REKLAMA




Nie porównuję się z Kotańskim

Zapis rozmowy z Jolantą Łazugą-Koczurowską, nową przewodniczącą Stowarzyszenia Monar

Anonim

Kategorie

Źródło

Przegląd

Odsłony

2698

To, co jest piękne w Monarze, to fakt że ludzie, którzy tam pracują, rzeczywiście to lubią, są zaangażowani, jest to dla nich nie tylko praca, ale także jakaś przygoda, wyzwanie. Od początku misją Monaru jest człowiek w potrzebie, poprawa jego życia, pomoc wszystkim, którzy jej potrzebują, głęboka wiara, że człowiek może się odrodzić, że jeśli nawet nisko upadł, może się podnieść.

KATARZYNA DŁUGOSZ: Jak sobie dajecie radę po śmierci Marka Kotańskiego?
JOLANTA ŁAZUGA-KOCZUROWSKA: Generalnie rzecz biorąc, trzymamy się dobrze, niczego nam nie ubyło, nie zdarzyło się nic, co świadczyłoby o jakimś poważnym kryzysie. Jest smutno, jest nadal żałoba, jest dużo wspomnień. Myślimy też o tym, jak funkcjonować, żeby wystawić Markowi Kotańskiemu dobry pomnik w postaci tego, co robimy. Obserwuję od pewnego czasu wzrost energii, mobilizację moich kolegów. Postanowiliśmy pokazać, że Monar to duża siła i na wiele nas stać.
- A przyjaciele? Odeszli czy zostali?
- Prawdziwi zostali. Nie znałam bliżej w Warszawie przyjaciół, których może Monar miał i których stracił. Przybywa natomiast ludzi chcących Monarowi pomagać. Myślę, że naszej organizacji najbardziej potrzeba dobrych ludzi, wiary, że cokolwiek wyjdzie. Jestem o tym przekonana, inaczej w ogóle bym się za to nie brała.
- Co takiego napędza was, że poświęciliście życie pracy z ludźmi potrzebującymi pomocy?
- To za dużo powiedziane, że poświęciliśmy życie. Myślę, że pomaganie nie wymaga aż takiego poświęcenia. To, co jest piękne w Monarze, to fakt że ludzie, którzy tam pracują, rzeczywiście to lubią, są zaangażowani, jest to dla nich nie tylko praca, ale także jakaś przygoda, wyzwanie. Od początku misją Monaru jest człowiek w potrzebie, poprawa jego życia, pomoc wszystkim, którzy jej potrzebują, głęboka wiara, że człowiek może się odrodzić, że jeśli nawet nisko upadł, może się podnieść.
- Czy zdarzają się jeszcze przypadki oporu przeciwko nowym ośrodkom w Polsce? Czy będzie pani walczyła ze społecznością tak jak swego czasu walczył Marek?
- Nie chciałabym składać deklaracji, jak będę walczyć, bo każdy z nas ma w sobie pewien obszar nieznany - ja też. Jestem raczej negocjatorem. Natomiast nie wykluczam, że jeśli będzie trzeba powalczyć, to pewnie będę. A jeśli chodzi o opór społeczny - przez 20 lat prowadzę z uporem największy w Polsce ośrodek dla dzieci i młodzieży uzależnionej w Gdańsku. Ośrodek ten powstawał, gdy w Polsce nikt nie zajmował się dziećmi, bo mówiło się, że młodzież jest na tyle "niedogrzana" - czyli bardzo kocha narkotyki - że na leczenie nie przyjedzie. Uważam, że ludzie się do nas pomału przekonują. Polubiła nas wieś, choć musieliśmy się bardzo starać. Ludzie boją się nieznanego, niekoniecznie narkomana. Nam się udało, jesteśmy teraz w środowisku mocnym punktem.
- Teraz pytanie księgowego: ile osób wyciągnęliście z nałogu? Macie z nimi kontakt, jak sobie radzą?
- Będę mówić o swoich doświadczeniach, bo całej statystki Monaru jeszcze nie znam. Na 663 osoby, które przebywały w moim ośrodku, 79% nie bierze narkotyków. W ośrodkach dla dorosłych wyleczalność waha się w granicach 40%. Ludzie patrząc na te liczby, mówią: "Dobrze by było, gdybyśmy mogli wszystkich leczyć". Ale ja zawsze odpowiadam: Proszę porównać statystyki innych chorób równie trudnych jak uzależnienie, tam też nie ma takich rezultatów. Nawet próchnicę trudno wyleczyć.
- A kontakt z wychowankami?
- Moja córka na czwartym roku studiów zdawała egzamin u mojego wychowanka. Oczywiście, nie wszyscy skończyli jako pracownicy naukowi, ale moje psy leczy mój wychowanek, światło robi mi firma mojego wychowanka. Muszę się trochę pochwalić (śmiech). Ale ja naprawdę jestem dumna z tych dzieciaków, robią różne fajne rzeczy, oczywiście nie wszystkim wychodzi. Jednak to jest tak ciężka choroba, tak trudno z niej wyjść, że ci, którym się udaje, są bohaterami. Na to nie ma żadnego lekarstwa, prostego rozwiązania, krótkiego czasu. Abstynencja nie oznacza zdrowia. Człowiek jest zdrowy, jeśli w swojej psychice dokonuje zmiany, która go uodparnia na narkotyk. Do tego potrzeba ogromnie dużo samozaparcia. Zresztą mogą państwo sami spróbować stanąć przed lustrem, powiedzieć, jak beznadziejnie wam idzie, i obiecać sobie, że chcecie to zmienić, a potem tego dotrzymać. Podziwiam ludzi próbujących się podnieść za heroiczną walkę, którą ze sobą toczą - dlatego w tym zostałam, bo mnie uwiodła praca człowieka nad samym sobą. Nigdy przedtem nie widziałam niczego takiego.
- Czy ciągłe porównywanie do Marka Kotańskiego nie ciąży pani?
- Nie. W ogóle nie staję w szranki. Jeśli ktoś mnie kiedyś z nim porówna, to będzie na moją korzyść, tzn. powie, że to fajnie, że mnie wybrali, żebym go zastąpiła. Nie, ja nie mam takich ambicji. Raczej nie jest mi łatwo wśród ludzi, wśród których on się obracał. Np. na Marywilskiej, gdzie jest jego kult, muszę być ostrożna. Spotkałam się z wszystkimi kierownikami Markotów na Marywilskiej. I był portret Marka, i wszystko było Marka, i byłam ja. Pomyślałam: albo mi teraz, Kotan, pomożesz, albo niech ja cię nie znam. Przecież siebie nie przemienię.
- Może nam pani powiedzieć coś o sobie? Jak pani trafiła do Monaru?
- Mam 54 lata, jestem zodiakalnym rakiem. Z pierwszego zawodu jestem nauczycielem wychowania fizycznego i wychowania muzycznego, z drugiego - psychologiem klinicznym ze specjalizacją okresu dorastania. Jestem również nauczycielem akademickim. Do Monaru trafiłam przypadkiem. W 1972 r. zaczęłam pracę z osobami uzależnionymi w poradni zdrowia psychicznego dla dzieci i młodzieży. To, że profesjonalnie zajęłam się właśnie osobami uzależnionymi, spowodował fakt, iż pierwszą osobą, która do mnie przyszła, była 14-letnia dziewczyna uzależniona od morfiny. Pokazywała mi ręce sine w przegubach i mówiła: Niech mi pani pomoże, a ja mówiłam: Chirurg jest piętro wyżej. Mówiłam, że się nie znam, a ona na to: Ale ja chcę pogadać. Byłam wtedy tzw. durnym psychologiem, czyli prosto po studiach. Ona w ciągu wakacji przyprowadziła prawie 50 osób uzależnionych od różnych substancji farmakologicznych. Była moda na chodzenie do Joli, wtedy na niczym się nie znałam - nigdy narkotyków nie brałam - więc rozmawiałam i uczyłam się od nich. W 1980 r. przyjechał na spotkanie do Gdańska Marek Kotański. Byłam wtedy chora i mój mąż powiedział: Nie idź, bo się na pewno w coś wplączesz (śmiech). Marek przyjechał, żeby namawiać, żeby coś zrobić z tą narkomanią, a ja przyszłam ze swoimi podopiecznymi z poradni. I była straszna awantura! W niczym się nie zgadzaliśmy: on mówił, że narkoman to wypalone drzewo, ja - że nikt się do końca nie wypala. Przy drugim spotkaniu zawarliśmy układ: ja spróbuję zająć się dziećmi, pod warunkiem że on nie będzie się wtrącał. Jestem w Monarze od początku, od początku w zarządzie stowarzyszenia. Reprezentuję Monar na świecie, w radzie przy premierze tego rządu - generalnie jestem znana (śmiech).
- Podkreśliła pani swoją abstynencję. Co pani sądzi o tym, że najlepszymi terapeutami są osoby, które wyszły z uzależnienia?
- Terapia nie polega na tym, żeby wiedzieć, jak się bierze narkotyki, tylko na tym, jak się z tego wychodzi. Jednak wiele osób, które wychodzą z uzależnienia, pomaga swoim kolegom, pod warunkiem że mają predyspozycje i dalej się kształcą. Neofita to nie zawód.
- Domyślam się, że kłótnia podczas pierwszego spotkania z Markiem Kotańskim była sporem o metodę. Czym się różniły wasze sposoby wyprowadzania ludzi z uzależnienia?
- Stałam na stanowisku, że człowiek może wyjść z uzależnienia, kiedy znajdzie w sobie siłę. Jestem z takiej szkoły terapeutycznej, która mówi, że każdy człowiek ma coś, na czym można odbudować wszystko, co stracił. Natomiast Marek wtedy uważał, że czegoś takiego nie ma, że trzeba człowieka "wyzerować", że narkoman musi sięgnąć dna i odbić się od niego. Po drugie, nie mogłam się zgodzić na rygory, które Marek stosował. Nie mogliśmy się co do tego porozumieć, bo on nigdy przedtem nie pracował z dziećmi. Nie chciałam, żeby np. dzieciakom golono głowy, bo terapia nie może być karą. Miałam już doświadczenie i wiedziałam, że może być łagodniej, rozwojowo. Dlatego w moich programach terapeutycznych kładę więcej nacisku na rozwój niż na ochronę. Porzucenie nałogu nie może być głównym zwycięstwem - to za mało, żeby wygrać, to jakby coś oddać, nie wiedząc, co dalej.
- Przeczytałam gdzieś, że wolontariusz to ktoś, kto gdy staruszce rozsypią się ziemniaki, przystanie i je pozbiera - w odróżnieniu od innego, dobrze wychowanego, który je ominie łukiem, żeby nie rozdeptać. Co robicie, żeby tę potrzebę służenia innemu w młodych ludziach utrzymać?
- Mam takie prymitywne podejście do pedagogiki - uważam, że nic nie zastąpi dobrego przykładu. Takich postaw wobec drugiego człowieka nie da się nauczyć teoretycznie. Jeśli ja pochylam się nad jakimś człowiekiem, pierwsza przeprowadzam staruszkę, a nie mówię: "Teraz niech się młodzież weźmie za staruszkę, bo młodzież ma się uczyć pomagania", to oni przychodzą i proponują, że może też w czymś pomogą. Nie mam pomysłu, żeby zbawić cały świat. Każdy odpowiada za siebie i za to, co robi.

Przegląd nr 44(–), 04.11.2002

Oceń treść:

0
Brak głosów