REKLAMA




David E. Nichols: robienie psychodelików było dla mnie gratką

Przeciekawy wywiad, który polecamy od serca. Po dekadach przestoju, od lat 90. przeprowadzono wiele badań nad substancjami psychodelicznymi. A dla prawie wszystkich z nich, włączając przełomowe badanie Strassmana, substancje zostały dostarczone przez jednego człowieka: Davida E. Nicholsa....

Tagi

Źródło

Motherboard
Daniel Oberhaus

Tłumaczenie

pokolenie Ł.K.

Odsłony

1482

Po okresie rozkwitu w latach 50. i 60. wszystkie badania na ludziach z użyciem psychodelików zostały w Stanach Zjednoczonych skutecznie zakazane wraz z wejściem w życie Kompleksowej Ustawy o Kontroli i Przeciwdziałaniu Nadużywaniu Narkotyków (Comprehensive Drug Abuse and Control Act) w roku 1970. To moratorium trwało do czasu, gdy testy z użyciem DMT prowadzone przez psychiatrę Ricka Strassmana na Uniwersytecie Nowego Meksyku otworzyły w latach 90. drzwi nowej fali badań nad psychodelikami.

Od tamtego czasu przeprowadzono wiele badań, w których toku oceniano potencjalną użyteczność terapeutyczną substancji psychodelicznych. A dla prawie wszystkich z nich, włączając przełomowe badanie Strassmana, narkotyki zostały dostarczone przez jednego człowieka: Davida E. Nicholsa.

Jako chemik rezydujący na Purdue University, Nichols zajmował się działalnością polegającą na dostarczaniu związków o właściwościach psychodelicznych na użytek prowadzonych w Ameryce badań od roku 1969 aż do przejścia na emeryturę w 2012. Najbardziej znany jest chyba z syntezowania MDMA, DMT, LSD i psylocybiny, wykorzystywanych w nowej fali badań nad psychodelikami. Większość kariery spędził jednakże, badając analogi psychodelików, czyli cząsteczki, mające struktury lub dające efekty podobne do swoich szerzej znanych, kontrolowanych krewnych.

Pomimo swojego akademickiego rodowodu, Nichols znalazł się pod ostrzałem za rzekome napędzanie boomu „narkotyków projektowanych”, w ramach którego w niejasnych okolicznościach chemikalia przeznaczone do badań utorowały sobie drogę z laboratoriów na ulice, doprowadzając po drodze do pewnej ilości zgonów. To niefortunny efekt uboczny jego badań – każda osoba z dostępem do fachowych czasopism chemicznych i przyzwoitego laboratorium jest zasadniczo w stanie odtworzyć jego dzieła. Sam Nichols zdecydowanie potępił szereg narkotyków projektowanych, w szczególności syntetyczne kannabinoidy, jako niebezpieczne dla użytkowników.

Pod wieloma względami Nichols jest jak współczesny Sasha Shulgina, niesławny [? - Red. H] chemik, który był współautorem TiHKAL i PiHKAL, będących zasadniczo psychodelicznymi książkami kucharskimi, przeplatanymi romansem (w istocie to Nichols jako pierwszy zsyntetyzował niektóre z substancji opisanych w PiHKAL). Jednakże, podczas gdy Shulgin zwykł odbywać loty próbne na towarze syntezowanym przez siebie w laboratorium znajdującym się na jego na własnym podwórku, Nichols nie należy do poszukiwaczy psychodelicznego przebudzenia i najwyraźniej nie urządzał sobie w swoim laboratorium w Purdue psychodelicznych wycieczek.

Mimo to życie naukowca zajmującego się psychodelikami nie jest łatwe, toteż postarałem się złapać Nicholsa, aby dowiedzieć się czegoś o tym, jak stał się jednym z największych w USA producentów psychodelicznych związków chemicznych dla celów badawczych i jakie doświadczenia wiązały się z tym w czasach, gdy tolerancja dla badań na ludziach z użyciem psychodelików była zerowa.

Motherboard: Jak to się stało, że zaczął pan wytwarzać psychodeliki?

David Nichols: Zacząłem pracę na tym polu w roku 1969, jako student podyplomowy, robiąc doktorat zasadniczo z analogów meskaliny. Potem dostałem katedrę na Purdue, co pozwoliło mi zajmować się czymkolwiek chciałem, zatem od tamtej pory wciąż pracuję nad psychotomimetykami. Udało mi się uzyskać grant z National Institute of Drug Abuse, kontynuowany przez około 29 lat. Nie było tak naprawdę nikogo innego, kto robiłby to, co ja, toteż była to prawdziwa gratka i nie trzeba było martwić się o ewentualne wyprzedzenie przez kogoś pracującego w tym samym obszarze, ponieważ to, co robiliśmy, było czymś całkowicie nowym.

Czy trudno był uzyskać zgodę na pracę z psychodelikami z Grupy I?

Tak naprawdę nie. Kiedy wytwarzałem MDMA, działo się to, zanim stało się ono nielegalne, więc nie było z tym problemu. Pracując nad DMT dla Ricka Strassmana miałem już licencję. To samo dotyczy psylocybiny, którą robiłem dla Uniwersytetu Johna Hopkinsa. Możesz legalnie wytwarzać substancję z Grupy I, jeśli robisz to we współpracy z kimś, kto ma na to przyznaną licencję, toteż nie było to trudne. Musiałem na początku zdobyć licencję na pracę z substancjami z Grupy I, co wymagało certyfikowania wszystkiego, ale to nie było to aż tak trudne, jak ludzie mogą to sobie wyobrażać.

DEA nigdy nie oponowało przeciw pańskim badaniom?

Miałem licencję na 15 różnych substancji z Grupy I. W pewnym momencie zaczęli być bardzo nachalni. "Czy masz aktywny protokół? Naprawdę tego wszystkiego potrzebujesz? Chcielibyśmy część z tego zabrać z twojego laboratorium, jeśli naprawdę nie potrzebujesz wszystkich 15. Jak często ich używasz?"

Musiałem więc napisać do nich list wyjaśniający, że nie robimy badań tego rodzaju, do jakich byli przyzwyczajeni. Nie pasujemy do ich gotowca. Robimy np. badania, w ramach których modyfikujemy receptor i mutujemy w nim różne aminokwasy. Mamy całą bibliotekę związków, które chcemy w nim umieścić i zobaczyć, jak mutacja wpłynęła na aktywność tych struktur. Nigdy nie wiemy, którego związku możemy potrzebować w danym dniu.

DEA to nie naukowcy, są zasadniczo policjantami. W pewnym momencie zaczęli przesyłać protokoły do FDA, co było zupełnie niewłaściwe. Mimo to pytali ich, czy te nasze badania są czymś, co warto robić. To bardzo niewłaściwe pytanie. Jeśli jesteś wykwalifikowanym naukowcem, masz zaplecze akademickie, jesteś szanowany i masz odpowiednie CV, DEA nie powinno pytać, czy twoje badanie powinno być przeprowadzone. Tak czy inaczej, dostając informację zwrotną, że projekt jest wart wdrożenia, przychodzili, by zbadać zaplecze. Chcieli zobaczyć, z jakich zabezpieczeń korzystamy, by trzymać substancje z dala od osób niepowołanych. Z zasady interesuje ich potencjalne nielegalne wykorzystanie substancji kontrolowanych. Chcieli się upewnić, czy gdy ty będziesz już je mieć, nie dobierze się do nich nikt inny.

Jakie zabezpieczenia stosowaliście dla substancji, które wytwarzaliście?

Moje biuro miało dwucalowej grubości drzwi z litego dębu oraz zamek, który naprawdę trudno byłoby pokonać. Wewnątrz biura miałem wielkie, ciężkie, stalowe ognioodporne szafy. Oprócz zwykłych zasuw, miały przyspawane na górze i na dole skoble, przez które przechodziła calowej grubości stalowa sztaba, blokująca szuflady, z kłódką na górze. Aby więc dostać się do substancji, należałoby najpierw przebić się przez solidne dębowe drzwi, następnie jakoś otworzyć lub przeciąć solidną kłódkę, a potem użyć łomu czy czegoś w tym rodzaju, aby otworzyć szuflady.

Jak długo zajęło panu uzyskanie licencji?

To może potrwać od sześciu miesięcy do dwóch lat, w zależności od tego, jak zapatruje się na ciebie DEA. Powinna być to procedura apolityczna, ale znam ludzi, którym zajęło to dwa lata, ponieważ DEA utrzymywała, że po wykonaniu inspekcji straciła jakoś formularze kontrolne. Nie dowiesz się, czy nie robią tego umyślnie. Zawsze miałem wrażenie, że ludzie z DEA nie doceniają konieczności badania substancji z Grupy I. Uważają chyba, że te rzeczy są tak niebezpieczne, że w ogóle nie powinniśmy z nimi pracować. To jednak tylko moje osobiste wrażenie.

Tak było jeszcze w latach 70. Czy uważa pan, że z czasem badanie psychodelików stało się łatwiejsze?

Myślę, że DEA jest coraz bardziej rygorystyczne. Kiedy zaczynałem, proces wydawał się bardziej przejrzysty i nie miałem żadnych problemów z uzyskaniem licencji. Na przestrzeni lat rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy mieli naprawdę duże trudności. Kiedyś DEA nie zwykło również wysyłać protokołów do FDA, aby uzyskać ich orzeczenie co do tego, czy są one warte wdrożenia, czy nie. To tak, jakby mówili nie ufamy ci, musimy cię sprawdzić gdzie indziej, żeby upewnić się, że jesteś w porządku. Są naprawdę podejrzliwi.

Poza waszym laboratorium, kto jeszcze syntetyzował psychodeliki?

Nie wydaje mi się, by wiele osób pracowało nad tego typu rzeczami. My zazwyczaj robiliśmy je dlatego, że mieliśmy jakąś hipotezę. Kiedy więc prowadziliśmy prace nad MDMA, staraliśmy się stworzyć cząsteczkę, która miałaby podobną aktywność, ale byłaby zarazem całkowicie nowa by nie trzeba było się martwić o napiętnowanie jej jako narkotyk z potencjałem nadużycia.

To właśnie motywowało wiele badań nad MDMA. W gruncie rzeczy staraliśmy się zrozumieć funkcje receptora niezbędne do jego działania. Był to dość skomplikowany program, zaprojektowany tak, byśmy mogli zrozumieć, w jaki sposób cząsteczki wchodzą w interakcje ze strukturami biologicznymi. Nie ograniczaliśmy się do robienia różnych związków tak jak Sasha Shulgina, żeby zobaczyć, co możemy otrzymać i sobie zaaplikować. On był alchemikiem, a nie naukowcem. My mieliśmy szczegółowe hipotezy, robiliśmy cząsteczki pod kątem konkretnych pomysłów, które chcieliśmy zweryfikować. Tak naprawdę nie znam w odniesieniu do psychodelików nikogo innego, kto faktycznie robiłby to w ten sposób.

Wiele pracy poświecił pan analogom psychodelików. W ostatnich latach DEA na poważnie wzięła się do rozprawy z nimi. Jak pan myśli, dlaczego tak jest?

Cóż, istnieje o wiele więcej analogów, niż ludzie zdają sobie teraz z tego sprawę. Wiele substancji, które zrobiłem, funkcjonuje teraz na ulicy jako markowe narkotyki. Nie muszą jednak powodować szkód, nie muszą nawet być problematyczne. Wszystko, czego potrzebuje DEA, to podejrzenie, że mogą mieć potencjał nadużycia - w tym momencie mogą już nagle orzec, że lepiej dany związek kontrolować. Nie czekają, aż coś okaże się jako problemem, starają się myśleć o wszystkim na zapas.

Myślę, że prawdopodobnie mogliby po prostu poczekać i odnotowywać, czy dany związek pojawia się na ulicach w znaczących ilościach. Wtedy mogliby szybko zarządzić klasyfikację w trybie pilnym. Oni jednak wychodzą z założenia, że sklasyfikowanie tych związków od razu ułatwia im życie, uniemożliwiając jednak przy okazji przeprowadzenie wielu legalnych i potrzebnych badań. Jeśli te substancje mają potencjał medyczny, nikt tego nie odkryje, bo będą rozpatrywane tylko w kontekście bycia narkotykami z potencjałem nadużywania. W efekcie wszelkie potencjalne korzyści nie zostaną zbadane.

Wiele substancji chemicznych otrzymanych w pana laboratorium trafiło na ulice. Jakie to było uczucie, wiedzieć, że ludzie zażywają rekreacyjnie te mało poznane związki?

Byłem zaskoczony. Syntezy niektórych rzeczy, które zrobiliśmy, nie były wcale takie proste do przeprowadzenia. Kiedy się więc się pojawiły [na ulicach], pomyślałem: „wow, ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby to otrzymać”. Wiele lat temu opublikowaliśmy sporo z tych rzeczy, ale zaczęły wypływać dopiero w ciągu ostatnich kilku lat.

Myślę, że to internet sprawił, że te rzeczy tak się rozpowszechniły. Teraz ludzie mogą wchodzić na strony takich jak Erowid, przeczytać o tych różnych substancjach i powiedzieć: „O, to brzmi interesująco”, znajdą też miejsca, gdzie będą mogli kupić sobie próbkę. Kiedyś to było niemożliwe. Trzeba było iść do biblioteki i zrobić poważną kwerendę.

Czy firmy farmaceutyczne wykazywały jakiekolwiek zainteresowanie analogami psychodelików, nad którymi pracował pan w swoim laboratorium?

Firmy farmaceutyczne trzymały się od tego całkowicie z daleka. Gdy podczas własnych badań trafili na cząsteczkę aktywującą receptor serotoninowy 2A, który jest typowym celem dla psychodelików, ucinało to badania nad tym związkiem. Myślę, że byli bardzo ostrożny, jeśli chodzi o substancje z potencjałem nadużywania. Nie sądzę, by przemysł farmaceutyczny jako całość postrzegał rzeczy nad którymi pracowaliśmy jako źródła ewentualnego zysku.

Paradygmat użycia psylocybiny raz czy dwa razy w roku nie jest modelem, który przemawiałby do ludzi z przemysł farmaceutycznego. Oni szukają pigułki, którą brałbyś codziennie przez resztę swojego życia. Tak zarabiają pieniądze.

Oceń treść:

Average: 8.5 (6 votes)

Komentarze

jokerr

Zobaczcie mlodzi idzccie do rzadu i takich jak on i shuling ludzi wprowadzcie.
Oni uznawali polityke umiarkowanej i niskiej szkodliwosci tam starych nie sluchajcie jesli chodzi o polityke narkotykowa.
Problem medyczny nie kryminalny malo szkodliwe i umiarkowanie w legalnej sprzedazy reszta na recepte.
Metadon i naloxen bez recepty z wypisem ze ktos jest uzalezniony.
Z powrotem legalizacja kava kava i grzybkow.
Wiec z innymi haslami idzccie a jak dostaniecie sie to to w pierwszej kolejnosci zrobcie.

bleekot

Sasha Shulgin, był mężczyzną, rosjaninem z pochodzenia - stąd taka a nie inna forma imienia. Niestety od kilku lat nie żyje . Zrobiliście z niego kobietę. To bardzo zasłużony dla rozwoju psychodelików naukowiec i ciekawy człowiek. Poprawcie to bo wstyd, szczególnie na tym portalu.