REKLAMA




Fałszywy koniec wojny narkotykowej. Meksykańskie władze tuszują swoją porażkę

Meksykańska wojna narkotykowa "skończyła się" po dziesięciu latach dziwacznie. Chociaż przemoc nie spadła, rząd i media pudrują oblicze kraju fałszywym makijażem.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Gazeta Wyborcza
Marcin Jarosławski

Odsłony

119

Meksykańska wojna narkotykowa "skończyła się" po dziesięciu latach dziwacznie. Chociaż przemoc nie spadła, rząd i media pudrują oblicze kraju fałszywym makijażem.

Portal Zwierzę Polityczne ujawnił w kwietniu, że w stanie Veracruz znaleziono zbiorowy grób z tysiącami fragmentów kości ludzkich. Ofiary były dostarczane kartelowi narkotykowemu przez policję, a następnie mordowane, ćwiartowane, palone i mielone w maszynach do kruszenia trzciny cukrowej. Tylko cztery udało się zidentyfikować.

Narkowojnie, będącej jeszcze do niedawna głównym tematem serwisów informacyjnych, nikt wprawdzie otwarcie nie przeczy, ale media ulegające patriotycznym apelom rządu najwyraźniej uznały, że dzieją się w kraju rzeczy bardziej interesujące, i tworzą teraz milszy zagranicznym turystom czy inwestorom wizerunek. Nie rozpisują się już o przemocy, lecz donoszą zazwyczaj o pojedynczych incydentach, nieukładających się w ogólny wzór bezprecedensowej przemocy.

Dwadzieścia lat temu narkobiznes był naturalnym elementem krajobrazu. Nawet najbardziej „poszukiwani” przestępcy prowadzili beztroskie życie. Jeden z dzienników publikował codziennie tzw. egzekucjometr, odliczając zabitych w gangsterskich porachunkach.

Kiedy dziesięć lat temu prezydent Felipe Calderón rozpoczynał urzędowanie, walka karteli sięgnęła nienotowanych wcześniej rozmiarów. Na dodatek głowa państwa miała przeciwko sobie połowę społeczeństwa przeświadczoną o oszustwie wyborczym. Przegrany kandydat lewicy Andrés Manuel López Obrador okrzyknął się „prawowitym prezydentem” i ofiarą matactw „faszystowskiej skrajnej prawicy”.

Calderón potrzebował sukcesu, aby przekonać do siebie społeczeństwo. Dlatego w pierwszych dniach urzędowania zapowiedział bezkompromisową walkę z narkotykową przestępczością i skierował do niej ponad 40 tys. żołnierzy.

Wojna rozpętała przemoc

Niemal natychmiast wzrosła skala przemocy, choć wcześniej systematycznie spadała. Kartele zaczęły się prześcigać w okrucieństwie na postrach państwu i wrogom. Po początkowym aplauzie poparcie społeczne rychło opadło. Oczywiste stało się, że wojny z kartelami nie tylko nie da się wygrać, ale lepiej ich także nie drażnić.

Kolejne lata były najbardziej krwawe od rewolucji z początku XX w. W zamachach, egzekucjach i potyczkach wojska z narkokomandami zginęło do dzisiaj ponad 200 tys. osób. Państwo niemal przestało ścigać sprawców. Rząd uznał cynicznie natężenie przemocy za sukces, miało być dowodem na panikę w szeregach karteli.

Wojna przyniosła geograficzną redystrybucję morderstw. O ile dziesięć lat wcześniej najbardziej niebezpiecznym miastem świata było Ciudad Juárez, to teraz jego miejsce zajęło nadmorskie Acapulco. Z troski o turystów przestają tam zawijać zagraniczne statki wycieczkowe. Wskaźnik zabójstw wynosi ponad sto na 100 tys. mieszkańców.

Aż osiem meksykańskich miast mieści się na opublikowanej przez organizację pozarządową Bezpieczeństwo, Pokój i Sprawiedliwość liście pięćdziesięciu najbardziej niebezpiecznych na świecie.

Nie tylko dane liczbowe przeczą promowanemu przez rząd mitowi, że wojna się kończy. Sprawcy mordów świadomie wprawiają opinię publiczną w osłupienie.

Od dziesięciu lat bandyci podrzucają ścięte głowy na parkiety taneczne, zostawiają przed komisariatami albo w innych miejscach publicznych, a zwłoki wieszają na mostach. W mieście Iguala, gdzie grupa uczniów nauczycielskiego kolegium uprowadziła autobusy, aby pojechać do stolicy na doroczny marsz upamiętniający masakrę studencką z października 1968 r., policja ostrzelała ich, po czym przekazała gangowi Guerreros unidos, który ich wymordował i spalił. Zwłoki jednej z ofiar odnaleziono dzień po masakrze - wyłupiono jej oczy i z rzeźniczą precyzją wycięto twarz. Dowody wikłały w zbrodnię burmistrza i jego żonę.

W zbiorowym mordzie w Iguali znamienny był brak motywu i okrucieństwo. Masakra przeczy logice narkobiznesu, w którego interesie nie było ściąganie na siebie uwagi świata i armii.

Wedle niedawnego zestawienia organizacji Freedom House Meksyk jest państwem o jednym z niższych na świecie wskaźników wolności prasy. I jednym z najbardziej niebezpiecznych dla dziennikarzy krajów świata. Od 2010 r. zginęło ich pięćdziesięciu, złożono osiemset doniesień o agresji wobec dziennikarzy, a wskaźnik bezkarności sprawców wynosi 100 proc.

Jak przypudrować szpetny wizerunek

Autocenzura prasy regionalnej, unikającej pisania o tematach niebezpiecznych dla dziennikarzy, jest zrozumiała. Ale dziwi stanowisko tytułów ogólnokrajowych, atakowanych nieporównanie rzadziej. Nie nabrały zupełnie wody w usta, ale w ostatnich latach zmieniły ton. Wraz z rządem sugerują, że „200 tys. zabitych nie jest tym, na co wygląda”, i serwują podkolorowany wizerunek kraju, bardziej atrakcyjny niż odstręczający obraz „jednego z najbardziej niebezpiecznych krajów świata niebędących w stanie oficjalnej wojny”.

Zabójstwa traktuje się dzisiaj, jakby chodziło o incydenty, a nie o wojnę, co do której nie ma żadnych powodów, by sądzić, że się kończy. W pierwszych czterech latach rządów obecnego prezydenta Enriquego Peñi Nieto zginęło 90 tys. osób, szacuje się, że do końca sześcioletniej kadencji będzie ich 140 tys. Wskaźnik zabójstw wyniesie 22 osoby na 100 tys. mieszkańców – dokładnie tyle samo, ile za rządów poprzednika Felipe Calderona.

Ocena wysiłków państwa w ostatnich dziesięciu latach, by militarnie osłabić władzę karteli narkotykowych, zależy od oczekiwań wobec rządzących. Jeśli Meksyk miał nadzieję, że ograniczą zabójstwa i poprawią bezpieczeństwo obywateli, to ponieśli bezdyskusyjną porażkę. Jeśli jednak działalność karteli uznać za nieuchronną, a rolę państwa ograniczyć do ustanowienia i sprawnej egzekucji reguł ich funkcjonowania, sprawa jest bardziej złożona, choć grubą przesadą byłoby mówić o zwycięstwie.

Po raz pierwszy w historii państwo wdrożyło systematyczną strategię walki z bandytyzmem. W rezultacie przestępcy zaczęli się obawiać represji i dokonali reorganizacji. Dziś zajmują się nie tylko produkcją i szmuglem narkotyków, lecz np. kontrolą bardzo rozwiniętego przemysłu pirackiego czy kradzieżą paliw. Rocznie wykrywa się ponad 5 tys. nielegalnych ujęć, a straty szacowane są na 1 mld dol.

Być może wysiłek rządu przyczyni się z czasem do ograniczenia przemocy, bo kartele zechcą „zoptymalizować” nielegalne zyski. W zamian za rozejm kartele będą mogły liczyć na umiarkowaną tolerancję państwa. Jeśli ktoś chciałby osiągnąć więcej, to nie zdoła. Historia meksykańskiej wojny pokazuje, że wygórowane ambicje położenia kresu przemocy raz na zawsze powodują tylko jej natężenie.

Przemoc bez końca

Jedna dziesiąta meksykańskiego terytorium kontrolowana jest przez kartele. W wielu miejscach stanów Guerrero, Michoacán, Tamaulipas, Sinaloa, Chihuahua narkotykowe rządy sprawują równoległą władzę w imię zasady „plata o plomo”, czyli forsa albo kula w łeb. W ostatnich dziesięciu latach z rąk karteli zginęło blisko 90 burmistrzów i funkcjonariuszy władz municypalnych.

Zysk z wypowiedzianej kartelom dziesięć lat temu wojny jest z punktu widzenia obywatela abstrakcyjny. Przestępcy wiedzą już, że mogą zostać zabici lub pojmani, co zresztą stało się w przypadku większości historycznych szefów karteli, z Joaquinem El Chapo Guzmanem na czele. Ale ich miejsce zajmuje nowe pokolenie, bo narkobiznes pozostaje nie tylko lukratywnym, ale i często jedynym kuszącym zajęciem dla wielu młodych ludzi.

Wiele osób uważa, że rozwiązaniem byłaby legalizacja narkotyków. Ale kłopot z narkobiznesem nie jest jedynie natury prawnej, ale przede wszystkim społecznej. Zwykły akt legislacyjny nie uczyni z setek tysięcy ludzi żyjących z działalności przestępczej – mających za sobą historię nieprzedawnionych zbrodni i innych aktów przemocy – przykładnych obywateli prowadzących legalne narkoapteki. Deputowani nie wyczarują z dnia na dzień pokoju w Meksyku.

Oceń treść:

Average: 9.5 (2 votes)

Komentarze

legalizacja (niezweryfikowany)
Tym bardziej nalezy zalegalizowac jak najszybciej!nie bedac problemem kryminalnym a medycznym przeciez narkotyki to chemia i w Polsce potrzeba ustawy legalizujacej trawe ,amfetamine i morfine jakies bary dla doroslych z dala od miast i ludzi .Tak samo smieszny temat zastepczy dopalacze trzeba by bylo kanaboidy tylko ograniczyc i inne za silne zwiazki reszte zbadac opisac dzialanie i z dawka dolaczyc instrukcje i antidotum na dana substancje a nie z 1 gramowca kryminaliste robic pokolenie lat 90,88-95 do sejmu nowa calkiem partie i awansem to zrobic legalnie lobbowac.