REKLAMA




Marihuana wciąż nie leczy raka

Od Redakcji [h]: artykuł umiarkowanie świeży (sprzed dwóch tygodni), w dodatku zdecydowanie polemizujący z wymową tekstów dotyczących medycznej marihuany, które ostatnimi czasy publikowaliśmy. Jakkolwiek prawda niekoniecznie leży pośrodku (raczej: tam gdzie leży), to by do niej dojść warto poznać zdanie obu stron. Cenne jest w każdym razie to, że tym razem zamiast frazesów mamy do czynienia z merytoryczną dyskusją. Osobom śledzącym temat na bieżąco tekst i cała polemika są pewnie dobrze znane, wszystkich innych jednak zapraszamy do lektury.

Tagi

Źródło

Pochodne Kofeiny blog
slwstr.net

Komentarz [H]yperreala

I co Wy na to?

Odsłony

1048

Od Redakcji [h]: artykuł umiarkowanie świeży (sprzed dwóch tygodni), w dodatku zdecydowanie polemizujący z wymową tekstów dotyczących medycznej marihuany, które ostatnimi czasy publikowaliśmy. Jakkolwiek prawda niekoniecznie leży pośrodku (raczej: tam gdzie leży), to by do niej dojść warto poznać zdanie obu stron. Cenne jest w każdym razie to, że tym razem zamiast frazesów mamy do czynienia z merytoryczną dyskusją. Osobom śledzącym temat na bieżąco tekst i cała polemika są pewnie dobrze znane, wszystkich innych jednak zapraszamy do lektury.

 

Moja notka o leczeniu marihuaną i jej pochodnymi (http://slwstr.net/pk3/2015/4/oleje-i-leki) spotkała się z masą reakcji, w tym przede wszystkim niemałą liczbą niezbyt rozsądnych komentarzy. Sam Jakub Gajewski poświęcił jej niekrótki wpis na Facebooku. Pozwalam czytelnikom samodzielnie ocenić jego sens.

Ponadto na blogu o nader wymownej nazwie „marihuana leczy” powstałacała notka, która wyjaśnia moje przekonania jako skrzywienie ślepca bezmyślnie wierzącego w farmację.

Pozwolę się do niej odnieść, bo jak w soczewce skupia większość (błędnych) poglądów jakie pojawiały się w licznych rozrzuconych tu i tam komentarzach wywołanych moją pierwszą marihuanową notką.

Autor notki z marihuana leczy popełnia trzy istotne błędy:

  • nie zrozumiał mojej notki
  • nie rozumie jak działa medycyna
  • nie rozumie podstawowej biologii

 

 

Nie zrozumiałeś notki

Widać to między innymi tutaj:

Podważa mianowicie większość z ogromnej ilości materiałów, które można znaleźć w PubMed-zie. Pisze, i słuszna jego racja, że jeśli coś zdarzy się w laboratoryjnym szkle, to niekoniecznie musi się powtórzyć wewnątrz żywych organizmów. Pisze również (i z tym też się zgadzam), że jeśli coś zajdzie w organizmie jakiegoś zwierzęcia, to niekoniecznie musi się to powtórzyć u człowieka.  (…) Slwstr straszy swojego czytelnika, że drogę od szalki Petriego do półki aptecznej przechodzi raptem 1% badanych substancji. Czy to jednak jest powód, żeby nie próbować? Żeby marihuanę od razu odrzucić jako nierokującą nadziei? Tym bardziej, że wykazała już swoją skuteczność w bardzo wielu eksperymantach na zwierzętach, więc z 1% robi się 10%. Czyż to nie jest potężny bodziec do badań na ludziach? Niby tak, ale… Skoro takich badań nie ma, więc widocznie nie jest.

Nie tylko nie podważałem materiałów, które można znaleźć w PubMed-zie, ale się na nie co rusz powoływałem. Problem towarzystwa zapatrzonego w leczniczą marihuanę polega na tym, że oni właśnie nie respektują nauki i jej ustaleń.

A ustalenia nauki – na chwilę obecną – są takie, że niektóre związki izolowane z marihuany mogą zabijać niektóre komórki rakowe na szalkach laboratoryjnych lub spowalniać ich wzrost w organizmach myszy. Nie mam nic przeciwko mówieniu, że są wyniki dające nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, jakieś badania być może doprowadzą do jakichś przełomów w leczeniu raka u ludzi.

Natomiast mówienie dziś, że marihuana leczy raka, jest kłamstwem, bo ani marihuana, ani nawet żadna substancja czynna izolowana z tejże rośliny nie jest na chwilę obecną częścią skutecznej terapii antynowotworowej o potwierdzonej skuteczności. Nie wiem jak można wyjaśnić to jaśniej.

Medycyna działa inaczej, niż ci się wydaje

A propos odwoływania się do źródeł:

Świat, w którym na wszystko jest jakieś badanie naukowe, jest światem fajnym, bezpiecznym. Nie dziwię się, że urzekł Slwstra, sam chciałbym w takim żyć. Niestety, iluzja szybko pryska. Gdy się okazuje, że większość oficjalnych badań mających wykazać skuteczność leków prowadzona jest w laboratoriach ich producentów. Gdy statystyki pokazują, że odsetek pozytywnych wyników jest znacząco wyższy w badaniach zlecanych przez firmy farmaceutyczne niż w badaniach finansowanych niezależnie od nich. Gdy wychodzi na jaw, że badania toksyczności leków i żywności są ordynarnie fałszowane. Gdy wybuchają afery z przekupionymi inspektorami nadzoru farmaceutycznego czy sanitarnego albo urzędnikami zatrudnionymi w ministerstwie zdrowia.

Cały paragraf fantazji o tym jak to mainstreamowa medycyna jest skorumpowana, ale ani jednego udokumentowanego przykładu… W rzeczywistości nie trudno by było takowe pokazać, tylko o czym by to miało świadczyć?

Wszelkie mniejsze i większe grzeszki medycyny nie przekreślają tego, że w ciągu ostatnich stu lat gigantyczny wzrost jakości i długości życia wprost wynikał z rozwoju nowoczesnych metod leczenia, a nie z ponownego odkrywania zielarstwa i innych zabobonów.

I owszem, częścią tych zmian był prężny rozwój przemysłu farmaceutycznego. Sugerować jednak, że jest on cały sfałszowany, to jak mówić, że samochody nie wożą ludzi szybciej, niż noszą ich nogi, a pogląd przeciwny wynika z obserwacji sfałszowanych na potrzeby korporacji samochodowych.

Trudno też oprzeć się wrażeniu, że rozumienie literatury naukowej jest poza zasięgiem wielu zwolenników medycznej marihuany, włącznie z autorem cytowanego tu bloga. Pisze on:

A skoro już jesteśmy przy papierosach… Na tym prostym (wydawałoby się) temacie Slwstr się wyłożył całkowicie. Rak płuc jako skutek palenia marihuany jest przecież tak oczywisty, że można pisać o nim w ciemno, prawda? Można – chyba że zna się wyniki przełomowego badania zespołu dr. Tashkina z 2006 roku i paru późniejszych badań, które wyniki te potwierdziły. Tu ostrzegam: do zrozumienia faktu, że dym marihuanowy zawiera więcej szkodliwych substancji, a szkodzi mniej, że ma dużo kancerogenów, a jednak nie powoduje raka, jest potrzebna pewna giętkość umysłu…  

W swojej poprzedniej notce nawet zażartowałem, że gdybym raportował wyniki o badaniach nad wpływem marihuany na ryzyko rozwoju raka tak jak zwolennicy marihuany raportują badania o leczeniu, to po prostu powinienem napisać, ze marihuana powoduje raka, czego świadomie nie zrobiłem, bo te wyniki nie są jednoznaczne.

Tymczasem autor wyżej cytowanych słów jest tak zdeterminowany w wyśmiewaniu moich rzekomo oczywistych błędów, że tryumfalnie szydzi z mojego wyłożenia się. Ale na czym? Na tym, że zgodnie z prawdą napisałem, że nie wiadomo, czy marihuana zwiększa ryzyko zapadnięcia na raka?

Wracając do przełomowego badania zespołu dr Tashkina, jeśli nań zerkniemy, to przeczytamy między innymi (wybaczcie, że nie tłumaczę, ale nie chce być oskarżony o zmianę sensu):

"Several lines of evidence, including the presence of known carcinogens and cocarcinogens in marijuana smoke, as well as results from cellular, tissue, animal, and human studies, suggest that marijuana smoking may predispose to cancer, particularly respiratory tract cancers. In a recent epidemiologic review of the marijuana-cancer association, we concluded that sufficient studies were not available to adequately evaluate the effect of marijuana on cancer risk. (…)
Despite several lines of evidence suggesting the biological plausibility of marijuana use being carcinogenic, it is possible that marijuana use does not increase cancer risk, as suggested in the recent commentary by Melamede."

Dla autora "marihuana leczy" to odkrycie wymagające szczególnej, mi zapewne niedostępnej, giętkości umysłu. Ale ja widzę w nim raczej powtórzenie tego, co było sednem mojej notki: wyniki na komórkach i modelach zwierzęcych mogą się nijak przekładać na te same zjawiska w całych organizmach ludzkich.

Niejednoznaczne wyniki badan epidemiologicznych związanych z ryzykiem zapadnięcia na różne nowotwory, przy jednocześnie dobrze udokumentowanym kancerogennym działaniu różnych substancji zawartych w dymie powstałym z palonej marihuany, pokazują, ile warte jest bezmyślne i bezkrytyczne ekstrapolowanie z badania komórek na szalkach na zachowanie ludzkiego organizmu.

Czyli dokładnie to co robią entuzjaści medycznej marihuany nazywający ją lekiem.

Jeszcze ten fragment z cytowanego tu bloga mnie zadziwił:

Wracam jeszcze do braku badań: wyciąg z marihuany (vel olej konopny) jest nielegalny we wszystkich krajach świata, nawet w tych liberalnych. W związku z powyższym poważnych badań niet. Są, tak lekceważone przez „poprawnych politycznie” naukowców i komentatorów oraz przez Slwstra, dowody „anegdotyczne”. 

Po pierwsze, nie bardzo rozumiem, oczekujecie badań wywaru otrzymywanego na podstawie niejednoznacznych, różniących się od siebie przepisów rozsianych po jakichś altmedowych stronach? Powodzenia.

W ogóle przekonanie, że prawne ograniczenia związane ze nielegalnością zażywania i hodowli zioła marihuany mają aż tak wielkie przełożenie na możliwość badania związków pozyskiwanych z marihuany, wydaje się być raczej racjonalizacją stosowaną przez zwolenników dla wytłumaczenia, dlaczego tak mało osób się za te badania w ogóle zabiera, niż czymś wynikłym z rzeczywistości.

Słabość dowodu anegdotycznego już wyjaśniłem. Dowody takie są słabe ponieważ wciąż i od nowa okazują się pseudodowodami. To co w opowieściach i świadectwach rzekomo ratowanych jest cudownym lekiem, po zbadaniu w kontrolowanych warunkach okazywało się czymś znacznie mniej potężnym. Przytoczona historia oleju Lorenza była ilustracją właśnie tego – niemocy dowodów anegdotycznych.

Dalej jest jest jeszcze gorzej:

Przypuszczenie, że u Jakuba Bartola zadziałał nie „magiczny oszołomski olej”, lecz spontaniczna remisja, ma sens. Tak istotnie mogło być, samoistne uzdrowienia przecież się zdarzają. Zastanawia mnie tylko, czy na wieść o tym, że u kogoś po chemioterapii ustąpił rak, wyznawcy Św. Farmacji też przypuszczają, że to mogła być spontaniczna remisja, czy raczej są na 100% pewni, że to dzieło „dowiedzionej metody leczenia”? (Ja przyznam szczerze, że coraz częściej myślę, że jeżeli ma miejsce wyleczenie po chemii, to nie dzięki, lecz pomimo terapii. No, ale ja jestem innego wyznania niż Slwstr.)  

Zaraz, czy ja właśnie przeczytałem, że tak naprawdę, ludzie leczą się z raka własnymi siłami, a chemioterapia co najwyżej w tym nie przeszkadza? I dalej mam uważać, że marihuanowy entuzjazm nie jest powiązany z unurzaniem w najbardziej absurdalnych altmedowych bredniach?

W przeciwieństwie do tych (u)rojeń, to czy chemioterapia (statystycznie) działa wynika ze starannych kontrolowanych badań, a nie widzimisię entuzjastów tłoczenia chemii do żył, czy relacji podnieconych matek, którym wydaje się, że coś pomogło ich dziecku.

Inaczej mówiąc, jej skuteczność wykazano w zrandomizowanych badaniach z placebo, a nie w postaci wywiadów prasowych, czy relacji chorych, którzy po upaleniu mówią, że się lepiej czują. Jej dowodem nie są pojedyncze przypadki, tylko statystycznie powtarzalny wzorzec reakcji różnych pacjentów na leczenie. Nie znaczy to, że każdy pacjent zdrowieje po każdej chemioterapii, ale znaczy to, że statystycznie rzecz biorąc ci, którzy otrzymują terapię w ogóle zdrowieją, lub żyją wyraźnie dłużej, niż ci, którzy nie otrzymują chemioterapii.

Jeśli kiedyś jakimś cudem któraś z substancji zawartych w marihuanie potwierdzi swoje działanie w takich badaniach, to wtedy będzie można uczciwie mówić, że marihuana leczy raka. Przy czym będzie to po prostu znaczyło, że pojawi się nowa wersja chemioterapii, wykorzystująca chemioterapeutyk wyizolowany z Cannabis.

Nic nie wiesz o biologii

Naprawdę:

Nieznający (lub niezdający sobie sprawy ze znaczenia) układu endokannabinoidowego autor stwierdza, że skoro każdy rak jest odrębną chorobą (a rzeczywiście jest), to jak można oczekiwać, że zwalczy się go jedną substancją. Ten punkt widzenia nazwałbym „farmaceutycznym”. Na każde schorzenie powinna być oddzielna pigułka. Wkrótce firmy farmaceutyczne będą nam oferować oddzielne krople na katar w lewej, a oddzielne na katar w prawej dziurce. A tu okazuje się, że jedna i ta sama substancja może być skuteczna nie tylko na raka (każdego raka), ale też na mnóstwo różnych innych chorób. A dlaczego? A dlatego, że w gruncie rzeczy chorujemy na jedną tylko chorobę w wielu różnych postaciach. Ta choroba to niewydolność układu odpornościowego. Natura wyposażyła nas w cudowny mechanizm zwalczania wszelkich zagrożeń, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, a choroby pojawiają się wtedy, gdy ten mechanizm nie działa jak należy.  

To doprawdy pocieszny fragment. Trochę bezmyślnej demagogii (to o pigułkach na katar) doprawionej piramidalną brednią o jednej chorobie i doprawdy głupawymi dociekaniami o tym, czy wiem co to układ endokanabinoidowy. Prawdę mówiąc jestem prawie pewny, że autor tych słów nie wie co to układ endokannabinoidowy. To znaczy zna tę nazwę, być może mógłby wyartykułować jakieś słowa o tym układzie, ale raczej nie miałyby one umocowania w faktycznym rozumieniu tych procesów i zjawisk, byłyby w zasadzie pozbawionym znaczenia mamrotaniem.

Pozwalam sobie na tak daleko idące sądy, gdyż widzę, że autor bloga "marihuana leczy" nie ma zielonego pojęcia o rzeczach znacznie bardziej fundamentalnych, jak na przykład roli i możliwościach układu odpornościowego, czy naturze chorób.

Nie, układ odpornościowy nie jest cudownym mechanizmem zwalczaniawszelakich zagrożeń. Jest ewolucyjną adaptacją do walki z patogenami i ze zmianami w organizmie, które immunolodzy zbiorczo nazywają non-self. Adaptacją niezwykle skomplikowaną i zaawansowaną, ale daleko jej do doskonałości. Tak jak nasze układy ewoluowały by przezwyciężać atak drobnoustrojów, tak drobnoustroje ewoluowały w kierunku skutecznej walki z naszymi układami odpornościowymi.

Jeśli zaś chodzi o raka, jest on wynikiem mutacji, których układ odpornościowy jako takich w ogóle nie może kontrolować i powstrzymywać – znowu, to elementarna wiedza biologiczna. Układ odpornościowy może co najwyżej w ograniczonym zakresie rozpoznawać komórki nowotworowe lub nowotworzejące (altered self w żargonie immunologicznym) i je zabijać.

Ale rak, zupełnie jak drobnoustroje, ewoluuje i dostosowuje się do układu odpornościowego za pomocą darwinowskich adaptacji - w trakcie rozwoju choroby.

Niewydolność układu odpornościowego, fachowo nazywana niedoborem, powstaje albo z powodu czynników dziedzicznych, albo nabytych, takich jak HIV. Ułatwia ona wnikanie i ataki drobnoustrojów oraz może przyśpieszać rozwój nowotworów. Nie znaczy to, że je powoduje. Nie znaczy też, że trzeba mieć niedobór odporności, by na coś zachorować. To idiotyczna brednia.

Ponieważ brednie takie są chlebem powszednim wszędzie, gdzie pisze się o medycznej marihuanie, każe mi to wierzyć, że ów niezmierny entuzjazm wobec cudownych własności tego zioła wynika właśnie z niedouczenia i niezrozumienia elementarnych kwestii biologicznych i medycznych.

Za jakiś czas pojawi się u mnie trzecia notka, w której przyjrzymy się bliżej i bardziej szczegółowo kwestiom rozwoju raka, a także temu jak ma się to do leczenia. Zobaczymy też, czy układ endokannabinoidowy faktycznie jest kluczem do cudownych własności marihuany.

Oceń treść:

Average: 10 (6 votes)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

No, bo to prawda. Nie leczy raka, jest bardziej wspomagająca w leczeniu chemioterapią. duh!

Anonim (niezweryfikowany)

Słaby poziom zarówno oryginalnego artykułu, odpowiedzi Gajewskiego jak i tego.

Nie dałem rady przeczytać całości.

RANT! Ot co.

Anonim (niezweryfikowany)

?