Pukając do kleju bram - part 3 - czyli ciemna strona mocy.
W psychoterapii uzależnień, w jej głównym nurcie, mało jest miejsca na szersze spojrzenie na pacjenta. Często terapia ogranicza się do tak zwanej pracy odwykowej, gubiąc wiele ważnych problemów doświadczanych przez uzależnionego, które mogą mieć wpływ na efekt terapii.
W psychoterapii uzależnień, w jej głównym nurcie, mało jest miejsca na szersze spojrzenie na pacjenta. Często terapia ogranicza się do tak zwanej pracy odwykowej, gubiąc wiele ważnych problemów doświadczanych przez uzależnionego, które mogą mieć wpływ na efekt terapii. Szczególnie na to, czy pacjent skończy leczenie i odejdzie w normalne życie, funkcjonując dalej w zdrowy sposób, czy będzie raz za razem powracał do leczenia. Z doświadczenia zawodowego wiem, że są osoby, które powtarzają pełny cykl leczenia, czyli około dwóch lat, wielokrotnie. Jaka jest przyczyna ciągłych powrotów do terapii i braku umiejętności odcięcia pępowiny wiążącej pacjenta z poradnią czy terapeutą? Samo słowo uzależnienie daje nam pewien pogląd na to, jak funkcjonuje pacjent uzależniony. Jest zależny nie tylko od substancji psychoaktywnej czy jakiegoś modelu funkcjonowania, ale także od terapeuty, relacji terapeutycznej czy własnego wizerunku.
Pacjent zależny nie ma poczucia sprawczości w życiu, w dużej mierze kieruje się oczekiwaniami i opiniami innych. W relacji terapeutycznej osoba taka będzie starała się zadowolić terapeutę, będzie tak zwanym „dobrym pacjentem”, który tylko z pozoru pracuje nad sobą i czyni postępy w terapii. Z czego wynika taka postawa osoby leczącej się? Pewnie w dużej mierze z lęku przed odrzuceniem, oceną i sprawieniem zawodu terapeucie, którego może postrzegać jako omnipotentnego. Za profesor Nancy McWilliams możemy powiedzieć, że pacjent używa mechanizmu idealizacji i dewaluacji. Wierzy, ze terapeuta ma boską moc i kontrolę nad tym co dzieje się w jego świecie. Dodatkowo wiarę tę potęguje chaos i lęk jakiego doświadcza osoba uzależniona, która nie radzi sobie z problemami codziennego funkcjonowania i szuka oparcia w istocie wyższej. Istotą tą ma być terapeuta - ten, który wie jak wprowadzić porządek w życiu.
Czasami prowadząc psychoterapię ulegamy tej wizji pacjenta - wierzymy, że jesteśmy w stanie rozwiązać wszystkie jego problemy i zachowujemy się jak dobry rodzic, do którego zwraca się o pomoc dziecko. Taka rola jest kusząca i wejście w nią może doprowadzić do uwikłania pacjenta w wieloletnią terapię, która służy jedynie naszemu ego terapeuty i nie jest procesem leczącym. Z ich doświadczeń z pacjentami wynika, że osoby uzależnione, które są w terapii ponad dwa lata, pod koniec procesu zaczynają wnosić do terapii wątki, które wymagają dalszej długotrwałej pracy lub łamią abstynencję - po to, żeby dalej być w terapii. Kiedyś, pracując z osobą uzależnioną, złapałem się na tym, że pacjent w ostatnim okresie psychoterapii, przychodząc na sesję, wnosił jakiś konkretny problem, a ja podsuwałem mu rozwiązanie. Właściwie pełniłem rolę doradcy i starszego brata, mimo różnicy wieku między mną a nim. Kiedy sobie to uświadomiłem, omówiliśmy to z pacjentem i wspólnie ustaliliśmy, że nasza współpraca zbliża się ku końcowi i to on musi nauczyć się funkcjonować poza murami poradni w sposób dojrzały i odpowiedzialny. Pacjent ten dokonał idealizacji i miałem wrażenie, że wyobraża sobie, iż potrafię rozwiązywać jego problemy - a ponieważ problemy pojawiają się zawsze, miał poczucie, że będę mu towarzyszył bez końca. Pamiętam, że jego oczekiwania budziły we mnie silne doznania złości i irytacji, ale na szczęście byliśmy w stanie otwarcie o tym porozmawiać.
Jednak jak pisze Nancy McWilliams, za każdą idealizacją kroczy dewaluacja. Kiedy pacjent uświadomi sobie, że terapeuta jest zwykłą osobą i że leczenie nie polega na prowadzeniu za rękę, a raczej w towarzyszeniu mu w procesie zmiany i zdrowienia, często porzuca psychoterapeutę lub zmienia go. Nie jest problemem w terapii uzależnień, kiedy pacjent zmieni terapeutę - możliwe nawet, że taka zmiana jest potrzebna i dzięki niej leczenie może zostać ukończone. Często jednak pacjenci przerywają proces terapeutyczny i odchodzą z poradni. Zdarza się, że powtarzają ten cykl kilkukrotnie, spędzając wiele lat w leczeniu. Każdy powrót jest dla nich początkiem i nadzieją, że tym razem się uda. Niestety ten mechanizm przyciągania i odpychania często jest tak silny, że nie pozwala im spojrzeć realnie na siebie i na rolę terapeuty.
Na koniec chciałbym dodać, że często psychoterapeuci nie traktują pacjentów uzależnionych jak osoby dorosłe, które w procesie leczenia powinny odzyskać pełną odpowiedzialność za siebie i swoje życie. Wydaje się, że jasna relacja terapeutyczna powinna zapobiec tej mało etycznej postawie. Ważne jest, żebyśmy jako psychoterapeuci obserwowali własne reakcje na pacjenta i potrafili rozpoznać, kiedy zaczyna się uwikłanie zamiast powolnego procesu odklejania się pacjenta od poradni i stawania na własnych nogach. Może w tym pomóc superwizja. Jako terapeuci powinniśmy zrozumieć, że leczenie tak naprawdę zaczyna się po opuszczeniu poradni i dopiero na zewnątrz pacjent może zweryfikować i wdrożyć w życie wszystko to, co zdobył w procesie psychoterapii.
Dzikie, rozkopane pole nad rzeczką, gdzieniegdzie wielkie, betonowe studnie nazywane mariobrosami, wszechogarniający sceptycyzm z nutką wewnętrznego podjarania, sam na sam z kumpelą.
20:15 zjadłyśmy po 15 tabletek. Po upływie pół godziny zaczęła mnie swędzieć głowa, nogi miękły. Wrażenie wchłaniania się w ziemię. Lekko przerażona wdrapałam się na 1.5 metrową studzienkę. Zajebiście kołysało. Przeszyła mnie fala gorąca, zrzuciłam szalik, kurtkę i sweter. Słońce paliło mi skórę. Wypłynęłam w rejs. Ja na pokładzie statku, wraz ze mną całkiem spora załoga (miałam wrażenie, że otacza mnie grupa bardzo bliskich mi osób, chociaż w rzeczywistości byłam sam na sam z A.). Od tego kołysania zaczęło mnie mdlić. Choroba morska?
Ten tekst jest pisany o godzinie 20.20, o godzinie 18.15
zarzucilem ketamine, mam jeszcze resztke fazy. Narazie prawie
nie napisalem niczego, a juz odechcewa mi sie pisac :( (a moze
to syndrom amotywacyjny mnie dopadl :) ). Zauwazylem ze wszyscy
na forum ktorzy chcieli wziasc ketamine zawsze ja probowali
podwedzic itp. Moim zdaniem do weterynarza trzeba podejsc ze
sprytem. Nalezy wymyslic jakas wkrete, np. mowisz ze jestes
Leczenie psychiatryczne.
W wyniku ciągłego stresu związanego przede wszystkim z chorą ambicją i całym procesem edukacji, a także w wyniku przykrych doświadczeń z dzieciństwa (przez które popadłem w depresję), w pewnym momencie życia zdecydowałem się na terapię. Nie byłem pewien czy od razu chcę udać się do psychiatry. Na początek wybrałem psychologa. Niestety - albo miałem pecha przy wyborze albo po prostu to nie jest dla mnie. Od jednego z psychologów usłyszałem, że mogę być opętany....Dlatego właśnie zrezygnowałem z tego hmmm...'leczenia'. Udałem się do psychiatry.
Komentarze
jak terapia ma byc skuteczna a uzależnienie jest w zaawansowanej fazie to tylko oddziały całodobowe