REKLAMA




Państwo na prochach

Artykuł z tygodnika "Wprost" o narkobiznesie w meksykańskim mieście Juarez.

Tagi

Źródło

Wprost, nr 1095 (23 listopada 2003)

Odsłony

4644
Juliusz Urbanowicz

z Juárez, El Paso, Chihuahua i Mexico City

Wystarczy, że przejdziesz przez most Santa Fe - łączący amerykańskie El Paso z meksykańskim Juárez - a czujne oczy Arturo albo jego kolegów wyłowią cię z tłumu. Arturo wie, że Meksyk cieszy się opinią turystycznego i handlowego raju. - Otwieram do niego drzwi - śmieje się. Zaczyna niewinnie, od zaproszenia do restauracji. Za chwilę oferta się poszerza i Arturo proponuje senioritas. Wreszcie to, na czym zarabia najwięcej: - Pasek kokainy będzie cię kosztować 20 dolarów. Chyba że chcesz crack? Cena ta sama.

Tequila, seks i marihuana

Po przeciwnej stronie wąskiej ulicy prowadzącej na most stoi sześciu policjantów opartych o białe rowery górskie. Ich obecność nie krępuje dealera. - Nie chcesz koki? Masz rację, ja też wolę marihuanę. Za 20 dolców dam ci aż cztery jointy - proponuje nie zrażony Arturo. Wszystko niczym w piosence Manu Chao opiewającej uroki innego meksykańskiego miasta: "Welcome to Tijuana: tequila, sexo y marijuana..." (Witajcie w Tijuanie, chcecie tequilę, seks i marihuanę?). Żeby się napić alkoholu w El Paso, trzeba mieć 21 lat, ale wystarczy przejść do Juárez i "no hay problema" (nie ma problemu) - trunki w barze czy sklepie sprzedaje się nawet 14-latkom. Podobnie narkotyki.

To, czego można doświadczyć na ulicach Juárez, jest jedynie oknem wystawowym małego sklepiku w potężnej sieci zbytu, zawiadowanej przez narkobiznes. Zyski ze sprzedaży środków odurzających w miejscowościach pogranicza to zaledwie kropla w morzu dochodów, które płyną do kasy narkotykowej mafii.

Tijuana/San Diego jest na granicy meksykańsko-amerykańskiej przejściem o największym ruchu osobowym. Juárez ma pod tym względem jedynie lokalne znaczenie, choćby dlatego, że Teksas nie jest dla przybyszów z południa tak silnym magnesem jak Kalifornia. Gdy jednak chodzi o przepływ towarów, Tijuana nie może się równać z Juárez. Jest ono najważniejszym punktem granicznym służącym do transportu towarów, a zarazem meksykańską stolicą przemytu. Powód? Miasto leży na głównym szlaku komunikacyjnym łączącym oba kraje, mniej więcej na środku linii granicznej. Juárez dzieli więc od rynków zbytu zarówno wschodniego, jak i zachodniego wybrzeża Ameryki podobna odległość. Dlatego bossowie narkotykowi na swą główną siedzibę wybrali właśnie duszące się od pustynnego upału Juárez. Miasto stało się już nie drzwiami, lecz szeroką bramą, przez którą przewozi się środki odurzające do USA. Przez Meksyk, głównie przez Juárez, przechodzi około 70 proc. narkotyków trafiających na amerykański rynek! - Doskonałe położenie i świetna infrastruktura sprawiły, że Juárez zamieniło się w korytarz transportu środków odurzających, zwłaszcza marihuany i narkotyków "zaprojektowanych", np. ecstasy - mówi mi przedstawiciel amerykańskiej administracji.

Wieczorem na moście w El Paso jestem świadkiem, jak kilkudziesięciu funkcjonariuszy amerykańskich służb celnych, granicznych i antynarkotykowych krząta się wokół rozpruwanej palnikami furgonetki. Opiekun psa wyspecjalizowanego w wykrywaniu narkotyków poklepuje swego pupila, który wywęszył nielegalny przerzut. Mimo że nie ma tygodnia bez podobnej wpadki narkoprzemytników, Amerykanie szacują, że udaje im się przechwycić najwyżej 10 proc. szmuglowanych tędy narkotyków.

Meksykański łącznik

Meksykanie zdetronizowali w narkobiznesie Kolumbijczyków - kartele z Medellín i Cali. Zadecydowały o tym dwa czynniki. Po pierwsze, USA na przełomie lat 80. i 90. zaostrzyły kontrolę towarów transportowanych drogą powietrzną i morską, podcinając skrzydła kolumbijskim kartelom. Po drugie, kartel z Juárez przyjął sprytną strategię marketingową. Gdy gwałtownie tracący zyski Kolumbijczycy zwrócili się do gangsterów z Meksyku z propozycją otwarcia lądowych szlaków przerzutu, tutejsi mafiosi postawili zuchwałe warunki: połowa towaru trafiającego do Meksyku staje się ich własnością, a od przemytu drugiej połowy - własności Kolumbijczyków - dostaną jeszcze procent.

Kolumbijczycy na to przystali. W ten sposób umarł król Pablo Escobar, boss kartelu z Medellín, a narodził się król Amado Carrillo Fuentes, szef kartelu z Juárez. Według funkcjonariuszy Drug Enforcement Administration, amerykańskiej rządowej agendy do zwalczania narkotyków, Carrillo - numer jeden w globalnym narkobiznesie - zarabiał nawet kilkadziesiąt milionów dolarów tygodniowo, a przemysł narkotykowy w Meksyku przynosił rocznie co najmniej 15 mld USD.

Carrillo nazwano "panem niebios", bo pierwszy zaczął używać odrzutowców do przewożenia kokainy z Kolumbii do Meksyku. Po tajemniczej śmierci Amado (wielu w nią wątpi) w czasie operacji plastycznej, która miała zmienić jego wygląd, narkozyski przejął Vicente, syn Amado.

Drugim ważnym elementem strategii marketingowej Carrillo był sposób wynagradzania przemytników. - Połowę doli wypłacano im nie w gotówce, ale w postaci białego proszku - mówi Hugo Almada, socjolog i psychoterapeuta szkolący na uniwersytecie w Juárez działaczy organizacji społecznych, w tym streetworkerów pomagających w walce z narkomanią, którzy m.in. prowadzą ewidencję nielegalnych punktów sprzedaży środków odurzających. Na efekty swej polityki narkobaronowie nie musieli długo czekać. Tienditas (sklepiki z narkotykami) wyrastały jak grzyby po deszczu. Podczas gdy tysiące drobnych przemytników, zwanych burros (osły) i camellos (wielbłądy), przenosiły po kilogramie kokainy lub heroiny na drugą stronę granicy, picaderos - jak Arturo - chwycili się bezpieczniejszego zajęcia, oferując towar miejscowej klienteli. Narkotyki błyskawicznie zalały pogranicze, a potem cały kraj.

Kultura narkotykowa

- Powstała cała kultura narkotykowa i przeświadczenie, że wszyscy w tym uczestniczą: albo biorą, albo handlują, albo chronią, albo przymykają oko. Narkotyki stały się chlebem powszednim - mówi Almada. W 1995 r. naliczono w Juárez 500 tienditas, trzy lata później było ich tysiąc, a dziś już nikt nie podaje liczby melin. Pokusa łatwego zarobku jest silna. 40-60 proc. Meksykanów żyje w ubóstwie, a 28 proc. nie ma więcej niż dolara dziennie na utrzymanie - co wedle ONZ-owskiej agendy rozwoju UNDP, jest granicą skrajnego ubóstwa.

Arturo to tylko płotka na usługach bossów najpotężniejszego na świecie kartelu narkotykowego. Bez zgody jego szefów nikt nikomu nie otworzy żadnych drzwi. Nie tylko w Juárez. Meksykańscy gangsterzy działali wedle wzorców wypróbowanych przez mafię sycylijską - ośmiornicę. Najważniejszym celem strategii kartelu było oplecenie przestępczymi mackami wszystkich dziedzin życia. Narkobaronowie zdobyli przyczółki w rządzie i Kongresie, w policji i prokuraturze, w armii, biznesie, w mediach, a nawet w Kościele. - Carrillo ma dużo większą kontrolę nad władzami niż Escobar. Poziom korupcji w Meksyku przekracza wyobraźnię - uważa Diana Waldez Washington z gazety "El Paso Times". Według ocen DEA, Carrillo senior miał ścisłe powiązania z szefem rządowego instytutu do spraw zwalczania narkotyków. W 1999 r. Mario Villanueva, gubernator stanu Quintana Roo, "zniknął" osiem dni przed końcem kadencji, a więc i wygaśnięciem immunitetu. Bał się, że zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za powiązania z kartelem. W 2001 r. władze Szwajcarii oskarżyły Raula Salinasa, brata byłego prezydenta Meksyku, o udział w przemycie nar-kotyków (lokował zyski w Szwajcarii). W kraju oskarżano go o zlecanie zabójstw. Sam prezydent Carlos Salinas po zakończeniu urzędowania (1988-1994) osiedlił się w Irlandii, która ma gorszy klimat, ale nie podpisała z Meksykiem umowy o ekstradycji. To Salinas otworzył kraj na prywatyzację i wolny handel (dziś Meksyk ma umowy o wolnym handlu z 32 krajami i jest jedną z dziesięciu największych gospodarek świata), głównie pamięta się, że włączył Meksyk w ciemniejszą część globalizacji.

Prezydent Vicente Fox zaangażował do walki z narkomafią nawet siły zbrojne, a ostatnio wysłał w tym celu do Tijuany 650 funkcjonariuszy federalnej policji. Mało kto wierzy w skuteczność tych działań - tym bardziej że gen. Jesús Gutiérrez Rebollo, zaufany człowiek prezydenta do walki z narkogangami, siedział w kieszeni kartelu z Juárez. Mówi się, że kogo kartel nie może kupić, tego zabija. Tak ginęli polityczni rywale braci Salinasów. - Narkobiznes nie byłby możliwy bez współpracy gangsterów z policją i bez narkopolityki. W Meksyku jest publiczną tajemnicą, którzy ważni politycy i generałowie nie mają z tego powodu pozwolenia na przekraczanie amerykańskiej granicy - mówi ojciec Hesiquio Trevizo, rzecznik diecezji katolickiej w Juárez. Odpiera jednak oskarżenia, że świątynie w Juárez są budowane z datków kartelu. Według księdza, zarzuty prokuratury pod adresem kardynała Juana Sandovala, byłego biskupa Juárez, o udział w praniu pieniędzy narkomafii są wyssane z palca.

Kto oŚmieli się tknąć "nietykalnych"?

Nie brak poszlak, że nawet niektórzy amerykańscy kongresmani siedzą w kieszeni kartelu z Juárez. Susan E. Reed, publicystka "The New Republic", nazwała Meksyk "narkotykową superautostradą". Oskarżała administrację Clintona o przymykanie oczu na to, co dzieje się w Meksyku, mimo że narkotykowa ośmiornica wpływała na sytuację w USA. - Biały Dom wciąż pozostaje głuchy na te sygnały, chociaż Juárez, gdzie ma siedzibę najpotężniejszy kartel, to nie jakieś pueblo, ale jedna z głównych bram NAFTA - mówi Diana Washington.

Tymczasem, jak przestrzegali eksperci przesłuchiwani przez komisje Kongresu USA, bezkarność wysoko postawionych i powiązanych z narkomafią osobistości w Meksyku potęguje poczucie, że w tym państwie panuje bezprawie. Dzięki temu potęga karteli narkotykowych rośnie.

Działalność kartelu jest prawdopodobnie głównym powodem tego, że w Juárez i na całym pograniczu tak trudno położyć kres zabójstwom młodych, na ogół biednych kobiet. Na związki kartelu z tą zbrodnią wskazuje raport FBI. Według Oscara Mayneza, byłego szefa wydziału do spraw zabójstw kobiet w Juárez, tylko narkomafia ma dość sił i środków, by sprawić, że te mordy tak długo pozostają bezkarne (od roku 1993) - mimo zmiany ekip rządzących na szczeblu lokalnym, stanowym i federalnym. Jedna z hipotez głosi, że gwałcenie i mordowanie kobiet jest rytuałem pasowania kandydatów na "żołnierzy" kartelu. Ktoś, kto przejdzie taką próbę, będzie gotów do najbardziej makabrycznych czynów.

Sprawcy zbrodni nie trafiają przed sąd, gdyż nie życzą sobie tego ich mocodawcy. - Nikt nie ośmieli się tknąć nietykalnych - mówi Washington. - Kto miałby to zrobić? Czy znajdzie się świadek albo policjant gotów tropić zabójców, skoro sam gubernator i prokurator generalny stanu Chihuahua mają związki z kartelem? - pyta Patricia Borunda, była deputowana do stanowego Kongresu, aktywistka organizacji Mujeres de Negro (Kobiety w Czerni). Władze są oskarżane przez rodziny ofiar o torpedowanie śledztwa w sprawie morderstw kobiet. Skąd jednak Borunda wie, że gubernator i prokurator chodzą na pasku mafii? - A jak zgromadziliby tak ogromny majątek? Prokurator był biedny jak mysz kościelna, gdy obejmował urząd kilka lat temu! - odpowiada kobieta.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

Armageddon (niezweryfikowany)

No niestety. Takie efekty przynosi prohibicyjna polityka USA. Co najbardziej bolesne Yankee nie odczuwają tego na własnej skórze bo znaleźli świetny sposób aby problemy związane z ich popieprzoną polityką umiejscowić poza granicami swojego faszystowskiego państwa.. to oni są głównymi odpowiedzialnymi za popełnione zbrodnie.

lk (niezweryfikowany)

No niestety. Takie efekty przynosi prohibicyjna polityka USA. Co najbardziej bolesne Yankee nie odczuwają tego na własnej skórze bo znaleźli świetny sposób aby problemy związane z ich popieprzoną polityką umiejscowić poza granicami swojego faszystowskiego państwa.. to oni są głównymi odpowiedzialnymi za popełnione zbrodnie.

randomness