REKLAMA




Biznes sięga po marihuanę

Podobnie jak niegdyś hip-hop, zdrowa żywność i snowboard, marihuana się komercjalizuje.

Tagi

Źródło

New York Times
Jesse McKinley

Odsłony

3252

Podobnie jak niegdyś hip-hop, zdrowa żywność i snowboard, marihuana się komercjalizuje.

Dziś, gdy coraz więcej stanów zezwala na stosowanie tego narkotyku w celach medycznych, a Kalifornia rozważa całkowitą jego legalizację, zwolennicy trawki starają się poprawić jej wizerunek, otwierając specjalne apteki i wprowadzając na rynek nowe marki. Zakładają firmy konsultingowe, lobbystyczne i kancelarie prawne; organizują targi oraz seminaria; wreszcie, rozwijają inne gałęzie tej branży.

Entuzjaści twierdzą, że to skoordynowana kampania, mająca na celu zerwanie z hippisowską, kontrkulturową przeszłością narkotyku na rzecz bardziej uładzonej, biznesowej przyszłości. – Nie noszę indyjskiej kamizelki, nigdy nie zapuszczałem koziej bródki i nie miałem włosów dłuższych niż do karku – mówi Allen St. Pierre, główny dyrektor National Organization for the Reform of Marijuana Laws. – I nie lubię paczuli.

 

Steve DeAngelo, prezes CannBe – firmy marketingowej, lobbingowej i doradczej z Oakland w Kalifornii – nie używa nawet słowa "marihuana". Uważa je za nacechowane pejoratywnie i preferuje gatunkową nazwę "konopie". – Chcemy, by były używane w bezpieczny, właściwy i odpowiedzialny sposób –  mówi DeAngelo.

Tej właśnie zasady przestrzega jego główna apteka, mieszcząca się w siedzibie firmy, Harborside Health Center w Oakland. Budynek ma prosty, oszczędny wystrój i oświetlony jest jasnymi, odblaskowymi światłami. Na miejscu dostępne są też inne usługi, takie jak kręgarstwo i zajęcia z jogi. W niedawny piątek ośrodek pękał w szwach: około 50 osób stało w kolejce, a pracownicy za ladą pokazywali klientom rozmaite pączki, ciastka i inne wypieki na sprzedaż. – Jeżeli nie wykażemy się profesjonalizmem i szacunkiem wobec prawa, nigdy nie zyskamy zaufania obywateli – mówi DeAngelo. – A bez tego zaufania nigdy nie uda nam się osiągnąć naszego celu.

Ostatecznym celem dla wielu zwolenników jest legalizacja. Kalifornijczycy mogą zdecydować o niej już w listopadzie, gdy będą głosować w referendum nad legalizacją, opodatkowaniem i regulacją sprzedaży marihuany.

Bez względu na jego wynik CannBe zamierza rozwijać swój model biznesowy w całym kraju i stać się, jak mówią fani, "McDonaldsem marihuany".

Działającą dla zysku spółką kierują czterej właściciele aptek non-profit oraz ich prawnik. DeAngelo nazywa ich "elitarną drużyną od konopi". W marcu tego roku skutecznie przekonała ona radę miejską w San Jose, dziesiątym co do wielkości mieście w kraju, by przyjęła rozporządzenie w sprawie aptek, co było kluczową decyzją torującą drogę do legalizacji przemysłu. Ostatnio też na poświęconej marihuanie konferencji w Rhode Island DeAngelo zaprezentował nową linię swoich produktów, w tym "trawkę light" z mniejszą ilością psychoaktywnych składników od zwykłej odmiany, idealną, jak sam mówi, dla "pacjentów nieprzyzwyczajonych do konopi".

 

John Lovell, lobbysta z Kalifornii reprezentujący dwie duże organizacje policyjne sprzeciwiające się legalizacji, wykpiwa sugestię, jakoby zwolennicy marihuany zaczęli szanować prawo i zdobywać społeczne poparcie. Wskazuje on na niedawną decyzję rady Los Angeles, która nakazała skrajnie ograniczyć liczbę punktów z medyczną marihuaną w mieście. – To plaga naszych osiedli –  mówi. – W tych aptekach są pieniądze i narkotyki. No i co? Czy to dziwne, że działają one jak magnes na przestępców?.

Zwolennicy marihuany uważają jednak taką generalizację za niesprawiedliwą i nieaktualną. – To jest rozwojowy biznes, taki sam, jak w dowolnym innym miejscu – mówi Ethan Nadelmann, założyciel i dyrektor grupy Drug Policy Alliance, która popiera legalizację.

Punkty sprzedaży w Kalifornii stosują wszelkiego rodzaju biznesowe sztuczki, by przetrwać na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Magazyn branżowy "West Coast Cannabis" zamieszcza dziesiątki ogłoszeń – reklamuje oferty dnia, darmowe próbki, dostawy do domu, certyfikaty prezentów, dyplomy naukowe, zajęcia z jogi, hipnoterapię, sesje Reiki, talony, przepisy oraz, rzecz jasna – jako że to Kalifornia – darmowe parkingi. Powstają też nowe szkoły i seminaria, z których mogą skorzystać zobowiązani do ciągłego dokształcania się lekarze i prawnicy.

Jedną z placówek jest Cannabis Law Institute, który niedawno dostał uprawnienia od stanowej adwokatury w Kalifornii. Jego współzałożycielem jest Omar Figureoa, absolwent Yale University i szkoły prawa Stanford, który w czerwcu organizuje w hrabstwie Sonoma seminarium mające przybliżyć słuchaczom "tę fascynującą gałąź prawa". Figureoa, który przyznaje, że na Stanfordzie został uznany za studenta, "który miałby największe szanse przepaść na przesłuchaniu zatwierdzającym w Senacie", twierdzi, że zarabia dzięki usługom prawniczym niezłe pieniądze, ale robi to głównie dla doświadczenia. – Problem marihuany zawsze mnie pasjonował – podkreśla. – To najciekawsza dziedzina prawa.

Ma ona zresztą zastosowanie nie tylko w Kalifornii. Przemysł ten kwitnie również w Colorado, gdzie w zeszłym roku otwarto mnóstwo aptek. Ta nagła ekspansja zaniepokoiła władze i skłoniła ustawodawców do szybkiego przyjęcia nowych regulacji, ale jednocześnie okazała się dobrodziejstwem dla kancelarii prawnych takich jak Kumin Sommers LLP z San Francisco, która nawiązała współpracę z Warrenem C. Edsonem, prawnikiem z Denver reprezentującym około 300 punktów sprzedaży w Colorado.

Edson mówi, że wielu jego klientów pyta o typowe zagadnienia, takie jak odszkodowania dla pracowników, ulgi od podatków czy bezpieczeństwo pracy. – Oni się naprawdę boją, że federalni dorwą nas jak Ala Capone, nie za marihuanę, ale za coś innego – przyznaje Edson, nawiązując do skazania Capone za unikanie płacenia podatków, a nie za działalność przestępczą.

Rząd federalny w dalszym ciągu sprzeciwia się legalizacji narkotyku. Choć administracja Obamy zasygnalizowała pewną tolerancję, jeżeli chodzi o medyczną marihuanę, naloty służb porządku publicznego na apteki i hodowców są wciąż na porządku dziennym – nawet w Kalifornii, gdzie przemysł zaczął działać już w 1996 roku, po przyjęciu przełomowej Propozycji 215 legalizującej medyczną marihuanę.

Regulacje w 14 stanach, które dopuszczają użycie narkotyku w celach leczniczych, są bardzo zróżnicowane. Ostateczne głosowanie nad legalizacją odbędzie się wkrótce w Dystrykcie Kolumbii. Niektóre stany żądają, by sprzedawcy udowodnili swój status non-profit – często muszą oni tworzyć spółdzielnie bądź kooperatywy; wszędzie też od kupujących wymagane jest zalecenie lekarza. Ale nawet osoby opowiadające się za medyczną marihuaną uważają, że system ten stwarza szerokie pole do nadużyć, a nawet nieświadomego łamania prawa.

– Prawie wszystkie apteki w Kalifornii operują nielegalnie – mówi William Panzer, prawnik z Oakland, który pomagał przygotować Propozycję 215. – To samodzielna działalność gospodarcza, a nie spółdzielnia.

Drug Policy Alliance nie zajmuje oficjalnego stanowiska w kwestii, czy sprzedawcy narkotyków powinni działać dla zysku, czy nie. Nadelmann dodaje jednak: – Osoby, które odgrywają w tej branży kluczowe role, osobiście się na tym nie bogacą.

Oceń treść:

Brak głosów
randomness