Salvia Velada: uczestnicząc w tradycyjnej ceremonii Mazateków (zdjęcia)

Ilustrowana relacja ze współczesnej ceremonii szałwiowej, odbywającej się w regionie pochodzenia rośliny. Polecamy!

Tagi

Źródło

Vice US
tekst: Hamilton Morris
zdjęcia: Danilo Parra

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

1547

W nocy 2 czerwca 2016 wyruszyłem do lasów na północ od Huautla de Jiménez, miasta w stanie Oaxaca, w poszukiwaniu Salvii divinorum. Ubrany byłem poncho i sombrero w stylu vaquero (kowbojskim), a moja lewa dłoń ukryta była wewnątrz ceremonialnej konchy. Moja trasa przecinała wiele prywatnych posiadłości, toteż psy z małych domów zasłoniętych przez drzewa szczekały głośno i nieprzerwanie. Wspiąłem się na wzgórze i ujrzałem tam rośliny, najpierw kilka rozrzuconych to tu, to tam, wyrastających z wilgotnej gleby przy potoku, a potem, gdy wspiąłem się wyżej, całe ich tuziny rosnące w ogromnym skupisku.

Gdy uprawia się ją w pomieszczeniach, z sadzonek, szałwia wieszcza ma tendencję do przybierania chorowitego wyglądu: jej liście opadają często i bez ostrzeżenia, a czworokątna łodyga łatwo łamie się, gdy roślina osiągnie więcej niż kilka stóp wysokości. Te, które widziałem w Huautla, wyglądały jednak inaczej: były prawie tak wysokie jak ja, z grubymi łodygami i dużymi, starymi liśćmi podziurawionymi przez owady. Postępując zgodnie z instrukcjami starszej curandery (uzdrowicielki i szamanki), która wysłała mnie do tego lasu w tradycyjnym stroju Mazateków, prawą ręką (lewa ciągle spoczywała wewnątrz konchy) zrywałem jeden liść po drugim tak długo, aż zebrałem ich 30.

Trzymając liście wróciłem do domu szamanki w Huautla i wszedłem do pokoju ceremonii, małej izby ozdobionej katolickimi ikonami. Szamanka posadziła mnie w małym drewnianym krześle i zaczęła śpiewać w języku Mazateków, myjąc liście w misce z wodą. Potem zaczęła zwijać je w ciasne ruloniki, złożone z jednego lub dwu liści, w zależności od ich wielkości. Podawała mi je, a ja zjadłem je w skupieniu i bez słowa. Liście były gorzkie, ale nie nazbyt, toteż mogłem żuć je powoli i dokładnie przed połknięciem, aby upewnić się, że miały dłuższy kontakt z błoną śluzową w moich ustach.

Dwanaście minut po tym, jak włożyłem do ust pierwszy liść, poczułem efekty: Zacząłem się pocić, a moje ciało zaczął przenikać rytm, który sprawił, że zacząłem kołysać się na krześle w przód i w tył. Szamanka nadal zwijała liście i mi je podawała, a ja je zjadałem. W ciągu 21 minut przeżułem i połknąłem osiem ruloników, w sumie dziesięć liści, aż szamanka uznała, że zjadłem ich wystarczającą ilość i przestała je przygotowywać. Moje zęby i wargi były mocno zabarwione chlorofilem i bardzo chciałem napić się wody, ale nie poprosiłem o nią, ponieważ czułem się nieswojo na myśl o przerwaniu jej zaklęć.

Przez dwie i pół godziny siedziałem i słuchałem szamańskiej velady (czuwania), nie rozumiejąc sensu jej słów, ale czując się poruszony do głębi powagą rytuału i jej szacunkiem dla rośliny. Mój słuch pozostał całkowicie niezaburzony, a nawet wzmocniła się jego czułość, ale owładnęły mną dziwne halucynacje cielesne, czułem moc emanująca ze spirali muszli, którą wciąż trzymałem w ręku. Różowe i niebieskie wstążki szamańskiej huipil (tradycyjny strój) jasno lśniły, a zamykając oczy widziałem, jak rosną rośliny Salvii divinorum - z każdego węzła łodyg wyrastały teleskopowo, w niekończących się cyklach, kolejne, niczym gardłowe szczęki mureny.

Szamanka masowała mnie i nacierała moje ciało zielonym tytoniem, potem tańczyliśmy razem w świetle księżyca. Trzy godziny po tym, jak zacząłem żuć liście, wciąż nie byłem trzeźwy, jakkolwiek byłem w stanie rozumować na tyle klarownie, by zadziwił mnie czas trwania efektów szałwii. Zazwyczaj doświadczenie trwa tylko około godziny. O 4 rano poczułem, że niezależnie od mojego stanu — czas już na mnie. Wychodząc, zobaczyłem, jak szamanka robi zdjęcia Salvii divinorum rosnącej w słońcu. Jej mąż poprosił mnie, byśmy wymienili się ponchami, a ja oddałem mu sombrero i konchę. Cztery godziny i dziesięć minut po tym, jak odczułem pierwsze skutki, wciąż pozostawałem w odmiennym stanie świadomości, ale byłem w stanie pójść spać. Mąż szamanki zapewnił mnie, że będę miał tej nocy wyraziste sny, ale mój sen był czarny i pozbawiony marzeń.

Oto kilka zdjęć z ceremonii wraz z objaśnieniami:


Kobieta przechodząca przez ulicę w Huautla de Jiménez w stanie Oaxaca.

Do niektórych stanowisk szałwii w regionie dotrzeć można jedynie na grzbiecie osła.

Morris zbiera liście z dziko rosnącej szałwii wieszczej.

Morris obserwuje, jak szamanka rozciera świeże liście na skale za pomocą tłuczka.

Szamanka przenosi miąższ liści do tykwy, mieszając go z wodą i zlewając następnie do styropianowego kubka.

Jeden z dwóch ceremonii polega na żuciu szałwii, podczas gdy druga, na piciu sporządzonej z niej herbaty.

Mąż szamanki pomaga Morrisowi zlokalizować i wybrać liście potrzebne do ceremonii.

Szamanka rozciera w celach leczniczych zielony tytoń na dłoniach Morrisa, gdy jest on pod wpływem szałwii.

Gdy szałwiowe doświadczenie osiąga swój szczyt, Morris nie jest już w stanie siedzieć na krześle i kładzie się na betonowej podłodze.

Po ceremonii mąż szamanki poprosił Morrisa o wymienienie się ponchami.

Oceń treść:

Average: 8.2 (13 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Grzyby halucynogenne
  • Pierwszy raz

Był to mój pierwszy psyhodeliczny trip na który chciałem się wybrać sam, ponieważ oczekiwałem ,,otwarcia umysłu" o którym tak wiele już się naczytałem na tej stronie. Był to ranek, dopiero co wstałem z wyra- Wypoczęty, rześki, zadowolony z tego co stanie się za godzinę- dwie. Jadłem w swoim nieogarniętym pokoju, sam z wolnymi 12 godzinami wolnego czasu w pustym mieszkaniu.

Sobota 27.10.2012 roku.

Obudziłem się o 7 rano, wypoczęty, przygotowany nie małą wiedzą o grzybach oraz o ich działaniu z wielu TR'ów, oraz fascynacja LSD. Grzyby miały byc swoistym przygotowaniem mojego ,,ja" do podróży na LSD i jednocześnie stały się kluczem do moich psychodelicznych bram.
Myję spokojnie grzyby w lekko ciepłej wodzie i ładuję je na talerzyk.

  • Pseudoefedryna
  • Tripraport

Chęć spróbowania czegoś nowego(czyli to co lubię najbardziej), więc byłem wesoły i zadowolony(z natury też taki jestem). Głównie przebywałem z moimi dobrymi przyjaciółmi.

Słowem wstępu: Ten tripraport piszę głównie dlatego że mało jest informacji o pseudoefedrynie.

  • Marihuana

Set & Setting: Z dobrym nastawieniem z grupką znajomych ugadaliśmy się na jaranie w m mieszkaniu pewnych koleżanek.

Dawka: 2g na czterech

Wiek i doświadczenie: 17 lat, Tytoń, Alkohol, Marihuana, Znak zapytania (Smile Shop), Bob sense, Sensimila.

Więc tak, nie będę szczegółowo odpisał jak odbywało się kupno.

Postanowiliśmy, że będziemy palić z butli. Pomysłu nie popierałem, ale cóż, jednak się zgodziłem.

  • Przeżycie mistyczne
  • Szałwia Wieszcza

mieszkanie kolegi, ekscytacja, kilka godzin wewnętrznej pracy przygotowującej do wejścia w kontakt z nową substancją....

Opisane wydarzenia miały miejsce około 3 lata temu, po około 8 letnim okresie intensywnej praktyki buddyzmu tybetańskiego, w czasie którego tylko jakieś 2 razy zjadłem grzybki psylocybki i z 3 razy zapaliłem trawkę...

Niespodziewanie okazało się, iż kolega buddysta, który mnie nocuje ma ekstrakt Salvi Divinorum. Wczesniej tego dnia miało miejsce kilka znaczących koincydencji, które jak później zobaczyłem przygotowywały mnie na spotkanie z Boską Salvią.