Monarowisko

W PRL uczynił tematem publicznym wielkie tabu: że w kraju jest narkomania. Charyzmatyczny terapeuta i organizator. Żył dobrze z każdą władzą, ale się do niej przesadnie nie wdzięczył, i nie najlepiej z Kościołem, bo nie chciał kościelnych auspicjów.

Tagi

Źródło

Polityka

Odsłony

5505

W ośrodku Monaru w Wyszkowie powiewa czarna chorągiew. Po dziedzińcu chodzą narkomani, silne chłopaki z bicepsami. Nie chcą się fotografować.

Wielu nigdy Kotana nie widziało. Jest legendą z telewizora. Człowiek z warkoczykiem, kochający skórzane kurtki, samochody i psy labradory. Ktoś dosyć daleki. Słyszeli, że przyjechał do Wyszkowa na początku lat 90. i dostał tu w twarz od mieszkańców, którzy spalili dach nad stajnią, bo nie chcieli na tutejszym terenie ani narkomanów, ani czegokolwiek, co by do nich należało.

Marek Kotański

Teraz w stajni pod nowym dachem stoją konie monarowców, na których jeżdżą dzieci z Downem i porażeniem mózgowym. Dzieci tych, którzy palili dach, przychodzą do Monaru na zajęcia wakacyjne. A ci co podpalali - na pokazy hippiczne i turnieje rycerskie. U Stanisława Knoblocha - lidera ośrodkowej społeczności, wisi podziękowanie burmistrza za udział Monaru w życiu miasteczka. Tak się niesamowicie zmieniło: Monar wrósł w Wyszków i odwrotnie. Pełno monarowców neofitów mieszka w mieście i tu pracuje.

Lider Stanisław Knobloch zbiera społeczność i mówi, ile w tym wszystkim jest Kotana. Nie wstydzi się łez, on, jego uczeń, starego chowu lider, fanatyk, przyjaciel. I w nich także - nowej generacji narkomanów. To już nie dawni, łagodni wycieńczeni kompotowcy. Ci są z heroiny. Z przewrotności, nienawiści, z antynorm, antywartości, antypostaw moralnych. Z kultu siły i zła. Z apokalipsy, jak mówi Andrzej Śniegula, lider ośrodka w Marianówku.

"Terapią dla tej generacji narkomanów - pisała Krystyna Osińska, etyk - jest jedynie wstrząs, przełom, szok, nawrócenie - przez spotkanie wielkiej miłości - Boga, idei lub człowieka wielkiego formatu z cechami heroizmu etycznego".

Społeczność Głoskowa zamieszcza w gazecie nekrolog: "Z wielkim smutkiem żegna Cię Marku cały Twój Głosków".

Od Głoskowa się zaczęło. Młody, nikomu nieznany psycholog Marek Kotański z garwolińskiego sanatorium zajął opuszczony zrujnowany dworek PGR i grunty przy nim. Zaczął się eksperyment głoskowski. Wypracowywanie podstawowych zasad terapii: wspólnota przeżyć, pracy, życia, pełna abstynencja lekowa, narkotyczna, seksualna, budowa nowego ładu moralnego i przebudowa osobowości przy pełnej dobrowolności. I charyzmatyczne przywództwo lidera.

W 1981 r. po dramatycznym liście otwartym młodzieży liceów warszawskich uznającej za fakt publiczny degradację uzależnionych rówieśników, Monar został zarejestrowany jako stowarzyszenie. W grudniu tego samego roku podpisano porozumienie między Ministerstwem Zdrowia i Monarem, który miał świadczyć działalność usługową na rzecz uzależnionych i otrzymywać od resortu dotację na taką działalność. Po Głoskowie powstają ośrodki w Zaczerlanach, Sokolnikach, Zbicku, Rożnowicach, Wrocławiu, Gdańsku. Wciąż nowe i nowe. 30 ośrodków. 30 poradni.

Kotański przemierza Polskę - tysiące kilometrów - od ośrodka do ośrodka. Prowadzi wieczorne społeczności. To jakby spowiedź publiczna. Uczestnicy terapii mówią wszystkim pozostałym o sobie, co w nich jeszcze złe, jak sobie z tym radzą, wobec czego są bezbronni. Dostają przekaz od społeczności potwierdzający, zaprzeczający, dodający otuchy. Nicują się, odkrywają, wystawiają na zewnątrz do bolesnej korekty.

Kotański klnie, rzuca kurwami. Ktoś jest słaby, nie daje rady. Zawodzi. Ktoś chce uciec z ośrodka. Co jest, do kurwy nędzy. Wali w stół. Piekli się. Stopniowo w powietrzu robi się coś magnetycznego. Kotan nie krzyczy. Staje się uważny. Weźmy się wszyscy za ręce - mówi - i nie brzmi to melodramatycznie. Daj siebie innym, znajdziesz w tym siłę - mówi i nie brzmi to zdawkowo. Nic odkrywczego. Właściwie frazesy.

Człowiek z zewnątrz, spoza społeczności, lecz ona sama także siedzi jak w transie. Mag, prestidigitator. Gra na nich, na społeczności, jak chce. Ma ich w ręku. Lecz oni go także. Do nich przyjechał. Są dla niego ważni wszyscy razem i każdy z osobna.

Ordynator jednej z klinik pediatrycznych zadzwonił do Marka Kotańskiego, że ma na oddziale znalezioną w parku dziewczynkę podobną do kościotrupka. Jest zarażona wirusem HIV, co spowodowało panikę wśród personelu i rodziców. Żaden dom dziecka nie chce małej. Też się boją. Kotański natychmiast jedzie do Warszawy i zabiera dziecko do domu, do siebie. Telefonuje do jednej z dziewczyn związanej z Monarem. - Będziesz miała córkę na parę miesięcy - mówi. Po tych miesiącach dziewczyna młoda, śliczna, nieuzależniona odmawia oddania dziewczynki. Telefonuje do narzeczonego, jak nie chcesz nas obu, to znaczy że nie jesteś nas wart. Mają drugie dziecko. Mała wciąż żyje.

Marek Kotański został przez Ministerstwo Zdrowia oskarżony o samowolne, bez decyzji administracyjnej zabranie dziecka ze szpitala. Bez pieczątki. Sprawa miała być skierowana do prokuratora i komisji praw dziecka. Źle. Był zapraszany przez ośrodki dla narkomanów i nosicieli HIV na świecie. Zapraszający pokrywali wszystkie koszty przejazdu, hotelu, wyżywienia. Komisja ministerialna stwierdza: jeździ bez wystawiania sobie delegacji służbowej - źle. Komisja stwierdza brak tabliczki na drzwiach, na której byłoby napisane, od której do której przyjmuje interesantów - źle. Źle także, że bez urzędowych uzgodnień, bez zezwolenia przyjmuje do ośrodka Rosjan na leczenie. Jest nie do zniesienia niepieczątkowy.

Marek Kotański

Było długo i często źle. Nie wszystko się udawało. Nie udał się Ruch Czystych Serc, akcja z 1987 r. Miało w jej ramach powstać Centrum Czystych Serc w starej kotłowni na Gocławiu. Nie powstało. Nie bardzo udawały się Łańcuchy Czystych Ser, czyszczenie ubikacji, "kupą mości panowie", wszystkie formy pokazowe. Rozmywały się. Może za bardzo pachniały czynami społecznymi, akademią ku czci, szkolną, namolną dydaktyką. Audycje telewizyjne z udziałem społeczności były płaskie i grane. Bez magii, bez transu, bez mrowienia w krzyżu, które się otrzymywało od Kotana w wieczornych salach terapeutycznych, kiedy dzwon z podwórza zbierał społeczność na codzienne pranie charakterów, zachowań, postaw i emocji.

W gruncie rzeczy Kotański nie był na pokaz. Im bardziej tego pragnął - tym bardziej nie był. W pierwszych wolnych wyborach do Senatu - przepadł. Żarliwy i prawdziwy tylko wśród swoich.

18 tan lat temu odbyło się pierwsze Monarowisko - zjazd neofitów z całej Polski. Kilkaset osób zaleczonych i szykujących się do zdrowienia. Kotan spojrzał na Andrzeja Śniegulę, którego widział po raz pierwszy w życiu i który do neofity miał daleką drogę, powiedział: widzę po tobie, że ty na pewno wyzdrowiejesz.

Śniegula przeżył wstrząs, jak to bywa, kiedy się słyszy zdanie jedno, jedyne, na które się właśnie często nieświadomie czeka. Został liderem społeczności z tych pierwszych, którzy mówią, że zawdzięczają mu życie w dosłownym znaczeniu - biologicznym, jak Oszczakiewicz, Majdański, Pakulec, Bączkowski. Kotan jeździł z nimi na wyprawy, na obozy, przyjeżdżał na społeczności do ich ośrodków. Wielu z nich zostawało liderami niemal zaraz po zaleczeniu. Nie znali życia bez narkotyków i bez Monaru - życia twardego, nieprzychylnego, z przekrętami, łapówkami, chamstwem, obojętnością, nie znali rzeczywistości banków, poczty, urzędów, pieczątek. To wszystko w ich narkotycznej rzeczywistości nie istniało albo majaczyło tylko gdzieś we mgle. Byli przywódcami trochę po księżycowemu. Uczyli się liderowania powoli, przesiąkając Markiem. Wielu nie zdawało sobie sprawy, że naśladuje jego gesty, słowa, zachowania. Andrzej Śniegula powtarza słowa Marka od 25 lat. Frazesy - bądź czysty i prawy, nie kłam, nie kręć, nie oszukuj, pomóż innemu, bo to ci da siłę, o której nie miałeś żadnego wyobrażenia.
- Najważniejsza była jednak zawsze duchowość - mówi. - Coś, czego ani zmierzyć, ani zważyć, ani pieczątki przystawić się na tym nie da.

To ona nadaje siłę słowom, które są niezmienne we wszystkich wspólnotach terapeutycznych na świecie od dziesiątków lat. Potem przyszła do ośrodków druga generacja liderów, którzy przeżyli parę lat po zaleczeniu poza Monarem i okrzepli w nienarkotycznej rzeczywistości. A czasem byli to ludzie spoza problemu. Absolwenci uczelni, dla których praca terapeuty była życiowym wyborem i odnalezieniem misji. Sami siebie weryfikowali. - Kto nie nasiąkał Monarem - wymiękał - mówił Śniegula.

Zyskiwali stopniowo autonomię. Kotan ją im zostawiał, z roku na rok większą. Coraz rzadziej jeździł do ośrodków. Nie było go przez rok, dwa, pięć, rzecz kiedyś nie do pomyślenia.

Ostatnio w Marianówku był na Zajawce, którymś z kolei zjeździe ozdrowieńców i leczących się. Fotografowali się z nim, na pamiątkę. - Był szczęśliwy - mówi Śniegula. Dawali mu siłę. Psychiczna moc tego guru płynęła z ich obecności, z ich uwielbienia. Wielu go także nienawidziło. Zbyt był dominujący. Nie zwracał na to uwagi. Na rekonwalescencję po operacji bypassów pojechał nie do żadnego sanatorium, ale do bezdomnych i narkomanów w Wandzinie. Miał tam swój pokoik.

Na Zajawce w Marianówku przyjaciel Monaru biskup, ten sam, który będzie odprawiał mszę żałobną, odprawił mszę dla uratowanych. Marek bardzo zbliżył się do Kościoła. Ostatni jego pomysł - Domy Odnowy Duchowej św. Franciszka: dziewięć miesięcy, które można było spędzić w społeczności terapeutycznej, blisko przyrody, zwierząt i Boga, w ascezie i czystości serca. Coś dla skołatanych życiem, którzy niegdyś szli po ukojenie do kamedułów na przykład. Kotan zaczął szukać Boga. Ostatnio przyjął z rąk biskupa komunię świętą. I cieszył się, że Joanna, córka, wzięła ślub kościelny. Kościół najpierw niechętny, wrogi, kiedy Monar propagował prezerwatywy, z aprobatą przyjmował budowane w ośrodkach kaplice, figurę Chrystusa z Rio w Centrum Wychodzenia z Bezdomności w Warszawie, zaczął się na Kotana nawracać.

Andrzej Śniegula zamieni w ośrodku siłownię na hospicjum dla starych ludzi, których nikt do śmierci nie chce. Jak chciał Kotan. Będzie mu wierny. To nieprawda, że on nie wychował sobie następcy. - Zostawił uczniów - mówi Andrzej. Nic się nie rozpadnie. Śmierć Kotana scementuje Monar. Kto śmiałby, kto by potrafił sprzeniewierzyć się guru? I co miałby w zamian?

Do Wandzina pojechaliśmy z Markiem ładnych parę lat temu. Był to krzyżacki zamek opuszczony przez właścicieli, niemieckich arystokratów, jeszcze wojną. Potem kolejny właściciel, Fabryka Farb w Bydgoszczy, oddał ją Monarowi jako ruinę bez przyszłości. Gołe mury, bez dachu, w środku żaby i drzewa. - Biorę - powiedział Kotan.

Do Wandzina przyjechała grupa byłych więźniów. Bezdomnych, zwykle po długich wyrokach, którzy nie umieli żyć bez grupy, stołówki i wychowawcy, a nie chcieli otrzymać tego wszystkiego znów za kratami. Przynieśli liści z lasu na posłanie i rozpięli koc na czterech kijach, zamiast dachu, bo padało. Tak się zaczynały ich cuda budowlane: bez pieniędzy, bez narzędzi, za wyżebrane w okolicy materiały, chomikowane niegdyś aż do zgnicia przez socjalistyczne zakłady pracy.

Dawny właściciel Wandau przyjechał raz do siedziby i oniemiał. Dał pieniądze na nowe okna. W zamku była elektryczność, ogrzewanie, wodociąg, piwnice suche, dachy szczelne. Koło zamku staw z rybami, świniarnia, oranżeria, plantacja porzeczek i pawilony mieszkalne z pustaków dla tej całej zbieraniny bezdomnych, byłych więźniów, narkomanów, nosicieli, alkoholików.

Bezdomni byli najtrudniejsi. Powstała w Polsce niewiarygodna sieć - 83 osady i schroniska, którym nikt nie daje pieniędzy. Czasem otrzymują jakieś dotacje na spłatę wiecznych zadłużeń za prąd i ogrzewanie i znów brną w długi. Jedzą, co dostaną ze sklepów i hurtowni. Właściwie żyjący na łasce z miłosierdzia okolicy, która otwierała się na nazwisko Kotana. To one - Markoty - są zagrożone. One mogą nie przetrwać braku żywego nazwiska, interwencyjnych wspomagań na prąd, na wodę od łaskawych władz.

Z władzą Kotan zawsze żył w zgodzie, z każdą, a cóż by dało jemu i jego klientom z nią zadzieranie. A cóż by dała jawna niełaskawość władzy dla Kotana, gdyby się jego bractwo rozpełzło po ulicach ze strzykawkami w rękach, umierając na klatkach schodowych, zamarzając z zimna. Te tysiące, tak jest, tysiące wyrzutków, zbieraniny brudnej, nachalnej, zawszonej, nieszczęsnej, odpędzanej przez szpitale, żebrzącej, bez dowodów osobistych, śmierdzącej na dworcach kolejowych.

Znów był wiecznie w drodze. Jeździł do Markotów, do bezdomności, z której trudniej wyjść niż z narkomanii, jak mówił. Usiłował prowadzić dla nich terapeutyczne społeczności. Byli na nie bardziej impregnowani niż ci od heroiny, z autodestrukcją w środku, tonące, biedne bandziory zaprogramowane na nie, przeciw wszystkim i wszystkiemu. W tamtą noc wracał samochodem też od nich, z imprezy charytatywnej na markotowe matki i dzieci, która przeciągnęła się do późna. Kiedy jechał, z dyskoteki wyszła na jezdnię, wprost na linię samochodu, grupa młodych ludzi. Gwałtownie skręcił.

Kiedy z nim jeździłam w latach 80. i później po ośrodkach Monaru i Markotach, skąd mogłam przypuszczać, że uratuje i zmieni aż do podszewki także mego syna? I wnuka mego redakcyjnego kolegi wyciągniętego już, dzięki Bogu, z narkotycznego dna, teraz świetnego maturzystę. Kolega mówi, że Jasiek i jego ojciec po tej śmierci długo nie mogli wyjść z szoku.

Nawróceni na Marka

Artur Piorun: Półtora roku po wyjściu z więzienia żyłem na ulicy. Byłem na samym dnie. Uciekłem z detoksu i postanowiłem przedawkować - złoty strzał i koniec z życiem. Siłą mnie zatrzymali. Teraz sam pracuję na detoksie. Pomagam kolegom. Niektórzy wracają na odtrucie po kilkanaście razy. Kiedy uciekłem z detoksu, Marek mnie strasznie zrugał. I dzięki Bogu. Byłem na straty, a już trzy lata nie biorę.

Beata: Rodzice zamykali mnie w domu. Ale to i tak nic nie dało. Tata przywiózł mnie na odtrucie. Miałam termin detoksu za miesiąc. Marek powiedział: zbieraj się, jedziesz ze mną i żyjesz na trzeźwo. Pojechałam po ciuchy i od razu na Marywilską. Widzę na twoim czole nalepkę: będę żyć - powiedział Marek. Nie u każdego widzę, ale u ciebie tak. I ja w to uwierzyłam.

Barbara Dróżdż: Nie chciałam już żyć. Myślałam tylko o śmierci. Ale trafiłam tu, do Markotu. Zyskałam przyjaciół i pomoc. Zmieniłam się. Przestałam pić. Pracuję w księgowości. Odnalazłam sens życia, bo pojednałam się z córką. To dla mnie najważniejsze. Marek był ciepły i dobry. Lubił mojego kota. Nie myślę już o śmierci. Żyję.

Tadeusz Gurowski: Piłem, wyszedłem z kryminału i znów piłem. Marek mówił: jesteś alkoholikiem. Kłóciłem się z nim. Zapytał mnie - co umiesz? Powiedziałem, że umiem murować. Wiele pracy włożyłem w te domy, które stoją na Marywilskiej. Potem pracowałem w zaopatrzeniu. Prowadziłem też Dom Samotnej Matki w Głogowie. Tadek - powiedział raz Kotan - zrobimy jeszcze jeden detoks na dole. I w ciągu tygodnia mieliśmy 40 pacjentów.

Halina Beker: Moje życie tak się ułożyło, że zostałam z dziećmi na bruku. Świat mi się zawalił. Mój mąż przywiózł dzieci do Markotu i tu je zostawił. Byłam bliska samobójstwa. Nie miałam gdzie się podziać. Marek przyjął mnie pięknie. Polecił przygotować pokój dla dzieci. Halina - powiedział Marek - jesteś dobra i ciepła. Nadajesz się do dzieci. Zaczęłam prowadzić przedszkole dla dzieci niepełnosprawnych. Marek przywrócił mi godność i wiarę w ludzi.

Eliza Wójcik: Skończyłam gimnazjum, ale nie pójdę do liceum. Brałam heroinę. Do szkoły pójdę dopiero za rok, bo na razie nie czuję się silna. Tu natomiast - tak. I bezpieczna. Marek mnie nie da. Nawet teraz, kiedy nie żyje. Zapadłam się pod ziemię dla rodziny i chłopaka. Jednak mój ojciec mnie wspiera. Mam dopiero 16 lat. I będę żyć.

Aleksander Sanitowski: Przyjechałem do Monaru o 3.30 w nocy. Jestem uzależniony od psychotropów, alkoholu i narkotyków. Rano już byłem odtruwany. Marek łapał chwilę, w której człowiek chciał się leczyć. Natychmiast, już, on nie czekał, aż ktoś się rozmyśli. Krzyczał na mnie, bluzgał. Wariat - pomyślałem. Ale uratował mnie. Żyję. Mam za sobą 10 lat małżeństwa i zakład karny. Skrzywdziłem wielu ludzi. Teraz chcę im pomagać. Marek był częścią mnie. Zawsze ze mną będzie. Dopiero od dwóch dni dotarło do mnie, że nie żyje.

Ewa Seydlewicz: Ja alkoholiczka i wrak dostałam zadanie prowadzenia przedszkola dla dzieci niepełnosprawnych. Marek wiedział, że zostawiłam swoje dzieci. Po prostu je porzuciłam. A mimo to zaufał mi. Siedem razy dostawałam banicję. Aż stanęłam oko w oko z Markiem. Wiesz co masz robić? - spytał. Wiem - powiedziałam. Zaszyłam się. Nie piję już 6 lat. Poznałam w Markocie męża. Urodziłam syna. Teraz go wychowuję. Jestem uratowana. Żyję normalnie. Mąż jest świetnym człowiekiem. Markot to mój dom.

Archipelag Kotana

Sieć Monaru obejmuje 30 ośrodków rehabilitacyjnych oraz 30 poradni dla uzależnionych. W ośrodkach tych przebywa naraz około 1500 pacjentów.

Sieć Markotu obejmuje 83 placówki. Obecnie tworzona jest następna placówka rehabilitacyjna na Wybrzeżu - dla dzieci. Wśród tych 83 placówek działają trzy osady. Są one prowadzone w ramach Stowarzyszenia Solidarni Plus. Mieszczą się w Wandzinie, w Lutynce i Darżewie. Mieszkają w nich, wraz z rodzinami, osoby po leczeniu uzależnień, nosiciele HIV, alkoholicy i byli więźniowie. Istnieje również 15 ośrodków dla matek z dziećmi. Średnio w jednym takim ośrodku przebywa od 30 do 50 osób, ale na przykład w warszawskiej Bajce mieszka 300 kobiet z dziećmi. W ośrodkach mieszka około tysiąca dzieci - i zarażonych, i zdrowych. Wśród 83 placówek Markotu są także 4 noclegownie dla bezdomnych i 2 dla narkomanów, którzy nie chcą się leczyć i zostali do noclegowni sprowadzeni przez terapeutów ulicznych.

W sumie w ośrodkach Markotu przebywa 8 tys. osób. Wszystkie Markoty mają brygady remontowe, świadczą usługi stolarskie i prowadzą obowiązkowo gospodarstwa rolne. Hodują zwierzęta i uprawiają warzywa, często pod namiotami foliowymi. Nadwyżki sprzedają na rynku bądź dzielą się z mieszkańcami wsi. Markoty nie mają żadnych dotacji poza niewielkimi na prąd i ogrzewanie oferowanymi czasami przez gminy. Żyją z darowizn. Obiekty są dzierżawione na 15-20 lat, m.in. od Agencji Rynku Rolnego bądź (większość) stanowią notarialną własność Markotu. Były to przeważnie zupełne ruiny. Kadra Markotów nie ma etatów. Pracuje za dach nad głową i jedzenie.

BARBARA PIETKIEWICZ
polityka.onet.pl

Oceń treść:

0
Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • MDMA
  • MDMA (Ecstasy)
  • Retrospekcja

Pozytywne

Każdy z nas ma historie ze swojego życia, które są ciekawą i nieprawdopodobną opowieścią, ale powtórzyć ich raczej nie chciałoby się z pewnych względów. Właśnie to jedna z moich historii.

Byłem wtedy po 2 razach z MDMA i pierwszy raz brałem sam. Set i setting prawie puste mieszkanie, tylko jedna współlokatorka była, mój pokój lampki, kocyki, poduszki, gumy, papierosy, słuchawki.

  • Grzyby halucynogenne

Zaznaczam, że tekst ten nie ma na celu namawiania nikogo do zażywania narkotyków ani instruowania jak to robić. Tekst ten służy wyłacznie celom edukacyjnym i doinformowaniu.

Postanowiłem opisać jedno z moich najgorszych doświadczeń z narkotykami, którego nigdy nie chciał bym powtórzyć a jednocześnie patrząc na to z perspektywy czasu dużo mnie to nauczyło i pomogło mi zmienić moje nastawienie do życia. Nikomu też nie polecam powtarzania mojego czynu gdyż sam nigdy nie odważyłbym się zrobić tego ponowanie może to zaowocować chorobą psychiczną lub samobójstwem.

  • Gałka muszkatołowa








Gałka - nic szczególnego





Była środa, 18 XII 2002, gdy postanowiłem przetestować gałkę po raz kolejny, ale tym razem bez dodatków w stylu MJ, czy N2O.


45g gałki czekało już w szufladzie na odpowiedni moment. Po zjedzeniu kolacji zdecydowałem się rozpocząć całą akcję :)


  • LSD-25
  • Pierwszy raz

na początku dom, potem las; wieczór i noc z 29 na 30 grudnia 2009; nastawienie pozytywne

Jadłem ja, mój brat i kumpel. Dla mnie i brata to był pierwszy raz, kumpel jadł już parę razy. Zdecydowaliśmy jeść po półtora kartonika na głowę. Około 18:00 wrzuciliśmy pod język i czekaliśmy na efekty, rozmawiając. Po około 50 minutach wokół ekranu monitora zacząłem widzieć lekką poświatę. Kumpel powiedział, że po tym zwykle poznaje, że zaczyna się luta. Mieliśmy już wychodzić, a tu dzwonek do drzwi. Kumpel mówi "cinżko". Bo już zaczęła się niemała śmiechawka. A ja twardo, idę otworzyć. To dozorca, rozdający jakieś kartki. Mówi mi, żebym się wyraźnie podpisał.