Wewnątrz sekretnych melin Londynu

Od początku prohibicji, opiumowych palarni i wypełnionych marihuanowym dymem jazzowych spelunek, aż do dzisiaj, charakter tzw. ćpalni w zasadzie nie uległ zmianie. Zawsze były opisywane jako pewnego rodzaju prywatne kluby dla wyrzutków społeczeństwa. Odpadający tynk, poplamiony wystrzelonymi ze strzykawek kroplami krwi, jakiś koleś w kącie daje dobie w żyłę, po pokoju szwenda się typ z bronią w ręku, a drzwi wejściowe wyglądają na podejrzanie solidne...

Tagi

Źródło

Vice.pl
Max Daly, tłumaczenie Karolina Wróbel

Odsłony

2353

W minionym tygodniu policja w południowej Walii odkryła i zniszczyła coś, co nazwano "prawdziwą ćpuńską norą". Przykrytą gałęziami drewnianą konstrukcję w mieście Bridgend wyposażono w dach z plandeki i, według policjantów, stół do dilerki, który jednak bardzo przypominał ławę wydrążoną w pniu drzewa. Tyle dowodów wystarczyło, by uznać małą, leśną chatkę za bazę dla miejscowych degeneratów pragnących nabyć, sprzedać lub zapalić trochę marihuany.

Jednakże, ponieważ chatka wyglądała bardziej jak kryjówka Huckleberry'ego Finna niż miejsce zbrodni reakcje opinii, na temat jej odkrycia, nie do końca spełniły oczekiwania policji. Pojawiły się cyniczne komentarze na facebookowym profilu komendy. Niektórzy nawet zarzucali funkcjonariuszom zniszczenie dziecięcej kryjówki. Nawet właściciele psów smucili się, że nie będą już w tej okolicy spalić porannego szluga podczas spaceru w deszczu.

Od początku prohibicji, opiumowych palarni i wypełnionych marihuanowym dymem jazzowych spelunek, aż do dzisiaj, charakter tzw. ćpalni w zasadzie nie uległ zmianie. Zawsze były opisywane jako pewnego rodzaju prywatne kluby dla wyrzutków społeczeństwa. Odpadający tynk, poplamiony wystrzelonymi ze strzykawek kroplami krwi, jakiś koleś w kącie daje dobie w żyłę, po pokoju szwenda się typ z bronią w ręku, a drzwi wejściowe wyglądają na podejrzanie solidne... – taką wizję ćpalni prezentował Guy Ritchie.

Obecnie może dlatego, że w miastach jest o wiele mniej pustostanów, przeciętna „ćpuńska nora" bardziej przypomina po prostu czyjąś chatę w rozwalającej się czynszówce, którą przejęli dilerzy, by mieć gdzie sprzedawać narkotyki. A czasem jest to po prostu dom jakiegoś super wygodnego narkomana.

Mieszkanie Petera w niskim bloku w północno-wschodnim Londynie to jedna z najłatwiejszych do znalezienia miejscówek. W środku mieszkają dwa ogromne mastiffy, które zajmują dosłownie połowę dostępnej przestrzeni, a szczekają o wiele częściej, niż ktokolwiek by sobie tego życzył. Jest to bezpieczne, przytulne miejsce dla grupy fanów cracku i heroiny z okolicy – spotykają się tam, kupują i zażywają.

Peter ma czterdzieści sześć lat i od dwudziestu czterech bierze twarde narkotyki. Brakuje mu jednego oka i gdzieś po drodze zaliczył ogromną szramę na policzku. Dziś wieczorem, na jego kanapach siedzi pięć osób palących crack; dwie z nich później planują wybrać się do sypialni, by wstrzyknąć heroinę.

„Lubię to miejsce, ponieważ jest bezpieczniej niż na ulicy – tam łatwiej wpaść" – mówi 21-letni Elvis, który bierze heroinę i crack od czternastego roku życia. Pewną część młodości spędził w Rosji, kiedyś pracował przy sprzątaniu resztek ludzkiej skóry na melinie, gdzie produkowano i zażywano krokodil. Dwa lata temu wylądował w śmietniku we wschodnim Londynie po przedawkowaniu w czyjejś ćpalni.

Jego dziewczyna, Catherine, także ma 21 lat. Mówi, że jest uzależniona od heroiny, ponieważ jej matka ćpała, kiedy była z nią w ciąży. „Nie robiłabym tego wśród ludzi, którym nie ufam" – oznajmia. „Biorę narkotyki tutaj, ponieważ nie chcę być oceniana i jest bezpiecznie". Catherine przestała już liczyć, ile widziała przedawkowań w życiu, lecz Peter twierdzi, że w jego domu przez ostatnie siedem lat, przytrafiły się tylko cztery.

Z tego, co widzę, Peter opiekuje się wszystkimi; razem dzielą pieniądze, narkotyki i jedzenie. Podgrzewa gotowe obiady, które Catherine i Elvis czasami kradną coś ze sklepów.

„Jest dyskrecja. To dla mnie ważne" – mówi Peter, pociągając głębokiego bucha z lufy. „Nie lubię, gdy dzieci widzą naćpanych ludzi. To nie jest właściwe. Moje mieszkanie jest bezpiecznym miejscem do brania narkotyków. Jeśli ktoś przedawkuje, zadzwonię po karetkę, nie wyrzucę nikogo w krzaki".

Dziesięć lat temu ćpalnie, takie jak niesławna bristolska Black and White Café – najbardziej chyba brutalna miejscówa w UK – zajmowały o wiele więcej miejsca w mediach niż obecnie. Były też plantacje marihuany, jedna po drugiej demaskowane przez policję – zdjęcia „bohaterów" prawie codziennie były na pierwszych stronach gazet.

Choć takie miejsca nadal są kontrolowane przez policję z taką samą częstotliwością jak kiedyś, nikt nie zwraca już na to uwagi. Wyjątkiem od reguły może być zamieszanie doradcy kanclerza w palenie cracku (oskarżenia, których nie chciał skomentować). Ale profesjonalne narkotykowe zagłębia prowadzone przez gangsterów – miejsca z domofonem i metalowymi zasłonami, gdzie goście są przeszukiwani i gdzie mogą kupić duże ilości w celu szerokiej dystrybucji – nadal istnieją.

„Dwa lata temu odwiedziłem lokal w Shepherd's Bush, ponieważ zarekomendował mi je mój diler" – opowiada Elvis. „Powiedział: «Uważaj na to, co mówisz i robisz, bo inaczej możesz stamtąd nigdy nie wyjść». Zmusili mnie do wzięcia trochę heroiny i cracku na miejscu, żeby upewnić się, że nie jestem psem. Podłoga przykryta była plastikową folią, by łatwo można było pozbyć się krwi po zadźganiu kogoś albo żeby zawijać w nią ludzi, którzy przedawkowali i wyrzucać ich na zewnątrz".

Catherine też ma złe wspomnienia z tego typu miejsc: „Ludzie gapili się na mnie, jakbym była dziwką, którą można kupić crackiem" – wyznaje. „Trzęsłam się z nerwów, gdy stamtąd wychodziłam".

Miesiąc temu, sąd w Bradford słuchał zeznań uzależnionej od heroiny Krystyny Truskaweckiej, którą zamknięto w jednej z takich crackowych fortec i zmuszono do sprzedawania prochów przez metalową klapę, by w ten sposób spłacała swój dług wobec dilerów. Nic dziwnego – ćpalnie to raczej ponure miejsca; istnieją nawet „ekstremalne firmy sprzątające", które specjalizują się w czyszczeniu ich.

Z przyjemniejszej strony świata narkotyków: nielegalne palarnie marihuany działały w ukryciu już od lat sześćdziesiątych, długo przed pojawieniem się na Wyspach Brytyjskich cracku. Często można było je znaleźć za nieoznakowanymi drzwiami magazynów, pod szyldami „klubów towarzyskich" albo w małych, ruchliwych sklepikach, gdzie prowadzono sprzedaż spod lady. Takie miejsca działały dzięki sprawnemu kamuflażowi oraz poczcie pantoflowej, która zapewniała klientów. Większość z nich kończyło karierę mniej więcej w ciągu sześciu miesięcy: rozbite przez policję albo obrabowane z kasy i towaru. Jednakże, niektóre serwowały marihuanę latami.

W miejscówce Lynvala, mieszczącej się za wzmacnianymi drzwiami w ciągu magazynów w północnym Londynie, można kupić jamajskie zioło od 2008. Kiedy tam wchodzę, widzę około dwunastu osób – głównie Afrykańczyków i Jamajczyków, ale także kilku Polaków. Niektórzy z nich oglądają piłkę nożną w telewizji. Dwóch Jamajczyków, koło pięćdziesiątki – rówieśników właściciela – gra w bilard, natomiast młodzi mężczyźni stoją w kuchni, strefie handlu.

Pytam Lynvala, dlaczego nikt tu nie pali – ostatnio, kiedy tu byłem, pachniało jak w namiocie szamana. Mówi, że chwilowo tego zakazał, ponieważ zaczęła się tym miejscem interesować policja – z powodu skarg o zakłócanie ciszy nocnej przez sąsiadów. Bez względu na to, Lynval ma ponad dwustu regularnych klientów odwiedzających go co tydzień.

Ściany pokrył muralami i plakatami z motywami rastafariańskimi – głównie przedstawiają Lwa Judy i Hajlego Syllasjego. Jest tam też zdjęcie, z którego jest bardzo dumny – Cesarza spotykającego Królową i duży panel przedstawiający ważnych Afrykańczyków na przestrzeni wieków.

„Ludzie zapraszają swoich znajomych, ale jeśli mają oni negatywną wibrację lub wydają się kłótliwi, odmawiamy im wstępu" – oznajmia Lynval, siedząc w swoim biurze, gdzie znajduje się monitor z obrazem z kamer zamontowanych w każdym pokoju. „Ale celem tego miejsca zawsze było łączenie ludzi i sprzedawanie dobrego zioła. Nie sprzedajemy gówna, po którym ci odbija; my sprzedajemy coś, co poszerza twoją świadomość. Jak śpiewał Bob Marley: Excuse me while I light my spliff / Good god, I gotta take a lift / From reality I just can't drift."

Lynval, praktykujący Rastafarianin, mówi, że większość jego klientów to faceci koło trzydziestki – chociaż ma też grupę kobiet odwiedzających go regularnie. Jest to także miejsce spotkań dla Afrykańczyków w Londynie, którzy przybyli z Etiopii, RPA, Zimbabwe i Nigerii. „Dla niektórych to najbliższa namiastka rodziny. Większość ośrodków kultury jest zamkniętych, a tutaj ludzie mogą rozmawiać o problemach rodzinnych, muzyce, Jeremym Corbynie – o czym tylko chcą. Rozwiązaliśmy tu wiele trudnych sytuacji".

Jeśli narkotyki są zakazane, to naturalne, że ludzie będą próbować znaleźć inne sekretne miejsca, gdzie mogą się naćpać z dala od zasięgu prawa.

Znaczenie tego faktu w szerszym kontekście jest dość oczywiste. Marihuana to nie taki duży problem (mimo, że rządy potencjalnie tracą miliardy na nielegalnym biznesie) jak twarde narkotyki. O wiele lepiej brać coś, co można przedawkować, gdy otaczają cię ludzie, którzy postarają się, byś nie umarł. Pod tym względem powstawanie takich miejsc jak mieszkanie Petera to dobre zjawisko.

Bardziej progresywne społeczeństwach poszły o krok dalej. W 2012 duński rząd otworzył w Kopenhadze pięć tzw. pokoi – miejsc, gdzie uzależnieni mogą brać narkotyki przy użyciu czystych igieł i pod nadzorem profesjonalnego medycznego personelu. Na początku 2015 roku, duńskie Ministerstwo Zdrowia ogłosiło sukces programu: żaden z 301 przypadków przedawkowania, które się tam zdarzyły, nie skończył się śmiercią, więcej ludzi zaczęło szukać pomocy w walce z uzależnieniem, a liczba znajdowanych na ulicach dzielnicy Vesterbro (gdzie znajdują się te „pokoje") zużytych igieł, spadła o jakieś osiemdziesiąt procent. Placówka w Sydney, którą otwarto piętnaście lat temu, również odniosła podobny sukces.

Choć ukrywanie się jest dla narkomanów naturalne, to, co dzieje się w Kopenhadze bardzo przekonująco udowodnia, że dramatycznym wypadkom można zapobiegać, kontrolując i monitorując zażywanie narkotyków. W krajach, gdzie polityka walki z narkomanią nie zmienia się: pozostaje sztywna i szalenie nieefektywna. Może to już najwyższy czas, by zaoferować uzależnionym jakąś alternatywę.

Oceń treść:

Average: 9.7 (13 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Efedryna

Przedstawiciele rasy ludzkiej :D : Global i Baryla


Lek: Tussipect (1szy raz)


Wczesniejsze osiagniecia: Marycha (dosc czesto), DMX (rzadko)


Wymiary :P


Global : Lat 15, 45kg


Turduj : Lat 15, 54kg


Miejsce pobytu: Chatka :P Baryli - starsi w domu.



O godzinie 22:00 zarzucilismy karabinkiem po 10 tabsow ktore kupilismy w listku za 4,88 (dosc drogo) lek zapity duza iloscia

kawy i sprite'a.


  • LSD-25

co:lsd

co jeszcze: tabsy i skun (plus swojski bronek w ilosci nieokreslonej)

ile?: baba na rowerze holenderska raz, krzyże 3 i pół gieta dzielone na trzy osoby

czas: kwachu - kolo 5, tabsy 12:00, skun przez cały czas co jakis czas:), piwo jak wyżej

  • 4-HO-MET
  • Etanol (alkohol)
  • Marihuana
  • Tripraport

W ciągu miesiąca poprzedzającego opisywane wydarzenia, miałem okazję wychodzić na tripy aż trzy razy. Opisywany miał być czwarty i ostatni. Przynajmniej na jakiś czas. Wszystkie poprzednie były z założenia lekkie, więc jeżeli pojawiła się tolerka to niewielka. Umysł również daleki był od wyżęcia, choć czułem już lekkie zmęczenie psychodelikami. Zdecydowałem się jednak tripować ze względu na to, że była okazja zrobić to z bliskimi mi osobami. Do moich dawnych towarzyszy podróży - P i S doszli jeszcze inni lokatorzy z mojego starego mieszkania - J, H i Se. Trip miał miejsce w nocy w lesie pod miastem, na najwyższym wzniesieniu w okolicy, przy ognisku.

Wstęp: Okres sylwestrowo-świąteczny, będący dobrą okazją do odwiedzin starych znajomych i stron rodzinnych dobiegał końca. Mimo tego, wciąż nie udało się zorganizować wspólnego wyjścia na tripa. Na szczęście, z okazji Święta Trzech Króli, w ledwie rozpoczętym nowym roku, przytrafił się długi weekend. Postanowiłem więc złożyć wizytę w moim byłym mieszkaniu i zgodnie z planem, potripować na homecie. Było go trochę mało, bo jakieś 75-80mg na 5 osób, jednakże wystarczyło na całkiem wesoły psychodeliczny spacer. Raport jak zwykle pisany po długim czasie (3 lata).

  • LSD-25

To było siedem lat temu, dokładnie 1 sierpnia 1996. Takich dat nigdy się nie zapomina, takie dni pamięta się do końca dni na tym świecie, przynajmniej ja:)
Był słoneczny dzień, olimpiada w Atlancie i Hoffman do podjęcia z BABĄ NA ROWERZE - taki obrazek jak wiecie:) Było dwóch kumpli i trochę żetonów już na koncie. Jednak BABA NA ROWERZE z 1 sierpnia 1996 była najbardziej wyjątkową z bab! Przywieziona prosto z Amsterku aż kleiła się w łapach. Była świeżutka a jej oleistość napawała nadzieją niezłej jazdy...