Refleksje przy herbatce z koki

W szafce w kuchni zawsze trzymam zapas liści koki. Ale nie siedzę w więzieniu, tylko przy stole w domu w Limie, pijąc zaparzony z nich napar. I piszę ten tekst.

Tagi

Źródło

Piotr Maciej Małachowski
wiadomosci24.pl

Odsłony

3577
W szafce w kuchni zawsze trzymam zapas liści koki. Ale nie siedzę w więzieniu, tylko przy stole w domu w Limie, pijąc zaparzony z nich napar. I piszę ten tekst.

Artykuł nie będzie z kosmosu, bo liście koki nie wywołują halucynacji, ani weny twórczej. I nie uzależniają. O wiele trudniej odstawić mi kawę przywiezioną z Polski. Ta miejscowa jakoś mi nie smakuje. Herbata z suszonych liści koki też nie smakuje, bo... nie ma żadnego smaku. Mógłbym je żuć, ale są dla mnie za gorzkie. Dlaczego więc je spożywam? Bo jestem przeziębiony i osłabiony, a nic tak nie wzmacnia organizmu, jak napar z liści koki.

Nie zaopatruję się w nie w kartelu narkotykowym, tylko u kobieciny na targowisku. Kilogram kosztuje 25 soli (około 25 zł), ale nie kupuję naraz aż tyle. Za kilka dekagramów, które widać na zdjęciach, zapłaciłem jednego sola, czyli złotówkę. Liście handlarka przywozi do Limy z Cusco, stolicy dawnego państwa Inków i właśnie od tego miejsca trzeba zacząć, gdy się chce powiedzieć coś o koce.

U Inków koka uosabiała obecność bogów na Ziemi, dlatego pola uprawne traktowano jak sanktuaria. Ten, kto spożywał kokę, miał wszystko – szczęście, miłość, szacunek, a nawet "chody" u zmarłych przodków. Miał też końskie zdrowie. Kiedy Hiszpanie podbili inkaskie imperium, nie mogli nadziwić się górskim pasterzom niezwykle odpornym na zimno, tragarzom nie odczuwającym głodu i zmęczenia, ani górnikom ciężko pracującym praktycznie bez wytchnienia. Tajemnica tkwiła w koce. Bez jej zażywania Inkowie szybko tracili siły i zaczynali chorować.

Nie muszę wierzyć w te przekazy, bo o działaniu koki mogę się sam przekonać. Jej liście służą mi za dobre lekarstwo. Bo tak jest w istocie. Doświadczalnie stwierdzono, że roślina ta wzmacnia organizm, pomaga astmatykom, uśmierza bóle brzucha, łagodzi skutki oparzeń, stabilizuje ciśnienie, przyspiesza gojenie ran. Znane są też przypadki leczniczego działania koki w chorobach wenerycznych, żółtaczce oraz przy zapaleniach i obrzękach płuc. Ale od kiedy w 1859 roku niemiecki chemik A. Niemann wyizolował kokainę z liści koki, jej wizerunek zmienił się diametralnie. Stała się rośliną zakazaną niemal we wszystkich krajach i utożsamianą z narkomanią, korupcją i przemocą. Zupełnie niezasłużenie, bo to tak, jakby oskarżać ziemniaka o to, że na świecie pędzi się bimber i ludzie wpadają w alkoholizm.

Siedzę więc przy filiżance czaju z koki i zastanawiam się, ile bym za to siedział w Polsce? W Peru i Boliwii, czyli w w dawnym imperium Inków, liście są legalne. Można ich używać bez żadnych ograniczeń, tak jak używa się rumianku czy marchewki. I ludzie dokładnie tak je traktują. Trzymają liście koki w domach, ale nie wytwarzają z nich kokainy. Nie dlatego, że na wyprodukowanie jednego kilograma kokainy potrzeba niemal ciężarówki liści koki. Ale dlatego, że są one dla nich jednym z dóbr podarowanych przez naturę.

Nie zmienia to oczywiście faktu, że światowy przemysł kokainowy ma się dobrze. Ba, ma się coraz lepiej, mimo obowiązujących zakazów i milionów wydanych na walkę z tym procederem. Ciekawe, prawda? Dlaczego nie widzę narkomanów w Peru, a słyszę o nich w krajach, gdzie liście koki są zakazane? Filiżanka pusta. Czuję się lepiej, ale nie mogę zrozumieć, jak to się stało, że koka – choć może i powinna - nie służy już ludziom na świecie, tak jak na przykład mi. Mam wrażenie, że od kiedy podbito Inków, ktoś to wszystko po prostu spie....

Piotr Maciej Małachowski

Oceń treść:

Average: 8.5 (4 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • LSD-25
  • Marihuana
  • Przeżycie mistyczne

Wspaniały humor - wielkie podniecenie, lekki strach. Bardzo sprzyjające warunki: ciepły, majowy dzień, zielony park oraz moje mieszkanie.

   Moja styczność z narkotykami była niewielka, dlatego też na spotkanie z kwasem cieszyłam się niebywale. Byłam w znakomitym nastroju, słońce zaglądało mi w oczy, a chmury układały się w pierzaste okrągi niczym w malowidłach słynnych impresjonistów. Czułam taką euforię, której nie da się opisać werbalnie.

  • Pierwszy raz
  • Szałwia Wieszcza

Nastawienie na nowe przeżycia, wieczór z kumplem, pozytywne nastawienie i lekki stres.

Moja wiedza na temat szałwii w momencie testu była dość szeroko zakrojona. Jak zwykle przed przystąpieniem do próbowania czegokolwiek nowego muszę wiedzieć o tej substancji tak wiele jak tylko się da. Miałem za sobą już jedną nieudaną próbę z tą rośliną, jej powodem prawdopodobnie było użycie taniego niestandaryzowanego ekstraktu. Prawdopodobnie ze względu na to i tym razem nie do końca wierzyłem, że wszystko się uda. Około godziny 18 dotarłem na wyznaczone na tripa miejsce, które było znane mi już z kilku kwaso-tripów. Mieszkanie w bloku na obrzeżach centrum.

  • Etanol (alkohol)
  • Kokaina
  • Pierwszy raz

Pozytywnie, po alkoholu, u przyjaciela na domówce

Trzy drinki wypite, godzinę od rozpoczęcia spotkania ziomal wyciąga pazłotko, w którym jest koko.

Posypał cztery kreski w kuchni, każdy sobie zajebał, ja najmniejszą, choć nakłaniał mnie, żebym skusił się na dużo większą, heh. Dobrze, że rozsądek starego ćpuna wie swoje- doświadczony licznymi bad tripami z powodu wysokich dawek mózg mówił mi- zaczynaj powoli.

Ssssssppppp! Wyciągnięta. Wracam do salonu, gdzie znajduje się większość imprezowiczów. I co, to już działa? Chyba nic nie czuję, heh.

  • LSD-25
  • Miks

Miejsce: mieszkanie znajomego Muzyka: ambient, psytrance, medytacyjna Towarzystwo: trójka przyjaciół

Ciekawość po raz kolejny popchnęła mnie do ryzykownego eksperymentu – tym razem dawka mojej ulubionej substancji wyniosła dokładnie 375micro gram.