aż 29,23% w 2013 (według „Sprawozdania z postępu w Rumunii" przygotowanego w styczniu 2013 r. przez UNAIDS).

Odwiedzając peryferie Kijowa, gubiąc się na brudnych, szarych blokowiskach Trojeszczyny, nietrudno zrozumieć, dlaczego narkotyki tak pochłonęły ten kraj, a szczególnie jego najbiedniejszych obywateli. Krokodil, heroina, morfina, pochodne amfetaminy – na Trojeszczynie wszystkiego jest dostatek. Wiele z tych narkotyków wytwarza się w tutejszych mieszkaniach, przerabianych na laboratoria tak, jak to Wiktora. To rodowity kijowianin, uczył się w najlepszym liceum w mieście, studiował na uniwersytecie przez dwa lata, po czym zaprzepaścił wszystko. Narkotyki to jedyne, co trzyma go przy życiu, niezależnie od konsekwencji i zagrożeń. Strzykawki w mieszkaniu Wiktora wędrują z ręki do ręki, a ich zawartość często celowo rozcieńcza się krwią. „Jestem zarażony HIV, moi przyjaciele także. Ale to moje życie, jest nic niewarte i nie boję się go stracić" – mówi, trzymając rozgrzaną do czerwoności patelnię, w której roztapia leki, by uzyskać kodeinę wykorzystywaną przy produkcji krokodilu – niesławnego narkotyku, który wyniszcza tkanki wewnętrzne, po czym przerzuca się na skórę.

Choć narkomani zawsze byli najbardziej zagrożoną grupą na Ukrainie, to teraz, w aktualnej niepewnej sytuacji ekonomicznej i z wojną toczącą się na wschodzie kraju, ryzyko zarażania jest jeszcze większe niż kiedykolwiek. HIV to również część tej wojny, bo śmierć zbiera żniwo nie tylko w okopach.

Z szacunku dla prywatności niektórych cytowanych przeze mnie osób, ich nazwiska nie zostały zamieszczone w tekście.

Oceń treść:

Average: 10 (2 votes)