REKLAMA

Alternatywna historia Amerykańskiej Wojny z Metamfetaminą

Tagi

Źródło

Vice US
Max Daly

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

887

Zanim zaczęli drżeć ze strachu przed heroiną, Amerykanie panikowali z powodu metamfetaminy. Na dziś dzień zapewne każdy słyszał coś na temat tego narkotyku i jego złowieszczej reputacji. Pomijając nawet takie produkty popkultury jak Breaking Bad, meta jest wszędzie, czasem nawet w pączkach. Jeśli przyjrzysz się bacznie doniesieniom prasowym, dostrzeżesz, jak skrada się przez Środkowy Zachód, zobaczysz, jak rozprzestrzenia się niczym zaraza po całych Wielkich Równinach, pełznie niczym plaga ku sercom małych miasteczek w całym kraju.

Nie można oczywiście zakwestionować tego, że systematyczni użytkownicy tego narkotyku, których liczbę szacuje się w Stanach Zjednoczonych na 569 000, mogą cierpieć z powodu uzależnienia, lęków, bezsenność, utraty wagi, urojeń i innych problemów zdrowotnych; w 2009 roku do szpitali trafiło prawie 100 000 użytkowników metamfetaminy. Oznacza to, że mówimy poważnym zagrożeniu dla zdrowia publicznego, od którego, jak zdają się wierzyć niektórzy zwolennicy prezydenta-elekta Donalda Trumpa, wiejsko-idylliczna Ameryka może zostać wybawiona jedynie za sprawą "muru, wielkiego i pięknego".

Jak większość wojen z narkotykami, Amerykańska Wojna z Metą ma jednakże swoich krytyków. Travis Linnemann całe życie mieszka i pracuje w Kentucky i Kansas – krainie powszechnie postrzeganej jako matecznik mety. Jako kryminolog z Uniwersytetu Wschodniego Kentucky i były kurator sądowy, Linnemann od dziesięcioleci analizował dwie równoległe rzeczywistości funkcjonowania metamfetaminy: tę, który widzi na własne oczy, oraz tę znacznie bardziej sensacyjną, przedstawianą przez policję, polityków i media.

Wydana niedawno książka Linnemanna pt. Meth Wars to bezkompromisowy wgląd w narracje wygenerowane przez lęk przed metamfetaminą oraz w to, jak mają się one do prawdy o tym narkotyku i szkodach, jakie faktycznie on powoduje. Autor bada, w jaki sposób substancja została użyta do wzbudzania paniki i utrwalania niesprawiedliwości w społecznościach, które i tak znajdowały się już w fatalnej kondycji, proponując w ten sposób zdecydowanie najśmielszą jak dotąd dekonstrukcję mitu metamfetaminowej epidemii. Rozmawiałem z nim o tym, jak i dlaczego jego zdaniem narodziła się ta chimera, rzucająca złowrogi cień na spokój rolniczej Ameryki.

VICE: Kiedy zacząłeś kwestionować to, co mówi się Amerykanom o metamfetaminie?

Profesor Travis Linnemann: Byłem kuratorem w Kansas, gdy meta stała się gorącym tematem pod koniec lat 90. Konsekwentnie wbijano nam w głowy, że jest to rosnące niebezpieczeństwo, zagrożenie, z którym musimy walczyć ze wszystkich sił. Moja praca jako kuratora, pracującego głównie w małych miastach w północnym Kansas, niosła ze sobą wiele sytuacji, gdy musiałem nadzorować, często poddając testom na obecność narkotyków w organizmie, ludzi mających problemy z wymiarem sprawiedliwości.

Retoryka, którą serwowały mi władze stanowe i media nie pasowała jednak z moich doświadczeń. W pracy po prostu tego nie widziałem — nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek prowadził przypadek kryminalisty używającego mety. Gdy analizowano zebrane w ciągu sześciu lat wyniki testów na narkotyki, pochodzące ze stanowych baz danych i dotyczące sprawców przestępstw, wywodzących się ze społeczności stanowiących populacje najwyższego ryzyka, okazało się, że jedynie 2,7 procent wszystkich dodatnich wyników wskazywało metamfetaminę. Nawet najnowsze dane pokazują, że w 2014 roku w Kansas policja zamknęła jedynie 21 laboratoriów produkujących metę , przy czym w liczbie tej mieszczą się również konfiskaty dwulitrowych butli, w których substancję przygotowywano metodą "shake and bake".

W swojej książce poruszasz kwestię "Mety Urojonej". Co masz na myśli?

Sposób, w jaki ludzie wyobrażają sobie codzienne życie i relacje z innymi ludźmi tych, których spotykają na ulicy i na których patrzą przez pryzmat konkretnego narkotyku. Ktoś widzi na przykład osobę szczególnie zaniedbaną, która pasuje do stereotypu meth heada i automatycznie, zamiast okazać tej osobie nieco współczucia, pomyśleć: "Co się dzieje z jego życiem, że wygląda w taki sposób? ", wyobraża ją sobie i kategoryzuje jako po prostu kolejnego zdegradowanego ćpuna. To pozwala nam na ignorowanie problemów, takich jak ubóstwo, konflikty pokoleniowe, zła opieka zdrowotna i całej reszty, która odbija się codziennie na życiu ludzi. W ramach ustalonego wyobrażenia wszyscy oni stają się po prostu meth headami.

Nie chodzi mi o traktowanie faktycznego istnienia takich ludzi jako mitu, ponieważ naprawdę istnieją przecież tacy, którzy mają problemy z narkotykami. Rzecz jednak w tym, że budujemy sobie wyobrażenie wszystkiego, co dzieje się tam, w świecie biedy, przez pryzmat tego najgorszego, narkotykowego scenariusza. Ktoś z zepsutymi zębami, czy ktoś, kto włamał się do samochodu, automatycznie staje się metamfetaminowym ćpunem. Tymczasem ten ktoś może nie mieć dostępu do opieki zdrowotnej, może nie móc sobie pozwolić na odpowiednie odżywianie się, być może po prostu nie może znaleźć pracy i jest zdesperowany.

Tymczasem media wmawiają nam, że żyjemy w dobie epidemii metamfetaminy?

Za każdym razem, gdy ktoś zostaje aresztowany z powodu metamfetaminy, ma dużą szansę trafić do wiadomości. Pracując nad książką, spędziłem dużo czasu z policjantami, którzy zawsze wskazywali metę jako największy problem, szczególnie w Kansas i Kentucky — myślę, że jest tak dlatego, że legitymizuje to ich pracę. Ludzie często lekceważą policjantów z małych miasteczek, uważając, że nie zdarzają się tam prawdziwe przestępstwa. Kiedy zatem mamy teraz cały ten szum wokół epidemii metamfetaminy, w ich umysłach pojawia się myśl, że mają wreszcie okazję być prawdziwą policją zwalczającą prawdziwe przestępstwa.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy mieliśmy okazję widzieć wiele wykonanych telefonami komórkowymi zdjęć, przedstawiających nieprzytomnych heroinistów, a wśród nich fotografię opublikowaną przez policję z Ohio we wrześniu. Czy nie przypomina to obrazów "metamfetaminowych zombie" i galerii z cyklu Faces of Meth, projektu stworzonego przez policjantów w Multnomah County w stanie Oregon, który miał na celu zniechęcić do używania mety przez zestawianie zdjęć przedstawiających twarze osób przed i po pewnym okresie przyjmowania tej substancji?

Tak, to jest to samo — pozwala ludziom diagnozować innych jako potwory. Obrazy z cyklu Faces of Meth budzą dreszcz, płynący z możliwości podglądania, gapienia się, oceniania... "Co za szumowiny!"; "Jak oni mogą to sobie robić, popatrzcie tylko na ich twarze!"

Być może sprawia to, że czujemy się lepiej?

Tak naprawdę obrazy te, z pomocą narkotykowej narracji, zasłaniają tylko przewlekłe problemy społeczne. Oto ludzie uchwyceni migawką aparatu w najgorszych okresach swego życia i wystawieni na widok publiczny, by inni mogli ich podsumowywać i oceniać. To logika poziomej przemocy, która pozwala spisać kogoś na straty tylko dlatego, że używa narkotyków. Historia czyjegoś życia, wszystko, czego doświadczył, wszystko to sprowadzone zostaje do jednego: narkotyków. To z kolei rodzi łatwość potępiania.

Faces of Meth wydaje się formą propagandy w tej wojnie, rodzajem nowoczesnego listu gończego, wspólczesnego plakatu z napisem WANTED.

Zgadzam się. Chodzi o to, by mieć się na baczności w obrębie własnej społeczności, do tego zmierzają wszystkie te wydawane przez różne służby ostrzeżenia przed lokalnymi laboratoriami metamfetaminowymi i informacje o potrzebnych prekursorach. To coś jak wojna a terroryzmem: widziałeś coś, powiedz o tym. To tylko utrwala podziały, nie przynosząc pożytku.

Co wyniosłeś z Breaking Bad?

To znów ta sama stara historia — wszyscy dilerzy są źli, a większość użytkowników to zombie, zdolne do wszystkiego, co najgorsze, byle tylko zdobyć narkotyk, to ciągle tylko odtwarzanie tych samych schematów. A jednak oglądanie tego jakoś nas satysfakcjonuje, prawda?

W ramach badań terenowych na potrzeby swojej książki spędziłeś wiele godzin z policjantami z Kansas. Jakie było ich podejście do metamfetaminy?

Policja robi w branży identyfikowania zagrożeń. Ogólnie rzecz biorąc postrzegają wszystkie dysfunkcje społeczne i przestępczość jako powodowane przez narkotyki. W szczególności w bardzo małych miejscowościach mają poczucie, że wszystko, z czym muszą się borykać, można przyczynowo wyprowadzić od metamfetaminy. Domów w ruinie nie postrzegają na przykład inaczej, niż jako oznaki obecność metamfetaminy, narkotyków i deprawacji.

Kiedy jednak przyjrzałem się statystykom, okazało się, że bynajmniej nie wspierają one takiej logiki. Ci policjanci mają do czynienia z bardzo niewielką ilością przestępstw narkotykowych i bardzo, bardzo rzadko z metą. Tej prawdy jednak nie biorą się pod uwagę. A jednym ze źródeł wojny z metamfetaminą jest właśnie codzienna praktyka policjantów, to oni są ważnymi kolporterami tej logiki – przez spotkania z ludźmi, antynarkotykowe pogadanki w szkołach, ciągle budują sieć skojarzeń, które jest bardzo ważna dla legitymizacji ich miejsce w społeczeństwie, przydając im powagi i władzy.

Wygląda na to, że uważasz, że policji i DEA przedstawiają fakty na temat metamfetaminowych laboratoriów tak, jak im wygodnie...

Cóż, to prawda, że w tych tajnych laboratoriach dochodzi czasem do wybychów, ale zdarza się to rzadko. Jestem skłonny zakwestionować prawdziwość statystyk DEA na temat liczby laboratoriów, które namierza policja. Jeśli tylko znajdą gdzieś jakieś podejrzane pozostałości lub dwulitrową butelkę z dziwną cieczą, liczą to jako "metamfetaminowe laboratorium", azgodzimy się chyba, że to niezupełnie to samo, co przedsięwzięcie Waltera White'a. To co robię, to po prostu wprowadzanie ludzi w błąd. Co gorsza: ludzie przyłapani z taką dwulitrową butelką do „shake and bake”są oskarżani o produkcję i trafiają za to do więzienia. Punkt, który osiągnęliśmy, to produkt wielu lat apokaliptycznego czarnowidztwa.

Dlaczego więc ci wszyscy policjanci wierzą, że to meta jest przyczyną podupadania wiejskich społeczności?

Podobnie jak wielu innych ludzi, nie mogą się zdobyć na spojrzenie w oczy prawdzie, że życie zawsze było trudne i prawdopodobnie nigdy się to nie zmieni. Miejsca pracy znikają wraz z rozwojem korporacyjnej agrokultury i konsolidacją rodzinnych farm, jako konsekwencja akumulacji. Łatwiej jest jednak zrzucić winę na miejscowego użytkownika narkotyków, nawet jeśli jest to ktoś, z kim dorastałeś, albo imigranta zatrudnionego w lokalnej przetwórni mięsa, przy którym znaleziono niewielką ilością mety. Łatwiej jest zogniskować wszystkie swoje lęki na tym jednym, łatwym do wskazania problemie, niż stanąć konfrontacji z własną historią i uznać, że twoje życie nigdy nie było proste i prawdopodobnie nigdy nie będzie.

Czy mieszkańcy niespokojnych części Kentucky i Kansas postrzegają swoje dzielnice jako podupadające strefy rządów mety?

Patrząc z zewnątrz, wiejski Środkowy Zachód i rejon Apallachów postrzegane są jako przysłowiowe "kraje przelotowe". [„flyover lands” - chodzi o lekceważące określenie obszarów, które nie są na ogół celem podróży, a jedynie tworzą krajobraz przesuwający się poniżej z perspektywy osób odbywających lot z jednego gęsto zaludnionego wybrzeża Stanów Zjednoczonych na drugie – przyp. tłum.] To terytorium spisane na straty. Określenie "White Trash", które rzecz jasna zasadniczo służy do piętnowania ludzi, dla niektórych jest jednak powodem do dumy, a identyfikacja z nim jest jednym ze sposobów celebracji swego rodzaju szlachetnego ubóstwa, wystawieniem środkowego palca w kierunku klas wyższych ze słowami: "Tak, jestem Białym Śmieciem, pierdol się".

Ale nawet ci, którzy tu mieszkają, poddają się retoryce piętnowania meth headów.

Czy istnieją jakieś paralele z toczoną w miastach Ameryki walką z crackiem?

Cóż, meta kojarzona jest z białymi ludźmi, ale w gruncie rzeczy jest to ta sama narracja o deprawacji i uzależnieniu, ta sama represyjna logika, jak ta, którą stosowano wobec cracku i tak zwanych miejskich czarnych z marginesu społecznego. Charles Keating, gubernator Oklahomy, zobrazował to jednoznacznie, mówiąc publicznie, że meta stała się narkotykiem białych śmieci tak, jak crack był narkotykiem czarnych śmieci i że powinniśmy wstydzić się za jednych i drugich. Policjanci nie mieli tutaj swojej wojny z narkotykami — teraz już mają. W ten sposób wojna z narkotykami staje się rodzajem rynku, który wciąż poszukuje nowych nisz, ponieważ w przeciwnym razie popadnie w stagnację i zapaść.

Jak wygląda wojna z metamfetaminą w porównaniu do tego, co dzieje się obecnie w Ameryce w kwestii uzależnienia od opioidów?

W tym kraju zawsze robimy w sprawie narkotyków to samo: wysyłamy przeciw ich użytkownikom policję i wsadzamy ich do więzień. Nie sądzę zatem, żeby aż tak bardzo się to różniło. Niemniej jednak o ile z crackiem istnieją oczywiste analogie, to problemem z opioidami ma nieco inny charakter, niż ten związany z metą. W Appalachach, wschodniej części Kentucky i w szczególności Wirginii Zachodniej, firmy farmaceutyczne rozpoznały rynek i pompują teraz w ten obszar dosłownie miliony tabletek, za pośrednictwem agresywnego marketingu skierowanego do pacjentów i lekarzy i z katastrofalnymi skutkami: efektem jest masowe uzależnienie od oksykodonu i w następstwie tego duży wzrost wskaźnika stosowania heroiny. O ile mi wiadomo, metamfetamina nie miała nigdy takiego korporacyjnego sponsoringu i jest znacznie mniej powszechna. Mimo to, w Appalachach i na całym Środkowym Zachodzie policja podchodzi do mety bardzo agresywnie, tak jak i zresztą, szczerze mówiąc, do wszystkich narkotyków.

Mamy tu chyba do czynienia z czymś w rodzaju pornografizacji upadku obszarów rolniczych.

Tak. Myślę, że w wielu aspektach mamy obsesję na temat malowniczej śmierci małych wiejskich społeczności. W swoim dziennikarskim dochodzeniu z roku 2004 na temat metamfetaminy w rolniczej Ameryce, New York Times cytował szeryfa w Nebraski, który powiedział, że każde brutalne przestępstwo ma związek z metamfetaminą i że meta była przyczyną wielu morderstw. Gdy sięgnąłem do statystyk nic nie wskazywało, by przestępczość wzrosła tak, jak twierdził. Co więcej, w Adams County zdarzyły się w ciągu czterech lat przed opublikowaniem artykułu zaledwie trzy morderstwa. Czytelnicy NYT chcą jednak historii o tym, jak metamfetamina niszczy rolnicze serce Ameryki, bo to jest o wiele bardziej sexy, niż analiza wpływu agrokultury korporacyjnej i działalności Monsanto na lokalne społeczności.

Powiedziałeś, że policjanci czerpią korzyści z tego swoistego hype. Jak to działa?

Kwestia metamfetaminy pozwoliła wojnie z narkotykami rozszerzyć się na nowe terytoria. Jest to retoryka uzasadniająca coraz większą ingerencję policji i stosowanie przez nią przemocy. To wołanie o zatrudnienie większej liczby policjantów, przekazanie na policję większych środków, uzasadnienie, że policjanci w małych miasteczkach też potrzebują kevlarowych hełmów i karabinów. Ze względu na stałą obecność Mety Urojonej, opinia publiczna uważa, że coś trzeba robić, toteż ludzie stają się mniej krytyczni wobec tego rodzaju roszczeń i zachowań policji, niż byliby w normalnych warunkach.

Kiedy przeniosłem się do środowiska akademickiego, zdałem sobie sprawę, ile cała ta historia z metamfetaminą odwzorowuje wszystko, co dotąd zrobiliśmy w tym kraju w odniesieniu do narkotyków, jak traktowaliśmy jedną substancję po drugiej. Wciąż wznosimy podobne konstrukcje, rozwijamy je i umacniamy, robiąc to tak naprawdę po to, by zrealizować inne ukryte cele polityczne: ktoś dostaje finansowanie, ktoś robi karierę polityczną. Władze mogą wykorzystywać lęk przed metamfetaminą, by poszerzać bazę środków, jakimi dysponują, zwiększając liczbę policjantów, wyposażając ich w nowy sprzęt i uprawnienia.

Sugerujesz zatem, że wojna z metą używana jest również do zwiększania kontroli nad społeczeństwem.

Meksykańskie kartele dostarczają metę w Ameryki od 20 lat, to nic nowego. Ostatnio jednak nastąpiło przesunięcie nacisku policji i polityków na kwestię produkcji mety w Meksyku i Chinach. Oferuje to bardzo dobre ramy wielu poważnym działaniom politycznym: chodzi o przekazywanie milionów dolarów na militaryzację granic czy uzbrajanie i szkolenie meksykańskiej policji, a także pomaganie im w budowaniu nowych aresztów i więzień oraz organizację profilaktyki antynarkotykowej dla meksykańskich dzieci w wieku szkolnym.

Ostatecznie jednak metamfetamina w oczywisty sposób jest dla wielu Amerykanów realnym problemem, co więc powinniśmy z tym zrobić?

Zachęcam do realistycznego podejścia do problemów społecznych, uczciwszego i poważnego traktowania tego, co dzieje się w naszych społecznościach i całym kraju. Jestem jednak nieco sceptyczny w kwestii tego, czy możemy to zrobić jako naród i jako jednostki, bo oznaczałoby to konieczność sprostania wielu kwestiom. To trudne, ale musimy zdobyć się na trochę ponurego realizmu.

Oceń treść:

Average: 5.7 (7 votes)