REKLAMA




Choćby jedną osobę uratować

Czyli narkomany w "Tygodniku Solidarność"...

Tagi

Źródło

Tygodnik Solidarność nr 13/2003
Mateusz Wyrwich

Odsłony

5766

Narkomania

Narkomania znana jest na świecie od setek lat. Na początku dwudziestego wieku upowszechniła ją moda. Najpierw w środowisku lekarskim. Następnie artystycznym. Narkomania zrazu postrzegana jako niegroźne dziwactwo, w kilkadziesiąt lat później przerodziła się w niebezpieczne i masowe uzależnienie, eliminujące z życia setki tysięcy ludzi. Z czasem powstał lęk przed narkomanami, spotęgowany wkrótce zagrożeniem wirusem HIV i chorobą AIDS. Narkomani zaczęli być coraz bardziej marginalizowani.


Niewielkie mieszkanie na warszawskim Żoliborzu. Pokój z kuchnią, zapach uryny. Krwią poplamione ściany. Na poszarpanym materacu dziewczyna mamrocząca coś pod nosem. Parapet zastawiony brudnymi słoikami po musztardzie z resztkami herbaty. W kącie jakaś niedojedzona kromka chleba. Właściciel mieszkania, Patryk, dwudziestosiedmioletni narkoman zarażony AIDS, nie widzi już dla siebie nadziei. Podobnie jak jego koleżanka i usiłujący coś powiedzieć Bartek. Mają brudne ubrania, włosy. Starcze, zmęczone twarze. Oczy wyprane z nadziei. W mieszkaniu jedynymi sprzętami są oni. Tak mówił kilka lat temu Patryk o sobie i swoich znajomych. Zaczął ćpać przed laty, jako ośmioklasista. Leczył w ten sposób stres związany z egzaminem do liceum. Szczęśliwie zdał i sądził, że już nie wróci do narkotyków. Rozwód rodziców zmienił jego decyzję. - Zacząłem ćpać im na złość - opowiadał. - Myślałem, że może to ich połączy. Ale jakoś nie. Po trzech latach poszedłem się leczyć, bo chciałem zdać na studia. Bardzo mi zależało na akceptacji rodziców. Kupili mi za zdany egzamin to mieszkanie. Dali do zrozumienia, że jestem już dorosły i w pełni odpowiadam za swoje czyny. Bardzo ich denerwowało, że mam jakieś problemy. Jak taki młody może mieć jakieś problemy - raczej stwierdzali, niż pytali. Na moje ćpanie reagowali dość obojętnie. Często kwitowali to jednym zdaniem: Jeszcze z tego wyrośniesz.

Wyrastał. Leczył się nawet przez rok. Na Uniwersytecie Warszawskim udało mu się skończyć cztery semestry prawa. Kiedy miał pieniądze, starczało na amfetaminę. Później "jechał" na kompocie, czyli polskiej heroinie. Chciał się leczyć, ale brakowało mu motywacji. Żył z przekonaniem, że niewiele zostało mu życia. Przestał już dochodzić, który świat jest realny. Ten po narkotyku, czy ten bez. - Ostatnio mam ciągle paskudny sen - opowiadał. - Koszmar. Trumna ze mną stoi w karawanie. Przez uchylone wieko wystaje moja pokłuta ręka. Przy karawanie biegnie diabeł z wielką strzykawką ociekającą krwią. Budzę się zlany potem i szukam przez kilka godzin swojej żyły, by się wkłuć. Tak już jestem podźgany. Zamierzam pisać pamiętnik dla młodszych, by przestrzec ich przed koszmarnym snem, jakim jest branie narkotyków.

Patryk nie napisał pamiętnika. Zmarł na skutek przedawkowania w kilka miesięcy po tej rozmowie. W październiku 1996 roku.

Chyba się boję

Piotr był rówieśnikiem Patryka. Nie znajdował się jednak w tak komfortowej sytuacji, by mieć mieszkanie. Przez trzy lata mieszkał w piwnicy. Babcia, która była jego prawną opiekunką, wymeldowała go, kiedy poszedł do więzienia za produkcję "kompotu". - Ale ja się jej nie dziwię - mówił. - Tyle złego jej wyrządziłem.

Piotr kilka lat żył z "kartki", jak mówił. Na tekturze miał wypisane grubym czarnym flamastrem: "Pomóżcie, jestem chory na HIV". Żebrał w tramwajach i przed ruchliwymi domami towarowymi. - Ludzie są miłosierni - opowiadał - i jakoś dają żyć. Piotr był zarażony HIV-em od trzech lat. - Lekarze nic nie mówią o śmierci. Ale ja ją czuję na plecach każdego dnia - stwierdzał obojętnie. Narkotyki zaczął brać z ciekawości mając 13 lat. Kolega go poczęstował. Kiedy był na haju, nie przychodził do domu i babcia nie wiedziała, że jest narkomanem. W liceum, kiedy zorientowano się pod koniec trzeciej klasy, że jest narkomanem, szkoła delikatnie pozbyła się go. Załamał się. Chciał pójść na studia. Miały być jego odtrutką. - Zacząłem kręcić się wśród ludzi, którzy nie mieli nic do powiedzenia, kiedy nie byli naćpani. Więc ćpałem, by z nimi nawiązać kontakt. Teraz już dla mnie za późno, by wrócić do normalnego życia. Nie umiem, ale chyba bardziej boję się - mówił przed siedmiu laty Piotr. W tym roku minie jego piąta rocznica śmierci. Zmarł z przedawkowania.

Redukcja szkód

Narkomania znana jest na świecie od setek lat. Na początku dwudziestego wieku upowszechniła je moda. Najpierw w środowisku lekarskim. Następnie artystycznym. Narkomania zrazu postrzegana jako niegroźne dziwactwo, w kilkadziesiąt lat później przerodziła się w niebezpieczne i masowe uzależnienie, eliminujące z życia setki tysięcy ludzi. Z czasem powstał lęk przed narkomanami, spotęgowany wkrótce zagrożeniem wirusem HIV i chorobą AIDS. Narkomani zaczęli być coraz bardziej marginalizowani. Dotyczyło to zarówno Polski, jak i innych krajów. Na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat powstało wiele ośrodków i programów leczenia uzależnionych od narkotyków. Żaden z nich jednak w radykalny sposób nie zminimalizował zagrożenia. Czuwała nad tym siła uzależnienia, jak i rozwijający się przemysł narkotykowy proponujący coraz bardziej "atrakcyjne" rodzaje narkotyków. Nowe sposoby ich dostarczania. Chwilowe obniżki cen.

Obecnie w Polsce istnieje 60 ośrodków leczenia narkomanów. Połowa z nich prowadzona jest przez Monar. Miejsce w nich może znaleźć 1800 osób. W samej zaś Warszawie zarejestrowanych narkomanów jest dwa tysiące.

Od połowy lat dziewięćdziesiątych, jako jeden z kolejnych etapów pomocy narkomanom, pojawiła się metoda zwana harm reduction. Wkrótce zaczęto ją stosować również w Polsce, nazywając ją redukcją szkód. Polega ona na tworzeniu systemu pomocowego uwzględniającego potrzeby narkomana. Do pracy na ulicy wysłano między innymi wolontariuszy zwanych street walkerami. Ich zadaniem jest pomoc narkomanom. Wychodzi się bowiem z założenia, że narkoman jest już wystarczająco upośledzony, cierpiąc na chorobę uzależnienia i należy odciążyć go od poniżającego traktowania przez wielu ludzi. Narkoman, jak każdy inny człowiek, nie chce być bity, głodny czy wreszcie zarażony wirusem HIV. A jeśli już jego choroba stanie się śmiertelna - chciałby po prostu godnie umrzeć.

Od czasu wprowadzenia programu nastąpiła stabilizacja zachorowań na AIDS. Istnieje przypuszczenie, że jest to efekt wymiany strzykawek i igieł w środowisku narkomanów. A spośród zarażonych HIV w Polsce ponad 60 proc. ludzi bierze narkotyki. Według badań przeprowadzonych w kraju i na świecie ponad dziewięćdziesiąt procent narkomanów wymienia strzykawki, jeśli ma możliwość. - Redukcja szkód to w skrócie program, który dąży do sukcesu w leczeniu narkomana drogą małych zmian - mówi Jacek Harmast z Monaru, kierownik programu. - Nie dążymy od razu do uzyskania wielkich sukcesów. Chcemy, by narkoman przestał śmierdzieć, a zatem korzystał z łaźni, zmieniał ubranie, korzystał z noclegowni, lekarza, by przestał napadać na ludzi, w celu zdobycia pieniędzy na narkotyki. Wymieniał strzykawki i igły, by w ten sposób eliminować zarażenie się wirusem HIV. Tym wszystkim właśnie zajmują się street walkerzy. W Polsce do tej pory jest jedenaście punktów obsługiwanych przez nich. W samej Warszawie w ubiegłym roku objętych opieką street walkerów było 1600 narkomanów. Wydano im 180 tysięcy strzykawek i igieł.

Program finansowany jest przez Fundację Sorosa, Krajowe Biuro ds. Narkomanii, samorządy i niewielkie fundacje. - Ale program to również edukacja - podkreśla Jacek Harmast. - Chcemy na przykład pokazać narkomanom, że istnieją mniej zagrażające życiu metody korzystania z narkotyków. Chcemy, żeby wiedzieli, iż przyjmowanie narkotyków w żyłę szyjną może być bardzo niebezpieczne. Łatwo bowiem przez pomyłkę włkuć się w tętnicę, a to powoduje rychłą śmierć. Innym razem, kiedy narkoman używa tabletek extazy na bazie amfetaminy trzeba go uświadomić, że może to powodować przedawkowanie. Nawet po zażyciu dwóch tabletek.

Bajzel

Bajzel to miejsce, w którym zbierają się narkomani w większych lub mniejszych miastach. Miejsce, gdzie śpią, ćpają, handlują narkotykami, przeżywają dramaty, kochają się, spółkują. Marzą o miłości, której już pewnie nie doświadczą. Rozmawiają, mniej lub bardziej ładnie, bezładnie. Szukają ratunku. Uciekają przed policją. Przed sprzedawcami narkotyków, którym są winni pieniądze za "działki" złudnego życia w pigułce. Niektórzy jeszcze z nadzieją. Inni upodlają się w poszukiwaniu grama narkotyku. Prostytuują się dziewczyny i chłopcy. Bez względu na wiek. Stają się łatwym łupem dla pedofili, alfonsów. Różnego rodzaju przestępców. Odrzuceni przez normalność, potwornie samotni, żyją i umierają. Są i tacy, którzy byli wielokrotnie na detoksie, czyli odtruciu. Ale odtruto im tylko organizm. Nie psychikę.

Warszawski bajzel to dworce: Śródmieście, Centralny, WKD. Są tu kilkunastolatki i półwieczni starcy. Ci, których już odrzuciła rodzina, znajomi. Siedzą w podziemiach dworców jak krety. Ubrani w brudne i podarte ubrania. Co jakiś czas wśród kilkudziesięciu "zadeklarowanych śmierci" pojawiają się ludzie elegancko ubrani, schludni, pachnący zewnętrznym światem perfum, by kupić "działkę". Ci, którzy mają jeszcze rodziny, kupują narkotyk, patrząc z obrzydzeniem na bajzlowych ćpunów. Jeszcze dziś pewni, że nigdy nie zostaną mieszkańcami bajzlu. Nie mija jednak kilka miesięcy, kiedy i oni, schodząc po dosłownych i symbolicznych schodach, stają się jego mieszkańcami.

W ten gąszcz zdeformowanych ciał i umysłów warszawskiego bajzlu codziennie wkraczają street walkerzy Monaru: Mariusz Janiszewski, socjolog, z kilkudziesięcioletnim stażem pracy wśród narkomanów i Natalia Magreta z niewielkim stażem street walkerka, studentka ostatniego roku socjologii. Bardziej przypominająca raperkę w ekskluzywnym klubie muzycznym niż aktywną wolontariuszkę. Dźwigają ciężkie torby wyładowane środkami opatrunkowymi, strzykawkami, igłami. Z pojemnikami na zużyte igły i strzykawki w plecakach. Z podziemnych korytarzy niczym teatralne manekiny wyłaniają się i obstępują ich ci, którym już niewielu potrafi pomóc utrzymać godność, życie. Nie ma w tych ćpunach agresji. Są zrezygnowani. Natalia i Mariusz szybko obsługują swoich klientów. Czasem im podpowiedzą, gdzie mogą zgłosić się do ośrodka na przyszłą terapię. - Na bajzlu jest cały przekrój społeczny. Choroba nie wybiera - podkreśla Mariusz. - Ci ludzie przeszli bardzo długą drogę. Sądzili, że poprzestaną tylko na lekkich narkotykach. No, ale jak wielu innym, to im się nie udało. Bardzo wielu z nich jest już w takiej sytuacji, że nie mają motywacji, by z narkotyków wychodzić. Bo też i mają świadomość, że zostali przez wszystkich skreśleni. A my próbujemy jakoś ten ich żywot polepszyć. Nieść pomoc. Dla nich sam fakt, że nikt ich nie kopie, ale pogada z nimi normalnie, to już dużo. A dla nas, jeśli uda nam się kogoś z bajzlu wyrwać na terapię, to prawdziwy sukces.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

miodzio (niezweryfikowany)

pisze sie narkomani chyba, czy sie moze myle.. ?

ASheh (niezweryfikowany)

f sumie db atr.
dosadny.....

ale do konca bylem przekonany ze gdzies bedzie napisane: "zaczelo sie od marihuany... "

spoko

randomness