REKLAMA




Rozmawiamy z byłymi dilerami, jak w latach 90. handlowało się ecstasy

Wywiadu dla VICE udzielili pod warunkiem zachowania ich anonimowości. Jeśli w latach 90. byliście w USA i braliście ecstasy, bardzo prawdopodobne, że wasze pigułki przeszły przez ich ręce.

Tagi

Źródło

Vice.pl
Allison Elkin, tłumaczenie Robert Kamionek

Odsłony

2826

Dzisiejszym gościom wielkich, zbijających miliony dolarów festiwali elektronicznych może być trudno uwierzyć, że zrodziły się one z rave'ów organizowanych 20 lat temu w brudnych magazynach. Zanim popkultura zaczęła żerować na kolorowej nostalgii tych wyzwalających imprez, a dzieciaki zaczęły opuszczać letnie festiwale w karetkach, w wielu miastach Ameryki Północnej kwitła podziemna subkultura rave. Ruch ten bez wątpienia napędzany był licznymi substancjami, ale wśród nich wszystkich prym wiodły pigułki ecstasy.

Pracując nad współczesnymi kwestiami otaczającymi ecstasy, rozmarzyłam się nieco, myśląc, jak mogło wyglądać życie na scenie rave w czasach jej największej świetności. Rozmyślania skończyły się rozmową z osobami, które w latach dziewięćdziesiątych współtworzyły jedną z większych siatek dilerów w Stanach Zjednoczonych. Na własne oczy doświadczyli zmian zachodzących w kulturze rave na przełomie stuleci.

Obaj moi interlokutorzy w końcu zostali złapani, odsiedzieli swoje wyroki i od czasu wyjścia na wolność nie uczestniczyli w żadnej nielegalnej działalności. Wywiadu dla VICE udzielili pod warunkiem zachowania ich anonimowości. Jeśli w latach 90. byliście w USA i braliście ecstasy, bardzo prawdopodobne, że wasze pigułki przeszły przez ich ręce.

VICE: Zacznijmy od najważniejszego – jak doszło do tego, że zaangażowaliście się w handel ecstasy?

Jonny: Studiowałem i do tego czasu raczej nie brałem narkotyków. Dopiero zacząłem się w nie wkręcać – wziąłem kwasa, a później po raz pierwszy ecstasy. To był duży uniwersytet, a dropsy pojawiało się poza uczelniami, raczej na scenach związanych z różnymi subkulturami. Poznałem na kampusie kilka osób, które nie studiowały. Jeden z nich podszedł do mnie kiedyś pod blokiem i dał mi ulotkę z zaproszeniem na wielką imprezę organizowaną w okolicy.

Nigdy wcześniej nie byłem na ravie i właśnie na tamtej imprezie po raz pierwszy wziąłem pigułkę i kwas, trochę mnie wykręciło, ale był to świetny początek nowej znajomości. Myślałem sobie „O kurwa, tyle nowych możliwości! Jak ja w ogóle odnajdę się na tej scenie?!". Nie było trudno. Z każdą imprezą, na którą poszedłem, nawiązywałem nowe znajomości i powiększałem swoją listę kontaktów. Musiałem znaleźć źródło ecstasy, żeby zaspokoić zapotrzebowanie własne i mojego grona znajomych. I tak to zaczęło się kręcić.

Jak poznałeś osobę, która pozwoliła ci na poważnie wejść w branżę?

Jonny: Na samym początku chciałem po prostu sprzedawać jak najwięcej pojedynczych pigułek na imprezach, co w sumie wychodziło mi całkiem nieźle. Nie bałem się wtedy, że mogą mnie złapać albo że cały świat pozna moje nazwisko. Wręcz przeciwnie, chciałem, żeby wszyscy wiedzieli, kim jestem, i że mogą kupić ode mnie dropsy. W którymś momencie mieliśmy już takich klientów, którzy chcieli kupować więcej, niż byliśmy w stanie sprzedać. Musieliśmy więc rozszerzyć działalność i poszukać nowych, poważniejszych dostawców.

Mieliśmy wtedy dojścia do takich osób albo przynajmniej wiedzieliśmy jak zdobyć do nich kontakt, ale mieliśmy też kasę i klientów, a wtedy nowe źródła po prostu same cię znajdują. Jeśli jest się ogarniętym kolesiem, który nie zwraca na siebie uwagi, to ludzie będą chcieli z tobą pracować. Poznałem ludzi powiązanych z największymi dostarczycielami na świecie.

Nick: Gdy się rozkręciliśmy, ich siatka była jedną z dominujących w tej branży. Głównymi rynkami zbytu ecstasy w Stanach były Los Angeles, Nowy Jork i Miami. To dlatego, że w tych miastach były najlepiej rozwinięte sceny klubowe – w każdym z nich, w weekendy jakieś 30 tysięcy ludzi brało pigułkę albo dwie. To około 40-50 tysięcy pigułek tygodniowo.

Jonny: Mieliśmy dwa główne źródła ecstasy. Z jednego, niemafijnego, braliśmy czyste MDMA w formie proszku, swojego czasu najlepsze w mieście. Dzięki tej wysokiej jakości zapewniliśmy sobie dobre miejsce w branży.

Po ile mieliście wtedy lat?

Nick: Trochę ponad 20. Lata 90. były najlepszym okresem naszej dilerki.

Jonny: Tak, jesteśmy w podobnym wieku.

Jak zazwyczaj wyglądał odbiór z waszych źródeł?

Nick: (śmiech) Nie bierzcie dwudziestek i pięćdziesiątek!

Jonny: Pieniądze zawsze były problemem, bo wszyscy płacili nam banknotami dwudziestodolarowymi. Zdarzały się takie sytuacje, że miałem jakieś 100 tysięcy dolarów w gotówce, rozdawałem je pięciu osobom, które później chodziły po bankach i próbowały wymienić dwudziestki na setki.

Nick: Nienawidziłem tego.

Jonny: Zbierałem później całą kasę, jechałem z nią do domu naszego gościa w dobrej dzielnicy, relaksowałem się tam, paliłem sobie zioło, po czym wsadzałem wszystkie te banknoty do liczarki i wychodziłem stamtąd z elegancką walizką pełną tysięcy pigułek ecstasy. Czasami jeździłem do znacznie paskudniejszych mieszkań, w których siedziało dużo gangsterów z różnych stron świata. Nigdy nie miałem pewności czy kupię tam ecstasy, czy może mnie okradną.

Byli ludzie poniżej nas, którzy też chcieli wejść do gry i szybko się dorobić, ale dostali wpierdol. Momentami nie mogłem uwierzyć, że ci ludzie nade mną, te wielkie szychy, byli dla mnie mili, albo że udało mi się kupić od nich pigułki – słyszałem o takich, którzy przychodzili z mnóstwem kasy, wychodzili z pustymi rękoma i nie mogli absolutnie nic z tym zrobić. Z jakiegoś powodu nigdy mnie nie okradziono, zawsze miałem dobry kontakt z tymi wszystkimi ludźmi, mimo że się ich bałem. Wiedziałem, że trzeba robić to, co trzeba, ale po prostu nigdy nie miałem problemów. Jestem najmniej groźnym człowiekiem na świecie, więc chyba zwyczajnie musieli mnie lubić. To był dziwny klimat.

Jak radziłeś sobie z takimi ludźmi, jako dość zwyczajny facet?

Trzeba było mieć odpowiednią osobowość, żeby zostać przez nich zaakceptowanym. Musieli mieć co do ciebie dobre przeczucia. Trzeba było sprawiać wrażenie normalnej, zrównoważonej osoby, a nie jakiegoś ćpuna, który chce się jak najszybciej dobrać do narkotyków. Trzeba było też mieć jakieś miejsce do przechowywania towaru, no i zawsze przychodziło się z gotówką i płaciło za wszystko z góry.

To był stopniowy rozwój. Nie lubiłem dostawać towaru przed zapłatą, bo nie chciałem ryzykować potencjalnych problemów. Oszczędzałem wszystko to, co zarobiłem na sprzedaży pigułek na imprezach, aż wspólnie z partnerem zebraliśmy 100 tysięcy, z którymi mogliśmy więcej zdziałać.

Jak przemycaliście ecstasy do innych miast?

Nick: Przyklejało się je do nogi i leciało samolotem... To było dziwne. Nie mówiłem nikomu, którym samolotem lecę. Dzwoniłem dopiero po dotarciu na miejsce.

Jonny: Żadnych komórek, tylko budki telefoniczne, samoloty w jedną stronę rezerwowane w dzień wylotu. Staraliśmy się za dużo nie planować, żeby nikt nie wiedział, kiedy dokładnie przyleci dostawa. Naszym planem był brak planu, żeby nie można nas było namierzyć. Dostawałem na pager numer budki telefonicznej, do której później dzwoniłem.

Jak ówczesny stan sceny rave wpływał na wasz interes?

Nick: Będę szczery – większość imprez była mocno powiązana z dilerami – niektórzy wykorzystywali nawet narkotyki do promowania imprez na ulotkach. To był początek napędzania dystrybucji ecstasy sceną imprezową i vice versa.

Wiele osób ze sceny rave było jednocześnie promotorami i dilerami. Jeśli to nie była twoja impreza, to cóż – na pewno znałeś tam ochroniarzy, wystarczyło dać im trochę kasy. Kiedy ludzie zaczynają dostrzegać, jak twój biznes się rozrasta, są gotowi przymknąć na pewne rzeczy oko, żeby tylko uszczknąć coś z tych pieniędzy. Ile mógł zarabiać taki ochroniarz, czternaście, piętnaście dolarów za godzinę? Ode mnie dostawał 500-1000 dolarów i wiedział, że nikt inny mu tyle nie da. Analizują scenę rave trudno nie zauważyć, że jej rozwój powiązany był z rozwojem handlu ecstasy. Nie wszyscy właściciele dużych klubów w Stanach byli w to zaangażowani, ale niektórzy na pewno. Spójrzcie tylko na Limelight – takie rzeczy nie działy się tylko tam, to był standard w całym kraju.

Wydaje mi się, że z ostatniej imprezy, na której sprzedawałem pigułki, wyszedłem z około 50 tysiącami. Były takie weekendy, kiedy jechaliśmy na jedną imprezę, przechodziliśmy przez tłum, sprzedawaliśmy kilkaset, zwijaliśmy się i od razu jechaliśmy na następną. Jednej nocy oblatywaliśmy dwie albo trzy. Po takiej rundce mieliśmy od 200 do 600 sprzedanych pigułek, za 20 dolce każda. To aż 12 000 dolarów za noc.

Ile sprzedawaliście miesięcznie?

Jeśli chodzi o nas i naszych bezpośrednich współpracowników: od 80 do 100 tysięcy pigułek. To była nasza średnia. Docieraliśmy do miast, które w ogóle nie miały do tego dostępu, tam ceny szybowały w górę. W jednym z takich miejsc cena detaliczna sięgała 35 dolarów.

Ze wszystkich pigułek, na jakie natknęliście się przez lata, które wspominacie najlepiej?

Mitsubishi i Apple.

Jonny: Apple'ami zbudowaliśmy sobie renomę. Na dużych imprezach potrafiłem sprzedać ich sto w kwadrans. Dawały najlepszy haj, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Lepiej działało tylko MDMA w proszku pod językiem, ale jeśli chodzi o pigułki, to Apple zawsze były najbliższe czystego towaru. Później pojawiły się Mitsubishi, też były dobre, ale dało się w nich wyczuć odrobinę heroiny... ale było ich bardzo dużo wersji.

Zdarzały wam się pigułki, z których jakości nie byliście zadowoleni, ale wciąż musieliście je sprzedać?

Nick: (śmiech) Zielone Trójkąty, Hardline, Uśmiechnięte Buźki i Czerwone Diabły były do dupy, ale czasami je sprzedawaliśmy. Staraliśmy się tego nie robić, bo mogły zepsuć naszą reputację. Trudno też było je sprzedawać, kiedy rozeszły się wieści o ich jakości. Zależało nam na tym, czym handlowaliśmy. Mieliśmy dobry towar, ludzie kupowali go ode mnie na rave'ach, bo mi ufali i mieli po nim same wspaniałe doświadczenia. Przychodziłem na imprezę, a ludzie mówili, że nie mogli się mnie doczekać.

Taki handel brzmi jak świetna zabawa – mogliście cały czas imprezować. Jednak musieliście dostrzec, że wszystko zaczyna się psuć. Kiedy to było?

Trudno wskazać konkretny moment, to był długi proces. Atmosfera na imprezach zaczęła robić się nieciekawa. Przychodziło coraz więcej gangsterów. Policja łapała coraz więcej ludzi, o czym mówiło się w wiadomościach. W telewizji i prasie co chwila wspominało się o rave'ach, często za sprawą ecstasy i innych narkotyków.

Jonny: Scena zaczęła zmieniać się powoli zmieniać w ten twór, z którym mamy do czynienia dzisiaj. My też zmieniliśmy się ze zwykłych gości, którzy chodzili na imprezy, w poważnych dilerów. Czasami musiałem pytać sam siebie czy w tym, co robię, jestem gotów posunąć się do przemocy fizycznej. Odpowiedź zawsze brzmiała „nie", ale nie mogłem tego nikomu wyznać, bo by mnie skroili. Pod koniec zacząłem zdawać sobie sprawę, że albo mnie nakryją i pójdę do więzienia, albo ktoś mnie zabije. Głupie zabawy przerodziły się życiowe dylematy.

Scena rave przekształciła się z imprez, na które chodziło się pogadać i potańczyć ze znajomymi, w festiwale do zarabiania milionów dolarów. Dawniej kilka osób przynosiło po paręset albo parę tysięcy pigułek, teraz zaangażowana jest w to przestępczość zorganizowana. Trzeba było być bezwzględnym i gotowym na wszystko. Cieszę się, że udało mi się wyjść z tego świata, nie robiąc nikomu krzywdy. Siedziałem w tym tylko dla pieniędzy i łatwego życia.

Braliście też swoje ecstasy, czy tylko je sprzedawaliście?

(śmiech) Na początku wciąż chodziłem na imprezy, żeby brać narkotyki i dobrze się bawić. Im więcej na nich zarabiałem, tym mniej brałem sam. Szczególnie ecstasy, bo nie da się najeść pigułek i sprzedać takich ilości, jak się planowało, po kwasie tak samo. Ktoś mógł cię skroić albo zdarzyłoby się coś równie głupiego. Na wielkich rave'ach sprzedawaliśmy pigułki tak szybko, jak tylko mogliśmy, po czym chowałem kasę pod ubraniem, w jakimś bezpiecznym miejscu, albo dawałem ją swojej dziewczynie czy komuś innemu, kogo zabrałem ze sobą do noszenia pieniędzy. Miałem też ludzi do noszenia pigułek. Po pewnym czasie sam już nic nie nosiłem. Ktoś podbijał do mnie, żeby kupić dropsy, a ja mówiłem: „Ekstra, daj 20 dolców temu kolesiowi, a później odbierz pigułkę od tamtego drugiego". I tak czekałem na następne osoby.

Jak pozbyliśmy się wszystkich pigułek i zabezpieczyliśmy kasę, a na imprezie grali jacyś dobrzy DJ-e, to sami braliśmy ecstasy, ketaminę, a jak byliśmy na otwartym powietrzu, to robiliśmy candy flip [jednoczesne zażycie MDMA z LSD]. Nie ma nic lepszego od zarobienia kupy hajsu, candy flippingu, kilku piw, słuchania zajebistej muzyki i oglądania wschodu słońca. Nic tego nie przebije.

Nick: (śmiech) Trzeba mieć gadane, żeby umieć tak robić. Potrzebna jest renoma, trzeba się odpowiednio zachowywać i wyglądać.

Jonny: Znam Nicka od początku swoich rave'owych dni, nasza relacja się z czasem tylko polepszała. On promował wydarzenia i znał się z DJ-ami i organizatorami, kiedy ja tylko chodziłem na ich imprezy. Później zacząłem sprzedawać, a Nick powoli stawał się partnerem. Gdy mieliśmy coraz więcej pieniędzy i towaru, Nick często przewoził go do domu.

Nick: W którymś momencie Jonny przestał wychodzić w weekendy. Zarabiał tyle na dużych interesach, że już go nie obchodziły imprezy. Chciał spędzać więcej czasu samotnie i powoli zaczął się wycofywać. Ja nie odpuszczałem. Miałem swoich kurierów, przychodziłem na imprezy z 500 pigułkami w gaciach i skarpetkach, a 1000 więcej schowane było w skrytce w klubie. Pracowali dla mnie wszyscy geje i mniejsze kliki z tej sceny.

Jonny: Nie chodziłem na imprezy, nie chciałem ryzykować, że mnie złapią. Nie byłem na ravie od wielu, wielu lat, ale wiem, że nie wyglądają już tak, jak dawniej. Teraz dzieciaki biorą ecstasy i mogą się przekręcić. Kiedyś obowiązywał jakiś poziom czystości na scenie... to było jak jakiś ruch, gdzie cała młodzież chciała iść na imprezę i przeżyć coś, czego ich rodzice doświadczyli na Woodstocku. Tak jak lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte nigdy się nie powtórzą, tak samo nie wróci ten wspaniały okres od końca lat osiemdziesiątych do początku dwutysięcznych.

Wywiad zredagowano dla zachowania odpowiedniej długości. Imiona, nazwy miejsc i inne szczegóły zostały zmienione, by chronić anonimowość rozmówców.

Oceń treść:

Average: 9.1 (21 votes)

Komentarze

coolstory (niezweryfikowany)

"Tak jak lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte nigdy się nie powtórzą, tak samo nie wróci ten wspaniały okres od końca lat osiemdziesiątych do początku dwutysięcznych. " - a dlaczego się nie powtórzą? Bo ludzie nie mogą się dziś tak wyluzować na imprezach jak kiedyś bo zaraz jakiś baran z jakąś pindą powyciągają swoje fony i zaczną filmować, a potem wrzucą to na fejsa czy insta. Fajnie jest poodpirdalać na imprezach... niefajnie jest gdy to zostaje w internecie... Zwłaszcza jak nie jesteś nikim znanym i w tygodniu masz normalną poważną pracę.