REKLAMA




Grzechy młodości, czyli dlaczego marszałkowi Sejmu puściły nerwy

Do zawartych w tekście spekulacji ( czy wręcz insynuacji) radzimy podejść z przymrużeniem oka, ale same obrazki z przeszłości przewodników Narodu wydają się interesujące ;)

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Polska The Times
Dorota Kowalska

Odsłony

1174

O tym, że Marek Kuchciński i Ryszard Terlecki byli w młodości hipisami wiadomo nie od dzisiaj, ale nikt nie przypuszczał, że właśnie w przeszłości leży wytłumaczenie tego, co stało się w grudniu na sali plenarnej, przynajmniej zdaniem niektórych.

No i wszystko jasne. Po ponad miesiącu wyjaśniła się tajemnica mocno nerwowej reakcji marszałka Kuchciń-skiego na słowa posła Szczerby: „Panie marszałku kochany”. Słów, które rozpoczęły największy od lat kryzys parlamentarny w Polsce, bo po nich poseł Szczerba został wykluczony z obrad Sejmu, w proteście przeciwko czemu opozycja rozpoczęła blokadę sejmowej mównicy. Wszyscy zauważyli, że marszałkowi Kuchcińskiemu jakby puściły nerwy, bo przecież poseł Platformy nie powiedział niczego, co byłoby obelgą, nie był ani wulgarny ani napastliwy.

„Moje pokolenie pamięta, że w latach 70’ ulicą rządzili gitowcy. Porozumiewali się grypserą. My hipisi, żeby przeżyć, musieliśmy znać jej zasady. Największym błędem było powiedzieć do gitowca: kochany lub kocham cię. Słowo to w grypserze znaczyło seks oralny. Za powiedzenie tego można było zostać ciężko pobitym” - napisał na Facebooku Kamil Sipowicz, filozof, malarz, pisarz, autor książki „Hipisi w PRL-u”.

Cóż, trudno sobie wyobrazić, żeby poseł Szczerba miał proponować seks oralny marszałkowi Kuchcińskiemu, ale reakcja na słowo „kochany” była rzeczywiście dość gwałtowna. Marszałek Kuchciński, o czym swego czasu rozpisywały się media, był rzeczywiście dość aktywnym członkiem ruchu hipisowskiego. Miał ksywę „Członek”, bo podobno próbował zapisać się do hipisów na członka niczym do partii, koledzy zwracali się też do niego - „Penelopa”, dlaczego właśnie tak - nie wiadomo.

Drugi znany polityk z hipisowską przeszłością, to Ryszard Terlecki, szef klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości. „Jedna z najważniejszych postaci ruchu hipisowskiego w Polsce. W czasach hipisowskich wraz z Korą stanowili jedną z najbardziej malowniczych par tego ruchu” - pisał o Terleckim w książce „Hipisi w PRL-u” wspomniany już wyżej Kamil Sipowicz, obecny partner Jackowskiej.

Także Kora wspomniała o Terleckim w swojej autobiografii wydanej kilkanaście lat temu. W „Podwójnej linii życia” opisała swój pierwszy romans, swoją pierwszą wielką miłość, którą, jak się okazuje był tak ważny dzisiaj polityk Prawa i Sprawiedliwości. „Tak bardzo się wtedy zakochałam, że straciłam swoją osobowość, zatraciłam siebie” - pisała i dalej „kleiliśmy się też przez krótki czas”, co w żargonie hipisów oznaczało wąchanie kleju. Bo haszysz, marihuana, czy LSD zaczęły napływac do Polski znacznie później.

Terlecki do związku z Korą się przyznaje. Do wąchania kleju już nie. Swojej hipisowskiej przeszłości też się nie wypiera, ba, nawet w jednym z wywiadów tłumaczy skąd wziął się jego pseudonim - „Pies”.

„Pewnego razu z grupą moich przyjaciół jechaliśmy szosą E-7 z Krakowa w kierunku Pomorza. Gdzieś pod Skarżyskiem zatrzymała nas milicja i zaczęła nas spisywać. W pewnym momencie jeden milicjant pyta się, dlaczego tak dziwnie wyglądamy: długie włosy, kolorowe stroje a drugi milicjant wyjaśnia mu, że jesteśmy hipisami. Wtedy ten, który spisywał w kajecie notatkę służbową z zatrzymania, pyta, jak się pisze tę nazwę. A my mu tłumaczymy, że najpierw „hip” a potem „pies”. I w taki sposób powstał ten pseudonim” - tłumaczył w wywiadzie z Jolantą Drużyńską.

Terlecki studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i mocno angażował sie w życie społeczno-polityczne. W marcu 1968 pojechał demonstrować do Warszawy, brał udział w krakowskich wiecach. Jeździł na zloty hipisów, po wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji wspólnie z kolegami hipisami malował na krakowskich murach swastyki i pięcioramienne gwiazdy, a pomiędzy nimi znak równości. Był kilka razy aresztowany. Potem z Krakowa przeniósł się Na Katolicki Uniwersytet Lubelski. Swoim wyglądem, jak pisała „Gazeta Wyborcza”, wywołał szok. Włosy miał przydługie, szerokie spodnie, luźną koszulę. Po powrocie do Krakowa zaangażował się w działalność opozycyjną.

„Tamten hipisowski epizod był lewackim zamroczeniem. Nie ja jeden go przechodziłem” - kwituje dzisiaj krótko.

Mówi się, że z ruchem hipisowskim związany był Jarosław Sellin.

- To był króciutki incydent w moim życiu i nie będę do niego wracał - tak ucina prośbę o rozmowę minister Sellin.

Bo przecież hipisi pojawili się także peerelu, już w 1967 roku, zaraz po przedrukach artykułów o nowym ruchu z zachodniej prasy w tygodniku „Forum”. Początkowo władze komunistyczne widziały rewoltę młodzieży na Zachodzie jako przejaw upadku kapitalizmu, nie przewidywały, że doczekają się rodzimych dzieci kwaitów. Podczas gdy na Zachodzie hipisi występowali przeciwko władzy konsumpcji i pieniądza, w Polsce sprzeciw skierowany był przeciwko tyranii ideologicznej.

Po 1968 hippisami zaczęła interesować się Milicja Obywatelska, a w prasie zaczęły się ataki propagandowe. Ówczesne gazet przedstawiały w artykułach hippisów jako wyrzutków społeczeństwa, leni wpatrzonych w amerykańską modę.

„Ponieważ żyliśmy w lewicowym państwie czytanie lewicowych filozofów (jak Marcuse) nie bardzo pasowało do polskich hipisów. Były trzy podstawowe nurty: pierwszy to był „Prorok” z nauczaniem parachrześcijańskim, był trochę nawiedzonym demagogiem, miał siłę i wygląd - mały, z długimi włosami, kulawy, chodził - i do dzisiaj chodzi - w dziwnych sukmanach. To jest nie do wyobrażenia dziś dla młodych ludzi. On wokół siebie zgromadził chuliganów-robotników, którym imponował. Stworzył coś w rodzaju sekty. Drugim facetem, który był trochę w kontrze, był „Antoine” (Antek Nowacki), Antek nabijał się z „Proroka” - wolał dziewczyny, wolną miłość, całkowity luz. Trzeci nurt to był „Dziki” i jego hinduskie sprawy. Byli jeszcze tacy ludzie jak Jacek Gulla, który miał straszne ambicje artystyczne: malowanie, poezja, taniec, performance. Był bardzo ekstrawertyczny, szalony, to się często kończyło zatrzymaniami i zamykaniem w wariatkowie. Byli też hipisi-robotnicy, dla których ten ruch był wielką przygodą” - opowiadał Bartoszowi Sadulskiemu Kamil Sipowicz.

„Dziki”, to Janusz Sławomirski, „Prorok”- Józef Pyrz, filozof i rzeźbiarz. W 1967 jako student filozofii w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie zainteresował się amerykańskim ruchem hipisowskim. Był twórcą manifestu polskich hipisów „Jak stać się wolnym” i jednym z liderów tego ruchu w PRL, a także twórcą pierwszych komun hipisowskich na warszawskim Mokotowie i w Ożarowie. Był represjonowany przez władze komunistyczne w tym dwukrotnie aresztowany na kilka miesięcy. Pyrz nie chcąc rezygnować ze swoich przekonań, wyemigrował z rodziną do Francji. Zajmował się tam rzeźbą sakralną - tworzył własne dzieła, ale też podejmował się renowacji zabytkowych kapliczek. Po upadku komunizmu, wrócił z żoną do Polski i zamieszkał w Gawłówku pod Bochnią na skraju Puszczy Niepołomickiej. W 2006 roku w bocheńskim muzeum można było oglądać jego rzeźbiarskie prace. Zawsze ubierał się odpowiednio do swego pseudonimu - w długą i jasną szatę. Często nosił się też jak średniowieczny snycerz - w ciężkim fartuchu, który zakładał do rzeźbienia w drewnie. Był bardzo charyzmatyczną postacią, w każdym razie potrafił pociągnąć za sobą innych. Zmarł na serce we wrześniu 2016 roku i został pochowany w Mikluszowicach.

Ale też hipisom w Polsce lekko nie było. Od jesieni 1967 partia poprzez Służbę Bezpieczeństwa zaczęła inwigilować środowiska hipisowskie. Zaczęły się aresztowania pod różnymi pretekstami, katowanie, bicie połączone z goleniem włosów do łysej skóry , co ciekawe aresztowanym hipisom milicjanci nie golili bród. Tyle tylko, że przetrzymywali ich w areszcie po kilka tygodni lub miesięcy, nie licząc aresztowań za uchylanie się od służby wojskowej. Szczególne nasilenie represji SB nastąpiło po wybuchu tzw. „Wiosny Praskiej”, po styczniu 1968. Wtedy właśnie w Komsomolskiej Prawdzie ukazał się artykuł, którego autor skrytykował długie włosy i wielkie maltańskie krzyże noszone na szyjach przez czechosłowackich hippisów.

Hipisi próbowali się trzymać. Zakładali komuny, w których żyli wspólnie, mieli wspólne ubrania, dzielili zarobki na utrzymanie, organizowali letnie zloty. Od 1971 roku uczestniczyli i uczestniczą do dnia dzisiejszego we własnej hipisowskiej pielgrzymce do Częstochowy- Pieszej Pielgrzymce Młodzieży Różnych Dróg. Ta pielgrzymka jest jedyną pieszą pielgrzymką do Częstochowy wyruszającą co roku z innego miejsca, od 1979 roku prowadzi ją ks. Andrzej Szpak, duszpasterz w parafii Miłosierdzia Bożego, sąsiadującej z byłym niemieckim obozem Auschwitz.

- To byli mądrzy, młodzi ludzie, których nie miał kto wysłuchać, z reguły pochodzili z rodzin skonfliktowanych, byli bardzo spragnieni uczuć, przede wszystkim miłości i wolności. Długie włosy, brody to były przejawy ich buntu - mówłi swego czasu ks. Szpak w rozmowie z „Gazetą Krakowską”. Niełatwo było zdobyć ich zaufanie, szczególnie księdzu, ale z czasem mu się udało. - Rozumiałem ich, bo zdaje się z natury sam jestem trochę hipisem - przyznał duchowny.

Nieoficjalnym hymnem polskich hippisów była śpiewana przy gitarze piosenka „Grosza nie mam”, zaczynająca się od słów: „Ja o drogę się nie pytam, bo nieważny dla mnie czas.” Ale odwołania do ruchu hippisowskiego można odnaleźć w tekstach Czerwonych Gitar („kwiaty we włosach potargał wiatr”), Maryli Rodowicz („za duże buty miał mały żołnierz”), Marka Jackowskiego („oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba”).

Jedną z najbardziej znanych grup hipisowskich w latach 60. była 74 Grupa Biednych z Ustki. Legendą jeszcze za życia stał się Rysiek Riedel, wieloletni frontman zespołu Dżem. W czasach PRL-u był symbolem buntu i wolności. Niektórzy mówili o nim, że jest „ostatnim hipisem naszych czasów”.

Ale, wbrew temu, co można by przypuszczać, wśród polityków nie ma zbyt wielu byłych hipisów.

- Patrzyłem na nich z pewną sympatią, ale nie mam hipisowskiej przeszłości, byłem chyba na hipisa za stary - mówi prof. Ryszard Bugaj, polityk, ekonomista.

Paweł Piskorski był z kolei na hipisa za młody.

- Nie znam polityków z hipisowską przeszłością - wzrusza ramionami.

- A Donald Tusk? Sławomir Nowak? Nosili długie włosy - dopytuję.

- To było bardziej związane z moda na enerdowskich piłkarzy, bo ci nosili przydługawe włosy - tłumaczy Paweł Piskorski.

Chociaż Donald Tusk, wówczas premier, przyznał się kiedyś, że zdarzało mu się palić trawkę, w ogóle w młodości aniołem nie był: wagarował, pił tanie wino, podpalał papierosy. Oczywiście nosił długie włosy, a w pewnym momencie nawet charakterystyczne afro.

„Donald Tusk palił marihuanę, a jego pokój w akademiku znany był z tego, że chłopaki mieli najlepszą trawę w mieście” - mówił jakiś czas temu w rozmowie z Robertem Mazurkiem Kamil Sipowicz. Po słowach o paleniu trawki, w mediach rozpętała się burza o to, co premierowi mówić wolno, a czego nie wolno. Ale też politycy, przepytywani przez dziennikarzy, dość chętnie przyznawali się do szaleństw młodości. I tak poseł Niesiołowski pił w czasach młodości tanie wino, poseł Cymański - także pił w parku, żeby rodzice nie widzieli i podpalał papierosy o swojsko brzmiącej nazwie „Silesia”, były premier Kazimierz Marcinkiewicz - chodził na wagary, wpadł w złe towarzystwo, w każdym razie, jak sam mówi - nie ma się czym chwalić. Żaden jednak nie przyznaje się do tego, że działał, mniej lub bardziej aktywnie, w ruchu hipisowskim.

Bartosz Sadulski zapytał kiedyś Kamila Sipowicza, czy nie ma żalu do kolegów z tamtych czasów, którzy poszli w biznes, politykę, zostali szefami IPN-u i złamali etos hipisa. Sipowicz tak odpowiedział: „Nie mam żalu. Może raczej jest we mnie rozczarowanie, niż żal. To pokazuje, że dla nich to była młodzieńcza, głupia przygoda. A dla takich ludzi jak ja, to było pewna wartość, którą do dzisiaj kontynuujemy. To nie była tylko młodzieńcza fascynacja. To nie jest tak powiedział Jarosław Sellin, kiedyś hipis, dzisiaj PIS-owiec: „młodość ma swoje błędy: jedni są nazistami, a drudzy hipisami”. Dla mnie to nie jest błąd młodości, tylko pewna wartość, którą odkryłem i która jest ważna do dzisiaj. Jeżeli dla Ryszarda Terleckiego to była tylko kilkuletnia przygoda to znaczy, że jego hipizm był na pokaz. „Prorok” nadal jest hipisem, podobnie jak wielu innych ludzi, których znałem - dzisiaj są bardziej duchowymi hipisami: „Amok”, Milo Kurtis, Kora, Krzysztof Lewandowski, Gulla, Piotr Dmyszewicz, „Dziki”.”

Pewnie, coś w tym jest, bo przecież ruch hipisowski, to nie były tylko długie włosy, luźne koszule i „dzwony”, ale pewien system wartości, styl życia, przekonania, którym pozostało się wiernym lub nie.

Oceń treść:

Average: 7.8 (8 votes)
randomness