REKLAMA

Psychodeliczny renesans

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna
Iga Jeziorska
Dziennik Opinii nr 211/2016 (1411)

Odsłony

1176

Dzieci schowane w piekarnikach. Mężczyzna, który myślał, że jest szklanką soku (i tak mu zostanie). Ślepota spowodowana gapieniem się na słońce. To tylko niektóre z legend dotyczących psychodelików. Dziś już mało kto w nie wierzy (przynajmniej mam taką nadzieję). I chociaż naukowcy nie zaczęli interesować się psychodelikami wczoraj, to dopiero od niedawna ich badania skutecznie wypierają zmyślone legendy. Co dokładnie wiemy po latach badań nad tymi fascynującymi substancjami?

Hofmann na rowerze i bułgarskie eksperymenty

Pierwsze miejsce na podium w kategorii „psychodelik najpopularniejszy i najczęściej obecny w kontrkulturze i popkulturze” przypada bezapelacyjnie dietyloamidowi kwasu D-lizergowego, czyli LSD. Najwcześniejsze badania nad tą substancją dotyczyły jej wykorzystania w czasie porodów (ze względu na jej działanie rozkurczowe) i potencjału stymulacji organizmu. LSD zostało po raz pierwszy zsyntetyzowane w 1938 roku przez Alberta Hofmanna w szwajcarskim laboratorium. Jednak na odkrycie jego psychodelicznych właściwości i słynną rowerową przejażdżkę naukowca trzeba było czekać kolejne pięć lat.

W 1943 roku Hofmann zażył 250 µg substancji. Po – jak sam później relacjonował – strasznych halucynacjach oraz chwilach spędzonych na przeczuwaniu rychłej śmierci, poddał się badaniu przez lekarza. Medyk nie stwierdził żadnych nieprawidłowości poza rozszerzonymi źrenicami, tak więc naukowiec wrócił do domu na rowerze. Historia stała się legendarna, a Hoffman na rowerze jest częstym motywem grafik drukowanych na kartonikach z LSD.

W latach 50. i 60. XX wieku LSD było obiektem rozlicznych badań na nieco szerszą skalę niż ta Hoffmana. Niewątpliwie przyczyniła się do tego firma farmaceutyczna Sandoz, która na początku lat 60. zainwestowała około 3 miliony dolarów w dystrybucję próbek LSD do szpitali psychiatrycznych oraz uniwersytetów na całym świecie. Firma miała nadzieję, że któryś z badaczy odkryje jakieś praktyczne zastosowanie dla nowo powstałego specyfiku, czyniąc z niego intratne źródło dochodów. Kilkadziesiąt lat później zyski z LSD faktycznie są ogromne, ale trafiają za pośrednictwem czarnego rynku raczej do gangów narkotykowych niż do kieszeni prezesów firmy Sandoz.

Mało kto jednak wie, że z nieoczekiwanego podarunku od firmy Sandoz skrzętnie skorzystano również w Europie Wschodniej. W pierwszej połowie lat 60. Marina Boyadjieva, asystentka na Wydziale Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego w Sofii z sukcesem stworzyła eksperymentalny model psychozy właśnie z pomocą LSD.

Boyadjieva podawała niewielkie dawki substacji ochotnikom, jak również osobom z zaburzeniami, które nie mogły wyrazić świadomej zgody na udział w eksperymencie. Podczas gdy w przypadku pierwszej grupy doznania były raczej pozytywne, zachowanie osób chorych po zaaplikowaniu medykamentu stało się jeszcze bardziej nieprzewidywalne. Obserwacje z eksperymentów Boyadjieva zawarła w swojej pracy dyplomowej Eksperymentalne badania psychologiczne nad psychomimetycznym działaniem LSD-25, za którą to otrzymała tytuł doktora nauk medycznych. Jej badaniami zainteresowała się bułgarska armia, która interesowała kwestia, czy specyfik może znaleźć zastosowanie jako broń masowa lub jako serum prawdy.

Serum prawdy i słonie na kwasie

Po drugiej stronie żelaznej kurtyny intensywne badania nad militarnym i wywiadowczym zastosowaniem LSD prowadzone były przez amerykańską Centralną Agencję Wywiadowczą już od wczesnych lat 50. Operacja o kryptonimie MK-Ultra ruszyła w 1953 roku, a jej celem było zbadanie możliwości szeroko pojętego kontrolowania ludzkich zachowań: od opracowania serum prawdy po wywoływanie trwałych zmian osobowości i programowanie wspomnień. LSD było subtancją zajmującą centralne miejsce w programie, w którym uczestniczyły dziesiątki uniwersytetów, koncerny farmaceutyczne, instytuty badawcze, a nawet specjalnie w tym celu sprowadzeni po wojnie nazistowscy naukowcy.

„Uczestnikom” eksperymentów (tzn. nieświadomym niczego więźniom, studentom i pacjentom placówek psychiatrycznych) podawano specyfik nawet 80 dni z rzędu, zwielokrotniając dawki, aby zniwelować rosnącą tolerancję – w większości przypadków doprowadziło to do trwałego obniżenia zdolności intelektualnych.

Etyka badań naukowych? Amerykańscy wojskowi nie byli nią szczególnie zainteresowani.

LSD podawano też przesłuchiwanym pracownikom CIA, podejrzewanym o szpiegowanie dla innych wywiadów. Dodatkowo stosowano groźby kontynuacji aplikowania narkotyku, dopóki delikwent nie udzieli satysfakcjonujących odpowiedzi. Jednak jeden z najdziwaczniejszych eksperymentów nad działaniem „kwasu” został przeprowadzony w 1962 roku na uniwersytecie w Oklahomie. Trzej badacze, którym przewodził powiązany z CIA Louis J. West, zaaplikowali w formie iniekcji niemal 300 miligramów LSD słoniowi (dawka aktywna dla dorosłego człowieka wynosi ok. 100 mikrogramów, tak więc zwierzę otrzymało jej 3000-krotność). Celem eksperymentu było sprawdzenie, czy narkotyk jest w stanie wywołać naturalnie występujący u słoni stan furii. Po serii drastycznych wydarzeń (zwierzę zatrąbiło, upadło z impetem na bok i dostało silnych objawów epilepsji) i podaniu jeszcze kilku substancji w nadziei na poprawę stanu słoń zdechł – 1 godzinę i 40 minut po podaniu LSD.

Badanie wzbudziło mnóstwo kontrowersji – na czele z tą, czy faktycznie śmierć zwierzęcia można przypisać kwasowi, czy raczej jednej z substancji podanej mu, żeby go odratować. Wielu zarzucało naukowcom, że bezpodstawnie założyli wysoką odporność słoni na LSD, przez co zaaplikowana dawka była niesamowicie duża. Eksperyment przeprowadzony kilka lat później na dwóch innych słoniach spodował, że te zaczęły się kołysać, tarzać, a po większych dawkach stały się agresywne. Słonie w czasie tripu nie chciały jeść, ani pić, jednak po kilku godzinach wróciły do normalności.

Wieki ciemne i Oświecenie

W latach 60. XX wieku rozkwitła pacyfistyczna kultura hippisowska, a LSD wpisało się na stałe do popkultury. Miejska legenda głosi, że narkotyk w jakiś sposób wyciekł z laboratoriów CIA i w ten właśnie sposób trafił na czarny rynek. Niezależnie od tego, w jaki sposób faktycznie się tam znalazł, w USA setki tysięcy „ludzi kwiatów” pod wpływem uczucia jedności ze światem z hasłami miłości i pokoju na ustach protestowało przeciwko wojnie w Wietnamie. Jako, że byli dość niewygodni dla władz, a za pokojowe protesty nie można było nikogo wsadzić do więzienia, Richard Nixon i jego doradcy wpadli na pomysł, by pozbawić hippisów jednego z kluczowych elementów ich kultury. Już wcześniej, w 1961 roku, została uchwalona Jednolita konwencja o środkach odurzających ONZ kryminalizująca praktycznie wszystkie tradycyjne substancje psychoaktywne. W 1967 roku LSD zniknęło z amerykańskiego spisu leków, a w 1971 Nixon (już od trzech lat prezydent Stanów Zjednoczonych) ogłosił dumnie „Wojnę z narkotykami”. Tak właśnie nastały ciemne wieki dla badań i eksperymentów nad środkami odurzającymi.

W ostatnich latach możemy szczęśliwie obserwować ponowny wzrost zainteresowania substancjami psychodelicznymi. Badania z zakresu kulturoznawstwa, antropologii, etnografii czy socjologii nie zostały tak bardzo dotknięte decyzją o nielegalnym statusie LSD, psylocybiny, DMT czy innych substancji, jednak eksperymenty kliniczne były długo praktycznie niemożliwe.

Trudno powiedzieć, co zmieniło się w ciągu ostatniej dekady czy dwóch. Międzynarodowe konwencje narkotykowe ciągle pozostają w mocy. Być może po prostu substancje psychoaktywne powoli zostają odczarowane, nie jawią się już jako coś śmiertelnie niebezpiecznego, a społeczne zainteresowanie i przyzwolenie na zajmowanie się tą tematyką rośnie. Grunt, że naukowcy z powrotem wzięli się za ich badanie. Lwia część współczesnych badań dotyczy terapeutycznych zastosowań psychodelików w leczeniu przeróżnych zaburzeń psychicznych.

Kwasem w chlanie

Dobry przykładem tego badawczego renesansu jest artykuł Teri Krebs i Pal-Orjan Johansena, który ukazał się w 2012 roku w Journal of Psychopharmacology. Naukowcy przeprowadzili metaanalizę (zebrali i ponownie przeanalizowali wyniki innych, niezależnych od siebie studiów) badań nad leczeniem alkoholizmu przy pomocy LSD, przeprowadzonych w latach 1943–2010. Ostatecznie wymogi metaanalizy (losowa i ślepa próba uczestników) spełniło 6 badań, którym następnie przyjrzano się bliżej. We wspomnianych eksperymentach uczestniczyło łącznie 536 osób, z których 61% zostało losowo przydzielone do grupy doświadczalnej, a pozostali do grupy kontrolnej. Pacjentom zostały zaaplikowanie ogromne wręcz (z punktu widzenia używania rekreacyjnego) dawki LSD – wartość mediany wynosiła aż 500 µg (czyli pięciokrotność aktywnej dawki) . Następniew każdym z badań przeprowadzono trzy sesje uzupełniające, które miały zmierzyć skuteczność takiego oddziaływania. Jak się okazało, działanie kwasu znacząco zmieniło stosunek do alkoholu w grupie doświadczalnej w stosunku do grupy kontrolnej krótko- i średnioterminowo (czyli w trzy miesiące i sześć miesięcy po aplikacji).

Autorzy wyjaśniają pozytywny wpływ LSD na leczenie alkoholizmu tym, że pacjenci pod jego wpływem mają lepszy wgląd w siebie, widzą we własnym zachowaniu zależności i mechanizmy, których wcześniej nie dostrzegali, a to pierwszy krok do wyjścia z chooby alkoholowej. Różnice między dwoma grupami badanych z czasem się zacierały, a po roku od przeprowadzenia eksperymentu praktycznie zniknęły. Może to sugerować potrzebę odbycia kulkukrotnych sesji w kilkumiesięcznych odstępach, aby utrwalić efekty. Oczywiście analizowane badania nie były idealne i w niektórych brakowało np. rzetelnych opisów procesu rekrutowania uczestników. Jednak trzeba przyznać, że wyniki metaanalizy są dość obiecujące i mogą stanowić punkt wyjściowy do dalszych poszukiwań w tym zakresie.

Synestezja pod mikroskopem

Kilka miesięcy temu szerokim echem odbiły się badania przeprowadzone przez Beckley Foundation we współpracy z Imperial College London. Naukowcy, po raz pierwszy w historii, dokonali obrazowania aktywności mózgu pod wpływem LSD. Badanie objęło 20 zdrowych wolontariuszy – osób, które już wcześniej w swoim życiu zażywały jakiś rodzaj substacji psychodelicznej.

W trakcie szczegółowo kontrolowanego eksperymentu każdy z badanych otrzymał w jednej sesji LSD, a w innej placebo, a aktywność ich mózgów była obserwowana za pomocą różnych technik, włączając w to funkcjonalne obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego. Pozwoliło to zaobserwować, jak wygląda obraz mózgu w trakcie doświadczania złożonych halucynacji pod wpływem substancji. Okazuje się, że w przeciwieństwie do stanu trzeźwego, po zażyciu LSD informacje wzrokowe są przetwarzane nie tylko przez korę wzrokową, ale również przez wiele innych obszarów naszego mózgu. Jak wyjaśnia jeden z autorów badania, doktor Carhart-Harris:

W normalnym stanie nasze mózgi składają się z niezależnych sieci, które odpowiadają za wyspecjalizowane, oddzielne funkcje, takie jak wzrok, ruch, czy słuch (...). Pod wpływem LSD jednak, odrębność tych sieci załamuje się, w związku z czym mózg staje się bardziej zintegrowany i zunifikowany.

Naukowiec dodaje, że prawdopodobnie właśnie to zjawisko leży u podstaw dogłębnie zmienionego stanu świadomości po zażyciu substancji, a także doświadczenia synestezji. Co więcej, tej wzmożonej integracji obszarów w mózgu przypisuje się również uczucie „rozpadu ego” – poczucia, że własna tożsamość załamuje się i zostaje zastąpiona przez silne uczucie jedności z sobą samym, innymi i całym światem przyrody. Doświadczenie to, często opisywane jako duchowe, czy nawet religijne, może mieć pozytywny wpływ na dobrostan jednostki nawet po tym, jak substancja przestaje działać. Jak zaznacza Amanda Fielding, dyrektorka Beckley Foundation: „Wreszcie odkrywamy mechanizmy mózgu, które są zasadnicze dla potencjału LSD, nie tylko leczniczego, ale też pogłębiają nasze zrozumienie świadomości jako takiej”.

Wyzwania

Wspomniane wyżej studia to tylko niektóre z wielu dotyczących psychodelików, które są prowadzone w ostatnich latach. Największa organizacja zajmująca się tym tematem, Multidisciplinary Association for Psychedelic Research z USA, prowadzi badania nad używaniem w psychoterapii MDMA, LSD, ibogainy, ayahuaski, a także medycznej marihuany. Lista potencjalnych zastosowań terapeutycznych rozpoczyna się od leczenia uzależnień, depresji, stresu pourazowego i jest nadal rozwijana. O postępie nauki w kontekście psychodelików może świadczyć również niemała liczba uczestników dwóch największych konferencji o tej tematyce: Breaking Convention w Londynie oraz Interdisciplinary Conference on Psychedelics Research w Amsterdamie. W tym roku, po raz pierwszy podobne wydarzenie, organizowane przez Czech Psychedelic Society odbędzie się w Pradze od 30 września do 2 października 2016. Na wspomnianych konferencjach występują i dyskutują badacze reprezentujący bardzo zróżnicowane gałęzie nauki, od antropologii i kulturoznawstwa począwszy, poprzez psychologię i psychiatrię, kończąc na psychofarmakologii, naukach kognitywnych i neurologii.

Niestety ciągle istnieją różnego rodzaju bariery istotnie ograniczające możliwości badaczy. Jedną z nich są na peeno fundusze na badania, ale to raczej kwestia wtórna. Jak podkreślają badacze, głównym problemem jest dla nich fakt, że substancje takie, jak LSD, MDMA czy psylocybina nadal znajdują się w Wykazie I amerykańskiej Ustawy o Substancjach Kontrolowanych (i są podobnie definiowane praktycznie we wszystkich innych krajach świata). Oznacza to, że środki te „mają duży potencjał powodowania uzależnienia, nie mają aktualnie akceptowanego zastosowania medycznego oraz nie ma wystarczających dowodów na bezpieczeństwo ich stosowania pod nadzorem medycznym”.

Zgodnie z badaniami profesora Davida Nutta (pełny tekst tutaj), wieloletniego doradcy brytyjskiego rządu ds. narkotyków i leków, w przypadku psychodelików powyższe stwierdzenia nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Spośród 20 substancji badanych pod kątem m.in. powodowania szkód zdrowotnych dla użytkownika, szkód dla otoczenia, potencjału uzależniającego, kosztów ekonomicznych czy wywoływania zachowań przestępczych, LSD zajęło osiemnaste, a grzyby ostatnie miejsce. Niestety, polityka często nie idzie w parze z nauką, a przeróżne grupy interesu dysponują dużo bardziej skutecznymi narzędziami wpływu niż grupa profesorów. Kto wie, jak fascynujące odkrycia mogłaby przynieść nauka, gdyby badacze mieli wreszcie pełną swobodę studiowania psychodelików.

Oceń treść:

Average: 9.8 (10 votes)
randomness