REKLAMA




Opowiem wam o grze w policjantów i dilerów

"Czy swoją policyjną pracą przyczyniłem się do poprawy społeczeństwa? Dilerzy, przeciwko którym zbierałem dowody często sami byli uzależnieni i handlowali tylko po to, żeby mieć za co brać."

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna
Martin Blake, tłum. Jakub Sułek

Odsłony

1980

Czy swoją policyjną pracą przyczyniłem się do poprawy społeczeństwa? Dilerzy, przeciwko którym zbierałem dowody często sami byli uzależnieni i handlowali tylko po to, żeby mieć za co brać.

Policjanci i policjantki wiedzą o realiach narkotykowej prohibicji całkiem sporo. A mimo to, odnoszę wrażenie, że ich głos w debacie o reformie prawa narkotykowego jest mało słyszalny. Widzimy krzywdę, jaką wyrządza prohibicja całym społecznościom i konkretnym rodzinom. Widzimy też, że nawet my, policjanci i policjantki oraz nasze rodziny, nie jesteśmy wolni od dewastujących skutków wojny z narkotykami.

Jednocześnie mamy powody do dumy z reputacji, jaką brytyjska policja cieszy się na świecie. W jej szeregach służy wiele niesamowitych osób. Na myśl przychodzą mi niektórzy wspaniali funkcjonariusze, którzy dołączyli do nas w ciągu ostatnich kilku lat. I kiedy o nich myślę, to wiem, że muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby korupcja i zamęt powodowany wojną z narkotykami nie zniszczyły ich tak, jak zniszczyły wielu innych funkcjonariuszy w przeszłości.

Pod koniec lat 90. dołączyłem do wydziału antynarkotykowego na obrzeżach Manchesteru. Gdy pierwszego dnia jechałem na spotkanie ze swoją nową jednostką, w radiu leciała właśnie piosenka Gangsta’s Paradise. – No, oby to nie była przepowiednia – pomyślałem.

W tamtych latach oddziały antynarkotykowe z Manchesteru miały pełne ręce roboty. Kiedy dziesięć lat wcześniej na ulicach Moss Side (dzielnica w Manchestrze – przyp. tłum.) pojawiły się heroina i crack, huk strzelanin dało się słyszeć dosłownie każdego dnia. Zdaję sobie sprawę, że dla ludzi spoza przestępczego świata gangsterskie życie opisywane na łamach prasy mogło wydawać się niesamowite i pełne wrażeń. Dla żyjących z przestępstwa jest raczej przerażające i przepełnione nieustającym stresem.

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?

Pamiętam ten dzień dość wyraźnie. Stałem przed pubem i moją uwagę przykuło kilku mężczyzn wychodzących z knajpy. Same znane twarze manchesterskiego półświatka. Każdy z osobna wzbudzał grozę i respekt. A fakt, że trzymają się razem, był co najmniej niepokojący. Najwidoczniej w mieście powstawała grupa złożona z najbrutalniejszych kryminalistów. Cel mógł być tylko jeden: kontrola rynku narkotykowego i przejęcie już istniejących sieci nielegalnego handlu narkotykami w sąsiadujących miastach.

Nie minęło nawet kilka dni od tego, jak ich widziałem, a zdążyli stać się zmorą dla całego miasta. W tym czasie wzywano mnie kilkukrotnie do zgłoszeń, w których ofiary zostały poćwiartowane przez mężczyzn z maczetami, zastrzelone bądź zasztyletowane. Życie rodzin ofiar oraz mieszkańców tych rewirów zmieniło się wtedy raz na zawsze.

Pewnego poranka, jeszcze wówczas, kiedy fala przemocy dopiero zaczynała wzbierać, nasz oddział został wysłany do lokalnego dilera, żeby przeszukać jego mieszkanie. Drzwi wejściowe opierały się wyważeniu. Zanim udało nam się dostać do środka, lokator skorzystał z okazji, by wyskoczyć z okna sypialni na pierwszym piętrze. Natychmiast zbiegłem do niego po schodach. Miał złamaną nogę i poranioną twarz. Powiedziałem, że jestem policjantem. A on na to: „Gdybym wiedział, że to wy, sam otworzyłbym drzwi!”. Myślał, że to gang postanowił złożyć mu wizytę i zmusić do pracy dla nich. Pod kanapą miał schowany naładowany rewolwer. Pomniejsi kryminaliści dozbrajali się wtedy na potęgę. Pamiętam przerażenie tego faceta. Nawet naładowana spluwa nie była w stanie zapewnić mu poczucia bezpieczeństwa. Gang sprawował władzę przez zastraszenie. A gangsterzy, których widziałem w pubie, mogli liczyć na podziw setek nastolatków marzących tylko o tym, żeby przywódcy ich dostrzegli. W tym celu byli gotowi wykonać każdy ich rozkaz. Czułem, że czarne chmury zawisły nad tym miastem. To był ten moment. Wojna z narkotykami była już odtąd nie do opanowania.

Na początku łatwo było rozpoznać dilerów cracku i heroiny. Przez pierwszych parę lat sam zgarnąłem z ulic całkiem sporą ich liczbę. Nie umknęło to oczywiście uwadze ich szefów. Grożono mi kilka razy śmiercią, czego nie mogłem zignorować. Nie pozostało mi nic innego jak zmienić miejsce pracy.

Ostatecznie trafiłem do dobrego oddziału. Ciężko pracowaliśmy by jak najbardziej utrudnić życie dilerom i przemytnikom. Przypuszczałem wtedy, że wraz z upływem czasu dokonamy znaczącego postępu w wojnie z narkotykami. Dzisiaj widzę, że nie poszliśmy ani o krok naprzód. Właściwie to zaczęliśmy się cofać.

„ZNÓW SIĘ SPOTKAMY”

W czasie jednej z operacji wydarzył się pewien incydent. Wtedy po raz pierwszy poddałem w wątpliwość rolę policji w tej niekończącej się wojnie narkotykowej. Pracowałem pod przykrywką w roli kupującego. Snułem się po północnej dzielnicy, próbując zdobyć heroinę i crack. Idę sobie ulicą i nagle zaczyna dochodzić do mnie ryk silnika. Ekipa w srebrnym Fordzie Focusie, który jeszcze przed chwilą pędził prosto na mnie, dała po hamulcach i z poślizgiem zatrzymała samochód. Z doświadczenia wiedziałem, że były tylko dwie opcje: mogli to być albo dilerzy, albo policjanci. Dwóch dwudziestolatków wyskoczyło z wozu. Policjanci w cywilnych ubraniach. Na bluzach założone mieli kamizelki kuloodporne z przyczepionymi kajdankami i krótkofalówkami. Z ich mowy ciała wywnioskowałem, że czeka mnie rewizja.

Funkcjonariusze zażądali, żebym oparł się o ścianę. Chcieli przeszukać moje ubranie. Oskarżyli mnie o bycie włamywaczem i o wstrzykiwanie sobie heroiny. Wnioskowali po rzekomych śladach na ramionach, których swoją drogą nie miałem. Podstawy dla przeszukania były zmyślone.

Choć był to środek zimy, policjanci zażądali, żebym rozebrał się do samej koszulki. Z powodu mrozu zachorowałem na grypę. Byłem chory do końca działań operacyjnych, które wtedy prowadziłem. Kiedy tak przeszukiwali mnie i rzucali moje ubrania na ulicę, podjechał kolejny nieoznaczony wóz z czterema funkcjonariuszami po cywilnemu. Jeden z nich przycisnął mnie mocniej do ściany, a później zajął się przetrzepywaniem moich rzeczy. Nie znaleźli nic, za co mogliby mnie aresztować. Sierżant i równocześnie dowódca grupy wyglądał na sfrustrowanego. Ostrzegł mnie, że „znów się spotkamy”. Niektórzy z nich chyba czuli się nieswojo z powodu przeszukania, ale wiedzieli, czego od nich oczekiwano. Ostatecznie ta szóstka policjantów spakowała się do swoich wozów i zniknęła. Żadnych podstaw do podejrzenia, żadnych dokumentów, żadnych procedur. Później dowiedziałem się, że należeli do nowo powstałego oddziału. Chcieli wykazać się za wszelką cenę.

O CO CHODZI W TEJ GRZE?

Początkowo znienawidziłem ich za to, jak mnie potraktowali, jak wykorzystali na mnie swoją władzę. Byłem dosłownie rozwścieczony. Patrząc jednak z perspektywy czasu, to nie ich nie znosiłem. Byli jedynie kolegami po fachu, tylko ludźmi. Moją złość skierowałem na zasady gry, w którą grali, czyli na wojnę z narkotykami. Oczywiście nie zostałbym tak potraktowany, gdyby wiedzieli, że również jestem gliną. Media na spółkę z rządem nakręcały ich do tego, żeby „narkomanów” traktowali jak ludzi najgorszego sortu, zdehumanizowanych meneli. W ich grze to policjanci byli bohaterami broniącymi świat przed wszelkiej maści degeneratami.

Policja nie zmieniła się od tego czasu, gdy w latach 90. zaczynałem prowadzić śledztwa przeciwko dilerom. Historia z mojego przeszukania wydarzyła się dziesięć lat później. I tylko dlatego, że policjanci mieli powody podejrzewać, że jestem uzależniony od narkotyków. Prawdziwi przestępcy dobrze znali policyjne taktyki, więc zrezygnowali z ryzykownego handlu ulicznego.

Na ulicach nie było przestępców, ale policyjne statystyki musiały się zgadzać. Aresztowano każdego, kto tylko wyglądał na „narkomana”. Te rozpaczliwe starania pokazywały jasno: skuteczność prohibicji jest na wyczerpaniu.

Po zakończeniu działań operacyjnych zastanawiałem się, czy przyczyniłem się do poprawy społeczeństwa. Dilerzy, przeciwko którym zbierałem dowody, zazwyczaj sami byli uzależnieni i handlowali tylko po to, żeby móc zaspokoić swoje potrzeby wynikające z uzależnienia. Inni byli łatwowiernymi nastolatkami marzącymi o swoim gangsterskim raju. Z kolei prawdziwi kryminaliści trzymali się z dala od tego wszystkiego, zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Czasami pierwszy etap zamówienia leżał setki kilometrów od rzeczywistego miejsca, w którym przebiegał handel.

Pracując pod przykrywką, można poznać obydwa światy, w których pracuje policja. Pamiętam, jak kiedyś o poranku cała jednostka zanosiła się śmiechem. Powiedzieli, że zadzwonił zatroskany obywatel i powiedział: „Taki narciarz snuje się po ulicach. To narkoman i kupuje narkotyki”. To ja byłem tym „narciarzem”. Przyczajałem się i długie godziny czekałem na przybycie ulicznych dilerów. Byłem prześladowany przez policję, maltretowany i okradany przez dilerów oraz znienawidzony przez społeczeństwo. Nie miałem innego wyjścia niż wałęsanie się po brudnych ulicach. W świecie, w którym żyłem, każdy starał się mnie kontrolować.

Minęło kolejnych dziesięć lat. Policja zrozumiała, że wojna z narkotykami jest nieskuteczna. Wiele jednostek usunęło swoje oddziały zapobiegawcze do walki z narkotykami. Dodatkowo z powodu braku funduszy umundurowani dzielnicowi zostali wycofani ze swoich rewirów. Spora część informacji wywiadowczych jest ignorowana, a brak funkcjonariuszy na ulicach oznacza, że przestępstwa nie są rejestrowane. Ten spadek w liczbie zarejestrowanych przestępstw daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa.

Podczas mojej gry w wojnę z narkotykami widziałem, jak ludzie ginęli od kul, porywano ich i okradano. Widziałem bezradnych narkomanów, którzy popełniali samobójstwa po tym, jak ktoś zmusił ich do handlu, żeby mogli brać dalej. Widziałem kolegów z policji, którzy trafili do więzienia za korupcję. Znałem nawet jednego tajniaka, który uzależnił się od heroiny i trafił do pudła za kradzież, bo chciał zarobić na narkotyki. Wszystko to działo się w tym samym czasie, kiedy najbardziej brutalni członkowie naszego społeczeństwa pięli się po szczeblach przestępczej kariery i stawali się coraz bogatsi.

Coś musi się zmienić. Moje obawy się ziściły i brytyjskie miasta stały się jednak rajami dla gangsterów. Jedynym rozwiązaniem jest odebranie przestępcom zysków z biznesów, które działają dzięki przemocy i strachowi. Nie pozostaje nic innego jak zakończenie wojny z narkotykami i zastąpienie czarnego rynku powstałego w wyniku prohibicji rynkiem legalnym, kontrolowanym i opartym na badaniach. Policjanci, którzy wtedy zatrzymali mnie w celu rewizji i ci, którzy niedawno wstąpili w nasze szeregi, w końcu będą mogli grać w inną grę. Grę, w której chodzi o ochronę życia i mienia oraz poczucie dumy z tego, że jest się zwykłym, umundurowanym dzielnicowym. Przez otwartą i szczerą komunikację można będzie rozpocząć odbudowywanie zaufania oraz współpracę ze społeczeństwem, któremu służą.

*Imię i nazwisko autora zostały zmienione w celu zachowania jego anonimowości.

przeł. Jakub Sułek

Tekst ukazał się na stronie Law Enforcement Action Partnership UK

Oceń treść:

Average: 9.5 (11 votes)

Komentarze

Pepperdwf

oj jaki biedny gliniarz :) zajęło mu 10 lat, żeby wysnuć wnioski z ostatniego akapitu? nic dziwnego. większość psów ma IQ wielkości temperatury pokojowej.