REKLAMA

Psylocybina: podróż poza zasięg lęku przed śmiercią?

Tagi

Źródło

Scientific American
Richard Schiffman

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

1327

W ramach jednego z największych i najbardziej rygorystycznych klinicznych badań nad psychodelikami, jakie do tej pory przeprowadzono, naukowcy z Johns Hopkins University i New York University odkryli, że pojedyncza dawka psylocybiny — związku psychoaktywnego obecnego w "magicznych” grzybach — znacząco zmniejsza depresję i lęk u pacjentów z zaawansowanym rakiem.

Psychodeliki były przedmiotem wielu poważnych badań medycznych w latach 60. XX wieku, kiedy to wielu naukowców było zdania, że niektóre środki zmieniające świadomość wyglądają na niezmiernie obiecujące pod względem potencjału terapeutycznego i mogą znaleźć zastosowanie w leczeniu szeregu schorzeń, w tym poważnych problemów psychiatrycznych i uzależnienia od alkoholu. Gdy jednak Timothy Leary, ekstrawagancki profesor psychologii z Harvardu – jeden z najznamienitszych zaangażowanych w te badania naukowców — zaczął agresywnie promować LSD jako narzędzie ekspansji świadomości dla mas, odbiło się to szerokim echem w młodzieżowym ruchu kontrkulturowym i wymknęło spod czyjejkolwiek kontroli. Leary stracił pracę i ostatecznie stał się międzynarodowym zbiegiem. Praktycznie wszystkie legalne badania na psychodelikami ustały, gdy federalna polityka antynarkotykowa przybrała w latach 70. ostry kurs.

Ten kilkudziesięcioletni przestój zakończył się w roku 1999, gdy Roland Griffiths z Johns Hopkins stał się jednym z pierwszych naukowców skłonnych zainicjować nową serię badań na psylocybiną. Griffiths nazwany jest dziadkiem obecnego renesansu badań nad psychodelikami i 21-wiecznym pionierem w tej dziedzinie, ale ten badacz o miękkim głosie nie jest aktywistą, ani też szamanem czy showmanem na podobieństwo Leary'ego. Jest za to naukowo rozważnym farmakologiem klinicznym i autorem ponad 300 badań dotyczących substancji zmieniających nastrój, począwszy od kawy, a na ketaminie skończywszy.

Fascynacja Griffithsa psychodelikami wynika w dużym stopniu z jego własnej medytacyjnej praktyki uważności, o której mówi, że wywołała w nim zainteresowanie odmiennymi stanami świadomości. Kiedy w ramach badania zaczął podawać psylocybinę ochotnikom, był zaskoczony, że ponad dwie trzecie uczestników określiło swoją psychodeliczna podróż jednym z najważniejszych doświadczeń w życiu.

Griffiths uważa, że psychodeliki są nie tylko narzędziem przydatnym do odkrywania najdalszych krańców ludzkiego umysłu. Mówi, że wykazują także niezwykły potencjał w leczeniu różnych zaburzeń, od uzależnienia od narkotyków i alkoholu po depresję i zespół stresu pourazowego.

Mogą one również pomóc łagodzić jedną z najdotkliwszych udręk ludzkości: niepokój towarzyszący stawaniu w obliczu nieuchronności śmierci. W badaniu prowadzonym wspólnie przez Griffithsa i Stephena Rossa, dyrektora ds. badań klinicznych z NYU Langone Center of Excellence on Addiction, 80 pacjentom z zagrażającym życiu rakiem podano w Baltimore i Nowym Jorku laboratoryjnie syntetyzowaną psylocybinę. Badanie odbywało się w starannie dobranym otoczeniu i w połączeniu z ograniczonym doradztwem psychologicznym. W ponad trzech czwartych przypadków odnotowano znaczącą ulgę w depresji i lęku – polepszenie kondycji, które utrzymywało się w trakcie badania kontrolnego przeprowadzonego sześć miesięcy po przyjęciu związku w ramach badania z użyciem podwójnie ślepej próby, opublikowanego 1 grudnia w The Journal of Psychopharmacology .

"Jest po prostu bez precedensu w psychiatrii, by pojedyncza dawka leku skutkowała tego typu radykalnymi i trwałymi rezultatami" - mówi Ross. On i Griffiths przyznają, że psychodeliki mogą nigdy nie być dostępne na półkach drogerii. Naukowcy są jednak w stanie wyobrazić sobie obiecującą przyszłość tych substancji w kontrolowanym stosowaniu klinicznym. W obszernym wywiadzie dla Scientific American Griffiths opowiedział o badaniu z udziałem pacjentów onkologicznych i o innych swoich pracach związanych psychodelikami – polu badań, o którym twierdzi, że może ono przyczynić się do naszego przetrwania jako gatunku.

***

Jakie były pana obawy związane z badaniem angażującym pacjentów z rakiem?

Ochotnicy często trafiali do nas bardzo zestresowani i zdemoralizowani przez chorobę i niejednokrotnie bardzo męczące leczenie. Bardzo mocno odczuwałem na początku potrzebę zachowania ostrożności, zastanawiając się, czy to, co chcemy zrobić, nie będzie ponownym otwieraniem ran osób borykających się z bolesnymi kwestiami śmierci i umierania. Skąd mogliśmy mieć pewność, czy tego rodzaju doświadczenie, z tak dezorientującym związkiem, nie zaostrzy ich stanu? Okazuje się, że tak się nie stało. Efekt jest dokładnie odwrotny. Doświadczenie to wydaje się mieć dla pacjentów głębokie znaczenie duchowe i osobiste, silnie terapeutyczne w kontekście rozumienia swojej choroby i sposobu myślenia o przyszłości.

Czy mógłby pan opisać zastosowaną procedurę?

Spędziliśmy co najmniej osiem godzin na rozmowach z tymi ludźmi o ich raku, ich lękach, ich problemach i tak dalej, budując z nimi dobre relacje przed przejściem do testów. Podczas sesji nie było żadnych konkretnych interwencji psychologicznych — po prostu zapraszaliśmy tych ludzi, by położyli się na kanapie, odkrywając swoje własne doświadczenie wewnętrzne.

Co uczestnicy badania mówili o tym doświadczeniu?

Jest w samej istocie tego doświadczenia coś, co otwiera ludzi na wielką tajemnicę tego, o czym nic nie wiemy. Nie jest tak, że każdy wychodzi z tego stanu i oświadcza: "Och, teraz wierzę w życie po śmierci”. Wcale nie musi tak być. Doświadczenie psylocybinowe umożliwia jednak odczucie głębszego sensu i zrozumienie, że w szerszym ujęciu wszystko jest w porządku i nie ma się czego obawiać. Spokój ducha, który z tego wypływa, jest niezwykły. To niebywałe, widzieć ludzi tak strasznie doświadczonych przez tę chorobę, gdy zaczynają zapewniać swoich ukochanych bliskich, że „wszystko jest w porządku i nie ma potrzeby się zamartwiać”- kiedy umierająca osoba jest w stanie zwracać się do opiekunów z takimi zapewnieniami, nawet nas, badaczy, pozostawia to z uczuciem zdumienia.

Czy tak pozytywny efekt jest czymś uniwersalnym?

Ustaliliśmy, że reakcje była adekwatne do dawki. Większe dawki dawały silniejszą odpowiedź niż mniejsze. Okazało się również, że występowanie doświadczenia o charakterze mistycznym jest dodatnio skorelowany z pozytywnymi efektami: u tych, którzy je przeszli, dużo większa była szansa na trwałe, znaczące zmiany na lepsze w odniesieniu do objawów depresji i niepokoju.

Czy któryś z ochotników doświadczył jakiegoś rodzaju problemów?

Zawsze istnieją związane z tymi związkami potencjalne zagrożenia. Jak się wydaje, przed wieloma z nich możemy uchronić się poprzez badania przesiewowe i odpowiednie procedury przygotowawcze. U około 30 procent naszych ochotników odnotowano pojawienie się w którymś momencie doświadczenia pewnego strachu lub dyskomfortu. Gdy byli zaniepokojeni, mogliśmy powiedzieć im kilka słów lub trzymać ich za rękę. Tak naprawdę chodziło tylko o utwierdzenie ich w konsensusie rzeczywistości, przez przypomnienie im, że przyjęli psylocybinę i że wszystko będzie dobrze. Bardzo często takie krótkotrwałe psychologiczne wyzwanie może mieć charakter katharsis i służyć jako przejście do doświadczenia naładowanego osobistymi znaczeniami i transcendencją — ale nie zawsze tak się dzieje.

Co zamierzacie dalej?

Instytut Badań Hefftera, który sfinansował naszym badanie, rozpoczął właśnie rozmowy z FDA (Agencja ds. Żywności i Lekarstw) w sprawie rozpoczęcia testów fazy III. Faza III badania klinicznego jest złotym standardem dla określenia, czy substancja jest klinicznie skuteczna i czy spełnia wymogi niezbędne, aby mogła stać się dostępna jako farmaceutyk. Po takim zatwierdzeniu psylocybina będzie z początku dostępna dla przypadków w ściśle określonych przypadkach i przy zachowaniu restrykcyjnych warunków. Lek będzie mógł być kontrolowany i dystrybuowany przez centralną aptekę, która wyśle go do kliniki, gdzie pracują lekarze upoważnieni do podawania psylocybiny w określonym kontekście terapeutycznym. Nie chodzi zatem o sytuacje, kiedy pacjent dostaje receptę i zabiera lek do domu. Właściwą analogią byłoby raczej podawanie środka znieczulającego przez anestezjologa.

Prowadzicie również badania dotyczące psylocybiny i palenia papierosów.

Używamy psylocybiny w połączeniu z terapią poznawczo-behawioralną, aby sprawdzić, czy u palaczy głęboko znaczące doświadczenia, jakie mogą mieć miejsce po podaniu psylocybiny, można powiązać z intencją i podjęciem decyzji, aby rzucić palenie – chodzi głównie o ludzi, którym wielokrotnie się to nie udało. Wcześniej prowadziliśmy niekontrolowane badanie pilotażowe, w którym wzięło udział 50 ochotników, z których 80% zachowywało abstynencję po sześciu miesiącach. Obecnie prowadzimy w tej populacji kontrolowane badanie kliniczne.

Jak wyjaśniłby pan tak niezwykłe wstępne wyniki?

Po wzięciu psylocybiny ludzie wydają się mieć więcej zaufania do zdolności samodzielnej zmiany swojego zachowania i możliwości radzenia sobie z uzależnieniem. Przed tym doświadczeniem dana osoba często odczuwa brak pola manewru w stosunku do swojego uzależnienia, które postrzega jako zbyt głęboko zaszczepione, by zmiana była możliwa. Jednak po doświadczeniach tego rodzaju — które przypominają w pewnym sensie stworzenie kopii zapasowej i uzyskanie w ten sposób szerszego wglądu — zaczynają zadawać sobie pytanie: "Czemu właściwie myślę, że nie mogę rzucić palenia papierosów? Dlatego sądzę, że to pragnienie jest tak silne, że muszę mu się poddać?” Podanie psylocybiny wydaje się bardzo pomocne, gdy jest sprzężone z terapią poznawczo-behawioralną, która daje palaczowi narzędzia i wytyczne do pracy w tym obszarze.

Współpracuje pan również z osobami praktykującymi medytację. Czy mają oni podobne doświadczenia?

Zrobiliśmy takie niepublikowane badanie z osobami stawiającymi pierwsze kroki w medytacji. Okazało się, że psylocybina wzmacniała ich zaangażowanie w praktyki duchowe, wydawała się też wzmacniać u nich takie cechy jak wdzięczność, odczuwanie współczucia, altruizm, wrażliwość na potrzeby innych i zdolność przebaczania. Interesowało nas, czy użycie psylocybiny w połączeniu z medytacją może skutkować trwałymi zmianami o walorze prospołecznym. Wygląda na to, że tak właśnie jest.

Czyli naprawdę następuje zmiana osobowości?

Tak. To bardzo interesujące, ponieważ osobowość definiowana jest jako stała charakterystyka; zasadniczo uważa się, że jej elastyczność zanika, gdy człowiek osiąga wiek dwudziestu paru lat. A jednak widzimy u tych osób znaczący wzrost "otwartości" i innych prospołecznych parametrów osobowości, co jest dodatkowo skorelowane z kreatywnością, jest to zatem naprawdę zaskakujące.

Czy wiemy, co tak naprawdę dzieje się wówczas w mózgu?

Prowadzimy badania z użyciem neuroobrazowania. Grupa dr Robin Carhart-Harris w Imperial College w Londynie także to robi, jest to więc obszar bardzo aktywnie penetrowany. Efekty mogą być wyjaśniane, przynajmniej na ten moment, przez powstające w mózgu zmiany w czymś, co nazywamy "siecią trybu domyślnego", która bierze udział w przetwarzaniu autoreferencyjnym [oraz podtrzymywaniu naszego poczucia ego]. Okazuje się, że w stanie depresji ta sieć jest nadpobudliwa. Co ciekawe, w czasie medytacji staje się nieaktywna. Również po psylocybinie przechodzi w stan spoczynkowy. To właśnie może korelować z doświadczaniem szczególnej klarowności bycia tu i teraz.

Takie jest jest chyba wyjaśnienie efektów psychodelicznych w trakcie sesji, ale długotrwałe efekty są znacznie mniej oczywiste i nie sądzę, żebyśmy mieli o mechanizmie ich powstawania jakiekolwiek bliższe pojęcie. Niewątpliwie będzie to o kwestia wiele bardziej skomplikowana niż domyślny tryb sieci, a to z powodu ogromnej współzależności funkcji mózgu.

Jakie są praktyczne implikacje budowania tego rodzaju wiedzy — w aspekcie neurologicznym i terapeutycznym — na temat psychodelików?

Ostatecznie nie chodzi tak naprawdę o psychodeliki. Nauka zmierza do sięgnięcia daleko poza ich kwestię, kiedy tylko zaczniemy rozumieć mechanizmy umysłu leżące u podstaw ich działania i zaczniemy wykorzystywać tę wiedzę dla dobra ludzkości.

Rdzeniem doświadczenia mistycznego jest jednorodność wzajemnych powiązań wszystkich ludzi i rzeczy, świadomość, że wszyscy jesteśmy połączeni. To właśnie brak tego poczucia potrzeby wzajemnej troski stanowi w tej chwili zagrożenie dla naszego gatunku, skutkując dewastacją środowiska i rozwijaniem broni, które mogą zniszczyć życie na naszej planecie. Odpowiedzią nie jest jednak konkluzja, że każdy powinien używać psychodelików. Istotą jest zrozumienie, jakie są mechanizmy maksymalizacji tego rodzaju doświadczeń i dowiedzenie się, jak wykorzystać je tak, abyśmy nie skończyli unicestwiwszy samych siebie.

Oceń treść:

Average: 10 (11 votes)
randomness