Historia prawa. Hurtownicy, odsprzedawcy, porcjarze

O morfinomanii stołeczna prasa donosiła już w połowie lat 80. XIX wieku. "Rzeczpospolita" z 15 sierpnia 1929 r. liczbę narkomanów zażywających kokainę, morfinę, opium i eter szacowała na około 15 tys.

Tagi

Źródło

"Rzeczpospolita" (2001-12-24)
STANISŁAW MILEWSKI

Odsłony

3609
© "Rzeczpospolita" 2001-12-24



Historia prawa
O morfinomanii stołeczna prasa donosiła już w połowie lat 80. XIX wieku

Hurtownicy, odsprzedawcy, porcjarze

sala balowa
Sala balowa w Pałacu Paca, w której odbywały się ważniejsze procesy karne
STANISŁAW MILEWSKI

"Rzeczpospolita" z 15 sierpnia 1929 r. liczbę narkomanów zażywających kokainę, morfinę, opium i eter szacowała na około 15 tys. w samej Warszawie. Dziennikarz liczbę tę ustalił na podstawie rozmów z - jak powiedzielibyśmy dzisiaj - dealerami (wówczas nazywano ich porcjarzami), którzy mieli doskonałe rozeznanie wśród swoich bezpośrednich odbiorców, a także wśród hurtowników, dostawców i aptekarzy, bo i u nich już co najmniej od półwiecza można było nielegalnie zaopatrzyć się w upragniony narkotyk. W latach późniejszych liczba narkomanów w stolicy jeszcze się zwiększyła.

Co na ten temat sądziła prasa? Jak problem narkomanii odbijał się w ustawodawstwie i na sądowych wokandach? Jakie na tym tle były głośne procesy?

O morfinomanii stołeczna prasa donosiła po raz chyba pierwszy w połowie lat 80. XIX w., raczej półsłówkami i aluzyjnie, co nie znaczy, że problemu wówczas nie było; nie w pełni zdawano sobie jednak sprawę z jego wagi. O zjawisku tym "na szczęście u nas jeszcze rzadkim" - pisał kronikarz "Kłosów" w 1884 r.; poczynił też uwagę, że na tle morfinomanii we Francji i Anglii popełniane bywają zbrodnie.

"Morfina szczególnie dla kobiet jest zastępczynią gorzałki lub wschodniego haszyszu" - twierdził z kolei felietonista "Tygodnika Ilustrowanego" parę lat później i przestrzegał, że "kto tej truciźnie zaufał, kto jej używanie nałogiem zrobił, ten kończy życie przekleństwem do ostatniego jej haustu".

"Skąd osoby dotknięte nałogiem biorą truciznę?" - pytał felietonista, i odpowiadał sugestią: "Czy może udawało im się znajdować usłużną medycynę, która dla drobnego zarobku gotowa była dać wszystko, co się znajduje w łacińskiej kuchni? Kwestia ważna dla zdrowotności publicznej i łączy się z całym tłumem możliwych nadużyć aptekarskich".

Oficer na głodzie

W październiku 1921 r. Okręgowy Sąd Wojskowy w Warszawie rozpatrywał sprawę porucznika Witolda Rozego; pobierał on wynagrodzenie za fikcyjnych oficerów, narażając skarb państwa na straty ponad 40 tys. marek polskich. Ponadto oskarżono go o przywłaszczenie puszki marmolady i wyłudzenie siedmiu obiadów z kantyny.

Do przestępstwa - twierdził Roze - skłoniło go to, iż od czasu postrzału w nogę stał się morfinistą. Na morfinę i kokainę wydawał 3-4 tys. marek miesięcznie, a tylko tyle zarabiał. Na wniosek obrony sąd powołał dwóch biegłych psychiatrów; nie stwierdzili u niego objawów patologicznych, które cechuje głód narkotyczny. O wpół do pierwszej w nocy zapadł wyrok: rozstrzelanie. Tylko taką bowiem karę przewidywała ustawa z sierpnia 1920 r. ("sierpniówka") za przestępstwa popełnione przez osoby wojskowe z chęci zysku (w marcu następnego roku sankcją taką objęto i urzędników - była to tzw. marcówka). "Roze - odnotowała "Rzeczpospolita" - przyjął wyrok spokojnie".

Adwokat oskarżonego Wacław Zaczyński odwołał się od tego wyroku, podkreślając, że Roze jest osobnikiem anormalnym, nałogowym morfinistą. Ekspertyza psychiatryczna na rozprawie - dowodził - była dokonana w sposób nienależyty i niezgodny z ustawą. Najwyższy Sąd Wojskowy uznał jego zarzuty i wyrok pierwszej instancji unieważnił, polecając wykonać nową ekspertyzę i uzupełnić śledztwo.

Por. Roze uniknął plutonu egzekucyjnego. Z "Gazety Warszawskiej" wynika bowiem, że władze sądowe uznały go w końcu za trwale niebezpiecznego dla otoczenia i osadziły na stałe w zakładzie dla psychicznie chorych w Grodzisku.

Przebywał tam razem z innymi nałogowcami: niejakim Grabowskim okrzykniętym królem morfinistów oraz Janem Kuszczyńskim, który wpadł w nałóg jeszcze w 1918 r., używając początkowo tylko kokainy.

Onże Kuszczyński zanim trafił do Grodziska, doprowadził do ruiny świetnie prosperujący zakład grawerski przy ul. Senatorskiej 10, który został zlicytowany za 350 zł. Oskarżył następnie brata, że to właśnie on przyczynił się do jego upadku fizycznego i moralnego, dostarczając morfiny i przyuczając do jej używania, by w ten sposób pozbyć się wspólnika i zagarnąć pracownię na wyłączną własność.

Prokuratura wszczęła śledztwo i postawiła przed sądem Bronisława Kuszczyńskiego razem z rzekomym wspólnikiem, który ponoć dostarczał narkotyki. Proces był kilka razy przerywany, nim ostatecznie oskarżony, który przeżywał gehennę ze swym bratem, został oczyszczony z zarzutów. Ze sprawozdania sądowego wynikało, że chcąc Jana odzwyczaić od morfiny, "zamykał go na kłódkę w osobnym pomieszczeniu, gdzie ten urządzał dzikie awantury. Do kłótni, a nawet bójek - czytamy - dochodziło po kilka razy dziennie. Nałogowiec pod wpływem głodu morfinowego dostawał ataków szału".

Zabójca z ambicjami poetyckimi

Na przełomie marca i kwietnia 1933 r. stołeczny Sąd Okręgowy rozpoznawał sprawę Henryka Okonka. Salkę na rozprawę wyznaczono niewielką, chociaż publiczność mocno się nią interesowała. Gazety sugerowały motyw miłosny, którego tu raczej nie było.

Henryk Okonek zamordował siedmioma uderzeniami młotka, masakrując nim jeszcze zwłoki, 17-letnią Irenę Kudelską. Jak można wnioskować z notatek prasowych, chyba mało kto zdawał sobie sprawę, że była to zbrodnia popełniona przez narkomana w celu zdobycia pieniędzy na kokainę. Wprawdzie "Kurier Polski" napisał, że śledztwo wykazało, iż "Okonek był kokainistą i krytycznego dnia był podniecony silną dawką białej trucizny", ale w procesie ten motyw nie znalazł odbicia.

Do tragedii doszło 1 grudnia 1932 r. Gdy Apolonia Kudelska wróciła do domu, znalazła zmasakrowane zwłoki młodszej siostry i niezbyt przytomnego 26-letniego Okonka, uchodzącego za studenta szkoły nauk politycznych. Uważano go za narzeczonego Ireny, chociaż nigdy się jej nie oświadczył i traktował jedynie jako bratnią duszę.

Okonek przyznał się do zbrodni, twierdził jednak, iż zabił narzeczoną na jej własne żądanie i że sam zamierzał popełnić samobójstwo, popadł jednak w omdlenie. Podczas niesamowitej sceny zabójstwa nastawiony przez Okonka patefon grał przebój tych czasów - tango "Rebeka". Na stole znaleziono zakrwawioną kartkę, na której zabójca - mający ambicje poetyckie i przeżywający typowe dla narkomana męki twórcze - wypisał wiersz będący apoteozą śmierci.

sala balowa
Tytuły prasy międzywojennej

Świadkowie, a zwłaszcza siostra, przedstawili Irenę Kudelską jako dziewczynę bardzo pogodną, pełną życia, która nie miewała myśli samobójczych. Natomiast Okonek to blagier, który nigdy studentem nie był i nosił tylko akademicką czapkę. Robił wrażenie człowieka uczciwego i szybko zdobył zaufanie sióstr; najpierw oświadczył się Apolonii, ale jej jako mężczyzna nie podobał się zupełnie. Raz była z nim na dancingu i Okonek trzymał jej torebkę; okazało się potem, że zginęła jej cenna broszka.

Matka oskarżonego idealizowała syna i całe zło widziała w kokainie, której nadużywał od dłuższego czasu. Ponieważ nie umiała sprecyzować, co to jest kokaina, wytrawny sprawozdawca sądowy Leon Okręt ocenił jej zeznania jako "bardzo mało istotne" ("Kurier Warszawski" 1933), chociaż to najprawdopodobniej był klucz do zrozumienia psychiki Okonka.

Lekarze psychiatrzy dopatrzyli się u oskarżonego wybitnych cech psychopatycznych, ale tylko w niewielkim stopniu ograniczających możliwość kierowania swymi czynami. W konkluzji orzekli, że jest poczytalny.

Sąd skazał Okonka na dożywocie, przyjmując, że działał z chęci zysku. Nie orzeczono kary śmierci - jak podkreślił w motywach wyroku wiceprezes Władysław Posemkiewicz - ze względu na ograniczoną w pewnym sensie poczytalność. Na opinię psychiatrów powołał się więc w swej apelacji mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski (ojciec) i uzyskał zmniejszenie kary do 15 lat więzienia.

Centrala morfinistów

Śmierć Ireny Kudelskiej nie była bynajmniej jedyną w tych latach tragedią na tle nadużywania białej trucizny. Na początku 1932 r. gazety doniosły o wstrząsającym zdarzeniu w rodzinie Słabowiczów: żona-morfinistka zabiła czterema strzałami męża, gdy odmówił jej pieniędzy na pożądany narkotyk. Po zbrodni - jak pisała "Gazeta Polska" - Słabowiczowa "zaniemogła". Dopiero zastrzyk morfiny przywrócił ją do jakiego takiego stanu i można ją było odwieźć do więzienia przy ul. Dzielnej.

To chyba właśnie wtedy w Urzędzie Śledczym powołano specjalną sekcję do walki z narkotykami. Wszczęto intensywne kroki i na początek w aptekach zakwestionowano aż 1586 recept! Zrozpaczeni nałogowcy zwrócili się do Urzędu Śledczego, by im pozwolił egzystować. Dostawali adresy zakładów leczniczych, które mogłyby im pomóc; w tym czasie były cztery: pod Starogardem, Białymstokiem, Gnieznem i Krakowem.

Akcja antynarkotykowa zatacza coraz szersze kręgi - ekscytowała się prasa. Sukces odniesiono też dzięki działaniom inspektora farmaceutycznego Nartowskiego z Wydziału Zdrowia Komisji Rządu, który śledził hurtowników. "Robotnik" donosił o akcji władz bezpieczeństwa, które wspólnie z władzami skarbowymi, "po wywiadach i obserwacji na wielką skalę" zrobiły rewizję w CafŽ Adria na Moniuszki (to pewnie w tej kawiarni - o czym pisała inna gazeta, nie podając adresu - wystarczyło usiąść przy stoliku i dwoma palcami potrzeć sobie nos, by zaraz przysiadł się porcjarz).

Ta sama gazeta na początku maja informowała o wykryciu "centrali morfinistów" na ul. Franciszkańskiej 19. Aresztowano felczera Alberta Schutza z mieszczącego się niedaleko zakładu fryzjerskiego; sprzedawał on zastrzyki morfiny za 8-15 zł (wartość realna: 30 gr). Zamiast pieniędzy przyjmował też papierośnice, zegarki, a nawet ręczniki i prześcieradła. Znaleziono u niego zapasy kokainy, morfiny i heroiny; został osadzony w więzieniu.

Z kolei "Kurier Warszawski" już w połowie stycznia pisał o aresztowaniach wśród licznych pośredników. Zatrzymany został pod zarzutem nielegalnego handlu narkotykami właściciel apteki przy ul. Mokotowskiej 43 Stefan Michelis. Jak ustalono, proceder ten uprawiał od 1925 r.; w 1927 r. aresztowano go i ukarano grzywną. Teraźniejsze aresztowanie wiązało się ze sprawą Słabowiczowej, gdyż w śledztwie okazało się, że wpadła ona w sidła szajki składającej się z braci Stanisława i Piotra Olechowskich, Leona Habera i małżonków Stanisława i Marii Orłowskich. Urzędowali oni w cukierni Witkowskiego przy Marszałkowskiej i sprzedawali w ubikacji narkomanom "porcje szczęścia", biorąc 20 zł za gram. W narkotyki zaopatrywali się właśnie w aptece Michelisa. Słabowiczowa kupowała morfinę w klubie Italia przy Nowym Świecie 23; szajka i tam miała swe macki.

Ich proces toczył się w pierwszej połowie maja 1934 r. Zeznawało wielu narkomanów; niektórzy już się wyleczyli; "na twarzach ich jednak znać ślady przeżytych zmagań" - odnotował sprawozdawca sądowy "Kuriera Warszawskiego". Zapisał też, że Michelisa najbardziej obciążały zeznania Romana Celińskiego, który przez 4 lata kupował w jego aptece narkotyki. Początkowo sprzedawał mu je Olechowski, ale że brał dość drogo, postanowił zaopatrywać się bezpośrednio u dostawcy. Bywał tam prawie codziennie, a do transakcji dochodziło na zapleczu. Gdy był chory, posyłał chłopca z kartką, na której pisał litery: "m" lub "k".

Obrońcą Michelisa był znany ze swego ekscentryzmu adwokat Zygmunt Hofmokl-Ostrowski.

- Czy świadek nie uważa - zapytał Celińskiego - że alkohol jest równie szkodliwy jak kokaina?

- Oczywiście.

- Czy świadek ma żal do oskarżonych? - naciskał mecenas.

- Bynajmniej. W wielu wypadkach czuję wdzięczność.

- Czy wobec tego nie dziwi się pan, że te osoby znalazły się na ławie oskarżonych?

Tu już przewodniczący rozprawie sędzia Skawiński nie wytrzymał i uchylił to dezawuujące kodeks karny pytanie. Wówczas mecenas złożył wniosek, który wywołał istną sensację. Zażądał ni mniej, ni więcej, tylko powołania biegłego lekarza, który stwierdziłby, że często narkotyki są dobrodziejstwem i że ich działanie nie jest bardziej szkodliwe niż picie alkoholu. Powołał się przy tym na zdrowy wygląd stojących przed sądem narkomanów. Oczywiście, wniosek ten pozostał bez rozpoznania.

Sąd Okręgowy skazał Michelisa na 2 lata więzienia, odebrał mu prawo wykonywania zawodu na takiż okres i orzekł 5 tys. zł grzywny.

Paragrafy i kary

"Kurier Warszawski" na początku maja 1928 r. donosił, że wywiadowcy z Urzędu Śledczego dowiedzieli się parę miesięcy wcześniej, iż niejaki Harry Falk trudni się zawodowo handlem kokainą. Dwaj tajniacy zawarli więc z nim znajomość i przedstawiwszy się jako kupcy z kresów, wyrazili chęć nabycia większej ilości "koksu", jak w tych latach nazywano ów narkotyk.

Falk spotkał się z rzekomymi kupcami w cukierni i tam zawarto transakcję. Wywiadowcy wpłacili zadatek 100 zł, otrzymując w zamian 25 g kokainy. Wówczas aresztowali Falka i Jerzego Kurkowskiego, który mu towarzyszył. Przeprowadzono rewizję w paru mieszkaniach i schwytano kilku podejrzanych; u niektórych w kieszeni znaleziono narkotyki. Wszystkich pociągnięto do odpowiedzialności z ustawy z 1923 r. Skazani zostali na kary od 2 do 6 miesięcy więzienia.

Wymieniona w notatce prasowej ustawa z 22 czerwca 1923 r. (w przedmiocie substancji i przetworów odurzających) stanowiła w art. 7, że winny naruszenia przepisów art. 3 (zabrania się sprzedaży do celów spożycia eteru etylowego i jego mieszanin) oraz przywozu z zagranicy, przechowywania dla zbycia lub wytwarzania opium, morfiny i innych alkaloidów opium (z wyjątkiem kodeiny), kokainy, jak również bezprawnego umożliwienia innym użycia tych środków, jeżeli czyn przestępny wywołał lub mógł wywołać następstwa szczególniej szkodliwe, a sprawca mógł to przewidzieć lub jeżeli przestępstwo spełniono z chęci zysku - będzie karany więzieniem od 3 miesięcy do lat 5, z czym można połączyć grzywnę. Jeżeli winowajca ma prawo zajmowania się leczeniem lub zawodem aptekarskim, będzie prócz tego pozbawiony powyższego prawa na czas nie niżej lat 3 lub na zawsze. Z kolei w art. 8 zapisano m.in., że użycie w towarzystwie środków określonych w art. 7 będzie karane więzieniem od 2 tygodni do roku i grzywną lub jedną z tych kar.

Ustawa w jakimś stopniu spełniała swe zadanie, chociaż - co łatwo zauważyć - wyroki oscylowały niemal zawsze wokół najniższego zagrożenia. Może dlatego właśnie handel narkotykami kwitł w najlepsze?

Ustawa nie przestała obowiązywać i pod rządem kodeksu karnego uchwalonego dziesięć lat później. Jego art. 244 stanowił: "Kto bez upoważnienia udziela innej osobie trucizny odurzającej, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu". Sądząc z prasy, właśnie w latach 30. nastąpiło nasilenie narkomanii; do procesów sądowych dochodziło jednak chyba rzadko.

Plagą narkomanii dotknięta była wówczas nie tylko stolica. "Gazeta Warszawska" informowała w 1930 r. o szajce kokainistów i morfinistów wykrytej we Lwowie; u fryzjera znaleziono wówczas transport 46 flakonów (?) morfiny. Sprzedawał jeden zastrzyk za 1,5 zł, a więc dość tanio. Pisano o licznych aresztowaniach.

Z kolei "Kurier Warszawski" rok później donosił o procesie wytoczonym przez sąd w Poznaniu doktorowi Gasikowskiemu. Zapisywał on i sprzedawał, i to dość drogo, narkotyki uzależnionym pacjentom. Skazany został na 3 lata więzienia i zakaz praktyki lekarskiej na tyleż lat. Aptekarze oskarżeni o współudział zostali uniewinnieni.

Znacznie surowiej potraktował stołeczny Sąd Okręgowy w 1934 r. członków międzynarodowego gangu handlarzy narkotyków. Herszt otrzymał 6 lat więzienia, dwóch członków - po 2 lata. W innej sprawie szef grupy otrzymał karę 2 lat więzienia i miał zapłacić 5 tys. zł grzywny, jeden z jej członków - 1,5 roku, a trzech po roku z zawieszeniem wykonania kary.

Spojrzenie za kulisy

Oprócz doniesień o procesach w międzywojennej prasie znaleźć można co najmniej kilka dziennikarskich wycieczek w fascynujący dla wielu świat narkotyków, narkomanów i handlarzy białą trucizną. W niektórych publikacjach zawarte są interesujące szczegóły, warto więc do nich się odwołać.

U samej góry - mówił dziennikarzowi "Rzeczpospolitej" (1929) jeden z porcjarzy - są hurtownicy. Są to zarówno Żydzi, jak i chrześcijanie, ludzie bardzo zamożni, właściciele kamienic, magazynów; ci handlują na kilogramy, mają swe składy poza Warszawą, zawsze w jakiejś miejscowości okolicznej, dokąd jest blisko i łatwy dojazd. Potem idą odsprzedawcy. Ci handlują mniejszymi ilościami; potem dopiero idą sprzedawcy, najliczniejsza kategoria handlarzy.

Liczbę hurtowników szacował na ok. 50, odsprzedawców zaś na 80; porcjarzy - twierdził - są całe roje. Rekrutowali się oni spośród dozorców domowych, nocnych, sprzedawców papierosów, służby kabaretowej itp. elementu. Niektóre apteki sprzedawały narkotyki stałym klientom, a największe wzięcie miały strzykawki Prewatsa lub Rekord, którymi wstrzykiwano sobie morfinę.

Warszawa dziennie wydaje na narkotyki do 200 tys. zł, ile prowincja - trudno ocenić. Szlak narkotykowy - jak zgodnie podawali różni dziennikarze - wiódł z Niemiec do Gdańska, a z Polski - do Rosji. Zarabiało się na narkotykach co najmniej 200 proc.

Walka z handlarzami białą trucizną - twierdził reporter "Kuriera Polskiego" (1932) - jest arcytrudna. Mimo że policja zna większą ich część, są wręcz nieuchwytni. Trudno ich złapać na gorącym uczynku, bo nie noszą przy sobie ani towaru, ani pieniędzy. Dostarczają narkotyk w sposób nader wyrafinowany i ostrożny, np. w pudełku od zapałek lub w gilzie papierosa.

Nie można ustalić pochodzenia narkotyku, bo nieszczęsne ofiary bronią dostawców w obawie, że nie dostaną więcej towaru, który jest im potrzebny do życia jak woda czy powietrze. A towar jest drogi: gram morfiny kosztuje 20 zł, kokainy 18 zł, a heroiny, która jest najstraszniejsza - 30 zł. Przy większej transakcji handlarz zabiera swoją ofiarę do auta i po stwierdzeniu, że nie jest śledzony, zachodzi do kryjówki, a raczej w jej pobliże, gdzie czeka już umówiony człowiek z partią trucizny.

W tych latach walczono z narkomanią nie tylko za pomocą działań prawnokarnych. Jak informował "Kurier Warszawski" (1932), w stolicy działał Komitet do Spraw Narkotyków i Zapobiegania Narkomanii, prowadzący działalność uświadamiającą wśród młodzieży szkół średnich i zawodowych. Objęto nią też środowiska młodzieży rzemieślniczej i robotniczej. Zwracano uwagę na potrzebę utworzenia przychodni higieny psychicznej i szerszego uświadamiania społeczeństwa o niebezpieczeństwach związanych z używaniem białej trucizny. Literatura bowiem - ubolewano - tak jakby do nich zachęcała.

Narkomanią - pisze tenże "Kurier Warszawski" parę lat później - zajmował się intensywnie także stosowny Komitet przy Izbie Lekarskiej. Zalecał on przepisywać narkotyki z dużą ostrożnością i tylko w koniecznych przypadkach.

Z notatek prasowych wynika, że zwalczaniem narkomanii zainteresowany był też Episkopat. Dodać na koniec trzeba, że Polska współpracowała bardzo ściśle z Komisją do Walki z Narkotykami Ligi Narodów.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Szcz00r (niezweryfikowany)

Hej ! Nie wiecie ile kosztuje gram kodeiny ?

Anonim (niezweryfikowany)
kodeina to jeden ze składników np leku na kaszel.... A|kodin ....nie dostaniesz czystej,chyba ze na czarnym oczywiscie....mozna dokonac syntezy z leku
Zajawki z NeuroGroove
  • AM-2201
  • Bad trip

Chęć przypalenia MJ na 4 godziny przed wieczornym wyjściem. Lekkie podejrzenia, co do towaru.

Napisałem raport o testach 3-MMC (http://neurogroove.info/trip/3-mmc-pierwsza-wiadoma-przygoda-z-rc). Traktuje to jako moje pierwsze RC, bo to, co zaraz napiszę nie było zamierzonym, celowym, a całkowicie nieświadomym zażyciem. 

Na wstępie pragnę poinformować, że jest to mój pierwszy TR, który napisałem wspólnymi siłami z 'jak napisać trip raport' także proszę o wyrozumiałość

Do rzeczy:

...

SET & SETTING: Dobrze znany park, pobliskie osiedle, towarzyszem był kolega

(w dalszym tekście oznaczany jako K.) na końcówce tripu, czerwcowe popołudnie, całość wynikła na spontanie, w planach miałem po prostu spotkanie ze starym kolegą, nastrój raczej dobry,

  • 2C-E
  • 4-ACO-DMT
  • 4-HO-MET
  • Dekstrometorfan
  • Przeżycie mistyczne

DXM - pomieszczenie, 2C-E - Otwarta przestrzeń, 4-ACO-DMT - mój pokój, 4-ho-met - las.

 

Synestezja - stan lub zdolność, w której doświadczenia jednego zmysłu wywołują również doświadczenia, charakterystyczne dla innych zmysłów. Zjawisko synestezji dobrze oddaje powiedzenie: "słyszeć kolory i widzieć dźwięki". Przykładowo odbieranie niskich dźwięków wywołuje wrażenie miękkości, barwa niebieska odczuwana jest jako chłodna, obraz litery lub cyfry budzi skojarzenia kolorystyczne itp.

  • Marihuana

Nazwa substancji: Street Extazy

Dawka: 2 cukierki

Doświadczenie: alko (czesto.. srednio 4 razy w tygodniu ), ziolo (od 2 lat, niemal codzinnie, na wakacjach mialem może w sumie 4 dni bez bakania), feta (2 razy), tablety (to byl 6 raz, ale pierwszy raz 2 dropsy na raz, wczesniej jadlem po 1) i jakieś badziewia z apteki.