REKLAMA




Jak się kręci zielony biznes? Wszystko, co dziś warto wiedzieć o marihuanie

Całkiem fajny i obszerny artykuł, trochę o przeszłości, ale głównie o współczesności - szczególnie w aspekcie ekonomicznym - marihuany w Ameryce.

Tagi

Źródło

igimag.pl
Agata Połajewska

Odsłony

1360

W piątek, 20 kwietnia 2018 roku, po raz kolejny obchodzono Dzień Marihuany. O pochodzeniu tego święta oraz faktach i mitach dotyczących konopi można poczytać w tekście Moniki Mężyńskiej. A my przyjrzymy się współczesnemu amerykańskiemu podejściu do wolnych konopi.

Najpierw rzućmy jednak okiem na historię marihuany w USA, choć pisała już o niej skrótowo Iwona Kamińska. Warto bowiem pamiętać, że marihuana nie zawsze była w Stanach Zjednoczonych zabroniona. Jej pozytywne działanie na objawy wielu schorzeń poznano już pod koniec XVIII wieku. Pod koniec XIX wieku można było bez problemu kupować ekstrakty z konopi indyjskich w aptekach i gabinetach lekarskich – już wtedy zazwyczaj stosowano je jako lekarstwa na bóle brzucha, migreny, stany zapalne lub bezsenność. Skąd zatem tak radykalna zmiana nastawienia do produktów z konopi w XX wieku? I to w kraju, którego Deklaracja Niepodległości spisana była przecież na konopnym papierze?

Co mają wspólnego rasizm i marihuana?

Przyczyn delegalizacji marihuany było kilka, a najważniejsza z nich jest dziś wyjątkowo źle postrzegana – bardzo razi bowiem w kraju, znanym ze skrajnej politycznej poprawności. Zmiany w prawie zapoczątkowała bowiem masowa imigracja do USA w okresie rewolucji meksykańskiej w 1910 roku. Amerykanie nie byli szczególnie gościnni, a rasizm miał się w tych czasach doskonale. Trzeba było wytłumaczyć społeczeństwu, dlaczego Meksykanie nie są w mile widziani w USA. Ponieważ najlepiej jest wzbudzić w ludziach strach, wymyślono kilka ciekawych faktów dotyczących marihuany, którą chętnie palili meksykańscy imigranci. Pisze o tym Eric Schlosser, w szalenie interesującym artykule dla czasopisma The Atlantic.

– Uprzedzenia i lęki, które przywitały tych imigrantów, rozszerzyły się także na ich tradycyjny sposób wprowadzania się w stan upojenia: palenie marihuany. Policjanci w Teksasie twierdzili, że to właśnie marihuana pchała ludzi do brutalnych zbrodni, budziła żądzę krwi i dawała palaczom nadludzką siłę. Plotki głosiły też, że Meksykanie rozdawali „zabójcze zioło” nieświadomym amerykańskim uczniom.

Ulotka propagandowa Federal Bureau of Narcotics (1935 rok)

Powolna zmiana nastawienia do marihuany zaczęła się nieco wcześniej – od początku XX wieku konopie wprowadzane były na listę trucizn w kolejnych stanach (Kalifornia, w której od 2018 roku rekreacyjna marihuana jest legalna, opublikowała The Poison Act już w 1907 roku). Wszystko przez proste skojarzenia. Trwała przecież moda na palenie opium, zauważono także, że morfina robi się coraz bardziej popularna nawet wśród tych, którzy nie zdradzają symptomów przewlekłych i bolesnych schorzeń. A ponieważ oba narkotyki były silnie uzależniające, marihuana także zaczęła być postrzegana jako substancja śmiertelnie niebezpieczna. Stąd pomysł, by marihuanę uczynić doskonałym usprawiedliwieniem dla nasilającego się w USA rasizmu.

Nie było problemem wzbudzenie ogólnej paniki – poza Meksykanami oberwali oczywiście Afroamerykanie. Marihuana sprzedawana w portach na południu Stanów Zjednoczonych była bardzo popularna wśród tej mniejszości oraz bardzo modna w klubach jazzowych prywatnych lożach. W 1936 roku przerażonej publiczności amerykańskiej zafundowano zatem liczne seanse propagandowego filmu Reefer Madness, który ostrzegał rodziców, że handlarze narkotyków podstępnie zapraszają nastolatków na imprezy jazzowe, częstują narkotykami i doprowadzają ich do uzależnienia. Sami zresztą zobaczcie – film jest dostępny w serwisie YouTube.

Propaganda, jak to zazwyczaj bywa, poskutkowała. 14 czerwca 1937 roku podpisano – pomimo protestów Amerykańskiego Stowarzyszenia Medycznego, które wskazywało nie tylko na pozytywne efekty zażywania marihuany, ale i brak dowodów na jej uzależniające działanie – Marijuana Tax Act, który delegalizował marihuanę pozbawioną banderoli skarbu państwa. Oczywiście był to bardzo sprytny wybieg – wspomnianej banderoli nie dało się w żaden sposób pozyskać…

Amerykańskie prawo dotyczące konopi zamykało się zresztą w sporej liczbie dokumentów federalnych i stanowych, a proces pełnej delegalizacji przebiegał przez kilka dobrych lat. Na szczeblu federalnym marihuana do dziś jest nielegalna, choć ostatnie wydarzenia w USA mogą dawać sporą nadzieję na przyszłość. Jak na razie sytuacja nie jest zła – już 29 stanów pozwala na sprzedaż medycznej marihuany, jest ona legalna także w Dystrykcie Kolumbii oraz na należących do USA terytoriach Guam i Puerto Rico. Pełen zakaz handlu marihuaną oraz jej posiadania i spożywania obowiązuje tylko w czterech stanach – Nebrasce, Dakocie Południowej, Kansas i Idaho. Rekreacyjna marihuana dozwolona jest w dziewięciu stanach – poza całym Zachodnim Wybrzeżem i Nevadą, także w Kolorado, na Alasce oraz w trzech wschodnich stanach: Maine, Massachusetts i Vermont. Trzeba jednak dodać, że w DC i Vermont nie można rekreacyjną marihuaną handlować. W Vermont może zmienić się to po wejściu prawa w życie – po 1 lipca 2018 roku. W każdym z tych stanów obowiązują zresztą inne zasady dotyczące gramatury jednorazowych lub dziennych zakupów, domowego stanu posiadania gotowych produktów i możliwości samodzielnej uprawy na własny użytek. Zakupów można dokonywać i krzaczki hodować – tak jak w przypadku alkoholu – od 21 roku życia. Dość jednak tej legislacyjnej nudy. Przejdźmy do bardziej ekscytujących wydarzeń i faktów.

Gorączka zielonego złota – wielkie zyski, ale i spore problemy

Od 1 stycznia 2018 roku do stanów, w których można legalnie kupić „rekreacyjną marihuanę” dołączyła w końcu Kalifornia. Choć korzystanie z dobrodziejstw medycznej marihuany nie było tu szczególnie trudne, zmiana prawa wywołała zrozumiałą radość – nie tylko wśród palaczy. Trzeba bowiem pamiętać, że marihuana to złoty interes – doskonale przystający do zwyczajowej nazwy stanu Kalifornia (The Golden State). Turystyczna Kalifornia liczyła na jeszcze większe zyski z legalnej marihuany niż te dokumentowane od 2014 roku w Kolorado. Ale zanim przejdziemy do licznych pozytywów, trzeba wspomnieć też o kłopotach związanych z marihuaną. Gorączka złota przyciągnęła do Kalifornii w XIX wieku ponad 300 tysięcy ludzi. W XXI wieku ściągają tu kolejne dziesiątki tysięcy – tym razem w poszukiwaniu swojego kawałka legalnego konopnego tortu. Zielona fala migracji rozpoczęła się jednak o wiele wcześniej – w latach sześćdziesiątych XX wieku, gdy w San Francisco rozpoczęło się Lato Miłości, a w Szmaragdowym Trójkącie na północy stanu Kalifornia pojawiły się pierwsze nielegalne plantacje marihuany.

Szmaragdowy Trójkąt to trzy hrabstwa – Humboldt, Mendocino i Trinity – idealnie nadające się do uprawiania marihuany. Dziś docenia się przede wszystkim naturalne zasoby: żyzną ziemię, doskonałe warunki pogodowe przez cały rok i naturalne systemy nawodnienia. Jednak do 1996 roku, czyli momentu, w którym Kalifornia na mocy Compassionate Use Act jako pierwszy stan zalegalizowała medyczną marihuanę, Szmaragdowy Trójkąt był doceniany głównie ze względu na doskonałe możliwości ukrywania nielegalnych upraw. Wąskie i kręte drogi przez gęsto zalesione góry przez szereg lat przemierzane były głównie przez samochody, których kierowcy nie rozstawali się z dwoma podstawowymi akcesoriami – kopertą z gotówką oraz gotową do strzału bronią palną. Można było tu spotkać także autostopowiczów – rzadko jednak byli to turyści. Do Szmaragdowego Trójkąta przyjeżdżało się w poszukiwaniu dobrze płatnej pracy na plantacjach. Przypadkowy turysta mógł wpakować się tu w nieliche kłopoty. Dla wielu osób zachowanie istnienia plantacji w tajemnicy było zupełnie dosłownie kwestią życia lub śmierci.

Plantacja marihuany w hrabstwie Humboldt

Po 1996 roku część upraw została zalegalizowana – znacząco zmieniło to sytuację pracowników. Nie można było już liczyć na wysokie dochody – część wynagrodzenia była w końcu wcześniej opłatą za milczenie. I choć hrabstwa Szmaragdowego Trójkąta zaczęły osiągać wysokie dochody z tytułu podatków, pojawił się nowy problem – bezdomność. Przejeżdżając dziś przez Eurekę – jedno z większych miasteczek w tej części kalifornijskiego wybrzeża – trzeba szybko przywyknąć do widoku, który nawet w Los Angeles nie jest tak rażący. Eureka to stolica bezdomności hrabstwa Humboldt – ściągnęli tu z gór wszyscy pozbawieni pieniędzy i perspektyw, często uzależnieni od alkoholu, po licznych aresztowaniach i krótkich wyrokach. Wielu bezdomnych przebywa aktualnie na zwolnieniach warunkowych – nawet gdyby chcieli opuścić hrabstwo, nie wolno im tego zrobić. Problem narasta, a mieszkańcy są coraz bardziej zirytowani. I choć przez lata to właśnie bezdomni generowali wysokie liczby w zastraszających statystykach przestępczości, stanowiąc zagrożenie społeczności i przejeżdżających Pacific Coast Highway turystów, ostatnio sami padają ofiarami agresji.

Nieco niepokojące są też statystyki dotyczące śmiertelności wśród pieszych, prowadzone przez GHSA (Governors Highway Safety Association) – organizację zajmującą się między innymi oceną bezpieczeństwa na drogach w USA. Według raportu GHSA, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017 roku liczba ofiar śmiertelnych wśród pieszych w stanach, które zalegalizowały marihuanę rekreacyjną wzrosła gwałtownie w stosunku do liczby z 2016 roku. W pozostałej części kraju liczba takich zgonów spadła. Z kolei w stanie Kolorado 20 proc. kierowców powodujących wypadki komunikacyjne, w których zginęli ludzie, okazało się być pod wpływem marihuany. Przed legalizacją narkotyku w Kolorado, czyli do 2014 roku, liczba ta była o połowę niższa. W 2016 roku, podczas wyrywkowych kontroli drogowych złapano prawie dwa razy więcej kierowców pod wpływem narkotyku niż przed 2014 rokiem. Czy to duży wzrost? To zależy, którą stronę odwiecznego sporu o to zapytamy. Można również zastanowić się, czy osoby odurzone legalną marihuaną nie byłyby pijane, gdyby narkotyk był zakazany. Około 1/3 użytkowników rekreacyjnej marihuany przyznaje, że przed legalizacją znacznie częściej spożywała alkohol. Aktualnie marihuana znajduje się na trzecim miejscu listy najchętniej wybieranych używek w USA, a przypomnijmy tu raz jeszcze, że wyprzedzające ją alkohol i papierosy dozwolone są absolutnie wszędzie.

Praca, praca, praca

Jednym z największych pozytywów legalizowania narkotykowego biznesu jest tworzenie się kolejnych miejsc pracy. Wyrastające jak grzyby po deszczu dispensaries potrzebują pracowników, a trzeba wiedzieć, że nie wystarczy tam słynna amerykańska uprzejmość i doskonała umiejętność obsługi kasy fiskalnej oraz terminala do kart płatniczych. Po pierwsze – terminali prawie w ogóle się tam nie używa, banki bowiem działają na zasadach prawa federalnego, zatem umożliwianie korzystania ze swoich systemów klientom handlującym marihuaną może być uznane za przestępstwo. Tak naprawdę to telegraficzny skrót – sprawa jest bowiem ogólnie skomplikowana. Najważniejsza jest prosta zasada – prawie wszędzie obowiązuje żywa (zielona!) gotówka. Wszystko się łączy i zazębia.

Design z najwyższej półki

Sprzedawców w dispensaries trzeba też wyedukować – poziom ich wiedzy na temat sprzedawanych produktów bardziej przypomina ten, jaki prezentuje w Polsce farmaceuta niż sprzedawca w monopolowym. Potrzebni są też pracownicy plantacji – na nielegalnych nie obowiązywały żadne zasady, teraz trzeba trzymać się zasad i dbać o pracownika, choć podejście do tego ostatniego w USA jest już dość legendarne i nie zbiera wielu pochwał. Trzeba też zainwestować w transport, ochronę, magazyny – to wszystko kolejne miejsca pracy. A są w Stanach Zjednoczonych miejsca, w których nowe firmy zajmujące się uprawami i handlem marihuaną naprawdę ratują życia, dając mieszkańcom pracę i godziwe zarobki, wyciągając ich ze skrajnej biedy i poczucia beznadziei. Miasta odżywają, inwestują w edukację, tworzą programy pomocowe – życie zaczyna znowu być znośne.

Powstają też wyspecjalizowane firmy zajmujące się reklamą i designem wyłącznie dla zielonego biznesu. W dispensaries można od dawna kupić nie tylko produkty użyteczne, ale także pięknie opakowane, świetnie zaprojektowane, czasem z limitowanych linii kolekcjonerskich. Niektóre dispensaries same budzą podziw – są zaprojektowane jak ekskluzywne sklepy z biżuterią czy eleganckie restauracje. Bywają nowoczesne, bywają mroczne i klimatyczne. Kilka można podejrzeć w artykule na stronie Weburbanist, regularnie prezentuje je też jeden z najważniejszych i najbardziej znanych serwisów internetowych zajmujących się tematyką marihuany – Leafly.com, kopalnia wiedzy.

Istnieją też korzyści, o których mówi się mało – nie są bowiem tak spektakularne jak inne, choć bardzo istotne społecznie. Według najnowszych badań, które przeprowadziły niezależnie dwa amerykańskie uniwersytety – jeden w stanie Georgia, drugi w Kentucky – w stanach, które zalegalizowały medyczną marihuanę, pacjentom przepisuje się aktualnie znacznie mniej uzależniających i niebezpiecznych opioidowych środków przeciwbólowych. Pacjentom żyjącym z przewlekłym bólem wystarczają środki na bazie konopi. Gdy dodamy do tego miliony konsumentów poszukujących – i znajdujących – w marihuanie remedium na szereg innych dolegliwości, robi się naprawdę interesująco.

Wszyscy chcą być na haju

Gdy w 2017 roku do stanów z legalną rekreacyjną marihuaną dołączyła Nevada, a od 2018 roku Kalifornia, Zachodnie Wybrzeże stało się wyjątkowo przyjazne wszystkim regularnym i okazjonalnym palaczom oraz narkotykowym turystom, którzy przybywają w poszukiwaniu ulgi w cierpieniu z miejsc, gdzie nawet medyczna marihuana nie jest legalna. Kalifornia, Nevada, Oregon i Waszyngton połączyły się w ogromny obszar oferujący nieskrępowane rozrywki. Na haju mogą być tam wszyscy. Na wiele różnych sposobów.

Turystów często martwi fakt, że marihuany nie wolno palić w miejscach publicznych. W hotelach i motelach jest to także wykluczone, a zakaz palenia często obejmuje także e-papierosy, obecnie masowo wykorzystywane do konsumpcji marihuany. Z pomocą przychodzą wyluzowani właściciele domów i mieszkań do wynajęcia. W popularnym serwisie Airbnb można bez problemu znaleźć oferty oznaczone jako „420 FRIENDLY” – niektóre można wynajmować na godziny! Z takiej oferty chętnie korzystają osoby, które faktycznie odwiedzają stany z legalną marihuaną z powodów medycznych. Jednak bardziej rozrywkowi palacze korzystają z dobrodziejstw tak zwanych marijuana social lounges – przypominających charakterem holenderskie coffee shops. W niektórych klubach i barach także dozwolone jest palenie marihuany – zazwyczaj jednak na specjalnie wydzielonej przestrzeni.

Kłopoty ze znalezieniem takich miejsc mieli jednak jeszcze do niedawna turyści odwiedzający Las Vegas. Choć mawia się, że wolno tam wszystko, do niedawna największą wolnością była jednak możliwość nieskrępowanego palenia papierosów w kasynach. Hazard i nikotyna nie mogły zrekompensować jednak braku możliwości palenia kupionej legalnie marihuany. Niektóre hotele zaczęły zatem oferować klientom pokoje dla palących także do konsumpcji marihuany. Wcześniej było to niedozwolone. Problemy nie trwały jednak długo – sprzedaż rekreacyjnej marihuany rozpoczęła się w lipcu 2017 roku, a pierwsze lokale, w których można było swobodnie palić otwarto dopiero trzy miesiące później.

Wóz nowojorskiej firmy Weed World Candies, sprzedającej cukierki i lizaki z zawartością CBD (fot. NYCStock/Shutterstock.com)

Niektórych nurtuje zapewne pytanie, czy w kraju samochodów, bankomatów drive-thru i ogólnego wygodnictwa można kupić marihuanę z dowozem. Co prawda o wiele lepiej jest udać się do dispensary – zalety tego rozwiązania są liczne i napiszę o nich wkrótce – ale wychodzić trzeba naprzeciw potrzebom klientów, zatem dowóz marihuany w rozmaitych postaciach pod wskazany adres jest oczywiście możliwy. Jednak to nie lenistwo wygenerowało tę opcję, a rzeczywista potrzeba. Wielu użytkowników medycznej marihuany nie jest w stanie wyjść z domu, często takie osoby nie mają też opiekunów w odpowiednim wieku (lub nie mają ich w ogóle), by zaopatrzyć pacjentów w potrzebne im leki. Niektórzy legalni dystrybutorzy uruchomili zatem usługę dowożenia marihuany do pacjentów, co później rozszerzyło się także na rekreacyjnych użytkowników, choć ich potrzeby zaczęły nieco przerastać dostawców. Jak? To proste. Każdy kierowca może mieć przy sobie określoną prawem ilość marihuany. Jeśli według litery prawa jest ona spora, firmy często ograniczają ją ze względów bezpieczeństwa – dostawca marihuany to łatwy i pożądany cel napadu. Kierowcy poruszają się zatem nieoznakowanymi samochodami, często zresztą je zmieniając. Podobnie jest z bazami – bardzo często zmieniają one lokalizację, by utrudnić potencjalnym obserwatorom zorientowanie się w grafiku i mapie dostaw. Często jednak i to nie wystarczało, trzeba było zatem podjąć nieco bardziej radykalne kroki.

Pionierem okazała się firma z Las Vegas, która zaoferowała policji wgląd w system zamówień i wewnętrzne dane o miejscach pobytu, danych i trasach kierowców. To rozwiązanie okazało się znakomite z dwóch powodów – po pierwsze: policja mogła bez problemu śledzić dostawców, monitorując otoczenie i wyodrębniając potencjalnych napastników. W kilku przypadkach udało się zapobiec przestępstwu, a policja „zrobiła sobie statystyki”. Druga korzyść to ograniczenie liczby zatrzymań dostawców, których często brano za pospolitych handlarzy narkotyków. Zajmowało to policji czas, który w takim mieście jak Las Vegas można zdecydowanie lepiej spożytkować. Tak też się stało – dzięki informacjom pozyskanym z systemu dostaw oraz licznym rozmowom z przedstawicielami innych dystrybutorów, w 2017 roku w Las Vegas policja rozbiła 28 (!) „dostawczych gangów”, handlujących nielegalną marihuaną. Niestety, ze względów bezpieczeństwa i braku wypracowanych zasad i dobrych praktyk, możliwość dowozu ograniczono w Nevadzie pod koniec pierwszego kwartału sprzedaży rekreacyjnej marihuany – zaledwie 20 z około 80 dispensaries może oferować tę opcję swoim klientom. Nie wolno też dowozić zakupów do kasyn, hoteli oraz w miejsca publiczne – na parkingi, do parków, do restauracji itp.

Narkotykowy roadtrip i ślub w oparach

Można jednak z marihuaną samemu się powozić. Turystyka narkotykowa to wiele pomysłów na kreatywne spędzenie czasu z jointem w ustach. Ba, chętnie korzystają z nich też mieszkańcy zielonych stanów. W Seattle i w Portland można wybrać się na wycieczkę „wesołym autobusem”, który nie tylko pokaże najciekawsze miejsca na konopnym szlaku, ale pozwoli na degustację lokalnych wyrobów. Po trzech godzinach w autobusie z zamkniętymi oknami wszyscy klienci są podobno wyjątkowo usatysfakcjonowani. Można zafundować sobie również wycieczkę na plantację. Te największe koncentrują się na uprawie, ale coraz popularniejszym sposobem na biznes jest zakładanie małych plantacji – często na terenach, które wcześniej służyły uprawie winorośli. Niegdyś degustowano tam szlachetne wina, dziś degustuje się nowe hybrydy – oczywiście organiczne, ekologiczne i wyjątkowe. Wysuszone gardło ukoi oczywiście kraftowe piwo z własnego browaru, a nagły głód zaspokoją sery z mleka szczęśliwych kóz.

Nadal za mało? To może zielone wesele? O co chodzi? Jak zwykle o pieniądze, ale i o wielce pożądaną rozrywkę. Coraz popularniejsze stają się bezalkoholowe wesela – miejsce otwartego baru zajmują eleganckie pojemniki z pieczołowicie skręconymi jointami w kliku rodzajach. W menu także ciekawie – „wzmocniony” hummus, podkręcone sałatki, zielone koktajle warzywne i owocowe, a jeszcze nawet nie dotarliśmy do deserów. Wszystko oczywiście stosownie opisane, bo zioło ziołu nierówne. Panna młoda może pozować do zdjęć z elegancką fajką wodną, w drugiej ręce trzymając bukiet ozdobiony charakterystycznymi listkami. Wszystko to oczywiście w sukni uszytej z konopnej tkaniny i po odświeżającym i upiększającym wieczorze przedślubnym w SPA, w którym używa się wyłącznie kosmetyków wykonanych na bazie konopi. Klientów ogranicza tylko wyobraźnia i wiek uczestników wesela – 21 lat.

Upadł niestety – przynajmniej chwilowo – zeszłoroczny projekt utworzenia przy granicy Nevady i Kalifornii marihuanowego miasteczka rozpusty. Firma American Green kupiła w 2017 roku opuszczone Nipton w Kalifornii za pięć milionów dolarów. Dawna osada górnicza niszczała na pustyni Mojave, będąc jedynie fotograficznym przystankiem w pobliżu trasy wiodącej z Los Angeles do Las Vegas. Już w tym samym roku American Green miało urządzić tu wygodny i klimatyczny hotel, w którym goście mogliby oddać się swobodnemu paleniu marihuany, a nieco później otworzyć bar i restaurację, gdzie goście kosztowaliby nowych lokalnych napojów nasyconych ekstraktem z konopi oraz innych smakołyków o przyjemnym działaniu. Minusem całego planu był brak możliwości sprzedaży marihuany do celów rekreacyjnych w 2017 roku, goście musieli korzystać na miejscu z własnych zasobów. Oczywistym zdawałby się pomysł dowożenia sobie wszystkiego z pobliskiego Las Vegas, ale prawa stanowe są nieubłagane – narkotyków nie wolno transportować pomiędzy stanami, nawet jeśli w obu marihuana jest już legalna. Nipton nie zaczęło zarabiać, za to American Green zaczęło mieć problem z finansowaniem całego projektu. W marcu 2018 roku, firma sprzedała Nipton, za prawie osiem milionów dolarów kolejnemu inwestorowi – niewykluczone, że Delta International zrealizuje wstępny projekt, ale na razie brak rzetelnych informacji na ten temat.

Pomimo nielicznych wpadek, zielony biznes kręci się doskonale w każdej formie. I przynosi miliardy dolarów. No właśnie, ale skoro jesteśmy już przy tych miliardach, to kto to wszystko kupuje? Gdzie? I co to właściwie jest TO WSZYSTKO? Tego dowiecie się z następnego odcinka – już niebawem!

Oceń treść:

Average: 4.3 (3 votes)