REKLAMA




Oczyszczanie flagi z krwi i białego proszku

"Dlaczego aż tak interesuje cię wątek narkotykowy? To było dawno, żyjemy w innym kraju."

Kiedy jednego z najlepszych piłkarzy w Kolumbii Andresa Escobara zamordowano za samobójczego gola strzelonego w MŚ’94, żałoba nie trwała długo. Życie i futbol były tak bardzo splamione krwią, że ludzie zdążyli przywyknąć do podobnych sytuacji. Dziś Kolumbijczycy chcą jak najmocniej odciąć się od czasów terroru.

Kilkunastu kolumbijskich dziennikarzy od pierwszego dnia w Italii z szerokim uśmiechem przyjęło mnie w swoje szeregi. „To niesamowite, że tu jesteś jako jedyny Europejczyk. To dwa zupełnie różne kontynenty. Od teraz jesteś dla nas Kolumbijczykiem” – usłyszałem. Z miejsca zaoferowali pomoc, podali swoje numery telefonów, zaoferowali podwózkę, by ułatwić podróże do położonego w górskim, leśnym terenie ośrodka Milanello, gdzie reprezentacja Kolumbii przygotowywała się do mundialu. Ludzie do rany przyłóż. Kolejne dni upływały w kulcie pracy, podróże umilały samba i cumbia, a dyskusje toczyły się na wszelkie możliwe tematy, aż zaczął się ten drażliwy.

– Dlaczego aż tak interesuje cię wątek narkotykowy? To było dawno, żyjemy w innym kraju – zareagował Juan Felipe Cadavid z telewizji RCN, jednej z dwóch największych w kraju.

– Kraj został oczyszczony, już jest bezpiecznie. Opowiemy ci o wszystkim, bo to historia. To jednak boli tak, jak gdybyś ty cały czas musiał słuchać o czasach okupacji i II wojny światowej – dodaje operator Juan Camilo Caramillo z charakterystycznym akcentem z Medellin – dawnego serca narkobiznesu.

Życie przerosło kino

Historii trudno się wyprzeć. Dla wielu naturalnym skojarzeniem z Kolumbią jest biały proszek. Powróciło ono i przybrało na sile po emisji serialu „Narcos”, który przedstawił ten kraj jako kokainowe Eldorado.

– Wiadomo, że trzeba było z tego zrobić Hollywood. Najgorzej, że niektórzy zaczęli odbierać Pablo Escobara jako bohatera pozytywnego, wiodącego niesamowicie barwne życie. Ale reżyserzy opowiedzieli prawdziwą historię. Życie nawet przerosło film. Gdybyś przyszedł z takim scenariuszem, wyśmialiby cię za niektóre sceny. A momentami naprawdę była rzeźnia – uważa najstarszy z ekipy Mauricio Posada z Canal1.

Największe żniwo zbierały kartele z Cali położonego w Andach oraz Medellin. Do dziś w całej Ameryce mówi się „jesteś naćpany jak mucha z Medellin”, bo na pierwszy plan został wypchnięty Pablo Escobar, przywódca tego drugiego kartelu. Panowie z Cali woleli działać w ciszy, natomiast El Patron lubił zwracać na siebie uwagę. Był bezwzględny. To człowiek, który został wybrany do kolumbijskiego parlamentu i chciał zostać prezydentem. Kiedy państwo w końcu zaczęło go ścigać, dokonał zamachu na Sąd Najwyższy, zabił połowę sędziów i spalił dowody. Wysadzał samoloty, zlecał zabójstwa kandydatów na prezydenta, a kiedy miał w końcu trafić do więzienia, zrobił to na swoich warunkach. Ludzie widzieli obrazki „uwięzionego” Escobara w twierdzy La Catedral, która w rzeczywistości była luksusową rezydencją – z własnymi strażnikami, kompleksem sportowym, basenem, a nawet prostytutkami.

– Wyniszczył ten kraj. Ale też inwestował. Sporo dzielnic, boisk czy szpitali jest wybudowanych przez niego. Na przykład nasi reprezentanci Juan Fernando Quintero czy Juan Cuadrado wychowywali się na obiektach, które zasponsorował – mówi Daniel Angulo z FOX Sports.

Baronowie narkotykowi zarabiali krocie. Popyt na kokainę – białą damę, na którą roztrzęsiona czekała cała Floryda – był ogromny. Śmiali się w twarz prawu, bo sami je ustanawiali. Życie w Kolumbii przekroczyło granice logiki.

Ranczo z najwyższymi zarobkami

– Baronowie narkotykowi mieli trzy pasje: kobiety, konie i futbol. Nic dziwnego, że z czasem zaczęli inwestować w piłkę. Od budowy boisk osiedlowych, aż po kupno klubów. Liga była przepełniona brudnymi pieniędzmi, ale to wpłynęło na jej rozwój. Najlepsi piłkarze dostawali więcej pieniędzy i nie musieli wyjeżdżać z Kolumbii, grali w lepszych warunkach, a dodatkowo były tu ściągane gwiazdy. Wcześniej nie mieliśmy żadnych sukcesów, zawsze patrzyliśmy na lepszych, a kiedy trafiło nam się złote pokolenie, zostało popchnięte do przodu narkotykowymi pieniędzmi – tłumaczy Juan Cadavid.

– Bracia Gilberto i Miguel Rodriguez Orejuela byli szefami America Cali, Gonzalo Gacha miał udziały w Millonarios, a w Atletico Nacional z Medellin pompował pieniądze Pablo Escobar – wylicza Jhonson Rojas z CaracolTV.

Kiedy po raz pierwszy w historii w 1989 roku kolumbijski klub Atletico Nacional wygrał Copa Libertadores, Pablo Escobar – zazwyczaj zimny jak głaz – popadł w euforię. Prywatnym odrzutowcem zabrał wszystkich piłkarzy na swoje ranczo, by świętować. Hojnie wynagrodził ich premiami. Zwłaszcza ci, którzy wywodzili się z biedy, jak Rene Higuita czy Leonel Alvarez, ówcześni reprezentanci Kolumbii, chętnie korzystali z jego gościnności. Inni, jak zdolny obrońca Andres Escobar, którego z Pablem łączyło tylko nazwisko, pojawili się tam z grzeczności i jak najszybciej wracali do domu.

– Pablo Escobar bawił się tym. Potrafił ze wspólnikiem zorganizować mecz na ranczu na zasadzie: ja zbiorę swój dream team, a ty zbierz swój. Wykładali milion dolarów na stół i właściciel wygranego zespołu zabierał pieniądze. Spraszali do siebie najlepszych piłkarzy świata na prywatne mecze, by mieć frajdę. Niektórzy przylatywali, grali, zabierali pensje wyższe niż ich kilkumiesięczne zarobki i wracali, umywając ręce. Nie mogli przecież odmówić – opowiada Daniel Angulo.

Życie kończy się na piłce

Na takich fundamentach wzrastał kolumbijski futbol. Apetyty rozbudził już mundial w 1990 roku w Italii, do którego Kolumbijczycy awansowali po 28 latach posuchy. Znaleźli się w najlepszej szesnastce, ale odpadli po dogrywce z Kamerunem (1:2). Cztery lata później do Stanów Zjednoczonych wybierali się po medale.

– W rozwalonym, zdruzgotanym państwie było coś, co łączyło ludzi. Piłka, a zwłaszcza reprezentacja. Bo do meczu siadali wszyscy: bogaci, biedni, policjanci, handlarze narkotyków, partyzanci, politycy i członkowie bojówek. Piłka była nierozłącznie związana z kartelami, ale kibicowanie łamało granicę – mówi Mauricio Posada.

Piłkarze prowadzeni przez trenera Francisco Maturanę wygrali eliminacje MŚ 1994 bez porażki, w Buenos Aires ograli 5:0 Argentynę. Mieli tylko czterech piłkarzy z Europy, pozostali grali w lidze kolumbijskiej, a wszyscy eksperci – na czele z Pele – wróżyli im sukces.

– Byli w fenomenalnej formie, a zwycięstwo nad Argentyną było punktem kulminacyjnym. Inni płacili gigantyczne pieniądze za granie z Kolumbijczykami, objeżdżaliśmy świat i czuliśmy się jak królowie – opowiada Juan Cadavid.

Kolumbijczycy byli tak pewni swego, że przed mistrzostwami świata w hotelu urządzali sobie regularne przyjęcia – były rodziny piłkarzy, przyjaciele, osobistości, wszyscy bawili się w najlepsze.

– Ale nie mieli pojęcia o przeciwnikach. Nawet nie podeszli do analizy rywali. W pierwszym meczu przegrali 1:3 z Rumunią, a nawet nie wiedzieli, kim jest Gheorghe Hagi czy strzelec dwóch goli Florin Raducioiu. Rumuni ich zaskoczyli – dodaje dziennikarz.

Nagle presja zaczęła rosnąć. Pojawiały się też naciski. Niektórzy zawodnicy wysłuchiwali, że dla ich rodzin będzie lepiej, jeżeli wygrają z USA. Przy takim napięciu już w 13. minucie obrońca Andres Escobar interweniował pechowo i wbił piłkę do własnej bramki, chcąc przeciąć dośrodkowanie, co jeszcze bardziej załamało wystraszonych Kolumbijczyków. Gospodarze wygrali 2:1. Kolumbia mogła pakować walizki.

– To okropne, ale życie się na tym nie kończy, to tylko mecz piłki nożnej – powiedział pechowiec Escobar. Nie wiedział, jak głośnym echem odbiją się te słowa, bo 10 dni po tej porażce został zabity w Medellin sześcioma strzałami z pistoletu.

Rum, salsa i strzelanina

– Pamiętam to jak dziś. Nie był to mój bliski znajomy, ale jednak osoba, z którą przeprowadziłem w życiu kilka wywiadów. Ostatni nawet miesiąc przed śmiercią. Rano miałem dyżur w radiu i nie mogłem w to uwierzyć. Po pierwsze, bo to jeden z najlepiej odbieranych i ułożonych zawodników tamtej kadry. Po drugie, bo był dobrym człowiekiem. Po trzecie, bo to największy profesjonalista, który najbardziej poświęcał się dla kadry. Został ofiarą irracjonalnych czasów wszechobecnej zgody na agresję. Wiedziałem, w jakim świecie żyjemy, ale wtedy oświeciło mnie, że nie ma u nas żadnych świętości. Nawet idole mogą zostać straceni, a wydawało się, że to sfera, której ten barbarzyński świat nie dosięgnie – wspomina ze smutkiem Posada.

– Ślub w planach, kontrakt od Milanu na stole, perspektywa objęcia opaski kapitańskiej po Carlosie Valderramie. Znalazł się w złym miejscu i wszystko runęło – uważa Francisco Maturana, prowadzący wtedy Kolumbijczyków.

Teorii zabójstwa Andresa Escobara było mnóstwo. Wiele z nich zostało przekoloryzowanych i okazało się fikcją. Nieprawdą jest, że zginął dlatego, iż baronowie narkotykowi postawili fortunę na zwycięstwo Kolumbii w mundialu.

– Mieli wszystkie pieniądze świata. Zakładali się dla frajdy, a nie dla powiększenia budżetu. Kto by im to wypłacił? Mogli przecież kupić każdego piłkarza z tej reprezentacji. Zresztą robili to – słyszymy.

Fałszem jest również to, że ktoś dopadł go w ramach złości i zemsty. Krążą plotki, że zabójca strzelał do niego, krzycząc niczym komentator „goooool”. To też fikcja. Ludzie byli wściekli, ale nie do tego stopnia, by zabijać kogoś w ramach rewanżu. Nie w tym przypadku.

– Jak to wyglądało w rzeczywistości? – dopytuję.

– Andres Escobar wyszedł do jednego z klubów nocnych na obrzeżach Medellin. Standardowo: dyskoteka, dużo rumu, whisky, salsa, podrywanie kobiet. Sposób na odreagowanie, pewnie chciał się wyłączyć i zapomnieć. Jakoś w środku nocy wyszedł na parking. Wtedy zaczepili go bracia Henao. Ani ważne osobistości, ani gangsterzy ze slumsów, powiedzmy, że przestępcy klasy średniej. Docinali mu za samobója, ale to były rzeczy normalne dla pijanych ludzi, jakie zdarzają się mnie i tobie, gdy jesteś wstawiony. Doszło do wymiany zdań, riposty, potem wulgaryzmów. Tamten facet zaczął go popychać, doszło do szarpaniny. Kiedy Andres odepchnął Henao, ich kierowca wyjął pistolet. Escobar był pijany, więc nie zamierzał odpuścić. Urodził się w Medellin, więc broń widział na każdym kroku. Odpyskował im znowu. I to go pogrzebało, bo facet strzelił. Kilka razy. Wszyscy zamarli, muzyka ponoć szybko ucichła – opowiada Cadavid.

Escobara zabił Humberto Munoz Castro. Piłkarz dostał sześć kul, ale zmarł dopiero w szpitalu. Realia były takie, że sprawcę sądzili prawie rok, a kiedy już został skazany na 43 lata, wyszedł na wolność po zaledwie 11. O ironio, za dobre sprawowanie.

Zabójstwo sposobem na wszystko

Zadzwoniliśmy również do kolegów Andresa Escobara z szatni, by dopytać o ich odczucia związane z mundialową katastrofą sprzed 24 lat.

Carlos Valderrama: – Odszedł człowiek życzliwy i pokorny. Dowiedziałem się o tym w samolocie od stewardessy i zastanawiałem się, czy jeszcze wracać do Kolumbii. Został ofiarą złych czasów. Tęsknię za nim, bo był przykładem kolegi i piłkarza. Na zawsze będzie w moim sercu.

Faustino Asprilla: – Kolumbia ma swoje problemy. Dziś już nieco inne, ale nadal trudne. To była wielka tragedia, ale trzeba patrzeć do przodu. Dziś jest inaczej.

Inni piłkarze, jak Rene Higuita czy Leonel Alvarez w ogóle odmawiali komentarza: – Po co do tego wracać? Zmieńmy temat.

Skala okrucieństwa, mordu i brutalności była tak wielka, że gdy 51-krotny reprezentant Kolumbii Andres Escobar został zabity, spotkało się to rzecz jasna z płaczem i żałobą. Na pogrzebie pojawiło się 120 tysięcy osób. Kiedy jednak pytam, czy naród przeżywał to przez lata, dziennikarze kręcą głową.

– Nie, wszyscy poszli dalej. Piłkarze może przestali wracać do Kolumbii w obawie o powtórkę, ale nie byli w niesamowitym szoku. Liga została zawieszona tylko na weekend. Niektórzy mogli chować to w sobie latami, rozpaczać, bo przeżyli z nim wiele. Ale byli też w skorupie ochronnej. Byliśmy martwi w takich sytuacjach. Było ich zbyt dużo. Kiedy ktoś ogląda dzisiaj w telewizji śmierć, to tak nie szokuje. Wtedy widziałeś to na ulicach. To było na porządku dziennym. Przykre prawo ulicy, gdy ludzie załatwiali takie rzeczy po swojemu. Trudno w to uwierzyć – opowiada nam Cadavid.

– Okrucieństwo, które brało się z góry, ale objawiało głównie w dolnych sferach społeczeństwa, mogło dosięgnąć wszystkich. To była kwestia środowiska i wychowania. Rodziłeś się z niczym, więc myślałeś, że stanowisz prawo. Że możesz komuś zabrać telefon czy zegarek, a jeśli nie, to zrobić mu krzywdę. Nie było barier – dodaje Posada.

Złote pokolenie kolumbijskiej piłki zostało rozmyte przez narkotykowy brud. Choć największe kartele udało się poskromić, do głosu zaczęły dochodzić mniejsze grupy. Kolumbia latami walczyła o pokój w kraju. W piłce też zamarła, w MŚ zagrała jeszcze w 1998 r., a potem wróciła dopiero po 16 latach. Z nowym złotym pokoleniem.

– Dziś Kolumbia jest czysta? – zastanawiam się.

– Bezpieczna. To kraj z fundamentami i marzeniami. Piękny. Czarna strefa nadal istnieje, ale nie oddziałuje tak na życie przeciętnych ludzi – twierdzi Posada.

– Bez obaw wypuściłbym cię samego na ulicę – wtrąca z uśmiechem Cadavid.

– Ale jak widzisz, nadal wiele mamy do udowodnienia i wyczyszczenia. Żyje się normalnie i szczęśliwie, ale w świecie walczymy z przeszłością i stereotypami. Problemy mamy takie jak inne kraje, np. biedę. Ale dzięki Bogu, dziś piłka i tacy gracze jak James pomagają przedstawić Kolumbię w lepszym świetle – dodaje.

Oceń treść:

Average: 8.7 (3 votes)