Chicago: plaga narkotyków nęka polskie dzieci

Reportaż Marcina Fabjańskiego o "narkomanii" wśród polonii amerykańskiej.

Tagi

Źródło

wp.pl / Nowy Dziennik
Marcin Fabjański

Odsłony

5600
Krystyna upewniła się, że jej syn bierze, w niedzielę. Siedziała sama w domu w Norridge na przedmieściach Chicago. Jednym ruchem ręki strzepywała popiół z papierosa i ocierała łzy. Myślała. -
Postanowiłam: muszę go teraz dopaść. Muszę mieć czarno na białym. Wdusiła niedopalonego papierosa w popielniczkę, wstała. Szybkim krokiem wyszła na zewnątrz. Wsiadła do samochodu.
Stali na tyłach supermarketu. Mirek (jej czternastoletni syn) i trójka innych dzieci: chłopak o niebieskich włosach, wysoki przyjaciel Mirka Alex i chuda dziewczyna, o której Krystyna wiedziała, że kilka razy próbowała popełnić samobójstwo.
Coś jedli. Krystyna podjechała. Powiedziała: - Jedź do domu. Mirek wsiadł na rower. Pojechała za nim. Zaparkowała, weszła do domu.
- Spojrzałam na Mirka i byłam pewna: jest na narkotykach - opowiada Krystyna i zaciąga się papierosem.
Siedział, zaprzeczał i usypiał. Nie śmierdział alkoholem.
W tę niedzielę wczesną wiosną roku 2000 Krystyna nie poszła jak zwykle do pracy.

Obiad z zupą

W Polsce Krystyna skończyła Akademię Rolniczą. Ale nie pracowała - wychowywała dzieci. Jej mąż Witold wygrał "zieloną kartę" i pojechał do USA. Pracował na budowie, potem przy przeprowadzkach. Nie chciał wracać. Wysłał w jej imieniu zgłoszenie na loterię wizową. Wygrała. W sierpniu roku 1994 przyjechała do USA z Mirkiem i Jurkiem. Chłopcy byli wtedy po pierwszej i drugiej klasie.
Kiedy pojechali pierwszy raz do naszpikowanego wieżowcami chicagowskiego downtown, krzyczeli jeden przez drugiego: - Nareszcie Ameryka! Małe drewniane domki, które chłopcy widzieli wcześniej na przedmieściach, nie podobały im się w ogóle.
Mąż Krystyny miał już wtedy amerykańskie prawo jazdy na ciężarówki. Mógł ich utrzymać.
- Nie przyjedziecie do Jackowa, na polską dzielnicę. Będziemy mieszkać w lepszym miejscu, z dobrymi szkołami - obiecywał jeszcze przed ich przyjazdem.
Obietnicy dotrzymał. Wynajęli mieszkanie z daleka od Milwaukee Avenue, gdzie mieszkają Polacy. W szkole nie było polskich dzieci. Mirek i Jurek szybko zaczęli mówić po angielsku. W trzy miesiące prześcignęli ojca. Krystyna w ogóle nie mówiła w tym języku. Sprzątała cudze domy. Opiekowała się amerykańskimi dziećmi. Zrobiła kurs sprzedawcy nieruchomości. W roku 1996 kupili dom w Norridge.
- Wychowywałam dzieci po polsku. Tak jak mnie wychowywali rodzice: umyć, nakarmić trzy razy dziennie, na obiad podać koniecznie zupę i dać pieniądze. Ale starałam się być z nimi blisko. Z moimi rodzicami nigdy nie miałam kontaktu. Bałam się ich poradzić, poprosić o pomoc w moich problemach, bo mogłam być skrytykowana albo wyśmiana. Nie chciałam, żeby to się powtórzyło z chłopcami - opowiada Krystyna (szczupła, nerwowa, zmęczona blondynka). Z jej dziećmi było inaczej. Często z nią rozmawiali. Zwierzali się jej. Pewnego wieczoru Mirek powiedział: - Ja jestem inny niż chłopcy w szkole. Nie jeżdżę na deskorolce ani na rowerze górskim. Oni chcą się wyróżniać, a ja chcę być zwykły.
Krystyna wiedziała, że chłopcom jest ciężko.
- Zaraz po przyjeździe zaczęli chodzić do szkoły. Zamykali rano drzwi i szli na przystanek autobusowy. Nie znali słowa po angielsku. Przerażało ich to, że ktoś może o coś zapytać. Kiedy dwa lata później nauczyciel chciał ich przenieść do wyższej klasy, bo byli lepsi od kolegów - nie zgodzili się. Czuli się bezpieczniej w niższej klasie.
Pewnego dnia Mirek krzyknął do ojca, który akurat wrócił z trasy: - Ty jesteś Polakiem, a ja Amerykaninem!
Krystyna: - To mógł być sygnał, żeby zmienić nasze polskie metody wychowawcze. Ale wtedy o tym nie pomyślałam.

Myć zęby i spać

Mariusz i Małgorzata przyjechali do USA sześć lat temu z Rzeszowa. Z dwojgiem dzieci. Syn (Krzysztof) miał 19 lat, córka (Sylwia) - 12.
W Polsce mieli ogromny dom, dużo pieniędzy i hurtownię spożywczą.
- Było nam dobrze - wspomina Małgorzata (staranny makijaż, niespokojna, niezbyt szczupła). Pewnego dnia spokój prysł - dowiedzieli się, że obydwoje wylosowali "zieloną kartę".
Zgłoszenia w ich imieniu wysłał brat Małgorzaty, który mieszkał w Chicago. Dzwonił, przekonywał, że w Ameryce jest przyszłość. Nie chcieli go słuchać do ostatniej chwili. Cztery dni przed upływem ważności wizy poczuli, że tracą szansę. Trzy dni przed upływem ważności kupili bilet na samolot.
Dom, hurtownię, samochody z Rzeszowa sprzedawali już z Chicago. Starczyło na mały domek i dwa auta na przedmieściach Wietrznego Miasta.
Oboje mówią, że nie przyjechali do USA za pieniędzmi.
- Zrobiliśmy to dla dzieci, żeby dać im szansę na lepsze życie - wyjaśnia Małgorzata. Syn ją wykorzystał od razu. Przyjechał do Chicago jako dzieciak. W trzy miesiące stał się mężczyzną.
- Doradzał nam, jaki dom mamy kupić, stał się poważny. Uczył się i pracował 18 godzin na dobę - opowiada z dumą Mariusz. - Skończył informatykę. Pierwsza pensja, jaką mu zaproponowano, to 75 tysięcy dolarów rocznie.
Córka nie polubiła nowego kraju.
- Była inna niż jej koleżanki z klasy. Wyglądała przy nich jak kurczak. Nieobyta, nieśmiała, łatwowierna - mówi Małgorzata: - Dzieci są tu zupełnie inaczej wychowywane niż w Polsce: mają pieniądze, samochody, pracują. A my próbowaliśmy wychowywać Sylwię po polsku.
Ale Sylwia nie chciała tak być wychowywana. Malowała się. Nie jadła pierogów. Uwielbiała chodzić na "sleepover" - spanie u koleżanek. Ale koleżanki nie chciały przychodzić na sleepover do niej. Małgorzata o dziesiątej kazała im wyłączać telewizor, myć zęby i spać. Wchodziła bez pukania do pokoju Sylwii i pytała, czy jeszcze coś zje. Nie rozumiała tłumaczeń Sylwii, że sleepover jest przecież "for fun".
- W innych domach dzieci na sleepover oglądają telewizję do piątej rano, potem idą z podkrążonymi oczyma do szkoły. Bez śniadania - opowiada Małgorzata.
Pewnego kwietniowego dnia 2000 roku Sylwia nie wróciła ze szkoły do domu. Miała 17 lat.
-Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Nawet się nie kłóciliśmy wcześniej - mówi Mariusz. Dzwonili po koleżankach. Żadna nic nie wiedziała. - To była zmowa milczenia - opowiada Mariusz. Zadzwonili na policję.
Sylwia wróciła sama, trzy dni później. - Zostałam dłużej na urodzinach koleżanki - powiedziała i poszła do swojego pokoju.

Oszklone drzwi

W wakacje między szóstą a siódmą klasą Mirek zaczął zamykać się w swoim pokoju. Wybuchał emocjami, płakał, krzyczał.
- Pomyślałam: taki wiek - opowiada Krystyna. Chociaż był młodszy od brata, to szybko go przerósł. Był największy w klasie. Nienawidził tego. Nie jadł, żeby być mniejszy.
W połowie siódmej klasy (luty-marzec 2000) przestał przychodzić do domu na czas. Nie słuchał matki w ogóle. Ojciec - zawsze w trasie - o niczym nie wiedział. Krystyna postanowiła działać. Ale awantury, które robiła Mirkowi, nie skutkowały.
- Płakał, przepraszał, obiecywał poprawę. A potem znowu nie wracał na czas i nie dzwonił, żeby powiedzieć, gdzie jest, chociaż tak się umówiliśmy - mówi Krystyna. Oceny spadły. W szóstej klasie Mirek był prymusem, w siódmej zaczął dostawać C, D i E (najlepszą oceną jest A, najgorszą F). Nauczycielka wezwała Krystynę do szkoły. Stały na korytarzu i patrzyły przez oszklone drzwi klasy na Mirka. Siedział w ławce. Stukał długopisem. Patrzył w okno. Nie miał żadnego wyrazu twarzy.
- Musisz z nim porozmawiać - powiedziała nauczycielka.
To wtedy Krystyna zaczęła kontrolować syna. Jeździć za nim po parkach i dyskotekach. - Kiedy uderzyłam go w twarz przy kolegach, uznałam, że coś się dzieje również ze mną - mówi Krystyna.
Zgłosiła się do psychologa.

Druga prośba

Z uderzeniem w twarz było tak. Mirek nie wrócił do domu. Krystyna pojechała go szukać do szkoły. Była już zamknięta. Pojechała wolno drogą, którą wraca zwykle do domu. Zobaczyła Mirka w parku. Stał z kolegami - brudnymi, o kolorowych włosach, trochę starszymi od siebie. Uderzyła go i wrzasnęła krótko: - Do domu!
Wracał rowerem. Jechała za nim wolno kipiąc ze złości.
Następnego dnia Mirek zadzwonił do niej do pracy. - Mogę iść na dyskotekę? - zapytał. - Zawiezie mnie tam mama koleżanki. Przepraszam za wczoraj. Dzisiaj wrócę na czas. Wszystko będzie OK. Krystyna od razu poczuła, że coś jest nie tak.
- Wcześniej zabroniłam mu iść na tę dyskotekę. A on nigdy nie prosił o nic dwa razy. Teraz zgodziłam się. Tylko po to, żeby zobaczyć, co się stanie.
Pojechała odebrać Mirka pół godziny wcześniej, niż się umówiła. Weszła do środka. Obok jej syna stał ten sam chłopak z niebieskimi włosami. I ta sama dziewczyna, która ciągle próbuje popełnić samobójstwo.
- Wściekłam się. Zaczęłam krzyczeć: trzymajcie się od niego z daleka - mówi Krystyna. Kpili z niej, śmieli się w żywe oczy. Teraz wie, że byli pod wpływem narkotyków. Wtedy nie miała o tym pojęcia.
Krystyna: - Dla mnie narkoman to był wtedy człowiek leżący pod ławką ze strzykawką. Nie wiedziałam, że może wyglądać normalnie.
Kolega z pracy, Amerykanin, któremu opowiedziała o zdarzeniu w dyskotece, powiedział krótko: narkotyki. Ktoś inny szepnął, że każde dziecko przez to teraz przechodzi. Krystyna nabrała podejrzeń. Mirek wciąż wybuchał płaczem, trzaskał drzwiami, wybiegał z domu i uciekał gdzieś rowerem.

Kiedyś papierosy, teraz trawka

Po ucieczce z domu Mariusz i Małgorzata postanowili inaczej wychowywać Sylwię. Po amerykańsku. Kupili jej samochód. Poluzowali rygor. Mogła wracać do domu późno w nocy. Musiała tylko powiedzieć, o której, i zadzwonić, gdzie jest.
- Jeszcze za mało jej poluzowaliśmy - mówi Małgorzata.
Mariusz: - W Polsce dziecko przestaje być dzieckiem, kiedy samo rodzi dziecko. Wtedy wyprowadza się z domu i staje się niezależne, a i tak rodzice pomagają jeszcze przez lata. Tutaj dziecko samo decyduje, kiedy stać się dorosłym. Jak ma 16 lat i potrafi się utrzymać, wyprowadza się. Sylwia chciała być amerykańskim dzieckiem.
Któregoś dnia z kieszeni wypadła jej mała, foliowa torebka. W środku były jakieś wyschnięte liście. Domyślili się - marihuana.
- Zobaczyłem ją w rynsztoku - mówi Mariusz.
Nie myśleli długo - przeszukali książkę telefoniczną. Znaleśli telefon do Stowarzyszenia Polsko-Amerykańskiego - agencji socjalnej, która działa dla polskiej społeczności. Teraz regularnie chodzą na spotkania rodziców narkomanów.
Zadzwonili do ojca bliskiego kolegi Sylwii. Powiedział, żeby się nie przejmowali. Że każdy przez marihuanę przechodzi. Matka przyjaciółki Sylwii westchnęła: - No cóż. Kiedyś były papierosy, teraz trawka.

Marihuana w słoiku

Tamtej wiosennej niedzieli, kiedy skończyły się wątpliwości Krystyny, że Mirek bierze, zaczęła się jej wojna z synem. - Wojna podjazdowa - mówi Krystyna.
W poniedziałek odebrała Mirka ze szkoły. Z samochodu zadzwoniła do znajomej lekarki, że chce zrobić sobie test na anemię. Tak, żeby Mirek słyszał.
Pojechali do kliniki. Tam Krystyna złapała kurczowo rękę lekarki: - Błagam, zrób mu test na narkotyki.
Mirek dopiero w gabinecie zorientował się, że to zasadzka. - Tak, brałem. Ale tylko raz. Wczoraj - powiedział.
Testy przyniosły wynik negatywny. Krystyna poprosiła lekarkę o kłamstwo. Ostentacyjnie zadzwoniła do niej z living room. Dała czas Mirkowi, żeby zdążył podsłuchiwać na drugim aparacie. Lekarka skłamała.
Krystyna też podsłuchiwała Mirka. Z jednej z rozmów dowiedziała się, że matka jego przyjaciela Aleksa - Debbie (rozwiedziona, wychowuje dwójkę dzieci, pakuje meble w firmie przewozowej, kiedyś po kokainie próbowała uciec z miejsca wypadku), dała Mirkowi na koncercie trawkę i piwo. W trawce było coś jeszcze. Mirek nie wiedział co. Wiedział, że następnego dnia z trudem dowlókł się do szkoły. Po trawce nigdy nie było tak źle.
Krystyna wsiadła do samochodu.
- Zabraniam twojemu synowi spotykać się z moim, a jak mój się tu pojawi, masz go nie wpuścić!- zażądała od Debbie.
- Wynocha stąd, kurwo! - krzyknęła Debbie w progu. Z domu wybiegł jej kochanek. Razem krzyczeli, że ją pobiją.
Debbie zadzwoniła jednak zaraz po powrocie Krystyny do domu.
- Przemyślałam wszystko - powiedziała. Musimy pomóc dzieciom. Ale nie zgłaszaj na policję, że dawałam im trawkę.
Krystyna zabroniła Mirkowi spotykać się z Aleksem. Na nic. Mirek lubił Aleksa, bo był tak samo wysoki i tak samo nieszczęśliwy z tego powodu jak on.
Krystyna blefowała dalej: - W szkole wiedzą, że palisz trawkę. Zrobią ci badania. Lepiej przestań brać.
Ze strachu Mirek dwa tygodnie nie chodził do szkoły.
Krystyna zaczęła jeździć po rodzicach kolegów Mirka. - Zawsze mówię im ostrożnie, że może w grę wchodzą narkotyki. Boję się, żeby nie wzięli mnie do sądu za to, że wydaję złą opinię o dzieciach. Jeden z ojców odpowiedział: - O co ci chodzi? Trawka nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Ja też palę. I co? Zarabiam 70 tys. rocznie.
Matka koleżanki Mirka zareagowała ostrzej: - Cyndi - wrzasnęła na córkę - jutro jedziemy na badania na marihuanę.
Krystyna podsłuchała potem przez telefon, że nie poszły, a marihuanę matka Cindy trzyma w słoiku w kuchni. Obok herbaty i papierosów.
Inna matka powiedziała Krystynie: - Problemy z młodzieżą przerażają mnie. Sama muszę przez to sobie skręcić od czasu do czasu jointa.
Krystyna poszła do szkoły. - Mówiłam ogólnie o Mirku i narkotykach, bo bałam się, że go wyrzucą. Nauczyciel tylko wzruszył ramionami. Powiedział, żebym poszła z synem do psychologa.

Spotkania na chodniku

Sylwia powiedziała Mariuszowi i Małgorzacie: - Albo pozwolicie mi mieszkać u matki koleżanki, albo przestanę chodzić do szkoły.
Zgodzili się.
Cztery miesiące, od listopada, mieszkała u matki koleżanki. Parę domów dalej. Widzieli czasami, jak rano idzie do szkoły. Spotykali ją po południu na chodniku. Ze szkoły przychodziły pisma, że się dobrze uczy i nie opuszcza lekcji. Teraz wiedzą, że Sylwia je podrabiała.
Matka jej koleżanki patrzyła na nich z góry. - Nie umiecie jej wychować. Nie rozumiecie jej potrzeb. To jest amerykańskie dziecko, a wy wciąż chcecie wychować je po polsku - powtarzała.
Mówi Małgorzata: - Dla niej jesteśmy ciemniakami, bo chcemy, żeby Sylwia codziennie zjadła świeży obiad i nie chodziła z koleżankami na kawę po szkole. Nie zgadzam się z tym. To ona nas nie rozumie.
W czasie pobytu u matki koleżanki oceny Sylwii pogorszyły się znacznie. Ale któregoś dnia sama wróciła do domu. Znowu dostaje wyłącznie A.
Mariusz: - Wciąż uczymy się, jak z nią postępować.
Myśli, że Sylwia nie pali już marihuany. Ale chodzi z Małgorzatą na spotkania rodziców narkomanów w Stowarzyszeniu Polsko-Amerykańskim. Na wszelki wypadek.

Władza absolutna

Krystyna umówiła się na spotkanie z Małgorzatą Cieślak, terapeutką ze Stowarzyszenia Polsko-Amerykańskiego, jeszcze w kwietniu 2000, kilka dni po wykryciu, że Mirek pali. O takiej możliwości powiedziała jej kuzynka.
Zabrała Mirka na spotkanie z trudną młodzieżą, które prowadzi inna terapeutka stowarzyszenia - Krystyna Łukawska.
Zaczęły się regularne konsultacje u Małgorzaty Olczak. Chodzą do niej raz, dwa razy w tygodniu. Krystyna wie, że Mirek pali od czasu do czasu, ale terapeutka zabroniła jej go ciągle sprawdzać. - Robiłby mi na złość - wyjaśnia Krystyna.
Na jednym ze spotkań Mirek zgodził się na układ: będzie przychodził do domu o umówionych godzinach, dzwonił gdzie jest, pomagał jej w domu.
Jeśli tego nie zrobi - nie wyjdzie z domu przez weekend.
Dwa pierwsze weekendy Mirek musiał spędzić w domu. Wrzeszczał. Rzucał poduszkami, wściekał się. W końcu dostosował się.
Wciąż negocjują. Krystyna chce, żeby wrócił o dziesiątej. On chce o dwunastej. Umawiają się na jedenastą. Oceny poprawił. Z kumplami zerwał.
Mirek uczy się jak nie palić, Krystyna - jak go nie kontrolować.

Dwa słowa i wiem

Piątkowy wieczór. W piwnicy Stowarzyszenia Polsko-Amerykańskiego zbierają się polscy rodzice narkomanów. Siadają na krzesłach ustawionych w kole. Przyszło 21 kobiet i trzech mężczyzn. Mają od 45 do 60 lat. Zmęczone twarze, spracowane ręce. Jest Krystyna, Mirek, Małgorzata.
Spotkanie prowadzi terapeutka Małgorzata Olczak.
Wyjaśnia, jak uwolnić się od ciągłej potrzeby kontrolowania dzieci-narkomanów i czego od nich wymagać, ale głównie słucha.
Mówi Barbara: - Gdy tylko syn wchodzi do domu, patrzę mu w oczy, czy ma trzeźwe spojrzenie. Zaglądam w kieszenie, sprawdzam pokój, przeszukuję skrytkę w samochodzie.
Joanna: - Ja się boję patrzeć mojemu w oczy. Założyłam podsłuch na telefon. Teraz wiem, co robi. To mnie uspokaja. Taśmę z telefonu biorę do samochodu i słucham w drodze do pracy. W domu boję się, żeby syn mnie nie nakrył.
Halina: - Ja nie muszę patrzeć córce w oczy. Powie dwa słowa i wiem: brała czy nie.
Danuta: - Ręce mu się trzęsły, gdy witał się z ciocią. Powiedziałam mojemu lekarzowi, że muszę iść z nim do neurologa. Spytał, czy bierze narkotyki. Nie wiedziałam. Nie chciał dać moczu na test. Znalazł test w szufladzie i wyrzucił. Dałam do badania jego włosy. Ucięłam nożyczkami, kiedy spał. Przyszedł nad ranem i spał jak zabity.
Zofia: - Test na włosy jest na nic. Kiedyś usłyszałam, że w łazience cieknie woda ? równomiernie, ciurkiem. Wiedziałam, że się nie myje. Zajrzałam przez szparę pod drzwiami. Patrzę: majtki leżą na podłodze. Słyszę długi wdech i kaszel. Nie wytrzymuję. Wyważam drzwi. Zastaję go nago siedzącego na kiblu, czerwonego. A testy nic nie pokazały.
Joanna: - Mój syn zgadzał się na badania moczu. Nigdy nic nie wykazały. Kiedyś znalazłam u niego w pokoju książkę: "Jak uzyskać wynik negatywny na test moczu".
Janina: - Córka ma 21 lat. Nigdzie nie chodzi, siedzi jak kukła przed telewizorem. Przełączam kanał, a ona dalej patrzy bez mrugnięcia okiem. Nie kłóci się ze mną, nie wyzywa. Oczekuje tylko ode mnie pomocy.
Ewa: - Mogę tylko prosić. W tym kraju nie mam żadnych praw wobec dziecka.

Kobieta na krześle

Spotkanie kończy się po pięciu godzinach. Rodzice ściskają się na pożegnanie. Jedna z matek siada na krześle i płacze. Całe spotkanie prawie nic nie mówiła - teraz nie chce wracać do domu bez wsparcia.
Otaczają ją inni: obejmują, pocieszają, ściskają za ramiona.
Kobieta łka i mówi: - Mój syn już nigdy nie pójdzie po narkotyki. Nie ma nóg, amputowali mu je. Ale i tak załatwi sobie heroinę. Przez telefon.

Chłopcy bez rodzin

Andrzej jest chudy, wysoki, poważny. Przyjechał do USA w grudniu 1994 z Wrocławia. Miał jedenaście lat. Z matką i osiemnastoletnim bratem. Brat wrócił do Polski, żeby zdać maturę i już tam został.
Zamieszkali na Jackowie. Ojca, który wyjechał do USA, gdy on miał półtora roku - znał z listów, telefonów i prezentów. Myślał, że jest ideałem. Tutaj zaczął go poznawać lepiej. Najpierw dowiedział się, że ojciec - 65-letni robotnik w fabryce - ma zawsze rację, a jego własne zdanie się nie liczy. Ojciec awanturował się ciągle. O nic. Szybko przestali ze sobą rozmawiać.
Matka znalazła pracę w domu starców. Na dwie zmiany - 16 godzin.
W wieku 13 lat zaczął wracać do domu o jedenastej w nocy. Tuż przed przyjściem matki, która łagodziła kłótnie z ojcem. W szkole miał wielu polskich kolegów. W wieku 13 lat wypił z nimi pierwsze piwo.
- Żaden z nas nie wiedział, co to rodzina. Albo jedno z rodziców było w Polsce, albo oboje w USA, ale nie mieszkali razem. A nawet jak byli razem, to jakby ich nie było. Cały czas pracowali - tłumaczy Andrzej. - Łączenie rodzin po latach rzadko wychodzi - wpada w zadumę.

Pierwsza śmierć

W drugiej klasie szkoły średniej umarł najlepszy przyjaciel Andrzeja - Chudy. Razem kradli, razem ćpali.
Palili wtedy 8-10 działek heroiny dziennie. Wychodziło po sto dolarów na łebka. Musieli dużo kraść. Chudy brał więcej. Miał więcej pieniędzy, a narkotyki przechowywał u siebie w domu. - Pomiędzy jednym i drugim wspólnym braniem coś tam sobie wziął - mówi Andrzej. Zaczęło się "strzelanie" - wstrzykiwanie heroiny strzykawką. Chudy przedawkował w domu. Odratowali go na pogotowiu. Postanowili, że skończą. Wezmą tylko po raz ostatni.
- Kupiliśmy sobie dwa podwójne strzały. Po jednym zmachaliśmy w piątek, z dwoma Chudy poszedł do domu. Miał wrócić następnego dnia i wziąć ze mną ostatnią działkę w życiu. Chudy nie przyszedł.
Przyszły dwie koleżanki z płaczem: - Chudy nie żyje.
Miał 17 lat.
Andrzej zaczął płakać. Ruszyło nim. Wyprowadził się z domu. Do szkoły nie chodził. Dziewięć miesięcy nic nie brał.
Potem zaczął wąchać. Jak były pieniądze, kupowali z kolegami crack zmieszany z heroiną - żeby przyjemniej było dochodzić do siebie.
- Z moich kolegów z ósmej klasy cztery osoby są uzależnione, cztery inne próbowały narkotyków. Jeden nie żyje - wylicza Andrzej.

Kran pod kurtką

Andrzej przestał kraść. Woził tylko tych, co kradli, na robotę, a oni płacili mu za to. Czasami jechali daleko za Chicago, bo w sklepach tam mniej pilnują.
Najczęściej wynosili rzeczy z Home Depot. Sklep aż się o to prosił. Duży, bez kamer. Na dodatek można oddać to, co się ukradło, bez rachunku. Wynosili rzeczy do stu dolarów (wtedy zwracali im gotówkę) i oddawali mówiąc, że z nich rezygnują. Najchętniej wynosili krany (im większy, tym lepszy, bo ciężej wynieść i nie rzuca podejrzeń przy zwrocie) i kable.
Z innych sklepów kradli alkohol, potem sprzedawali w barach. Ale pewnego dnia Andrzej zostawił samochód matce, bo potrzebowała go, żeby dojeżdżać do nowej pracy. Przestał wozić innych. Musiał wrócić do kradzieży.
Najlepszą heroinę mają w Chicago na projektach (blokowiskach postawionych przez miasto) w dzielnicy czarnych, na południe od downtown.
- Jeździliśmy tam samochodem, tylko kiedy nas naprawdę przycisnęło.
Lepiej tam się nie pokazywać. Policjant każdego białego karze za wejście na teren prywatny (należy do miasta). Wiadomo, że biali przyjeżdżają tam tylko po narkotyki. Mogą zamknąć na kilka godzin. Dealerzy stoją na ulicy. Jak przyjeżdża biały krzyczą: crack! blow! hasz! Działka (marihuana, heroina, haszysz) kosztuje 10 dolarów. Kokaina - 20 dolarów. Czasami jednak dealerzy sprzedają podwójną heroinę za 20 dolarów, albo nieco mniejsze działki marihuany za pięć. Andrzej wydawał na narkotyki 1500 dolarów tygodniowo. Już tylko strzelał - bo wystarczyło raz dziennie.

Gnany zimnem

Andrzeja (...)kolega wygonił w końcu z domu. Za to, że nie oddał mu pieniędzy.
Poszedł do ojca, matki, różnych kolegów. Wszyscy zamknęli przed nim drzwi. Wrócił do starego mieszkania, które wciąż oficjalnie wynajmował.
- Wchodzę, a tam dwóch facetów akurat się bije. Krzyczą jak zwierzęta. Wszędzie pełno krwi - opowiada.
Popatrzył chwilę. Wyszedł.
Było zimno. Przypomniał sobie, że ludzie mówili o Zrzeszeniu Polsko-Amerykańskim, gdzie przygarniają bezdomnych. Poszedł.
Teraz śpi w schronisku - w wielkiej sali z kilkunastoma łóżkami wypełnionej bezdomnymi Polakami. Dnie spędza w zrzeszeniu, w grupie dla alkoholików - najczęściej mężczyzn po pięćdziesiątce, którzy ciągle grają w karty. Nie ma osobnego schroniska dla bezdomnych narkomanów. Andrzej je trzy razy dziennie. Chodzi na grupy terapeutyczne.
- Od 49 dni jestem czysty - mówi.

Telefon na komisariat

Wśród rodziców dzieci-narkomanów, które przychodzą na piątkowe spotkania do Zrzeszenia Polsko-Amerykańskiego, jest Ewa.
- Mój syn przestał brać. Poszedł do college'u. Ale strach został. Mam go pod skórą. Jak jest z nim lepiej, to nie wiesz, czy to już na zawsze, czy na trochę. Myślisz. Kombinujesz. Amerykanie się tak nie smolą. Nie trzymają dzieci w domu. Wysyłają je do szkół z internatem i mają spokój. Biorą, to nie mieszkają w domu - mówi.
Marek Prokopiuk, terapeuta ze zrzeszenia, potwierdza jej obserwacje:
- Dzieci polskie w Chicago mają władzę nad rodzicami. Znają tutejsze zwyczaje, język. Załatwiają im różne sprawy, tłumaczą w urzędach. Kiedy rodzice im zagrożą, natychmiast dzwonią na policję. Rodzice czują się upokorzeni. Mężczyźni, przyzwyczajeni w Polsce do władzy absolutnej, muszą słuchać własnych dzieci. To dla nich niesprawiedliwe - opowiada.
Terapeutka pracuje z kilkudziesięcioma rodzicami dzieci-narkomanów. Spotyka się też z ich dziećmi. Próbuje być pośrednikiem.
Małgorzata Olczak: - Matka sprząta. Ojciec pracuje na budowie. Dziecko żyje samo. Mówi po angielsku, zatraca język polski. Nie ma nawet aparatu pojęciowego w tym języku, żeby porozmawiać z rodzicami o swoich uczuciach. A dla rodziców dziecko mówiące po angielsku to policzek. Jedna z matek przyszła kiedyś z córką, która rozmawiała ze mną po angielsku. Widziała pani, powiedziała, znowu znęca się nade mną.

Nie są cool

Marek Prokupiuk: - Młodzi Polacy w Chicago często naśladują rodziców. Pracują bardzo dużo. Niektórzy pracują siedem dni w tygodniu. Zatracają się w zdobywaniu dóbr materialnych. Muszą też zarobić pieniądze na wakacje w Polsce. A w Polsce jeszcze bardziej potrzebują pieniędzy. Żeby imponować dawnym kolegom. Poza wakacjami żyją od weekendu do weekendu. Wydają pieniądze w klubie polskim na ecstasy. W szkole są dosyć pasywni. Większośść z nich mieszka w okolicach Milwakee Avenue i ma kontakt z Latynosami oraz czarnymi. Tylko ci z przedmieść przebywają wśród białych Amerykanów.
Terapeuta spotyka się z dziećmi imigrantów kilka razy w tygodniu na specjalnych warsztatach. Rozmawiają, bawią się, czasami zwierzają.
Zrzeszenie Polsko-Amerykańskie przy Cicero Avenue w Chicago każdego popołudnia pełne jest młodych Polaków.
Małgorzata Cieślak, kierowniczka służb klinicznych zrzeszenia:
- Dzieci przyjeżdżają z Polski do USA w różnym wieku. Rodzice nagle wyrywają je z ich świata. Zderzenie z Ameryką nie zawsze jest łagodne. Nie potrafią mówić po angielsku. Nie mogą nawiązać kontaktu z rówieśnikami. A jednocześnie zachłystują się tym krajem. Mogą tu wszystko szybko mieć: samochód, ciuchy, sprzęt elektroniczny. Także narkotyki. Polscy rodzice w USA chcą wychować swoje dzieci po polsku. Ich zakazy nie trafiają najczęściej do dzieci, dla których rodzice przestają być cool.

Niektóre imiona bohaterów reportażu zostały zmienione.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

marek (niezweryfikowany)

To co jest zawarte w tym opowiadaniu pokrywa sie w 100% z prawda, kto tak nie mysli niech zacznie cpac to sie przekona...A nie radze.

Armageddon (niezweryfikowany)

Ameryka - syf. Rzygam tym. A Polacy, którzy tam wyjeżdżają na stałe to pojebcy. A potem sami maja pretensje. Przecież to kraj pozbawiony kultury! ... no dobra. maja kulturę. Gównianą.

co do wychowania Polskiego - permanentna inwigilacja dzieci na pewno do niego nie należy. Tym rodzicom najoczywiściej odbiło ze strachu i przerażenia. A lepsza przyszłość w Ameryce? Fuj ! Co za szkaradny materializm! A gdzie te wartości, z którymi nie mają żadnego związku pieniądze? Czy ci ludzie rzeczywiścią są Polakami? Nie wydaje mi się

Zajawki z NeuroGroove
  • Szałwia Wieszcza

Hej, ho ! Okazuje sie ze SD to masakrycznie potezny psychedelik.
Szkoda ze mialem tak malo. T-R w sumie malo spektakularny ale mi sie
nudzi to napisze, ha !. Szkoda ze mi biedactwo uschlo, musze sie
zaopatrzyc w nowa sadzonke :)



  • Dekstrometorfan

I tak oto nadejszła wiekopomna chwila... Sobota 15.11.2003

  • LSD-25
  • Miks

Miejsce: mieszkanie znajomego Muzyka: ambient, psytrance, medytacyjna Towarzystwo: trójka przyjaciół

Ciekawość po raz kolejny popchnęła mnie do ryzykownego eksperymentu – tym razem dawka mojej ulubionej substancji wyniosła dokładnie 375micro gram.

  • Gałka muszkatołowa
  • Marihuana
  • Przeżycie mistyczne

Mój własny pokój w domu jednorodzinnym. Sam na I piętrze. Samopoczucie przed tripem bardzo dobre (zaliczona sesja!), pozytywne uczucia względem świata, nie mogę się doczekać spotkania z gałką, generalnie mam tutaj wszystko, czego potrzebuję.

Oczekiwania - Wyższe Poznanie.

Sądzę, że dobrym pomysłem będzie opis tego, co robiłem zanim zażyłem gałkę. Kolejne etapy podróży określać będę w godzinach. Miłego czytanka!

Godz. 23:10
Skończyłem konsumować 8 nasion gałki muszkatołowej przy pomocy 0,5 L czarnej herbaty liściastej Yunan i 0,25 L zielonej herbaty.

randomness