Pierwszy szaman Republiki Czeskiej

Czas w więzieniu był ciężki, ale to dla mnie też czas ogromnej nauki i uzdrowienia, z którego będę czerpał do końca życia. Nie zamieniłbym tego na nic innego – mówi Jarosław Arkadiusz Kordys, skazany wraz z żoną za posiadanie ayahuaski, w listopadzie ułaskawiony przez czeskiego prezydenta.

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna
Dawid Krawczyk

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - pozdrawiamy serdecznie! Wszystkich czytelników materiałów udostępnianych na naszym portalu serdecznie i każdorazowo zachęcamy do wyciągnięcia w ich kwestii własnych wniosków i samodzielnej oceny wiarygodności przytaczanych faktów oraz sensowności zawartych

Odsłony

789

Czas w więzieniu był ciężki, ale to dla mnie też czas ogromnej nauki i uzdrowienia, z którego będę czerpał do końca życia. Nie zamieniłbym tego na nic innego – mówi Jarosław Arkadiusz Kordys, skazany wraz z żoną za posiadanie ayahuaski, w listopadzie ułaskawiony przez czeskiego prezydenta.

Dawid Krawczyk: Jak zostałeś pierwszym szamanem Republiki Czeskiej?

Jarosław Kordys: Nigdy nie miałem w sobie takiej potrzeby, żeby zostać szamanem. To bardziej wypłynęło od ludzi, którzy zaczęli mnie tak nazywać. Gdzieś nawet przeczytałem, że jestem samozwańczym szamanem. To nieprawda, bo ja sam się tak nie nazwałem.

Ale pracowałeś najpierw jako pomocnik szamana, a później jako szaman.

Tak, rzeczywiście jako pomocnik szamana zajmowałem się grą na gitarze, śpiewaniem. Aż przyszedł taki moment, że szaman, który prowadził ceremonie, ogłosił, że kończy tę pracę, przekazał mi swój kubek i powiedział, że teraz to ja mam prowadzić.

Czułem się, jakby mnie ktoś rzucił na głęboką wodę, nie miałem poczucia, że jestem na to gotowy. W tamtym momencie broniłem się przed tym rękami i nogami. Myślałem o sobie, że jestem normalnym chłopakiem – który co prawda interesuje się szamanizmem, rozwija swoją relację z przyrodą, medytuje – ale nie szamanem.

Teraz mieszkasz w Czechach, ale twoje szamańskie początki miały miejsce jeszcze w Polsce.

Po skończeniu studiów miałem bardzo wygodne życie – powiedziałbym nawet, że luksusowe. Pracowałem w banku jako kierownik, zarządzałem placówką, miałem same sukcesy, więc awansowałem i rozbudowywałem kolejne placówki. Szybko kupiłem mieszkanie w Siedlcach, gdzie mieszkają moi rodzice.

To wszystko mi bardzo odpowiadało do czasu, aż zacząłem zastanawiać się nad sensem takiego życia. To było w okolicach 2012 roku, kiedy zacząłem pytać samego siebie: czy takie życie, ciągle tylko dla siebie, w ogóle ma sens? Nie byłem szczęśliwy w tym luksusie.

A kiedy byłeś szczęśliwy?

Kiedy patrzyłem nocą w niebo. Kiedy chodziłem do lasu i medytowałem. Zaczęło mi to dawać takie naprawdę głębokie poczucie szczęścia, a nie chwilową przyjemność.

Miałem swój ulubiony las, a nawet miałem swoje ulubione drzewo – w Kisielanach na polanie. Po horyzont tylko zboże i na środku to jedno drzewo. Przedzierałem się przez polanę, łąki. Czasem przychodziły sarny i odpoczywały sobie w cieniu. Piękne odludzie.

Wracałeś myślami do tego miejsca, kiedy odsiadywałaś wyrok w czeskim więzieniu?

Oczywiście, że tak. Wracałem do każdego miejsca, które napełniało mnie światłem, miłością i spokojem. Miałem je w sercu i nikt nie był w stanie mi tego zabrać, dzięki temu mogłem poczuć się wolny, nawet w więzieniu. Myślę, że byłem nawet bardziej wolny niż ci strażnicy, którzy mnie prowadzali od celi do celi.

A współosadzeni? Podzielali twoje podejście?

Nie wszyscy. Dla większości skazańców najcięższe było to, że dźwigali w sobie złość i nie potrafili odpuścić ani przebaczyć osobom, które ich skrzywdziły albo przez które znaleźli się w tym więzieniu. Kiedy wchodziliśmy na temat odpuszczenia, wybaczenia, to było ciężko przedostać się przez złość i gniew.

Udało się chociaż raz?

Pewnie! Wiele osób udało mi się zachęcić do porannej medytacji. Gdy wychodziłem z więzienia, to praktycznie nieśli mnie na rękach. Łzy mi leciały. Ponad pięćdziesiąt osób z całego oddziału biło mi brawo, życzyli szczęścia.

Czas w więzieniu był ciężki, ale to dla mnie też czas ogromnej nauki i uzdrowienia, z którego będę czerpał do końca życia. Nie zamieniłbym tego na nic innego.

Dobra, to powiedz, proszę, jak były bankowiec, który został szamanem, trafia do najcięższego więzienia w Czechach.

Kiedy zacząłem kwestionować to, czy moje życie ma sens, i interesować się medytacją i odmiennymi stanami świadomości, w moim życiu pojawiła się ayahuasca. Miałem wrażenie, że jest odpowiedzią na moje modlitwy i intencje. Pozwoliła mi lepiej zrozumieć i poznać samego siebie.

Pierwsze ceremonie ayahuascowe, w których brałem udział, miały miejsce w Polsce, ale zacząłem czytać o uwarunkowaniach prawnych i okazało się, że w Polsce jest to nielegalne. Nie chciałem wchodzić w konflikt z prawem, dlatego opracowałem sobie taką ścieżkę, która miała mi pozwolić na pracę z ayahuascą tak, żeby było to legalne i bezpieczne. Również dla uczestników, bo nie chciałem, żeby byli zagrożeni tym, że w trakcie ceremonii przyjedzie policja.

Rozumiem, że ta ścieżka zaprowadziła cię za naszą południową granicę, do Czech.

Tak. Dowiedziałem się, że ayahuasca pozbawiona DMT (dimetylotryptamina, psychodeliczna substancja psychoaktywna – przyp. red.), której posiadanie w Polsce jest nielegalne, w Czechach jest legalna. Natomiast sytuacja z ayahauscą z DMT, która powoduje wglądy i wizje, jest taka, że w Czechach posiadanie do pół litra wywaru nie jest przestępstwem. W Polsce nie można mieć nawet kropli. Dlatego wyjechałem do Czech.

Przez kilka lat na moich ceremoniach przewinęło się wielu ludzi, którym udało mi się pomóc – szczególnie w sprawie uzależnienia od narkotyków, alkoholu, opiatów. I nagle przyjechała do mnie do domu policja, zostałem oskarżony o handel narkotykami i przynależność do grupy przestępczej, w skład której wchodziłem ja i moja żona.

Przyjechała policja? Jak to wyglądało?

Obudziło nas jakichś 20 komandosów, rozbili nam drzwi młotem. Wpadli z karabinami maszynowymi. Do dziś nie mam pojęcia, w jakim celu przyjechała do nas taka armia. Wystarczyłoby, żeby ktoś zapukał i powiedział, że policja nas wzywa.

Teraz wiemy, że przez 10 miesięcy obserwował nas sztab wyszkolonych specjalistów – podglądali nas kamerami, dronem, podsłuchiwali nasze telefony. I to nie jest możliwe, że przez 10 miesięcy obserwacji nie zdali sobie sprawy, że w domu mieszka dwoje pokojowo nastawionych do świata ludzi, którzy opiekują się zwierzętami ze schroniska, a dzień spędzają na pracy w ogrodzie, śpiewaniu mantr albo modlitwie.

Masz żal do policji? Czujesz gniew?

Nie, bo zdaję sobie sprawę, że ich działania wynikały z braku świadomości. Sam doskonale wiem, w jakiej ja tkwiłem niewiedzy, kiedy pracowałem w banku. Nie chcę nikogo oceniać, bo każdy dojrzewa w swoim tempie.

Osobą, która wzbudzała w mojej rodzinie najwięcej negatywnych emocji, był jednak pan prokurator. Przyrównał mnie i moją żonę do Adolfa Hitlera.

Dlaczego? Co wy macie wspólnego z Hitlerem?

O to samo zapytała go dziennikarka czeskiego tygodnika „Respekt”. Nie tylko porównał nas do Hitlera, ale mówił też, że jesteśmy jak mafia La Cosa Nostra oraz że dla niego jesteśmy takimi samymi altruistami jak ludzie, którzy napadają na bezdomnych, żeby wyciąć im narządy do sprzedania. Te wszystkie epitety są zapisane w protokole, ale jak czeska dziennikarka go o nie dopytywała, to mówił, że ich nie pamięta. Tylko do porównania nas do Hitlera się przyznał – chodziło mu o to, że nasza opieka nad zwierzętami ze schroniska nic nie znaczy, bo Hitler też lubił przecież pieski.

Wyobrażam sobie, że ten prokurator musiał ci zaleźć za skórę, wkurzyć cię po prostu.

Sam tego do końca nie rozumiem, ale naprawdę nie mam wobec niego złych emocji. Apelowałem do mojej żony i całej rodziny, żeby tej złości nie nosić w sobie, bo to jest tylko obciążenie. Kiedy komuś odpuszczamy, to tak naprawdę nie robimy tego dla tej osoby – robimy to dla siebie. Jak się odpuści, jest lżej.

W więzieniu żyłem z ludźmi, którzy mieli 10 lat wyroku i przez te 10 lat zastanawiali się tylko nad tym, jak się zemścić. Budzili się każdego dnia ze złością, która ich wyniszczała – i psychicznie, i fizycznie.

A jaki wyrok ty usłyszałeś na sali sądowej?

Ja dostałem 8,5 roku, a moja żona Karolina 5,5 roku.

Sporo.

Kiedy zapadł wyrok, czułem się, jakby to był jakiś sen. Zarówno my, jak i nasi adwokaci byli przekonani, że zostaniemy uniewinnieni. Zresztą zachowanie sędziego mogło to potwierdzać – w ostatnich miesiącach zdawał się rozumieć, że nie jesteśmy żadnymi gangsterami. Przecież on mnie nawet wypuścił z aresztu miesiąc przed wydaniem wyroku.

Tylko że w takiej sytuacji prokurator ma prawo zgłosić sprzeciw wobec decyzji i tak zrobił. Sąd wyższej instancji orzekł, że nie zgadza się na wypuszczenie mnie, bo nie. I wtedy sędzia, który miał wydać wyrok w naszej sprawie, zmienił swoje podejście. Pamiętam, że kiedy usłyszałem wyrok, zrozumiałem go, ale czułem się, jakbym śnił.

Odwołaliście się od tych wyroków niemal od razu.

Tak, bo byliśmy przekonani, że oskarżenie nie ma żadnych argumentów, żeby nas skazać. My zostaliśmy skazani za dystrybucję zakazanej substancji. Ale w domu nie miałem więcej niż pół litra ayahuaski z DMT. Oprócz tego policja znalazła 3 litry ayahuaski, ale tej bez DMT, którą przecież mogłem mieć. Pół roku badali to w laboratorium, żeby udowodnić nam, że to są nielegalne narkotyki. Nic nie udowodnili, a na końcu nam to oddali.

Odwołanie nie pomogło jednak w wyjściu na wolność.

Niestety nie. Wyrok Karoliny został nawet zwiększony o trzy lata. Ostatecznie przesiedziała cztery miesiące, bo sąd się zlitował i pozwolił jej wyjść. Wcześniej wierzyłem w sprawiedliwość, a po tym odwołaniu starałem się zrozumieć, jak to możliwe, że dzieje się to, co się dzieje.

Z sali sądowej pojechałeś do więzienia z myślą, że spędzisz tam blisko 10 lat. O czym w takiej chwili myśli szaman?

W szamanizmie takie doświadczenia są właśnie najbardziej uświadamiające. Ludzie mogą doświadczyć w trakcie ceremonii bardzo bolesnych rzeczy, nawet mrocznych, ale one potrafią mieć moc głębokiego uzdrowienia.

W trakcie ceremonii występują trzy stany: pierwszy, choć rzadko występujący stan, to jest stan nirwany oświecenia, błogostan. Zazwyczaj każdy chciałby go doświadczyć i czuć się wspaniale. Drugi, najbardziej znany i najczęściej spotykany, jest taką mieszanką, gdzie wypływają różne emocje, myśli i wspomnienia, a temu pomaga prowadzący, odpowiednio dobrana muzyka oraz grupa. Mało osób doświadcza trzeciego stanu, zwanego „bad trip”. A on ma paradoksalnie największe wartości terapeutyczne, chociaż potrafi być bolesny i wymagający.

Odpowiadając na twoje pytanie, powiem, że doświadczyłem potężnej siły uzdrawiania. W głębi duszy wiedziałem, że nic złego nie zrobiłem. To był trudny czas, ale można go dobrze wykorzystać i mam poczucie, że wykorzystałem go maksymalnie.

Waszą sprawą zainteresowali się nie tylko dziennikarze, ale przedstawiciele czeskiego rządu. Kiedy się o tym dowiedziałeś?

Około dwóch tygodni przed wyjściem adwokat powiedział mi, że będziemy walczyć o ułaskawianie. Czułem, że może do tego dojść, ale nadzieje nie były wielkie. W Czechach był okres przedwyborczy, w Ukrainie trwała wojna, dużo się działo.

Informacja o tym, że czeski minister sprawiedliwości Pavel Blažek oraz polski prezydent Aleksander Kwaśniewski włączyli się w starania o nasze ułaskawianie, dotarła do mnie, dopiero gdy mnie wypuszczono. Zresztą adwokat zadzwonił i powiedział mi, że w radiu słyszał, że prezydent Zeman zapowiedział ułaskawianie.

Gdzie skierowałeś pierwsze kroki po wyjściu z zakładu karnego?

Zostałem zawieziony do hotelu, a później do telewizji. Wyszedłem z tej brudnej celi najtwardszego reżimu więzienia w Horním Slavkovie, samego dna, najgorszego miejsca, jakie możesz sobie tylko wyobrazić, i trafiłem do hotelu z sauną i szwedzkim stołem. Jadłem, a łzy ciekły mi po policzkach, bo byłem w takim szoku. Wszystko było czyste, nikt na mnie nie krzyczał, mogłem zdecydować, co chcę zejść. Mogłem zdecydować, czy chcę iść w lewo, czy w prawo.

Wyszedłeś z więzienia dwa miesiące temu. Przyzwyczaiłeś się już do wolności?

To doświadczenie odmieniło mnie na zawsze. Pozwala mi cieszyć się rzeczywistością dużo bardziej, bo wszystko jest teraz dla mnie piękniejsze, niż było przed więzieniem.

Będziesz dalej pracował z ayahauscą?

Chcę dalej realizować swoją misję pomagania ludziom, ale dopóki ayahuasca jest tak uwarunkowana prawnie, to nie zamierzam z nią pracować. Widzę jednak spory wzrost zainteresowania sprawą legalizacji psychodelików w medycynie, więc nadzieje na to, że zmieni się prawo, rosną.

Oceń treść:

Average: 10 (2 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Gałka muszkatołowa

substancja: gałka muszkatołowa

miejsce akcji: dzialka u znajomego

czas tripu: 2,5dnia

czas wejscia od spozycia: 8 godzin

inne srodki: thc (sporo) 2 piwa

galka: 30g/osobe

  • Inne
  • Kodeina
  • Pierwszy raz

mój dom, godzina 11.45, próbuje po raz pierwszy, ogólna ekscytacja nowym dla mnie wynalazkiem

Kilka dni wcześniej myślałem już o spróbowaniu kodeiny. Tego dnia kończyłem zajęcia dużo szybciej niż zwykle i postanowiłem zaopatrzyć się w paczuszkę antidolu. Pani w aptece bardzo miła, wymownie uśmiechnęła się gdy poprosiłem o lek. Zapłaciłem, wyszedłem i udałem sie prosto do domu.

11.20

  • Efedryna

W piatek skonczylem lekcje okolo 14. Wiedzialem, ze najprawdopodobniej

caly

wieczor

spedze sam w domu, wiec czemu by nie sprobowac czegos nowego ? Wszedlem

wiec

po drodze do apteki i za 2zl76gr stalem sie szczesliwym posiadaczem listka

Tussipectu.

Potem jeszcze tylko wizyta w cukierni, gdzie zakupilem mala butelke

pomaranczowego

Frugo (zielony sie niestety skonczyl :( Wyszedlem i zapodalem na dobry

poczatek 4

  • Efedryna

Od pewnego czasu eksperymentuję z różnymi substancjami narkotykopodobnymi.

Pośród mych działań najbardziej oryginalne (i może nawet śmieszne) było

palenie herbaty, czy liścia laurowego z fifku. Oczywiście do obu

`przysmaków` już na pewno nie powrócę i szczerze nie polecam komukolwiek

tych specyfików.