REKLAMA




Dramat w szpitalu psychiatrycznym. Pacjenci trafiają na OIOM z przedawkowania

Adam jest pacjentem szpitala psychiatrycznego w Lubiążu. – Możesz tu ćpać co chcesz. Musisz mieć tylko pieniądze – mówi.

Tagi

Źródło

WP Wiadomości
Magda Mieśnik

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła.

Odsłony

5765

Mężczyzna przerzuca przez wysokie ogrodzenie małą paczuszkę na długiej nitce. Kolejny wciąga ją przez okno na pierwsze piętro. W środku są metrowe sznurki. – Dla mnie jeden – mówi Adam. Musi zapłacić 500 zł. Po chwili wkłada kawałek sznurka do ust i ssie. Jest nasączony metamfetaminą. Adam jest pacjentem szpitala psychiatrycznego w Lubiążu. – Możesz tu ćpać co chcesz. Musisz mieć tylko pieniądze – mówi.

Trafiają tu chorzy z problemami psychicznymi, młodzież skierowana na odwyk, a nawet mordercy, których uznano za niepoczytalnych i nie mogą odsiadywać kary w więzieniu. Wielu z nich ma niemal nieograniczony dostęp do narkotyków.

- Tu można kupić wszystko. Metamfetamina, kokaina, wszelkie dopalacze. Wystarczy tylko mieć pieniądze – mówi Adam. Sam nie raz kupował środki odurzające. Mimo że do szpitala nie mają wstępu osoby postronne, a pacjenci nie mogą wychodzić poza jego teren, a czasem nawet z budynku, bez problemu zaopatrują się w narkotyki.

Sposobów jest kilka. Dilerzy przerzucają przez wysokie ogrodzenie paczki z towarem, do których przymocowana jest długa nitka. Potem przesyłka jest wciągana do budynku przez okna. – Niedawno spora partia trafiła do nas w przesyłce dla jednego z chorych. Można też dostać kartkę okolicznościową przewiązaną sznureczkami. Rzadko zdarza się, że nic nie można kupić. Dostęp jest niemal 24 godziny na dobę – mówi Darek.

Pocztówki z życzeniami

W zaklejonej kopercie pacjent otrzymuje pocztą kolorową kartkę z życzeniami. Jest przewiązana mniej więcej metrowej długości ozdobnym sznurkiem, nasączonym metamfetaminą. Wystarczy possać. – Kupiłem jeden. Włożyłem do ust. Bardzo źle się poczułem. Podali mi jakieś leki i po kilku godzinach wszystko wróciło do normy – mówi Adam.

Metamfetaminą są także nasączane kartki papieru czy pocztówki. Pacjenci dzielą je na mniejsze kawałki i ssą. Niedawno na jeden z oddziałów o zwiększonym zabezpieczeniu trafiły frotki do włosów. Nikogo nie zdziwiło, po co przesłano je na oddział męski.

Za gram metamfetaminy trzeba tu zapłacić kilka razy więcej niż na ulicy - około 500 zł. Tańsze są dopalacze. Na kokainę niemal nikogo nie stać. Płacić można gotówką, choć dilerzy wolą inne sposoby. – Można zrobić zwykły przelew. Inny sposób to kupienie jakiegoś przedmiotu na Allegro. Diler mówi, co chce, a ty kupujesz i wskazujesz do wysyłki jego adres – mówi Darek.

Kolejna metoda: za równowartość kupionych narkotyków robi się zakupy w szpitalnym sklepiku. – Dilerzy są wśród pacjentów, ale i wśród pracowników szpitala. Każdy ma swój ulubiony sposób płatności – mówi Adam.

Połowa chodzi naćpana

Ostatnia dostawa przyszła trzy dni temu - relacjonują pacjenci. - Wszyscy o tym wiedzieli. Nikt nic nie zrobił. Połowa pacjentów chodzi naćpana - mówi Łukasz. Pacjent szpitala od kilku lat. - Nie chcę tego brać, ale nie mam siły, by przestać. Po tym jak coś zaćpałem, prosiłem lekarzy, by zrobili mi test na obecnośc narktyków. Wtedy mógłbym trafić na oddział o większym rygorze, ale bez dostępu do ćpania. Zignorowali mnie - dodaje.

Są dwa momenty, gdy w szpitalu zaczyna się robić niebezpiecznie. To moment, gdy przychodzi dostawa narkotyków. – Zdarzają się wtedy przedawkowania. Ktoś zaczyna ssać sznurek i odpływa, bo został za mocno nasączony. Kilka osób trafiło z tego powodu na OIOM – mówią pacjenci.

Drugi moment: gdy zaczyna brakować narkotyków. Między pacjentami na głodzie dochodzi do sprzeczek, a nawet bójek. – Wtedy nawet papierosy są bardzo cenne. Dochodzi do kradzieży, napaści. Pracownicy, zamiast pomóc, ładują w nas środki usypiające i na jakiś czas mają spokój – mówi Adam.

Dyrektor wie

Dyrektor Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Lubiążu doskonale zna drogi, jakimi pacjenci pozyskują narkotyki. – Zdarza się, że pozyskują je. Zgłaszamy to na policję. Walczymy z tym, ale mamy związane ręce – mówi dyr. Jacek Kacalak.

- Ile takich przypadków było w tym roku? – pytamy. - Wiele. Nie mogę tego określić, ale wiele. - Czy to prawda, że kilku pacjentów trafiło na OIOM z powodu przedawkowania narkotyków? - Nie mogę o tym mówić, bo potem pacjenci podadzą mnie do sądu. Zdarzają się zapaści. Chorzy z naszej placówki trafiają do szpitala po zatruciu narkotykami, bo czasem nawet nie wiemy, z jakim środkiem mamy do czynienia. Boimy się, że w końcu dojdzie do jakiegoś nieszczęścia.

Dyrektor szpitala przyznaje, że szpital psychiatryczny to nie więzienie i nie ma możliwości kontrolowania korespondencji i paczek pacjentów. – Walczymy też z nitkami, które ktoś przerzuca przez ogrodzenie. Wszystko zgłaszamy na policję i do prokuratury – podkreśla Kacalak.

Łukasz zgłaszał do prokuratury problemy z narkotykami. - Chyba to umożyli, a jedyne, co zrobił dyrektor, to wzmógł kontrole. To z kolei sprawiło, że dilerzy znaleźli nowe sposoby, by przemycać narkotyki - mówi. Ostatni raz kupił metamfetaminę dwa dni temu.

Policja w Wołowie w tym roku wszczęła cztery postępowania w sprawie posiadania środków odurzających na terenie szpitala. W roku 2018 było ich osiem. - Z analizy zdarzeń wynika, że najczęściej środki odurzające ujawniano przy pacjentach przebywających w szpitalu, bądź w sytuacji próby przekazania paczki dla pacjenta, przez osoby najbliższe – mówi sierż. szt. Marzena Pawlik z Komendy Powiatowej Policji w Wołowie. Prokuratura Rejonowa w Wołowie nie prowadzi obecnie żadnego postępowania w tej sprawie.

imiona pacjentów na ich prośbę zostały zmienione

Oceń treść:

Average: 9.9 (13 votes)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

Jak może być coś nie legalnego co stworzył Bóg przecież to jest dla Ludzi chcesz to bierzesz ale w rozsądnych ilościach i nie zgłaszaj się do Takiego syfu jak Szpital Lubiąż

testowo (niezweryfikowany)

miałem okazje tam zawozic kogos na obswrwacę, było to parę lat temu. Sam szpital był w fatalnym stanie a zainteresowanie pacjentami było takie ze podawało sie faktycznie leki uspokajające, w sumie to można było sie wmieszać w pacjenów i nawet zostać jak miało by sie pidżamę i wolne łóżko ;). Bardzo zamulona i słaba atmosfera...
Potwierdzam pojawiali sie niebezpieczni ludzie którzy byli faszerowani czym trzeba było. Ogólnie taka przechowalnia lub miejsce gdzie oddaje sie ludzi w niewiadomym celu. Nic ciekawego nie polecam widok tylu zagubionych(zrobionych) robi warzenie. Lekarz kobieta z którym miałem kontakt, który przygotowywał wypis pacjenta wykonał swoją pracę ze tak powiem profesjonalnie wszystko jak trzeba. Jak chyba każde panstwo swiata nie radzimy sobie i nie mamy na to kasy byc moze celowo aby ten problem rozwiazywac bardziej humanitarnie.
pozdro

randomness