REKLAMA




Marihuana będzie legalna

Świat coraz wyraźniej dostrzega, że kosztownej globalnej wojny z marihuaną nie można wygrać. A demonizowana marycha jest w istocie mniej szkodliwa niż tolerowane alkohol i tytoń.

Tagi

Źródło

newsweek.pl

Odsłony

2968

Świat coraz wyraźniej dostrzega, że kosztownej globalnej wojny z marihuaną nie można wygrać. A demonizowana marycha jest w istocie mniej szkodliwa niż tolerowane alkohol i tytoń.

Słynny na całą Amerykę Uniwersytet Oaksterdam to instytucja w istocie wyjątkowo skromna. Jego siedziba na rogu 17. ulicy i Broadwayu w kalifornijskim Oakland kryje się pomiędzy chińską restauracją a sklepem z kapeluszami. Wystarczy podejść bliżej głównego wejścia uczelni, by po charakterystycznym zapachu marihuany szybko rozwikłać tajemnicę jej dziwacznej nazwy.

Uczelnia zajmująca się trawką powstała w 2007 roku. Jej założycielem jest 47-letni Richard Lee, który wpadł na ten pomysł po powrocie z wycieczki do Holandii, gdzie marihuana jest legalna od 1976 roku. Dzisiaj w jego szkole uczy się około 500 studentów. W ciągu dwóch lat istnienia uczelni jej mury opuściło już 4 tys. osób.

Zakres nauczania w Oaksterdam jest dość nietypowy. Uczniowie zgłębiają tajniki wiedzy o marihuanie. Poznają dzieje prawnej batalii o jej legalizację, studiują historię uprawy, chodzą na lekcje gotowania, gdzie uczą się przyrządzać na przykład pesto z trawką. Zajęcia – jak przekonuje założyciel uczelni – są prowadzone z myślą o leczniczym zastosowaniu marihuany. Tylko w takich celach można ją legalnie palić w Kalifornii i w 12 innych stanach USA. W zeszłym tygodniu w stanie Michigan powstała kolejna uczelnia z charakterystycznym listkiem w godle.

Ból głowy, problemy z zasypianiem, ADHD, choroba Alzheimera – to tylko część dolegliwości, które mają ustąpić po wypaleniu skręta. Wystarczy 200 dol. za wizytę i z lekarskim zaświadczeniem w ręku pacjent może zaopatrzyć się w zioło w specjalnych aptekach. W Kalifornii skręty na receptę pali 300-400 tys. osób rocznie.

Oaksterdam to tylko jeden z pomysłów coraz potężniejszego lobby, które od lat walczy o legalizację trawki w Stanach Zjednoczonych. O tym, jak prężnie ono działa, może świadczyć internetowy czat z Barackiem Obamą zorganizowany w marcu przez Biały Dom. Internauci mogli zgłaszać i głosować na pytania, które miały być później zadane prezydentowi. Efekty okazały się zaskakujące. W sferze „Zielona energetyka i miejsca pracy” pierwsze dwa pytania dotyczyły marihuany. W sferze „Stabilność finansowa” – pierwsze cztery. W kategorii „Budżet” były to trzy najpopularniejsze pytania.

W ostatnich tygodniach batalia o legalizację trawki przybrała na sile. Na początku listopada w Portland w stanie Oregon otwarto pierwszy coffee shop w USA. Cannabis Cafe to formalnie lokal dostępny tylko dla osób ze wskazaniami lekarskimi. Miesięczna karta wstępu kosztuje 25 dolarów, w tym jest jedna porcja używki gratis.

Według sondażu amerykańskiego Instytutu Gallupa z października, o ile jeszcze w 2000 r. 31 proc. Amerykanów opowiadało się za legalizacją marihuany, dzisiaj jest to już 44 proc. – Po raz pierwszy wiatr wieje nam w plecy, a nie w oczy – mówi „Newsweekowi” profesor Ethan Nadelmann, założyciel i dyrektor Drug Policy Alliance, amerykańskiej organizacji domagającej się dekryminalizacji trawki.

Efekty działalności marihuanowego lobby już widać. W lutym prezydent Obama zarządził, by prokuratorzy federalni nie ścigali już używania marihuany do celów medycznych w stanach, które takie praktyki tolerują. Problem polega bowiem na tym, że prawo federalne wciąż uznaje palenie marihuany za przestępstwo.

Skąd ta nagła zmiana? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Legalizacja trawki przyniesie miliony budżetowi państwa – od lat powtarzają zwolennicy marihuany. Argument ten stał się niezwykle popularny w czasie obecnego kryzysu. Raport przygotowany cztery lata temu przez ekonomistów z Uniwersytetu Harvarda nagle zyskał na aktualności. Wynika z niego, że legalizacja trawki przyniosłaby budżetowi USA 10-14 mld dol. rocznie oszczędności. To m.in. suma utraconych podatków, których nie można pobierać za działalność niezgodną z prawem, oraz kosztów aparatu ścigania. Raport poparli m.in. Milton Friedman, laureat ekonomicznej Nagrody Nobla, oraz 500
innych naukowców.

Zwolennicy trawki chętnie sięgają też do porównań z czasów Wielkiej Depresji, kiedy kryzys stał się jednym z głównych powodów zniesienia prohibicji na alkohol. Wprowadzona w latach 20. XX wieku prohibicja poniosła fiasko. – Państwo ma mniejszą kontrolę nad produktami, których używania zakazuje, niż nad tymi, które dopuściło do sprzedaży i opodatkowało – mówi prof. Nadelmann.

Uprawa marihuany to świetny biznes, nad którym władze nie mają kontroli ani nie czerpią z niego zysku w postaci podatków. Według szacunków w samej Kalifornii roczne zbiory warte są 14 mld dolarów. To więcej niż dochody z upraw rolnych. Lokalna policja dobrze wie, kto uprawia trawkę. – Nie likwiduje jednak plantacji, bo nie ma to sensu z politycznego, a już z pewnością nie z ekonomicznego punktu widzenia – mówi profesor Nadelmann. Według niego to najlepszy dowód na to, że państwo powinno jak najszybciej zalegalizować i opodatkować dochody z uprawy marihuany.

Tym tropem poszły już władze Oakland. W połowie tego roku mieszkańcy miasta zgodzili się w referendum (80 proc. głosów „za”) na opodatkowanie właścicieli licencjonowanych aptek, w których można kupić marihuanę. Płacą 18 dolarów od każdego tysiąca zysku. Oakland liczy, że wpływy do miejskiej kasy wzrosną z tego powodu w pierwszym roku o milion dolarów. Nawet kalifornijski gubernator Arnold Schwarzenegger, który zasłynął wprowadzeniem surowych ograniczeń palenia tytoniu w miejscach publicznych, chce debaty na temat legalizacji i opodatkowania trawki. To, że pomysł ten pojawia się w momencie, gdy stanowa kasa świeci pustkami, z pewnością nie jest czystym zbiegiem okoliczności.

Tysiące kilometrów na południe od Los Angeles marihuana również jest częstym tematem debaty publicznej. Tyle tylko że argument łatania dziury budżetowej nie jest dla władz państw latynoskich w tej dyskusji najważniejszy. Potężne gangi narkotykowe od lat sieją terror, korumpują polityków, sędziów i policjantów. W ciągu ostatnich trzech lat w narkotykowych wojnach w samym Meksyku zginęło blisko 13 tys. osób. Z Ameryki Łacińskiej pochodzi niemal cała produkowana na świecie kokaina, znaczna część heroiny i marihuany. Kartele narkotykowe mają się świetnie i zarabiają na szmuglowaniu odurzających substancji krocie. Szacuje się, że aż dwie trzecie ich dochodów w Meksyku pochodzi ze sprzedaży marihuany .

Autorzy opublikowanego w lutym tego roku raportu Latynoamerykańskiej Komisji ds. Narkotyków i Demokracji (podpisali go m.in. byli prezydenci Brazylii, Kolumbii i Meksyku, brazylijski pisarz Paulo Coelho oraz peruwiański – Mario Vargas Llosa) domagają się zmiany strategii walki z narkotykami, bo dotychczasowa zawiodła na całej linii. Chcą m.in. legalizacji marihuany na własny użytek i traktowania narkomanów jak pacjentów, a nie przestępców.

Tą drogą poszły już władze Meksyku. W sierpniu zdecydowały, że nie będą karać osób, które zostaną złapane z niewielką ilością narkotyków. Jedna osoba może mieć przy sobie pół grama kokainy, 40 gramów marihuany albo 50 miligramów heroiny. Meksyk chciał wprowadzić podobne prawo już w 2006 roku, ale napotkał sprzeciw ze strony administracji George’a W. Busha. Tym razem Biały Dom nie interweniował. Również w sierpniu argentyński sąd najwyższy stwierdził, że karanie obywateli za posiadanie narkotyków na własny użytek jest wbrew konstytucyjnej wolności jednostki. Miesiąc później podobne oświadczenie wygłosił sąd kolumbijski. Brazylia i Ekwador również poważnie rozważają dekryminalizację trawki.

„Czy wojna z narkotykami to fikcja?” – pytał w jednym z ostatnich numerów prestiżowy tygodnik „The Economist”. Według wyliczeń Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) większość osób oskarżanych o posiadanie narkotyków nigdy nie trafia do więzienia albo otrzymuje śmiesznie niskie wyroki w porównaniu do kar przewidzianych w kodeksach. Na przykład w Wielkiej Brytanii, gdzie za posiadanie marihuany grozi pięć lat więzienia, w rzeczywistości zaledwie 0,2 proc. oskarżonych trafia za kratki, pozostali zaś otrzymują jedynie pouczenia.

Pozornym paradoksem okazuje się fakt, że państwa, które mają najmniej restrykcyjne prawo, mają też najmniej problemów z narkomanami. Spożycie marihuany w Holandii, gdzie bez większego problemu można zaopatrzyć się w jointy w legalnym coffee shopie, jest niższe niż średnia europejska. Z danych opublikowanych przez EMCDDA marihuanę pali 5,4 proc. Holendrów, podczas gdy średnia unijna wynosi 6,4 proc.

Podobnie jest w Portugalii, gdzie od 2001 roku posiadanie niewielkich ilości narkotyków (nie tylko marihuany, ale też m.in. kokainy i heroiny) na własny użytek nie jest karane, a osoby uzależnione zamiast za kratki trafiają na odwyk. Przeciwnicy tego rozwiązania straszyli, że Portugalia stanie się narkotykową mekką. Uzależnienie od narkotyków wśród Portugalczyków miało wzrosnąć kilkakrotnie. Czarne scenariusze jednak się nie spełniły. Według badań amerykańskiego Cato Institute dekryminalizacja narkotyków w Portugalii nie spowodowała zwiększenia liczby osób po nie sięgających. Co więcej – zauważalnie spadła liczba zgonów z powodu przedawkowania oraz przestępstw popełnianych pod wpływem narkotyków.

Eksperci uważają, że coraz większe poparcie dla legalizacji trawki to nie tylko skutek kryzysu gospodarczego i porażki, jaką poniosły państwa w walce z narkotykami, ale także zmian demograficznych. – U władzy jest teraz pokolenie powojennego baby boomu, które dorastało w latach 60. XX wieku i które w większości paliło kiedyś trawkę – przekonuje profesor Nadelmann. Do palenia mj (od mary jane, potocznej nazwy marihuany) w młodości przyznało się wielu polityków, m.in. były prezydent Stanów Zjednoczonych Bill Clinton (słynne: „Paliłem, ale się nie zaciągałem”). Prezydent Obama również wyznał, że w młodości sięgał po trawkę. Na pytanie, czy się zaciągał, odparł z uśmiechem: „Chyba o to w tym chodzi”.

Palenie trawki, w przeciwieństwie do zażywania twardych narkotyków, coraz powszechniej nie jest uważane za złe. Co więcej, marihuana stała się elementem kultury masowej. Trawka pojawia się w popularnych serialach oglądanych na całym świecie, m.in. w „Gotowych na wszystko”, a także w kreskówce „Simpsonowie”. Doczekała się nawet serialu, w którym gra główną rolę – powstało już pięć sezonów „Trawki” („Weeds”), w produkcji są dwa następne. Amerykanin Richard Laermer, który obserwuje najnowsze trendy w pop kulturze i jest autorem kilku książek na ten temat, m.in. „2011: Trendspotting for the Next Decade”, podkreśla, że jeszcze kilka lat temu wyznanie na antenie, iż paliło się trawkę, byłoby nie do pomyślenia. Dzisiaj nawet lekarze publicznie przyznają, że marihuanę przez lata demonizowano. Lester Grinspoon, emerytowany profesor psychologii Uniwersytetu Harvarda, uruchomił nawet stronę internetową (www.marijuana-uses.com►), gdzie internauci mogą podzielić się z innymi użytkownikami wiedzą, na jakie dolegliwości pomaga im trawka.

Z raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) opublikowanego w połowie lat 90. wynika, że zażywanie trawki jest mniej szkodliwe od konsumpcji alkoholu i tytoniu. Raport został wówczas utajniony – jak twierdził ówczesny szef WHO – w obawie przed wzrostem narkomanii.

Do podobnego wniosku doszli w 2007 roku eksperci, których badania opublikowało prestiżowe pismo medyczne „The Lancet”. Oceniali oni szkodliwość 20 wybranych narkotyków, biorąc pod uwagę m.in. prawdopodobieństwo śmierci z przedawkowania, siłę uzależnienia oraz skutki społeczne i koszty opieki zdrowotnej. W ten sposób powstała lista najgroźniejszych specyfików. Pierwsze miejsca zajęły heroina i kokaina. Alkohol jest na piątym miejscu, tytoń na dziewiątym, a marihuana dopiero na 11.

Nawet Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne (AMA) wezwało niedawno rząd do usunięcia marihuany z listy niebezpiecznych substancji (co ciekawe, jeszcze kilka lat temu AMA sprzeciwiała się zdjęciu z niej marihuany) i dopuszczenia jej do celów leczniczych. To jednak nie przekonuje przeciwników trawki, którzy wciąż są w większości, i podkreślają, że marihuana może uzależniać, a palący regularnie sięgają później po tzw. twarde narkotyki.

Instytut Gallupa przewiduje, że już za cztery lata po raz pierwszy w historii przewagę mogą zdobyć zwolennicy trawki. A wtedy politycy z pewnością chętnie ją zalegalizują. W końcu palacze marihuany to także ogromna rzesza potencjalnych wyborców.

Współpraca: Marek Rybarczyk; Daniel Lyons, Nowy Jork; Jessica Bennett, Oakland


Oceń treść:

Brak głosów

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

wreszcie sie powoli cos zaczyna dziać w dobrym kierunku :)

Anonim (niezweryfikowany)

polska jako kraj na nie nie zalegalizuje teraz a zalegalizuje jak juz w całej europie bedzie legalna i nie bedzie miała z tego większych korzyści politycznych jak i finansowych tylko w swietle innych narodów bedzie zaliczana do krajów nasladowczych''

a ja pierdole legalizacje oczywiscie jestem za ale czy legalnie czy nie bede bakal ile chcem

pozdro dla jaraczy

Anonim (niezweryfikowany)

W koncu idzie ku dobremu.

Anonim (niezweryfikowany)

Tylko kiedy politycy się tym zainteresują... Jak dotąd wolą nie widzieć problemu. Dobrze chociaż, że media zaczynają działać.

Anonim (niezweryfikowany)

"Chce palić legalnie a nie się kitrać w bramie!..." Idę na lola..

Anonim (niezweryfikowany)

Republika Czeska planuje od Nowego Roku legalizację posiadania niewielkich ilości narkotyków. Kończy w ten sposób fikcję prawną – kodeks karny zakazywał, a policja tolerowała posiadanie narkotyków w niewielkich ilościach. Unia Polityki Realnej postuluje wprowadzenie podobnej liberalizacji w Polsce.

„Walka za pomocą wymiaru sprawiedliwości i policji z narkomanią przynosi korzyść głównie mafiom. Powszechnie znanym przykładem tej relacji jest okres prohibicji (zakazu handlu alkoholem) w USA. Na ten okres datuje się budowa finansowej potęgi amerykańskiego świata przestępczego. Politycy i dziennikarze, jeśli nie rozumieją tej prawidłowości, że walka z narkomanią jest na rękę mafii, są albo wysoce naiwni, albo współdziałają z przestępcami” – tłumaczy Sławomir Sławski ze śląskiego okręg UPR.

Unia Polityki Realnej zwraca uwagę na odpowiedzialność za samych siebie dorosłych obywateli RP. O ile nakłanianie do narkomanii nieletnich powinno być surowo karane, o tyle względem dorosłych osób nie powinno wyciągać się żadnych konsekwencji za sposób, w jaki świadomie rozporządzają swoim zdrowiem i życiem. Rolą organów ścigania jest zapewnienie nam bezpieczeństwa przed przestępcami, a nie przed samym sobą. Policja ścigając posiadaczy niewielkich ilości narkotyków niepotrzebnie marnuje swoje szczupłe siły i odwraca uwagę od prawdziwych zagrożeń. Popycha też wielu młodych ludzi w stronę środowiska przestępczego (pobyt w więzieniu).

„Liberalizacja kodeksu karnego wzorem Republiki Czeskiej byłaby krokiem we właściwym kierunku” – dodaje Sławomir Sławski.

za http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=17&aid=8641

Anonim (niezweryfikowany)

W Meksyku 40g trawki to ilość "na użytek własny", a my walczymy o pół, maksymalnie 1g dozwolonej ilości. Ale skoro coś się już rusza w JuEsEndEj to błyskawicznie dojdzie do starej Europy. I oby jak najszybciej do Europy Środkowej.

Anonim (niezweryfikowany)

Mi wstyd, ze sie pepiczki przed nami z depenalizacja wyrobily. 1000 lat minelo, a widze, za od czasow kiedy nas wprowadzili do kultury europejskiej to sie niewiele zmienilo.

Anonim (niezweryfikowany)

Że Polska to taki zacofany kraj ale to dlatego że rządzą nią komuchy :/ Miejmy nadzieje że wszystko się zmieni bo nie chce mi się kryć z MJ tym bardziej że zakazany owoc najlepiej smakuje ; ). Pozdro dla Palaczy : D

Anonim (niezweryfikowany)

To właśnie "komuchy" czyli SLD jest najbardziej za legalizacją/dekryminalizacją marichuany (nie mówiąc już o UPR, które nie ma żadnego poparcia w społeczeństwie) :) Natomiast partie katolicko-konserwatywne, takie jak PiS, chcą zaostrzać kary za posiadania marichuany, a nawet chcą zdelegalizować nasiona. PO jest podzielona - niektórzy są za dekryminalizacją, jak poseł Palikot, inni są przeciwni.

Zajawki z NeuroGroove
  • 1P-LSD
  • Pierwszy raz

nastrój i oczekiwania bardzo sprzyjające podobnie jak otoczenie

Do skosztowania pierwszy raz tej substancji przygotowywałem się ponad miesąc, gdy już dotarła uznałem że nie ma sensu tracić więcej czasu i spróbuję nowy zakup w nadchodzący weekend - dlatego umówiłem się z kumplem na niedziele, na rano, jednak niestety pogoda pokazała mi marynarski gest gdyż był wówczas styczeń, na szczęście na następny dzień pogoda dopisywała co zaskutkowało kartonem w gębie.

  • LSD-25
  • Tripraport

Las. Dom. Najbliższa okolica.

Jak wiemy 19 kwiecień 2013 to dzień, od którego minęło równe 70 lat, gdy Albert Hofmann wykonał swój pierwszy LSD trip na rowerze. Nasz wspaniały mądry wujek...
Doszłam do wniosku, że trzeba ten dzień nazwany przez użytkowników LSD ' Bicycle Day' uczcić.

20 kwiecień 2013.

  • 3 4-DMMC
  • Problemy zdrowotne

Często po skończonym tripie z fajną substancją mam ochotę podzielić się swoimi przemyśleniami, na JEJ temat z innymi. Wtedy piszę trip raporty, które potem trafiają albo do moich przyjaciół albo do internetu. Tym razem ten tekst ma inny charakter:
1. Informacyjny.
2. Pokazujący niebezpieczeństwo wynikające z zażywania 3,4 DMMC.

Start.

  • Dekstrometorfan

No wiec tak. Pewnego dnia przeczytalem o dxm. Kupilem i godz. 8

wieczorem zjadlem 10 tabletek. BB sie skonczyl i cos zaczelo mnie

brac. Poszlem do kibla i jak szedlem i pozniej wracalem to tak

dziwnie grawitacja dzialala, troche

polazilem po pokoju, poskakalem se i poszlem spac(bylem potwornie

zmeczony po dniu wczesniejszym). Nastepnego dnia zjadlem 20 razem z

kumplem i dorzucilem jeszcze 10. Ja 30, on 20. Bylo calkiem fajnie.

Kumpel zaczal biec w srodku miasta po chodniku. Pozniej poszlismy do

randomness