REKLAMA




Terapia ostatniej szansy, czyli komunia wśród plemion kanibali

Od lat 60. XX wieku pochodząca z Afryki ibogaina jest używana jako środek skutecznie zwalczający głód heroiny, kokainy, nikotyny czy alkoholu.

Od lat 60. XX wieku pochodząca z Afryki ibogaina jest używana jako środek skutecznie zwalczający głód heroiny, kokainy, nikotyny czy alkoholu. Odkryta ponad 100 lat temu przez uczonego i podróżnika Jana Dybowskiego, ibogaina jest też jednym z najsilniejszych znanych afrodyzjaków i stymulantów. W jej historii jest miejsce na murzyński ruch Czarnych Panter, mafię, politykę i przemoc, a nawet religijnych wojowników walczących do dzisiaj z... ludożercami!

Odkrycie ibogainy zawdzięczamy botanikowi polskiego pochodzenia Janowi Dybowskiemu, jednemu z najsłynniejszych odkrywców Afryki z końca XIX wieku. Jego stryjeczny brat Benedykt Dybowski zasłynął jako badacz przyrody Syberii.

Jean Thadee Emmanuel Dybowski urodził się w 1856 we Francji i pracował dla jej rządu - Polska znajdowała się wówczas pod zaborami. Zawsze jednak podkreślał polskie pochodzenie i władał mową ojczystą. Jako znawca roślin tropikalnych i profesor najbardziej prestiżowej francuskiej szkoły rolniczej Dybowski przyczynił się do zagospodarowania pustynnych rejonów Sahary: budował sztuczne oazy, studnie, propagował prace nawadniające. Sporządzał raporty etnograficzne, geograficzne, ekonomiczne i polityczne na temat odwiedzanych krain. Dybowski zgromadził tysiące okazów fauny i flory w czasie swoich wypraw do Afryki. W czasie jednej z nich zapuścił się szczególnie głęboko w dziewicze rejony Konga, zamieszkiwane przez tajemnicze plemiona ludożerców. Był to obszar oznaczony na mapie białą plamą, zupełnie niezbadany. Dybowski dotarł do tych samych mrocznych miejsc co inny ówczesny badacz tych ziem, Joseph Conrad (Józef Korzeniowski). Książka Conrada Jądro ciemności, opisująca bestialski wyzysk tubylców przez białych kolonizatorów oraz najniższe ludzkie instynkty, doczekała się ekranizacji oraz zainspirowała twórców znanego filmu o wojnie pt. Czas Apokalipsy (1979, reż F. F. Coppola). Dybowski wyruszył na pomoc ludziom z zaginionej wyprawy Paula Crampela. Jego łodzie ostrzeliwali ludożercy, okazało się jednak, że Crampela zabił kto inny - arabscy handlarze niewolnikami. Niewolnictwo jako pierwsza zniosła prawnie Francja w 1794 r., ale jeszcze przez dziesiątki lat budowało ono fortuny wielu narodów - faktycznie proceder jest żywy w wielu miejscach na świecie do dzisiaj. Przeciwnikom haniebnego handlu ludźmi groziła okrutna śmierć z rąk bandytów. Władze w Paryżu odmówiły dalszej ochrony wyprawy i były przeciwne jej kontynuowaniu, mimo to Dybowski wytropił obozy morderców i pomścił Francuzów. Zabójcy Crampela i jego ludzi zostali ukarani, ich bazy wypadowe zniszczone.

Dybowski drukował relacje z podróży także w prasie polonijnej i polskiej, m. in. w Wędrowcu. Oto jak opisał spotkanie z ludożercami:

Wsparte dużymi kamieniami stoją nad ogniem olbrzymie kotły, w których coś się gwałtownie gotuje... Przymusowe przystanki i długi pobyt najczęściej w okolicach nieurodzajnych zupełnie, wszystko to wyczerpało nasze zapasy do szczętu. Produktów europejskich dla urozmaicenia tutejszego pokarmu nie mieliśmy już ani trochę. Spieszymy więc do kotłów, aby się przekonać, co nam zostawiono. Ohyda! To szczątki ludzkich ciał: udo, ręka, nogi, głowa z białymi szklistymi oczyma otwartymi szeroko i piana spadająca kłębami po brodzie. Nie, z tej kuchni jeść nie sposób. A jednak mięso widać przyrządzone z całą starannością – łupiny różnych jarzyn, kartofli i skórki małej dyni, świadczą o trudach kuchmistrza. Br! Okropność! Pod pierwszym wrażeniem, chcieliśmy ukarać ludożerców. Do czego by to nas jednak doprowadziło? Przypadkiem ujrzeliśmy scenę powtarzającą się co dzień na wybrzeżu, we wszystkich wioskach plemienia Bonżo. Mamy więc się zemścić, dlatego tylko, żeśmy widzieli fakt i że on wstrętem nas przejął? W logicznym porządku trzeba by kolejno zniszczyć wszystkie wioski spotkane na drodze; obowiązek przechodzący miarę naszych sił, a którego spełnienie wstrętnego zwyczaju barbarzyńców nie oduczy.

Dybowski poznał i opisał szokujące zwyczaje kanibali: swoje ofiary starannie wybierali i przygotowywali, tucząc i rozpieszczając. Wybrani byli szczęśliwi z powodu dostatku pożywienia i nawet nie próbowali uciekać, aby nie wpaść w gorsze tarapaty. Niewolnicy byli traktowani i zjadani jak bydło. Kobiety były zbyt cenne – jadało się wyłącznie mężczyzn. Mięso ludzkie było smakołykiem używanym od święta, na wielkich ucztach - nie stanowiło codziennego menu. Dybowski słusznie zauważył, że ten okrutny zwyczaj można wykorzenić poprzez rozwinięcie hodowli zwierząt.

Dybowski potrafił nie tylko zrozumieć swoich wrogów, ale nawet po chrześcijańsku ich kochać. Kierował się głębokimi moralnymi zasadami i współczuciem. Kanibalizm zdarzał się wielokrotnie w historii różnych (także europejskich) narodów, nawet w XX wieku. Ta koszmarna praktyka zazwyczaj ma miejsce w trakcie klęski wojny czy głodu – stanowi to jednak temat tabu. Bez wątpienia ludożerstwo trudno usprawiedliwić i powinno być ono zwalczane – Dybowski wybrał jednak inne działania niż przemoc. Obojętnie jak obrzydliwe i przerażające zdawały się mu czasami ludzkie czyny, zawsze starał się raczej zrozumieć i pomóc. Kule i strzelby stanowiły ostateczny argument. Ten rolnik, uczony i wojownik działał też czasem jak misjonarz nauki i moralności zarazem. Biorąc pod uwagę ducha epoki stawiane czasem przeciw Dybowskiemu czy Conradowi-Korzeniowskiemu zarzuty o rasizm i niskie pobudki są zupełnie chybione. Mimo że pracowali dla kolonialnych imperiów, byli oni wyjątkowo wrażliwi na cierpienia innych ludzi - ich ojczyzna też znajdowała się wówczas pod obcym zaborem. Jako naukowiec i artysta reprezentowali zupełnie inny światopogląd niż militarne umysły tamtych czasów.

Zbiory Dybowskiego, liczące ok. 7 tys. okazów, wzbogaciły paryskie Muzeum Człowieka i ogród botaniczny, jego wyprawy cieszyły się dużym rozgłosem i uznaniem. Otrzymał złoty medal Francuskiego Towarzystwa Geograficznego. W 1901 r. kolejny raz doceniono zasługi Dybowskiego, mianując go Naczelnym Inspektorem Kolonii. Ówczesne gazety pisały, że Francja zawdzięcza mu wszystko, co posiada w Afryce w zakresie rolnictwa. Dybowski uchodził za największego eksperta spraw kolonialnych i tropikalnych upraw, likwidatora ostatnich białych plam na mapie Afryki. W tym samym roku Dybowski i drugi badacz E. Landrin jako pierwsi wyizolowali ibogainę, główny czynny alkaloid krzewu Tabernanthe iboga. Roślina występuje w tropikalnych lasach Afryki zachodniej i środkowej, na terytorium dzisiejszego Konga, Sudanu, Gabonu i Ghany.

Po testach klinicznych w Europie rekomendowano ją jako środek stymulujący. We Francji w latach 1939 -1970 sprzedawano lek o nazwie Lambarene, przeciw ‘zmęczeniu, depresji i przy wychodzeniu z choroby zakaźnej'. Później dołączył do niego inny, Iperton, chętnie używany przez sportowców. W latach 70. w Belgii produkowano lek zawierający ibogainę, który zyskał sobie popularność wśród europejskich narkomanów jako skuteczne antidotum na pociąg do używek. Ibogaina, jako doping w sporcie, była używana jeszcze
w latach 80. XX wieku.

Święta wojna z ludożercami

Iboga oznacza w miejscowych językach Lekarstwo. Afrykański krzew osiąga wysokość 180 cm. Inne jego nazwy to Drzewo Życia, Liść Boga i gorzka trawa.
Legendy przypisują odkrycie rośliny Pigmejom. Możliwe, że była to jedna z pierwszych używek znanych ludzkości. Człowiek mógł podpatrzeć zachowanie zwierząt, które po zjedzeniu rośliny stają się niezwykle energiczne. Według lokalnej mitologii, Pigmeje znali święty krzew iboga setki lat przed sąsiadami. Dopiero wojny międzyplemienne oraz agresja spychająca ich coraz bardziej w głąb dżungli sprawiły, że zdradzili swój sekret i zapoznali inne ludy z jej działaniem. Pigmeje wiedzieli, że skłóceni sąsiedzi odnajdą wówczas pokój i swoje miejsce na ziemi. Plan powiódł się - do dziś niektóre tereny Gabonu należą do najspokojniejszych w toczonej wojnami Afryce. Oparta na sakramentalnym spożywaniu iboga jako komunii wiara Bwiti jest jedną z trzech oficjalnych religii Gabonu, praktykuje ją prawie połowa mieszkańców tego państwa. Bwiti oznacza Wyzwolenie, zwana też jest Religią Lasu – dżungla pokrywa dużą część Gabonu.

We współczesnej formie afrykańskich wierzeń Bwiti stare zwyczaje religijne mieszają się z ideami chrześcijańskimi. Można było przekonać się o tym oglądając w grudniu 2000 r. w Telewizji National Geographic  reportaż Bwiti: walka z czarownikami (Bwiti: the Struggle Against the Cannibal Witch Doctors). Murzyni spożywający iboga wierzą, że przez roślinę tę przemawia do nich Chrystus, który niestety nie dotarł ze swoją Dobrą Nowiną tak daleko na południe Afryki osobiście i dlatego zesłał im ten święty krzew. Wiara ta sprawia, że od dawna zbrojnie przeciwstawiają się sąsiadującym ciemnym kultom kanibali, często wspieranymi zresztą przez lokalne dyktatury. Do dzisiaj przychodzi im walczyć z ludożercami i czarownikami wierzącymi w magię jedzenia wrogów!

Nick Middleton, profesor geografii z Oksfordu współpracujący z National Geographic, odwiedził już z kamerą ponad 70 krajów. Przyznał, że jadąc do Kongo był nieco przestraszony, gdyż spodziewał się znaleźć tam conradowskie „czyste zło”. Tymczasem Pigmeje, których poznał w tamtejszych lasach, okazali się najmilszymi i najbardziej gościnnymi ludźmi, jakich spotkał.

Afrykanie stosują małe dawki ibogainy do walki z głodem, pragnieniem oraz zmęczeniem. W trakcie inicjacji religijnej używane są dawki 50-100 razy większe niż normalnie; jest to niebezpieczne dla życia doświadczenie, które członek kościoła przechodzi tylko raz w życiu. Istotną częścią ceremonii jest post, pokuta, żal za grzechy (zwłaszcza te przeciwko społeczności) i spowiedź. Niespełnienie tych warunków może mieć fatalne skutki dla człowieka decydującego się wziąć udział w świętym rytuale przejścia. Inicjowanego uważa się za przebywającego z przodkami i traktuje się jak umierającego lub zmarłego. Rytuał trwa nawet kilkadziesiąt godzin. W tym czasie prawie nie jesteśmy w stanie poruszyć się i zwykle naturalnie przyjmujemy pozycję nieboszczyka, aby wkroczyć w świat wspomnień, halucynacji oraz wizji. Tracimy oparcie w zmysłach, otwieramy się na świat duchowy. Afrykanie wierzą, że przebywamy wśród przodków – badacze podejrzewają, że niekiedy możliwy staje się dostęp do tzw. pamięci genetycznej czy komórkowej. Częste są wspomnienia z dzieciństwa, zdajemy sobie sprawę ze swoich win, konsekwencji swoich czynów, skomplikowanych relacji w świecie, uczymy się pokory. Niektórzy spotykają przewodnika, anioły, istoty duchowe. Godzinami przebywamy na granicy życia i śmierci, słyszymy słabnące bicie serca i zanikające impulsy elektryczne w mózgu. Czujemy przejmującą obecność innego świata, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Doświadczenie jest tak silne, że prawie nikt nie chce go powtarzać – do szczęścia potrzebny jest nam już tylko bezpieczny powrót do świata żywych. Afrykanie wierzą, że w ten sposób Bóg mówi nam, że należymy do Niego. W trakcie rytuału wszyscy starają się sobie pomagać i są przepełnieni miłością. Na koniec nowy członek kościoła jest obmywany wodą i namaszczany olejkiem, tańczy i śpiewa z innymi, opowiada o swoich wizjach i przeżyciach oraz może zjeść swój pierwszy posiłek we wspólnocie. Tak wygląda licząca tysiące lat Religia Lasu mieszkańców głębokiej dżungli, jej dzisiejsza miejska odmiana uwzględnia nie tylko potrzeby społeczności, ale także wymogi współczesności.

Każda wielka religia i idea wypływa ze świadomości faktu, że wszyscy jesteśmy wielką ludzką rodziną. Papież Jan Paweł II jako przywódca Kościoła Katolickiego nie ustawał w wysiłkach, aby doprowadzić do dialogu i zbliżenia między wiarami. Przypominał, że w myśl II Soboru Watykańskiego (1962-65) nikt nie ma monopolu na dobro i prawdę, zaś spośród światowych wiar to właśnie stare religie animistyczne mają najmniej problemów z adoptowaniem nauk Chrystusa. Charakterystyczna dla tych ludzi jest wiara w wieczny moralny konflikt dobra ze złem oraz szacunek dla przodków. Przypomina ona w swojej istocie katolicką ideę obcowania świętych, podkreśla ważność komunii oraz Ciała Bożego, w którego skład wchodzą wszyscy żywi i umarli. Przywódca Kościoła Katolickiego zwrócił uwagę, że zamiast dziwić się faktem, że Opatrzność pozwala na istnienie tak wielkiej liczby religii, powinniśmy raczej podziwiać mnogość wspólnych elementów w nich obecnych. Nazywają się one według Tradycji semina Verbi, czyli nasionami Słowa i występują we wszystkich prawdziwych religiach. Słynny II Sobór Watykański zdefiniował stosunek Kościoła Katolickiego do religii niechrześcijańskich w dokumencie rozpoczynającym się łacińskimi słowami „Nostra aetate” („W naszych czasach”). Jest to pismo wierne Tradycji i myśli Ojców Kościoła. Chrześcijaństwo od początku postrzegało duchową historię człowieka jako zawierającą w pewien sposób wszystkie religie. Świadczy to o wspólnym dziedzictwie i przeznaczeniu rodzaju ludzkiego. Dokument mówi o zgodności oraz zjednoczeniu i nawiązuje do obecnego światowego trendu nawołującego do zbliżenia ludzkości za pomocą środków dostępnych naszej cywilizacji.

W afrykańskiej tradycji leczniczej ibogainę stosuję się również do leczenia schizofrenii. Na Zachodzie okazała się pomocna w leczeniu narkomanii.

Heroina : bohaterka kolonialnego dramatu

Współczesna historia ibogainy to w gruncie rzeczy historia walki z heroiną, która także potrafi bezlitośnie pożerać ludzi od niej uzależnionych.
Ważną rolę w historii opium, surowca do produkcji heroiny, odegrali Brytyjczycy. Plantacje narkotyku znajdowały się w Indiach, kolonii angielskiej. Hindusi zapamiętali czasy panowania Brytyjczyków jako pełne przemocy i chciwości. Nieprzypadkowo jednym ze słów z języka hindustani, które weszły do angielszczyzny, jest loot (łup, haracz). Opium budowało fortuny wielu kapitalistów w XVIII i XIX wieku, szmugiel narkotyku był ulubionym zajęciem niektórych angielskich arystokratów. Kompania Wschodnioindyjska cieszyła się monopolem na dostawy opium do Chin. Gdy Chińczycy ustanowili prawa przeciw handlarzom narkotyku, Anglia stanęła w obronie brudnego interesu korporacji, rozpoczynając konflikt znany w historii jako Pierwsza Wojna Opiumowa (1839). W 1842 r. Chińczycy zostali pokonani i utracili Hong Kong. Buntowali się jednak dalej, wyrzucając opium do morza. Stoczono Drugą i Trzecią Wojnę Opiumową, dzięki którym import narkotyku do Chin zalegalizowano ostatecznie w 1860 r. Francja także wprowadziła monopol państwowy na handel opium w swoich koloniach, np. Wietnamie. Zyski te stanowiły dużą część budżetów państw kolonialnych. Prekursorem haniebnej polityki był Warren Hastings, gubernator Bengalu na przełomie XVIII i XIX wieku. Stwierdził on, że opium jest szkodliwe i powinno być zakazane w obrębie własnego kraju, ale można je eksportować dla zysku. Od początku budziło to sprzeciw rozsądnych ludzi. W angielskim parlamencie w 1840 r. padły słowa potępiające niesprawiedliwą wojnę, którą wywołano, aby chronić kontrabandę. Polityk William Gladstone przestrzegał przed sądem bożym nad Anglią i karą za niegodziwość kraju wobec Chin. Duchowni ewangeliccy widzieli w handlu opium, obok handlu ludźmi, największe zło imperium brytyjskiego. Także Francja oraz inne kraje korzystały z wojen opiumowych i brały w nich czynny udział. Niektórzy widzą w tej historii brudny, imperialistyczny gen dzisiejszych korporacji. Japończycy w XX wieku wykorzystywali opium w celach rasistowskich – przeciwko Chińczykom, Europejczykom, Hindusom i innym „niższym rasom”. Podbite tereny Chin zmieniali w fabryki i meliny narkotyku.

Na początku XX wieku gangsterzy z Korsyki kupowali opium z Turcji i Birmy, transportowali przez Wietnam, wówczas francuską kolonię i wytwarzali z niego heroinę w Marsylii. Stamtąd trafiała ona do nowojorskiej mafii. Jej szefowie „Lucky” Luciano i Meyer Lansky pomogli wojsku USA w czasie II wojny światowej wyzwolić Sycylię. Alianci mogli dzięki koneksjom Luciano zorganizować bezpieczny desant na Włochy – w walce z hitlerowcami wsparła ich tamtejsza mafia. Luciano dzięki temu układowi został wypuszczony z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok 30 lat więzienia. Rozpoczął się nowy rozdział w historii współpracy służb specjalnych z handlarzami narkotyków. Film dokumentalny Heroina w Marsylii (2003, reż. D. Korn-Brzoza) pokazywany w kanale telewizyjnym Planete opisuje kulisy powstania tzw. French Connection (Francuskiego Łącznika). Francuskie służby specjalne jeszcze po II wojnie światowej handlowały opium, aby pokrywać koszta wojenne w buntujących się koloniach. Robiono to często w tajemnicy przed władzami w Paryżu. Niektórzy szefowie heroinowego interesu w Marsylii współpracowali w czasie wojny z gestapo, inni – z francuskim ruchem oporu. Gdy w 1947 r. wybuchł potężny strajk dokerów w Marsylii, amerykańska agencja wywiadowcza CIA uznało to za groźbę ze strony komunizmu i pieniędzmi oraz bronią wsparła tamtejsze gangi. Mafia skutecznie rozbiła strajk, opór robotników złamano kijem i rewolwerem. Gdy kilka lat później strajki wybuchły znowu, objęły wszystkie porty Francji – protestowano przeciw wojnie w Wietnamie. Z więzień wypuszczono kryminalistów, aby pomogli w ich stłumieniu. Thomas Braden, były dyrektor sekcji międzynarodowej w CIA przyznał, że opłacanie bojówek łamistrajków pozwalało na rozładunek amerykańskich towarów. Mafia spacyfikowała i ten strajk, zaskarbiając sobie wdzięczność polityków na długie lata. Przemyt heroiny mógł rozkwitnąć na dobre, Marsylia stała się laboratorium chemicznym produkującym najczystszy narkotyk na potrzeby amerykańskiego rynku. Mafiosi z Marsylii cieszyli się poparciem burmistrza, byli zresztą wcześniej jego ochroniarzami i rozlepiali jego plakaty wyborcze. Marcel Francisi, zwany przez prasę Panem Heroiną, miał powiązania z guellistowską organizacją parapolicyjną, która werbowała członków w tajnych służbach i w środowisku przestępczym. Ten hazardzista i posiadacz kilku kasyn gry obracał się wśród elit politycznych i artystycznych Paryża. Wywiad, politycy i gangsterzy połączyli siły w intratnym handlu. Mafiosi stali się przedsiębiorcami, dyrektorami, politykami. Dzisiaj globalizacja także i tego przemysłu, przy czynnym udziale służb specjalnych, rządów, ponadnarodowych korporacji, banków, dzięki nowym rozwiązaniom takim jak raje podatkowe sprawia, że następcy French Connection nie muszą obawiać się przyszłości.

Zyski z handlu narkotykami czerpie na świecie zarówno polityczna prawica, jaki i lewica. Próbowano niszczyć przy ich pomocy całe narody i rasy lub klasy społeczne. Przemyt narkotyków bywał w historii ulubioną zabawą rządzących, służb specjalnych i tzw. wyższych sfer. Kurierzy często kryją się za paszportami dyplomatycznymi (np. były doradca ministra spraw zagranicznych oraz dyplomata i hrabia Piotr D. został skazany w 2007 r. we Wrocławiu za przemyt 75 kg heroiny wartej 10 mln złotych). Różni światowi przywódcy byli oskarżani
w sądzie o ich przemyt (np. premier Włoch S. Berlusconi). W ten sposób zarabia się pieniądze na prowadzenie wojen, broń i inne palące potrzeby świata polityki. Wyjściem z tej matni jest tylko edukacja i leczenie, a nie więcej propagandy, więzień i przemocy.

W 1962 r. Howard Lotsof z Bronksu w Nowym Jorku, 19–letni narkoman uzależniony od heroiny, przyjął środek o nazwie ibogaina i niespodziewanie spędził noc na oglądaniu całego swojego życia oraz uzyskiwaniu odpowiedzi na trapiące go pytania. Jeszcze bardziej niesamowity był efekt zaobserwowany nazajutrz – zniknął bez śladu fizyczny głód heroiny i chęć dalszego jej zażywania. Nie tylko ciało zostało oczyszczone - doświadczył także duchowego przebudzenia i poczuł, że otrzymał szansę na nowe życie. Spostrzeżenia te potwierdzili przyjaciele Lotsofa po spróbowaniu specyfiku. Ibogaina wkrótce znikła z ulicy. Handlarze narkotyków szybko zorientowali się, że na nowym produkcie nie zarabiają lecz tracą. Stali klienci nie przychodzili z niewiadomych przyczyn po codzienną porcję heroiny czy kokainy – po jednorazowym zażyciu środka utrzymywali abstynencję przez długie miesiące czy lata. Lotsof, przypadkowy odkrywca tych właściwości ibogainy, wraz z przyjaciółmi i entuzjastami zaczął działać na rzecz udostępnienia nowej kuracji odwykowej innym potrzebującym. Zebrał i zainwestował milion dolarów w firmę mającą wypromować i wprowadzić na rynek ibogainę. Suma ta okazała się oczywiście stanowczo za mała na skuteczne działania. Doprowadziło to do powstania organizacji samopomocy narkomanów. Lotsof jako pierwszy zauważył fakt, który później mieli potwierdzić naukowcy: ibogaina blokuje uczucie głodu narkotykowego i często całkowicie eliminuje symptomy odstawienia. Pozwala wyjść z ciągu bez towarzyszących niewyobrażalnych cierpień - dla wielu jest to wystarczającą motywacją do podjęcia kuracji, na którą inaczej by się nie odważyli. Mimo braku akademickiego wykształcenia i gniewu amerykańskiego establishmentu, który ściągnął na siebie promując lek z afrykańskiego lasu twierdząc, że jest on skuteczniejszy niż uznane środki rodem z nowoczesnych laboratoriów (np. metadon), Lotsof nie poddawał się. Wykonał tysiące telefonów, odbył setki spotkań z naukowcami i urzędnikami. Ten pionier ruchu samopomocy ludzi uzależnionych jest dzisiaj bohaterem programów telewizyjnych i niekwestionowanym autorytetem, jeśli chodzi o wiedzę nt. ibogainy.

Lekarze i polityczni aktywiści w różny sposób, często omijając prawo, starali się ulżyć losowi uzależnionych, zwłaszcza heroinistów zarażonych wirusem HIV. W USA szykany i aresztowania spotykały wtedy nawet działaczy programów redukcji szkód, np. wymiany igieł i strzykawek, wymierzonych w rozprzestrzenianie się AIDS. W latach 1988-1991 Kongres USA uchwalił aż 5 przepisów zakazujących finansowania programów czystych igieł. Jon S. Parker, który rozpoczął akcję, był aresztowany 27 razy. Dzisiaj takie projekty nie budzą już większych kontrowersji i rządy w nich często uczestniczą. Na obronę rządu USA można powiedzieć, że w tamtych latach w wielu krajach na świecie narkomanów używających dożylnie narkotyków po prostu wieszano. Dopiero śmiertelna choroba AIDS i rozprzestrzenianie się wirusa HIV zwróciły uwagę opinii publicznej na problemy narkomanów i rozpoczęły ich powolną rehabilitację jako osób chorych – wcześniej politycy, a nawet wielu lekarzy widziało w nich wyłącznie wroga i demony zła.

Ibogaina była szczególnie atrakcyjna dla uzależnionych Afroamerykanów. Nowojorski oddział Czarnych Panter od początku swojego istnienia pomagał w trudnej pracy zwrócenia uwagi opinii publicznej na koszmarną sytuację narkomanów. W latach 50., 60. i 70. XX wieku wciąż była żywa w USA idea niewolnictwa i segregacji rasowej. Na południu kraju dochodziło do tysięcy mordów na Murzynach, podpaleń, samosądów i zbiorowych linczów. Wybuchały bunty w gettach, powstał ruch Black Power (Czarna Siła) głoszący hasła zemsty za krzywdy i walki z bronią w ręku. Wyrosły z niego słynne Czarne Pantery oraz wojownicza Armia Wyzwolenia Czarnych (Black Liberation Army), stosująca zbrojną samoobronę, napadająca na banki i strzelająca do policji. Była to epoka rasistowskiego szefa FBI Johna Edgara Hoovera, pogromu murzyńskich działaczy, morderstw przywódców Martina Luthera Kinga i Malcolma X. W 1968 r. zamieszki na tle rasowym wybuchły w ponad 100 miastach USA. Od tamtej pory populacja więźniów w USA wzrosła z 200 tys. osób do ponad 2 milionów – jako rezultat zwiększenia kontroli nad czarnymi gettami. Dzisiaj prawie połowa czarnych mężczyzn w Nowym Jorku jest bez pracy, 1 na 3 kończy w więzieniu. Ponad połowa więziennej populacji USA to Afroamerykanie, w większości skazani za narkotyki. W 1997 r. AIDS było główną przyczyną śmierci wśród Afroamerykanów w wieku od 25 do 44 lat, ponad połowa przypadków choroby wiązała się z dożylnym używaniem narkotyków. Getta wciąż znajdują się w ogniu walki i stanie wojny, szczególnie dzielnica South Central w Los Angeles i zniszczony huraganem Nowy Orlean.

W Europie było niewiele lepiej: jeszcze w latach 80. premier Wlk Brytanii Margaret Thatcher notorycznie nazywała Nelsona Mandelę i Afrykański Kongres Narodowy „terrorystami”. Prawdziwi terroryści z Frakcji Czerwonej Armii (RAF) czy włoskich Czerwonych Brygad starali się stworzyć w Europie partyzantkę miejską na wzór latynoamerykański. Dekolonizacja Afryki była postrzegana jako zagrożenie ze strony międzynarodowego komunizmu. Ostatnią rzeczą potrzebną amerykańskiemu rządowi był afrykański lek - sakrament zdolny pomóc „kolorowym” wydobyć się z heroinizmu, kokainizmu czy alkoholizmu i zjednoczyć się. Zakazano nie tylko posiadania ibogainy, ale także naukowych badań nad nią. Znalazła się „na czarnej liście” w najgorszej grupie środków – bez możliwych zastosowań w medycynie oraz o dużym potencjale uzależnieniowym – pomimo faktu, że nie tylko sama nie uzależnia, ale wręcz pomaga likwidować uzależnienia! Amerykańska agencja CIA testowała ibogainę na Afroamerykanach uzależnionych od morfiny już w latach 50. XX wieku, postanowiła jednak zachować wiedzę o jej właściwościach dla siebie – akta utajniono. Sekret udało się utrzymać przez kilkadziesiąt lat, do czasu nadejścia epoki Internetu.

Mniejszości etniczne, szczególnie Murzyni, były regularnie trute narkotykami przez mafię, a nawet policję. Jak ustaliła słynna Komisja Knappa (1972-74), wielu nowojorskich policjantów pracowało ręka w rękę z pięcioma mafijnymi rodzinami reprezentowanymi w mieście, systematycznie wymieniając skonfiskowaną heroinę na mąkę i puszczając ją w obieg na ulicach Harlemu oraz innych skupisk murzyńskiej ludności. W rezultacie śledztwa większość członków policyjnej brygady antynarkotykowej odeszło ze służby w hańbie lub popełniło samobójstwo. Korupcja sięgała Ratusza i obejmowała prominentnych urzędników. Niektóre z tych wydarzeń stały się podstawą scenariusza filmu Amerykański Gangster (2007, reż. R. Scott).

Działacze Czarnych Panter, zwani na ulicy żołnierzami, budzili Świadomość Czarnych (Black Consciousness) przez walkę zbrojną z lokalnymi dilerami heroiny. Rajdy na meliny handlarzy narkotyków; odbieranie towaru i wyrzucanie heroiny do rzeki; zamachy bombowe i akcje zbrojne organizowane w odwecie przez dilerów; fałszywe i fabrykowane przed sądem oskarżenia; podrzucanie dowodów rzeczowych, np. broni maszynowej
i narkotyków przez policję; wyroki dla niewinnych działaczy za cudze przestępstwa, często później uchylane przez sądy wyższej instancji; odszkodowania wypłacane rodzinom „przypadkowo” zabitych działaczy – to była codzienność Czarnych Panter. Pomagały im w walce inne organizacje tamtych lat, m.in. Białe Pantery, Yippies czy Armia Chrystusowa. Szczególnie wielu ludzi, również białych studentów, zaangażowało się w organizowanie ulicznych demonstracji i polityczną walkę po tym, jak w pewne niedzielne popołudnie amerykańscy faszyści z Ku Klux Klanu w Birmingham w stanie Alabama wysadzili w powietrze kościół z czterema murzyńskimi dziewczynkami w środku. Niektórzy aktywiści zapłacili za to życiem, doprowadzili jednak do skazania winnych. Ku Klux Klan programowo „zwalcza Murzynów, katolików, Żydów oraz imigrantów”. Skupiający miliony członków Klan został zakazany w 1958 r., ale w podziemiu działa do dzisiaj. Kościoły katolickie na południu USA dalej są podpalane, od lat 90. XX wieku spłonęło ich ponad 20.

Tematyką ibogainy był żywo zainteresowany Nelson Mandela w czasie swojej wizyty w USA w 1990 roku. Dopiero ostatnio działania naukowców i odpowiedzialnych polityków skłoniły amerykański rząd do zmiany zdania na temat legalności badań nad ibogainą.

Nauka o religii: jak działa afrykański święty lek

Pierwsze informacje o ibogainie opublikowano w 1864 r. Europejskie raporty nazywały iboga afrodyzjakiem i stymulantem. Miała ona zwiększać siłę i wytrzymałość wojowników, np. w trakcie polowań na lwy. Raporty badaczy informują, że w małych ilościach ibogaina ma silne działanie afrodyzjakalne: aktywność seksualna może trwać nieprzerwanie od 6 do 17 godzin (niepotwierdzone doniesienia mówią nawet o 48 godzinach). Właściwości te wykazuje jednak tylko w sprzyjających warunkach. W ceremoniach afrykańskich uczestniczą dzieci właśnie dlatego, że sytuacja nie zawiera podtekstów erotycznych. Murzyni często stosują iboga razem z innym uznanym przez zachodnią  naukę afrykańskim lekiem na impotencję – sławną johimbiną, pozyskiwaną z kory drzewa johimby lekarskiej (Pausinystalia yohimba) oraz wielu innych roślin. Johimbina jeszcze niedawno była sekretem pilnie strzeżonym przez afrykańskich szamanów. Jest podawana m. in. nowożeńcom, obrzędy z jej wykorzystaniem trwają wiele dni lub tygodni. W tym czasie mężczyźni nie okazują zmęczenia częstą aktywnością seksualną. Zachodnie badania potwierdziły, że johimbina zwiększa dwukrotnie liczbę stosunków w ciągu tygodnia.

Prace nad ibogainą pozwalają naukowcom przypuszczać, że te same mechanizmy rządzą wszystkimi znanymi uzależnieniami - dlatego są one takie ważne. Ibogaina może jakby „skasować” zmiany w mózgu poczynione przez uzależnienia, znormalizować tolerancję na narkotyk i usunąć objawy jego głodu. Wśród naukowców zajmujących się ibogainą nie brakuje także i polskich nazwisk. Mamy świetnych uczonych i ośrodki naukowe zainteresowane prowadzeniem badań nad uzależnieniami, brak jedynie funduszy na wspieranie ich wysiłków. Warto polecić dostępną w Internecie pracę dr. Piotra Popika z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie: Hamowanie uzależnień przez antagonistów receptora NMDA – historia odkrycia i mechanizm działania ibogainy. Aby zatrzymać lawinę listów do polskiego uczonego od zdesperowanych narkomanów i ich bliskich należy jednak dodać, że dr Popik nie prowadzi już badań nad ibogainą i nigdy nie podawał jej ludziom, jedynie zwierzętom.

Zespół specjalistów z Kolegium Medycznego Albany w Nowym Jorku stworzył syntetyczny związek podobny do ibogainy, znany jako 18-MC. Dyrektor tamtejszego Centrum Neurofarmakologii i Neurologii dr Stanley Glick uzyskał zgodę na badania kliniczne nad nowym związkiem. Wielu naukowców właśnie w badaniach nad pochodnymi ibogainy widzi największą szansę na sukces i dopuszczenie leku na rynek. Badania na zwierzętach wykazują, że nowy środek ma te same właściwości przerywające ciąg i głód narkotykowy przy mniejszej toksyczności i braku nieprzyjemnych efektów kojarzonych z ibogainą. Szczególnie dobrze zdaje sobie radzić z uzależnieniem od amfetaminy i nikotyny (podobnie jak ibogaina wiąże się on z receptorami nikotynowymi i blokuje wyzwalanie dopaminy przez nikotynę). Amerykańscy naukowcy pracujący nad ibogainą porównują jej działanie do Prozacu (lek antydepresyjny),ale silniejszego i dłużej działającego. Możemy tylko domyślać się, jakie lekarstwa już by istniały, gdyby badań nad ibogainą i podobnymi naturalnymi (=nierentownymi) lekami nie wstrzymywano i nie utrudniano od dziesięcioleci.

Ostatnio w badaniach nad ibogainą prym wiedzie Uniwersytet w Miami na Florydzie. Neurolog Deborah Mash początkowo zamierzała jedynie obalić mit, jakim według niej była sława ibogainy na ulicy. Zmieniła jednak zdanie patrząc na uzyskane, zadziwiające wyniki – plotka z narkotykowego podziemia okazała się prawdą, obietnicą na przełom w badaniach nad uzależnieniami. Doktor Mash zaangażowała się w pracę nad afrykańskim lekiem. Zebrała ekipę fachowców, z wielkim trudem uzyskała pozwolenie amerykańskiego Urzędu ds. Leków i Żywności na testy kliniczne, nie udało się jednak zainteresować sponsorów i zebrać funduszy. Zespół był zmuszony przenieść się ze swoimi badaniami poza granice USA. Klinika prowadzona przez dr Mash na Wyspach Karaibskich jest prawdopodobnie najbardziej profesjonalną placówką medyczną z ok. 40 miejsc na świecie oferujących dzisiaj kurację przy pomocy ibogainy. Uczona łączy badania naukowe z niesieniem pomocy uzależnionym i dostosowuje cenę do możliwości pacjenta.

Mnóstwo badań na zwierzętach potwierdziło działanie ibogainy przeciw rozmaitym uzależnieniom oraz niewielką toksyczność skutecznych dawek. Badania na szczurach i małpach nie wykazały żadnych patalogicznych zmian w mózgu, wątrobie, nerkach ani neurotoksyczności przy chronicznym stosowaniu dużych dawek przez wiele dni. Stwierdzono za to 80% spadek ilości zażywanej przez szczury kokainy i morfiny. Wciąż rzadkie są jednak testy kliniczne. Trwają one dopiero od niedawna w USA, Kanadzie oraz Izraelu. Dotychczas uzyskane dane sugerują zmniejszenie objawów głodu opiatów w ciągu 1-2 godzin i całkowite jego zniknięcie w ciągu 24 godzin. Istnieją niezliczone raporty o totalnej abstynencji albo znacznym zmniejszeniu dziennej porcji narkotyku utrzymujących się przez miesiące albo lata po kuracji. Nie są one jednak potwierdzone przez naukę.

Ibogainy zaczyna używać coraz większa liczba lekarzy i naukowców. Artykuły na temat nowej metody pojawiły się w prestiżowych magazynach naukowych Lancet, Science i Journal of Neuroscience. W 2007 r. w warszawskim hotelu Victoria odbyło się kolejne Forum poświecone tej obiecującej terapii. Najnowsze dane przedstawiali naukowcy, działacze i dziennikarze z USA, Izraela, Francji i Meksyku. Najbardziej godni podziwu są Amerykanie z Nowego Jorku, którzy niosą pomoc narkomanom i pracują z ibogainą najdłużej, mimo że ryzykują wyroki kilkudziesięciu lat więzienia. W tym samym czasie w Warszawie odbyła się 18. Międzynarodowa Konferencja nt. Redukcji Szkód pod honorowym patronatem Ministra Zdrowia Zbigniewa Religi. Wsparcie zapewniły m.in.  Ministerstwo Sprawiedliwości, Urząd Miasta Warszawy, MONAR a także, jak w poprzednich latach, międzynarodowe organizacje WHO, UNAIDS, UNICEF, IHRD. Do Warszawy przybyło na kilka dni ponad 1200 lekarzy i specjalistów z 80 krajów świata. Dyskutowano o problemach związanych z nielegalnymi narkotykami, tytoniem, alkoholem, HIV oraz AIDS, więziennictwem, prostytucją; związkach narkomanii z prohibicją, ksenofobią, rasizmem; nawoływano do reformy prawa dot. narkotyków oraz znalezienia sprawiedliwych i humanitarnych rozwiązań.

Jako naturalnie występujący alkaloid roślinny ibogaina nie była nigdy atrakcyjna dla amerykańskiego przemysłu farmaceutycznego. Zdaniem coraz większej liczby fachowców niechęć koncernów do szukania rozwiązań w trudnej do opatentowania przyrody to duży błąd. Biochemik dr Arnold Demain z Drew University w Madison, NJ uważa, że natura jest zdolniejsza od chemików w tworzeniu interesujących chemicznych cząsteczek i ignorując jej zasoby firmy wiele tracą – zamiast projektować zupełnie nowe rzeczy od samego początku, mogą rozwijać przecież gotowe pomysły. Przemysł farmaceutyczny najwyraźniej zapomniał o historii penicyliny i wielu innych słynnych leków. Niestety, także interesy prywatnego sektora gospodarki są zupełnie inne niż interesy społeczne. Brian Vastag przypominał na łamach prestiżowego Journal of American Medical Association, że w 1997 r. giganty farmaceutyczne prowadziły badania nad tylko 10 substancjami do walki z uzależnieniami, te same firmy testowały jednocześnie 400 środków przeciw rakowi. Ich rzecznicy pytani o przyczynę tego zjawiska stwierdzali z żalem, że nie znają odpowiedzi. Fachowcy podejrzewają, że powodem jest prawdopodobnie tabu związane z uzależnieniami i niewielkie zyski. Tymczasem obliczono, że naród amerykański traci rocznie ponad 160 mld miliardów dolarów z powodu uzależnień od samych tylko nielegalnych narkotyków (koszta opieki medycznej, zmniejszonej produktywności, przestępstw i więziennictwa). Fundusze przeznaczane na opracowywanie leków pomocnych w terapii uzależnień są minimalne w porównaniu z wydatkami na więzienia czy broń. W kalifornijskim Los Angeles działają tylko 3 publiczne ośrodki odwykowe – w mieście żyje zaś 100 tys. osób uzależnionych od samej tylko heroiny.

Koszta wprowadzenia leku na rynek w USA są za duże dla niezależnych ośrodków naukowych i uniwersytetów czy małych firm farmaceutycznych. Powiązania między niektórymi znanymi politykami a mafią czy działania lobby przemysłu farmaceutycznego, tytoniowego i alkoholowego są zbyt silne: nie należy się spodziewać, że leki takie szybko powstaną w laboratoriach wielkich amerykańskich firm farmaceutycznych. Zwłaszcza dopóki daje się wmówić opinii publicznej, że uzależniony człowiek nie jest chorym, zatrutym i skrzywdzonym przez system, lecz winnym swojej niewoli grzesznikiem i kryminalistą. Ibogaina pozostaje do dziś całkowicie nielegalna w USA, poza tym krajem budzi w opinii publicznej oraz większości fachowców entuzjazm i nadzieję.
Wszystko to sprawiło, że odpowiedzialność za drogie badania naukowe spadła na uniwersytety. Środowisko akademickie spełnia dziś poważną rolę w procesie dochodzenia do prawdy i jego opinia jest bardziej godna zaufania niż wyniki badań często uzyskane na zlecenie polityczne czy koncernu.

Ostatnia deska ratunku

Dzisiejsza terapia z użyciem ibogainy ma zwykle 3 fazy. W fazie pierwszej pojawiają się efekty działania przyjętej substancji, pierwsze obrazy i wspomnienia. Trwają kilka godzin. Faza druga trwa nawet 20 i więcej godzin i jest opisywana jako podróż w czasie przez całe życie, 20 lat psychoanalizy w 1 dzień. Wspomnienia i wizje napływają tylko przy zamkniętych oczach i przypominają sen – ibogaina nie jest więc klasycznym halucynogenem. Trzecia, najważniejsza faza to powolne, nawet kilkudniowe wracanie do normalności. Integracja zdobytych informacji może trwać nawet kilka tygodni. W tym czasie jesteśmy wyjątkowo wrażliwi na napływające z wewnątrz sygnały. Często właśnie w czasie tej ostatniej fazy uzyskujemy szczególnie ważne informacje i odpowiedzi. Niektórzy badacze widzą w ibogainie rewelacyjny lek do wykorzystania w psychoterapii. Faktem jest, że po sesji zapotrzebowanie organizmu na narkotyki spada praktycznie do zera. Dominuje fizyczne uczucie czystości, wolności. Ibogaina w potężnej dawce działa jak chemioterapia przy leczeniu raka - ma w nas zabić to, co złe i chore. W czasie afrykańskich rytuałów lub amatorskich terapii zdarza się, co prawda niezmiernie rzadko, że zabija naprawdę (w ciągu ostatnich 10 lat odnotowano 9 zgonów, które można powiązać z ibogainą). W kontrolowanych, szpitalnych warunkach ryzyko praktycznie nie istnieje. Zgony zdarzają się zwykle po kilku dniach: na skutek przedawkowania, gdy chory nie jest hospitalizowany i powróci do narkotyzowania się. Organizm jest „czysty” i reaguje dużo silniej – jak przy pierwszym kontakcie z narkotykiem. Toksyczność narkotyków po zażyciu ibogainy jest dużo większa – potwierdzają to liczne badania naukowe. Tennessee Brzek, matka Marushki – dziewczyny, która w samotności przedawkowała ze śmiertelnym skutkiem heroinę tydzień po kuracji ibogainą, mimo bólu po stracie córki twierdzi, że nowa terapia w odpowiednich warunkach może być wspaniałą szansą dla uzależnionych. Marushka była wcześniej długo leczona w centrach rehabilitacyjnych - bez żadnych efektów.

Legalne leki powodują śmierć ponad 100.000 osób rocznie w samym tylko USA; niewinna, dobroczynna dla ludzkości aspiryna jest przyczyną setek zgonów; wskutek uzależnienia od nikotyny umrze prawdopodobnie ponad miliard ludzi z żyjących dziś na świecie. Niezliczone tysiące ludzi codziennie uzależniają się na całe swoje (zazwyczaj krótkie) życie od heroiny, kokainy, metamfetaminy czy alkoholu. Aż 9 na 10 heroinistów powraca do narkotyzowania się – nie pomagają więzienia, zamknięte instytucje, najdroższe terapie, nie potrafią pomóc nawet najbliżsi. Bez dodatkowego wsparcia jedynie 1 osoba na 20 jest w stanie porzucić nikotynę. Jednak to sporadyczne zgony, które można powiązać z naturalnymi lekami są przyczyną nagonki ze strony mediów i nowoczesnego przemysłu farmaceutycznego. Rośliny nie posiadają wielu adwokatów, nie można ich opatentować czy inaczej zabezpieczyć przed konkurencją i zarabiać na nich astronomicznych sum. Dodatkowo śmiertelność wśród narkomanów jest dużo wyższa niż wśród reszty społeczeństwa – firmy nie chcą ryzykować swojej reputacji. Ibogaina nie gwarantuje wielkich zysków – leku nie bierze się regularnie, do końca życia, jako terapii podtrzymującej (jak w przypadku dochodowego metadonu), ale jednorazowo lub sporadycznie. Być może dopiero rosnąca liczba uzależnionych od nikotyny sprawi, że jakaś firma dostrzeże w pracach nad ibogainą żyłę złota.

Ryzyko zgonu jest oczywiście wedle standardów dla leków niedopuszczalne – przynajmniej nie dla leków roślinnych czy kultur innych niż Zachodnia. W Ameryce badania nad ibogainą zawsze były utrudniane, a mimo to już przyniosły wiele obiecujących rezultatów. Możliwe jest stworzenie nietoksycznych odpowiedników, konieczne – ustalenie skutecznych i bezpiecznych dawek. Niektórzy komentatorzy podkreślają, że wedle dzisiejszych standardów nawet aspiryna mogłaby mieć problemy z dopuszczeniem na rynek. Jeśli uznamy kurację ibogainą za niebezpieczną procedurę w rodzaju chemioterapii przy leczeniu raka czy chirurgicznej operacji, dostępną na wyraźne życzenie, nawet w dzisiejszej radykalnej postaci może uzyskać ona zielone światło.

Farmakolodzy odkryli, że ibogaina działa na mózg zupełnie inaczej niż jakikolwiek inny lek. W trakcie stosowania dużych dawek w celach religijnych w Afryce czy terapeutycznych na Zachodzie niebezpieczne może być nie tylko przedawkowanie, ale także zbyt mała porcja niezdolna wprowadzić nas w odpowiedni stan transu. W Europie i USA dużą wagę przykłada się do szczegółowych wyników badania serca kandydata do terapii. Afrykańscy naukowcy wskazują na ochronne działanie samego religijnego rytuału: mózg podlega wpływom muzyki o odpowiednich wibracjach, transu, tańca i ruchu, hipnozy. Serce jest w ten sposób chronione przed nagłym stresem. Najważniejsze jest przebywanie w grupie i jej wsparcie. W 2006 r. badacze z Afrykańskiego Towarzystwa Naukowego U. Maas i S. Strubelt wysnuli hipotezę, że przyczyną zgonów w trakcie leczenia ibogainą jest niewydolność serca spowodowana zaburzeniem czynności wegetatywnego układu nerwowego. Zauważyli oni, że wiele niewyjaśnionych przez zachodnią naukę zgonów można powiązać z… samotnością. Na Zachodzie w większości przypadków pacjent umierał, gdy przebywał sam – w Afryce jest on tymczasem bez przerwy otoczony troskliwą opieką społeczności, i to nie tylko w trakcie rytuału, ale także na długo przed i po nim. Wygląda na to, że często umieramy nie tylko w samotności, ale także z jej powodu – i dotyczy to nie tylko zachodnich sesji z ibogainą. Umysł pogrążony w strachu czy depresji potrafi niejako powiedzieć sercu, aby się zatrzymało. Mózg wypuszcza wtedy przekaźniki - duże ilości silnych substancji biochemicznych, które mogą rozstroić i zabić organizm. Afrykańscy uczeni uważają, że monitorowanie pacjenta przed zabiegiem i w jego trakcie niewiele jest tu w stanie zmienić. Efekty kuracji ibogainowej (podobnie jak silnego stresu) utrzymują się przez kilka dni lub tygodni – mózg i układ nerwowy są w tym czasie całkowicie rozregulowane. W Gabonie uważa się, że krytyczna faza trwa 3 dni – w tym czasie zaleca się unikanie stresu (nie mówiąc o jakichkolwiek narkotykach). Bez wątpienia warto zwrócić uwagę na słowa tamtejszych medyków – mają oni największą wiedzę i doświadczenie w tej dziedzinie, to właśnie w Afryce jest najwięcej ludzi znających rytuał związany z przyjęciem dużych dawek ibogainy w celach religijnych czy medycznych (w samym Gabonie ok. 100 tys. osób).

Syndrom nagłej i nieoczekiwanej śmierci oznacza, że medycyna nie potrafi ustalić przyczyny zgonu. Często podejrzewa się wówczas przyczyny psychologiczne – zgadza się to z afrykańską teorią, że źródło problemów w trakcie inicjacji jest natury duchowej. Zabójcze mogą okazać się np. wyrzuty sumienia – stąd istotny jest rytuał spowiedzi. Umrzeć można także z powodu nadmiernej wyobraźni, silnej sugestii (jeden z filarów tzw. czarnej magii), braku motywacji do życia, poczucia bycia opuszczonym i samotnym, depresji i oczywiście strachu. Lekarze wypisując akt zgonu nie wdają się zwykle w tłumaczenie przyczyn i nazywają rzecz po imieniu w sposób medyczny („nagłe zatrzymanie akcji serca”), a nie poetycki („złamane serce”). Często w trakcie sekcji zwłok okazuje się, że narządy były zdrowe i źródło śmierci musiało tkwić w psychice. Od dawna wiadomo, że ryzyko nagłego zgonu jest większe u chorych na schizofrenię, padaczkę, depresję, pod wpływem stresu i po traumatycznych przeżyciach, a także u niemowląt. Zaobserwowano większą umieralność wśród ludzi, którzy utracili właśnie partnera czy sens życia, a nawet w okolicach ważnych dat (święta, rocznice). Często cytowana jest historia człowieka, który zatrzasnął się w chłodni i „zamarzł” tam na śmierć (zdołał wcześniej opisać swoje przeżycia) – mimo że agregat nie był włączony do prądu. Psychoterapeuta G. B. Schmid z Zurychu napisał książkę pod wiele mówiącym tytułem Śmierć z powodu zbyt silnej wyobraźni. Problem dostrzegł kościół katolicki, zmieniając po II Soborze Watykańskim nazwę „ostatniego namaszczenia” na „namaszczenie chorych”, aby chronić życie ludzi podatnych na sugestie przed zgonami psychogennymi.

Nagły stres może spowodować zaburzenia układu nerwowego i śmierć schwytanych w niewolę dzikich zwierząt. W sytuacji zagrażającej życiu ludzie i zwierzęta mają 2 wyjścia: aktywność (walka / ucieczka) lub udawanie śmierci w celu oszukania wroga. Umysł nakazuje wówczas ciału pozostawać w bezruchu, zmniejszyć tempo oddechu i metabolizmu. Wśród ludzi zjawisko to zaobserwowano u niemowląt. Nagły szok może wtedy spowodować równie nagłą śmierć – także w trakcie leczenia ibogainą, która w dużych dawkach zdaje się uruchamiać te same mechanizmy chemiczne i pozorować zgon. Tradycyjni uzdrowiciele zapobiegają temu ryzyku izolując pacjenta od źródeł stresu, wprowadzając umysł w spokojny nastrój dzięki odpowiedniej muzyce i hipnozie. Dzięki temu unika się nagłych reakcji, które mogłyby zagrozić funkcjom życiowym. Badacze uważają trans i hipnozę za skuteczne metody ochrony przed atakiem serca, podobnie jak taniec, ruch i ćwiczenia aerobowe. Stosunkowo najmniej problemów naukowcy mieli z rozwikłaniem zagadki potrzeby rytualnego postu - wiele leków i rodzajów żywności wchodzi ze sobą w niebezpieczne interakcje.<

Należy pamiętać, że najważniejszy jest kontekst społeczny kuracji. W Afryce przygotowania do ceremonii trwają tygodniami czy miesiącami oraz angażują grupę ludzi, którymi dowodzi starszyzna - nie samozwańcy. Nie należy polegać na samym środku chemicznym, ważniejszy bywa kontakt z drugim człowiekiem, bycie w grupie oraz rytuał, a nawet samo miejsce i oczekiwania. Wkroczenia w dorosłość i rytuału z nim związanego nie można przyśpieszyć – dotyczy to zwłaszcza ludzi uzależnionych.

Ibogaina to bez wątpienia substancja lecznicza i toksyczna zarazem. To samo można powiedzieć o większości lekarstw. Alkohol czy kofeina w normalnych dawkach to znane i popularne składniki leków czy używki, w dużej dawce to zdecydowanie niebezpieczne, śmiertelne trucizny. Słynny lekarz Paracelsus napisał w XVI wieku, że trucizna jest we wszystkim i nie ma rzeczy bez trucizny. Zależy tylko od dawki, czy coś jest trucizną czy nie. Każda substancja, która ma moc czynienia dobra, może wyrządzić też zło. Apelował także, aby nie odrzucać kuracji dlatego, że wydaje się nam egzotyczna. Hipokrates, zwany ojcem medycyny, powiedział, że skrajne lekarstwa są najbardziej odpowiednie dla skrajnych chorób. Wyjaśnia to, dlaczego afrykański sakrament znalazł na razie głównie zastosowanie w leczeniu ciężko uzależnionych kokainistów i heroinistów, często dodatkowo chorych na AIDS.

W czasie konferencji nt. ibogainy, która odbyła się w 1999 r. na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Nowojorskiego zasugerowano, że kuracje z jej zastosowaniem mogą być dobrze przyjęte jako opcja w Europie Wschodniej. Rośli Słowianie mogą okazać się dość silni, aby wziąć pod uwagę nawet tradycyjną kurację rytualną w Afryce. Angielskie słowo slave, brzmiące zresztą podobnie w zachodnich językach i oznaczające niewolnika, pochodzi od Slav, czyli Słowianin. National Geographic poinformował w swoim pierwszym polskojęzycznym numerze, że ok. 1000 lat temu kwitł na świecie handel niewolnikami, dostarczały ich głównie wyprawy do Afryki i na Słowiańszczyznę. W Anglii niewolnicy stanowili wtedy ok. 10% ludności kraju.

Jako „biali Murzyni” czy „Murzyni Europy” mamy większe szanse wyjść cało z tej silnej fizycznej opresji, jaką jest świadome przedawkowanie ibogainy w Afryce. Jeśli ktoś czuje się dość silny psychicznie i fizycznie na taką podróż w głąb siebie i Czarnego Lądu, nie powinien na nią wyruszać bez towarzysza-lekarza, badań kontrolnych, naprawdę solidnego przygotowania i pogłębienia swojej wiedzy na ten temat.

Ibogaina była ostatnio bohaterką wielu audycji telewizyjnych i doniesień prasowych. Afrykańskiemu lekowi czas antenowy poświęciły stacje Planete, National Geographic, BBC, TVN oraz wiele programów lokalnych na całym świecie. Niektóre z tych materiałów, zebrane w pliku pod wspólnym tytułem Death Drugs and a Possible Solution (Śmiertelne narkotyki i możliwe rozwiązanie), można zobaczyć w Internecie. Redaktor M. Trojanowski (TVN) prowadzi stronę internetową zawierającą informacje nt. ibogainy, tłumaczenia, kontakty. Adres: http://www.zigzag.pl/jmte/ibogaina.htm. W Internecie istnieje mnóstwo ofert kuracji ibogainowych – od ceremonii religijnych w Afryce, przez amatorskie warsztaty terapeutyczne po profesjonalną opiekę lekarską w klinikach. Ich ceny są bardzo zróżnicowane: wahają się od kilkuset do kilkunastu tysięcy euro. Oprócz naukowców, lekarzy czy psychoterapeutów zajmuje się też nimi mnóstwo laików, domorosłych szamanów i chemików oraz ludzi liczących na łatwy zarobek. Dzisiejszy status ibogainy jako eksperymentalnego leku i półlegalnej terapii naraża chorych na niebezpieczeństwo i może zrujnować wysiłki naukowców. Najtańsza i najpopularniejsza jest prywatna kuracja we własnym zakresie, co należy stanowczo odradzać - bez kontroli lekarskiej może się ona źle skończyć. Lekarz dysponuje środkami, aby w razie potrzeby ratować zagrożone życie.

Wojna z nauką i narkomanami, nie narkotykami

Niektóre amerykańskie agencje nie ustają w wysiłkach, aby zakazać ibogainy i badań nad nią na całym świecie – dziwnym trafem szczególnie ostatnio, gdy naukowcy zainteresowali się jej skutecznym działaniem przeciw nikotynie. Zakaz używania tego leku nie zmniejszy jego toksyczności – mogą to zrobić tylko lekarze opracowując procedury i ustalając bezpieczne dawki. Naukowcy nie mogą być pozbawiani metod dochodzenia prawdy. Niektórzy pracują przecież nad znacznie bardziej niebezpiecznymi rzeczami, w dwuznacznych moralnie celach.
Rosnące społeczne zapotrzebowanie na skuteczne środki przeciw narkomanii spotyka się z obiekcjami niektórych polityków. Ludzi od pokoleń uzależnianych przez system od chemicznych trucizn nazywają oni grzesznikami i kryminalistami bez silnej woli. Jednak nawet najwięksi zwolennicy budowania więzień i rozwiązań siłowych muszą przyznać, że także uzależnionym od legalnych narkotyków, zwłaszcza palaczom chorym na raka, potrzebne są skuteczniejsze środki do walki z nałogiem.

Choroba jako zjawisko jest rozumiana w różny sposób przez naukę i religię. Ludzie medycyny mówią o zaburzeniu fizycznym, sumie różnych czynników i określonych przyczynach. Psychologowie zauważają rolę wypartych emocji. Różne religie postrzegają chorobę jako karę za grzechy i złe myśli, lekcję i nauczkę, a nawet iluzję. Do niedawna nawet alkoholizm nie był uważany za chorobę, lecz za grzech. Dzisiaj odmawia się człowieczeństwa narkomanom. Narkomania to choroba nie tylko wolnej woli, ale także zatrutego ciała i umysłu, zmienionej chemii i fizjologii organizmu. Nowe odkrycia naukowe o wspólnych mechanizmach dla wszystkich uzależnień; przyznanie się koncernów tytoniowych, że tytoń uzależnia oraz wielka liczba chorych na nowotwory, którzy nie są w stanie porzucić nikotyny czy alkoholu, być może skłonią w końcu rządy i koncerny do zmiany stanowiska i wspierania badań nad skutecznymi lekami. Dzisiaj wszyscy korzystają z dobrodziejstw nowoczesnej chemii i medycyny. Pomocy odmawia się tylko naprawdę potrzebującym – w imię przesądów.<

Ludzie posiadający jasne, wolne umysły mają czasem problem ze zrozumieniem chemicznego uzależnienia – podobnie syty nie rozumie głodnego. Niektórzy z nich twierdzą, że narkoman potrzebuje kary w postaci cierpień, a nawet więzienia czy śmierci. Często ludzie tacy nazywają siebie miłosiernymi chrześcijanami - powinni spróbować powiedzieć te słowa prosto w oczy rodzicom dzieci, które stoją przed wyborem: detoks lub śmierć. Nie potrafimy wyobrazić sobie ich bólu, agonii narkomana trwającej wiele dni lub tygodni. Człowiek uzależniony w tym czasie jest skłonny nawet popełnić samobójstwo rozbijając głowę o mur. Ten nieopisany głód substancji jest główną przyczyną ciągów narkotykowych. Przerwanie go graniczy z cudem. Uzależnionym (także od nikotyny) potrzebne są sanatoria i skuteczne terapie, nie moralizatorskie upominanie i straszenie.

Ibogaina działa, ale nie zwalnia nikogo z działania. Pomaga wyjść z ciągu nawet narkomanom biorącym dożylnie heroinę przez kilkanaście lat, gdy wszystko inne zawodzi. Zmiana wymaga jednak czasu i wielkiej pracy. Ibogaina nie jest żadnym „cudownym lekiem” przeciw uzależnieniom, jak niekiedy informują niektóre rozhisteryzowane, żądne sensacji media. Jest tylko narzędziem pozwalającym złagodzić fizyczny głód substancji oraz duchowo obudzić człowieka zamroczonego nadużywaniem narkotyku. Konieczna jest dalsza terapia, zmiana nawyków, unikanie pokus, niekiedy nawet przeprowadzka. Cudowny lek na uzależnienia nie istnieje i prawdopodobnie nigdy nie powstanie (chociaż trwają prace nad…szczepionkami). Zawsze pozostaje kwestia wolności wyboru, podstawowego prawa naszej cywilizacji. Profesor Jerzy Vetulani z Instytutu Farmakologii PAN w Krakowie przypomina, że człowieka nie da się zredukować do biochemii i tabletka szczęścia nie zapewni nam dobrego życia – trzeba na nie samemu solidnie zapracować. Z drugiej strony, nie oczekujemy od zatrutego człowieka, że sam dojdzie do siebie. Chorzy nie mogą być pozbawiani leków i odtrutek. Bez takiej interwencji farmakologicznej niewolnik nowoczesnej chemii często nie ma szans i umiera. Pamiętajmy, że narkomania to śmiertelna choroba, która zabija przede wszystkim młodych ludzi.

Przykład cracku i lodu, bardzo silnie uzależniających odmian kokainy i metamfetaminy do palenia daje wyobrażenie o tym, co może czekać nas w przyszłości. Po tych najnowszych odmianach niestarych przecież narkotyków mogą pojawić się podobne pomysły wobec heroiny i pozostałych. Takie formuły już istnieją, na szczęście nie są tak łatwe i tanie do wyprodukowania jak crack. Laboratoria potężnych karteli narkotykowych, rasiści, terroryści i przywódcy bandyckich państw wciąż pracują nad nowymi formułami istniejących narkotyków, jak też poszukują zupełnie nowych trucizn. Im bardziej uzależniający produkt, tym lepiej dla interesów i gorzej dla nieprzyjaciela. W przyszłości będziemy mieli do czynienia z coraz bardziej wyrafinowanymi narkotykami – o ile szybko nie uleczymy istniejącego systemu. Strach pomyśleć, co by się stało z chwilą wynalezienia narkotyku uzależniającego dużo bardziej niż np. heroina. Sytuację, która może zaistnieć w niedalekiej przyszłości opisuje film 51. Stan / Formuła (reż. Ronny Yu) z Samulelem L. Jacksonem w roli naukowca oferującego swoją wiedzą i umiejętności angielskim gangsterom. Tytułowym 51. stanem USA jest Wielka Brytania, ale może nim być jakikolwiek kraj czy bananowa republika na świecie – podobny scenariusz wydarzeń jest prawdopodobny wszędzie.

Zaledwie co 10. Polak uważa, że właściwą karą dla narkomana (nie handlarza) jest więzienie. Większość ludzi za bardziej wskazane uważa leczenie, edukację, udział w pracach społecznych. Polska dzięki sensownym prawom narkotykowym w latach 80. XX wieku zdołała powstrzymać epidemię HIV oraz nie dopuścić do kryminalizacji ludzi uzależnionych. W tym samym czasie w wielu zachodnich państwach skazani za narkotyki stanowili 40-70% wszystkich więźniów, wskaźniki zachorowań na HIV zwykle są tam dzisiaj kilkakrotnie wyższe, doszło do wykluczenia mniejszości etnicznych czy całych grup społecznych i brutalizacji życia.

Ibogaina stanowi wyzwanie dla przemysłu farmaceutycznego na miarę XXI wieku: jak stworzyć bezpieczny, tani lek na bazie naturalnej rośliny i zarobić na nim bez zwyczajowego ograbiania Afrykańczyków. Póki co, na rynku leków trwa wojna na patenty.

Oceń treść:

Average: 10 (2 votes)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

rewelacja. tak mam nadzieje beda czesciej wygladaly artykuly na [H]. dobry styl, wyczerpujaca ilosc informacji.

pozdrowionka.

Anonim (niezweryfikowany)

:)

 

Anonim (niezweryfikowany)

Znakomity artykuł, jeden z najlepszych w morzu doniesień prasowych i michałków. Koka: jesteś autorem, czy też skopiowałeś/przetłumaczyłeś? Jeśli to pierwsze, to szczerze gratuluję, świetny tekst!

Anonim (niezweryfikowany)

Artykuł pochodzi najprawdopodobniej ze <A href="http://spliff.com.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=466&Itemi.... Tam też dostępna jest bibliografia i ilustracje do niego.

 

Pozdrawiam

Antybłysk