REKLAMA




Życie i śmierć: Vilca i najświętszy z psychodelicznych rytuałów

Nie co dzień wtykasz sobie w nos liczącą 3500 lat kość ludzkiego palca. Nie co dzień też umierasz. Byłem przygotowany na jedno i drugie.

Tagi

Źródło

High Existence
Jon Waterlow

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

2587

Nie co dzień wtykasz sobie w nos liczącą 3500 lat kość ludzkiego palca. Nie co dzień też umierasz. Byłem przygotowany na jedno i drugie.

Wziąłem głęboki, rozedrgany wdech. Mój umysł był stosunkowo spokojny, ale serce tłukło się w klatce piersiowej. Musiałem skupić się na opanowaniu drżenia rąk, gdy sięgnąłem po kość.

Popatrzyłem na Dona Howarda Lawlera, założyciela SpiritQuest Shamanic Sanctuary w Peru, prezentowanego w dwóch pięknych dokumentach, Ayahuasca i Huachuma . Podążając za jego mądrymi i współczującymi wskazówkami, od dwóch tygodni pracowałem z kilkoma silnymi lekami roślinnymi w lesie deszczowym w Amazonii. Teraz spojrzał mi głęboko w oczy i duszę ... i uśmiechnął się. „To było już wcześniej używane” - powiedział, podając mi kość.

Nie oznaczało to używania przez pierwotnego właściciela palca.

Przez tysiące lat ten palec — z wydrążonym w środku kanałem — był używany jako inhalator Vilca, być może najpotężniejszego na świecie psychoaktywnego leku, przez ludzi szukających transcendentnego wglądu.

Teraz, stojąc przed mesa (ołtarzem) obstawionym starożytnymi relikwiami, od rzeźb i muszli po jaguary i ludzkie czaszki, miałem dołączyć do ich szeregów. Miałem stanąć wobec śmierci.

Po cóż jednak właściwie mierzyć się ze śmiercią, póki mamy wybór?

Śmierć jest chyba największą obawą większości ludzi, rzutującą na ich życia i czasem ich przyłączającą. Mamy tendencję do uciekania od tego myślami — od rzeczywistości, w której wszystko, czym jesteśmy i wszystko, co znamy, jest tymczasowe i ostatecznie rozpada się w proch — nawet jeśli wiemy, że jest to nieunikniona część życia.

Ale nie ja. Przez większość mojego życia cierpiałem z powodu momentami obezwładniającej depresji, wobec której śmierć często wydawała się atrakcyjnym wyjściem.

Nadal jednak w grę wchodziło napięcie, a nawet odczuwanie wewnętrznej sprzeczności. Mentalnie mogłem zwykle smakować ideę śmierci jako ostatecznego uwolnienia, czy wręcz wybawienia od emocjonalnego cierpienia; gdybym mógł umrzeć za naciśnięciem guzika, wątpię, czy byłbym tu teraz by to napisać. Coś we mnie jednak wciąż się opierało. Wkrótce miałem dowiedzieć się, co to takiego.

To poszukiwanie wiedzy o tym, co oznacza dla nas śmierć — tego, co leży poza końcem funkcjonowania ciała — jest ponadczasowym i głęboko ludzkim dążeniem. Jedynym sposobem na przezwyciężenie i zintegrowanie naszych obaw jest bezpośrednie stawianie im czoła, a przez wieki ludy Ameryki Południowej wykorzystały Vilca jako most, pozwalający pójść tam, gdzie można to zrobić.

Czym jest Vilca?

W południowoamerykańskim szamanizmie Vilca jest ze wszystkich roślinnych leków najświętszym, choć zarazem praktycznie nieznanym światu, choć ten już od dawna jest świadomy i istnienia Ayahuaski (z którą zresztą sobie nie radzi). W Quechua — języku andyjskim starszym niż Imperium Inków - "Vilca" oznacza po prostu "święte", co oddaje szacunek, jakim się ten lek otacza.

Przygotowana z nasion drzewa Vilca (Anadenanthera colubrine, drugi gatunek to Anadenanthera peregrine), tabaka Vilca zawiera związki psychoaktywne: NN-dimetylotryptaminę ( DMT ), 5-MeO-dimetylotryptaminę i bufoteninę. Niezależnie od współczesnych nazw naukowych, których obecnie używamy, kultury południowoamerykańskie współpracują z Vilca co najmniej od okresu roku 2500 p.n.e. czyli od czasu, gdy budowana była Wielka Piramida w Gizie.

Gdy Egipcjanie wznosili swój fizyczny cud świata, mieszkańcy Chavín — kolebki cywilizacji andyjskiej, zlokalizowanej we współczesnym Peru – doprowadzali do perfekcji rytuał Vilca jako szczyt rozszerzających umysł i duchowość praktyk szamańskich. Wdychany pod silnym wpływem Huachumy (San Pedro, lekarstwo psychoaktywne podobne do pejotlu), lek tworzy most między życiem, śmiercią i odrodzeniem.

Don Howard rewitalizował tę starożytną praktykę, toteż stałem teraz przed mesa, zaś działanie Huachumy osiągało swój zapierający dech w piersiach zenit. Kolory były jaśniejsze; moje serce było szeroko otwarte; artefakty rozstawione naprzeciwko mnie pulsowały numiniczną energią. Jeśli drzwi percepcji były już szeroko otwarte, teraz gwałtownym porywem miały zostać wyrwane z zawiasów.

U swoich podstaw, praca z Vilca jako praktyka duchowa zawsze dotyczyła połączeń: z Ziemią, ze sobą nawzajem, z kosmosem i naszym prawdziwym ja. Często myślimy o śmierci jako ostatecznym odłączeniu. Spożywanie Vilca jest po części sposobem na uwolnienia się do tej idei.

Wielu prowadzi do przeżywania w ciągu pół godziny wielu żywotów; niektórzy odczuwają je jako przeszłe, inni jako równoległe życia innych ludzi. Wiele raportów mówi o spotkaniach z przodkami i wsłuchiwaniu się w ich mądrość. Inni doświadczają najgłębszego poczucia związanego ze Źródłem, Bogiem lub samym wszechświatem. A niektórzy nie pamiętają nic.

Podobnie jak we wszelkich w praktykach duchowych i psychodelicznych — nie ma gwarancji.

Kiedy stanąłem przed mesą, patrząc na ludzkie czaszki — żeńskie na lewo, na prawo należące do mężczyzn — mój oddech zaczął falować, co było efektem Huachumy, ale także odpowiedzią na moc, wyłaniającą się z tych przedmiotów.

Śmierć rozesłana przede mną jako pełen spokoju brak przemocy i cierpienia.

Chavín było centrum kulturalnym i duchowym: pielgrzymi przebywali ogromne odległości, aby je odwiedzić i uczyć się od jego mieszkańców. Jego moc opierała się nie na sile militarnej i finansowej, ale na opanowaniu roślinnych leków i ich zdolności do poszerzania świadomości.

Archeolodzy pracujący w Chavín nie znaleźli dowodów na istnienie fortyfikacji, stałej armii, a nawet broni innej niż używana do polowań. Zamiast witać turystów strachem i przemocą, dawali im Huachumę i Vilca.

Miałem właśnie dowiedzieć się dlaczego.

Ceremonia Vilca: Śmierć

Zrobiłem wydech się przez usta, opróżniając moje płuca, kiedy Don Howard przyłożył pudełko z proszkiem końca kości. Miałem teraz wciągnąć Vilca i otworzyć przed nią moje jestestwo. Moje serce uspokoiło się i nagle poczułem się niezwykle spokojny.

Perspektywa śmierci wydawała mi się teraz inna. Zanim stanąłem przy mesa, moja grupa i ja siedzieliśmy na Star Deck — okrągłej platformie na szczycie wzgórza, na terenie rezerwatu SpiritQuest Sanctuary — przez ponad godzinę wzbijając wzrok na astralne płótno.

Początkowo patrząc na gwiazdki błyszczące jak garść diamentów porozrzucanych na rozpostartymi szeroko czarnym aksamicie, czułem się głęboko mało znaczący — tak mały w porównaniu do ogromu kosmosu. Wtedy jednak zrozumiałem, że w istocie jestem (i wszyscy jesteśmy) częścią tej rozległej symfonii. Niezależnie od tego, jak krótka jest nasza melodia, lub jak cicho gra — być częścią całości, to być całością.

Tak często towarzyszyło mi w życiu głębokie poczucie odłączenia i rozpaczliwe pragnienie przynależności... ale teraz budowało się we mnie głęboko emocjonalne zrozumienie, że nie mogę nie przynależeć.

Naprawdę jestem wszechświatem doświadczającym siebie.

W tej chwili czułem, że nie ma innego miejsca, gdzie mógłbym być lub chciałbym być. Byłem tutaj, teraz.

I nie byłem sam.

Przyniosłem to uczucie połączenia ze sobą do mesa, ale na teraz zaplanowana była przecież śmierć ... Czy nie będzie to odłączenie ostateczne?

Podobnie jak w przypadku wszystkiego, które robiliśmy dotąd w Sanktuarium SpiritQuest, Don Howard przypomniał nam, abyśmy traktowali sprawy poważnie, ale lekko. To, co poważne, zawsze może być też zabawne, więc kiedy śmiejemy się, że umrzemy tej nocy lub że nasze pokoje będą naszym "trumnami", nie próbujemy uniknąć powagi sytuacji. Musi istnieć życie, aby istniała śmierć, więc się roześmialiśmy się i objęliśmy z radością, nie przerażeniem.

Zrobiłem cztery mocne wdechy, po dwa w każde nozdrze. Vilca uderzyła w moje zatoki uczuciem silnego pieczenia, więc rozpaczliwie próbowałem nie zakrztusić się i nie rozrzucić reszty proszku po całym pokoju.

Zegar zaczął tykać. Vilca zaczyna działać w ciągu zaledwie kilku minut, a ja musiałem wrócić do mojego pokoju, aby położyć się w absolutnej ciszy i poddać się spokojnie śmierci, zanim świat fizyczny się załamie. Włączyłem latarkę i ruszyłem przez rzekę do mojego pokoju.

Most, który rozciągał się między ceremonialną maloką i kompleksem mieszkalnym Sanktuarium, stał się nieskończenie długi. Jego drewniana struktura migotała, rozciągając się na ogromną odległość eterycznymi, luminescencyjnymi, zielonymi wąsami. Szedłem jak najszybciej, starając się regularnie oddychać, ale czułem, jak moje serce przyspiesza, a umysł zaczyna się miotać. Czy przekraczałem rzekę Styx? Czy to ostatni raz, gdy przeszedłem przez most? Czy dałbym radę zawrócić, zanim dopadnie mnie śmierć?

Przy słabym świetle latarki trafiłem w końcu do mojego pokoju. Czułem ciśnienie w głowie, gdy zrzucałem ubranie i złapałem zatyczki do uszu, które położyłem na poduszce, aby zmniejszyć wszelkie zewnętrzne bodźce. Zielony pojemnik na wymioty stał już ustawiony obok łóżka.

Byłem w toalecie tuż przed ceremonią Vilca, ale pod wpływem Huachuma straciłem jakiekolwiek dokładne wyczucie moich funkcji cielesnych. Pomimo tego, że najbardziej intensywna faza Vilca trwa tylko około 30-45 minut, nie chciałem, aby pełny pęcherz rozpraszał mnie podczas doświadczenia, poszedłem więc do łazienki. Zielone kafelki płynęły i migotały, uderzyło mnie dziwaczne przekonanie, że siedzi za nimi stado śmiejących się ze mnie żółtych gumowych kaczek.

Nie dbałem specjalnie o nastawienie kaczek i zrezygnowałem z prób wysikania się. Wyskoczyłem z łazienki, wyłączyłem światło i położyłem się do łóżka. Potem zaczął się zmysłowy potop.

Wizuale był najbardziej przytłaczające i nie do uniknięcia spośród wszystkich, jakich kiedykolwiek doświadczyłem: nie miałem pojęcia, czy moje oczy są otwarte, czy zamknięte, a próby ustalenia tego nie robiły żadnej różnicy. Wszystko było teraz panoramicznym kalejdoskopem żywych obrazów i pulsujących kolorów. Świadomość za moimi oczami starała się znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Świat po prostu zniknął. Jeśli miałem zostać pochowany w ciemnościach, to cóż... teraz byłem jak zabalsamowany w kolorach.

A potem zaczął się nacisk. Zacząłem czuć ciężar, który początkowo łagodnie przygniatał mnie do materaca. Ale potem zaczął wzrastać. I wzrastać. I wzrastać. Strop wszechświata naciskał na mnie ciężarem całego czasu i przestrzeni i czułem, jak moje kości wykrzywiają się na kilka sekund przed tym, jak wybuchną, rozpryskując się w pył. Czułem, jak moje życie drży tuż pod punktem rozpadu.

Wtedy zwymiotowałem. Moje ciało rzuciło się w lewo, po czym długo i boleśnie wyrzucałem zawartość żołądka do wiadra; jakiś fragment świadomości przypomniał mi, że powinienem być cicho, by nie przeszkadzać innym, ale nie mogłem. Oczyszczałem się z ryczącym grzechotem śmierci, który wstrząsał z moim ciałem, jakbym pozbawiony możliwości widzenia mógł jakoś za sprawą tego dźwięku przeorientować swoją egzystencję.

Myślę, że przy pierwszym oczyszczeniu część mnie zdała sobie sprawę, że jest to sposób, aby uciec od mocy Vilca — fizyczne rozproszenie, który mogło ściągnąć mnie z mostu prowadzącego do tego, co leży poza zasłoną. Wymiotowałem jeszcze dwa razy i za każdym razem, gdy opadłem na łóżko, czułem, że jestem bardziej w moim ciele i mniej połączony z transcendencją.

To nie była "śmierć ego", ale jego dyslokacja. Wcześniej doświadczałem śmierci ego, pod wpływem ketaminy. Wtedy moje "ja" uległo wtedy rozpuszczeniu — wszystkie historie, które mnie tworzą, zamigotały i zniknęły. Pod wpływem Vilca, z wszystkimi tymi najpotężniejszymi tryptaminami w moich żyłach, z obserwującej świadomości pozostało „coś”, ale nie było to "ja" rozumiane w jakikolwiek sensowny sposób. Później cząstki tego czegoś — mojego jestestwa (me-ness) - zaczęły dryfować razem, pokazując, jak bardzo są w istocie arbitralne i puste. Pod wpływem Vilca ten posmak lub atmosfera mnie w żadnym momencie się nie rozpuszczała.

Nawet jeśli czułem się mentalnie czy nawet duchowo gotowy do objęcia tej śmierci, wydawało się, że moje ciało nie jest.

Kilka lat temu stałem na dachu budynku, próbując skłonić swoje ciało do skoku; moja depresja osiągnęła i przekroczyła punkt, w którym miałbym ochotę trzymać się życia. Jednakże, nawet gdy czułem się emocjonalnie gotowy do pożegnania z tym życiem, moje ciało opierało się, odrzuciło moje żądania, odmówiło współpracy. Czy to zwierzę, cielesny element powstrzymywał mnie przed skokiem? A może coś głębszego - jakaś długo tłumiona część mojej duszy?

Pod wpływem i bez roślinnego leku, w dżungli i na dachu, coś we mnie powiedziało śmierci "Nie". Nie wiedziałem jednak jeszcze, czemu mówię "Tak".

Ceremonia Vilca : Życie po śmierci

Kilku moich przyjaciół z rekolekcji powiedziało mi później — gdy siedzieliśmy przy stole obiadowym, każdy wpatrzony we własną nieskończoność – że udało im się to przezwyciężyć. Również odczuwali ogromną wagę, ale w tej ostatniej chwili, kiedy ja zwymiotowałem, oni, nawet jeśli wymiotowali, to przebijali się, jak gdyby ten strop wszechświata był tylko warstwą lepkiej cieczy, w spokój poza nim. Bicie ich serc wydawał się zamierać. Łączyli się z energią wszystkiego. Jeśli to była śmierć, to była żywa w piękny sposób.

W wielu kulturach życie i śmierć są postrzegane jako podstawowe binarne. W innych jednak — zwłaszcza w hinduizmie i buddyzmie — są postrzegane w cyklicznym związku.

Nie ma odrodzenia bez śmierci; zmiana i rozwój, niektóre rzeczy muszą być odrzucone, gdy już niczemu nie służą. Ziemia Amazonii opowiada tę historię idealnie: jest w niej tyle samo śmierci, co życia. Gdy martwe liście i zwierzęta rozpadają się, ekosystem pozostaje do głębi żywy. Co żyje, umrze; co umiera, daje życie.

Dotyczy to tak również dróg naszego życia. Jak stwierdził Joseph Campbell, zawsze mamy do czynienia ze zniszczeniem przed stworzeniem:

"Musimy być gotowi stracić życie, które zaplanowaliśmy, aby mieć życie, które nas czeka. Starą Trzeba zrzucić starą skórę, zanim pojawi się nowa".

W sercu tego cyklu leży wzajemność, zasada, będąca podstawą inicjacji Huachuma: za wszystko, co otrzymujemy, musimy coś oddać; za wszystko, co oddajemy, coś otrzymujmy. Mówi się "Daj, a otrzymasz", ale dawanie w celu otrzymania, to całkowite rozminięcie się z sensem. W Quechua nazywa się to "ayni" i jest sercem i duszą wielu tradycyjnych kultur południowoamerykańskich.

Dlaczego więc nie mogłem odpuścić i spocząć w tym wiecznym cyklu, kiedy wziąłem Vilca?

Myślę, że odpowiedź leży w Star Deck. Zawsze czułam się jak outsider — i ktoś po prostu samotny — ale tamtej nocy zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli czasami tak czuję, jestem częścią tego świata, jak każdy. Mimo wszystkich powierzchownych opowieści, emocji, strachów i wspomnień, głębsza część mnie chce żyć. Część mnie, zepchnięta na dalszy plan przez ciężkie myśli i emocje, wie, że jest częścią tego świata, czego najprostszym i najprawdziwszym wyrazem jest miłość bez nadziei na nagrodę lub gwarancje.

Miesiąc po doświadczenia z Vilca myślę, że to przez wiązanie mojej oporności na śmierć z moim ciałem wciąż brakowało mi w tym sensu.

Muszę być żywy, aby umrzeć, a przez wiele lat nie przyjąłem życia, które czeka na mnie, abym je przeżył. Dopóki nie żyję naprawdę, Vilca nie może mnie zabić.

Nadal próbuję dostroić się do tego uczucia i trzymać tego potężnego poczucia połączenia, jakie poczułem na Star Deck. Znalazłem coś w sobie, pochowane wcześniej pod gruzami depresyjnych zachowań i wzorców myślenia.

Jednym z głównych powodów przyjęcia przeze mnie Vilca była chęć konfrontacji ze śmiercią i pokonania naszej kulturowej tendencji do ucieczki od śmierci. Ukrywamy ją za eufemizmami i rytuałami, które wcale nie służą zdrowej integracji, a jedynie oddalają nas duchowo od istotnego elementu życia samego w sobie.

Gdy wchłonąłem ten fioletowo-szary proszek, zmuszony byłem jednak spojrzeć w przeciwnym kierunku: ku konfrontacji z życiem i sobą samym. Gdy włożyłem sobie ten starożytny palec do nosa, wskazywał przecież na mnie.

- Jon Waterlow

Zastrzeżenie: Pytania, które od tysięcy lat skłaniają ludzi do przyjęcia Vilca, są dla nas wspólne, ale intensywność i enigmatyczność działania leku sprawiają, że należy zachować ostrożność. Miałem wiele doświadczeń psychodelicznych i nie poleciłbym Vilca osobom, kto nie miały wcześniej tego rodzaju doświadczenia. Nawet wtedy zaś zdecydowanie polecam przyjmowanie tego środka pod nadzorem eksperta, któremu całkowicie ufacie.

Oceń treść:

Average: 8.8 (10 votes)

Komentarze

xyz (niezweryfikowany)

"Ekspert" kazał im dorzucić na kaktusowym peaku jeszcze jedno potężne sajko i samemu przez mostek pójść do kwater. No ale rekolekcje były dobrze zabezpieczone, bo przecież mieli przygotowane wiadra przy łóżku. Pozdro.