Kanał

Rozdział książki "Po tej stronie granicy"; reportaż z "Na przełaj".

Tagi

Źródło

"Po tej stronie granicy" (do spisu treści) okladka okładka "Na przełaj" 22 II 1981

Odsłony

2205

rozdział książki pt "Po tej stronie granicy" (do spisu treści)
okladka okładka

"Na przełaj"
22 II 1981

Siedzimy w rogu kawiarni, obok niespokojna, ruchliwa grupka. Trzaskają oszklone drzwi, co chwila podchodzą nowi, zagadują, kręcą się, wychodzą i wracają.
Paweł nie widział śmierci tamtego chłopaka. Wie, że miał szesnaście lat i to była jego pierwsza próba. Wziął za dużo, może miał słabe serce. Kiedy ludzie zauważyli, że jest z nim źle, wynieśli go na chodnik. Paweł tłumaczy że tak zawsze postępują narkomani, jeśli w ich obecności ktoś umrze od przedawkowania. I zawsze obok leży strzykawka, żeby lekarz od razu wiedział. Mówią o tym: wynieść na tory.

Pomimo strachu, bo milicja podwoiła naloty, przychodzą tu i tak. Paweł nie może się nadziwić, że kelnerki są dla nich wciąż uprzejme. Do tej pory nie tyle milicja, co personel kawiarń zmuszał ich do zmiany miejsca. Tutaj kelnerki nikogo nie wyrzucają. Złoszczą się tylko wtedy, kiedy ludzie siedzący w rogu, tuż za szklanymi drzwiami, nie mają przed sobą ani herbaty, ani soku, ani ciastek. Szatniarzowi nie podoba się jedynie to, że nie zdejmują płaszczy.
Paweł objaśnia - podłużny stolik pod oknem zajmują nastolaty. Dla nich kelnerki są szczególnie miłe. Kiedy któreś przyśnie z głową na wysokim stoliku, budzą delikatnie:
- Synuś, nie śpij.
O tęgiej piętnastolatce, która raz po raz ociera się o gromadkę przy drzwiach, Paweł ze złością mówi siusiara. Dziewczyna ma duży biust, dżinsy opięte na pupie i włosy ułożone w równiutkie fale. Pewnie spała w warkoczykach.
Paweł pieni się na głupotę szesnastolatków, którzy marzą o tym, żeby zostać narkomanami całą gębą. Nie umie wyjaśnić, dlaczego status narkomana cieszy się u nich tak dużym prestiżem.
Sam był taki, chciał silnych doznań.
Zaczynał od pasty, kilku makabrycznych wizji i lęków nie zapomni do dziś.
Rzucił pastę, ale uzależnił się od kompotu, narkotyku pędzonego chałupniczo po domach. To towar, którym handlują pod kawiarnią.

Najpierw, jak wszyscy, brał dla przyjemności, wpadł w ciąg niepostrzeżenie. Brak narkotyku to dla niego męka. Pamięta swoją podróż taksówką w poszukiwaniu towaru. Był na ostrym głodzie. Taksówkarz przestraszył się, kiedy w trakcie jazdy spostrzegł, że Paweł jest zlany potem, roztrzęsiony. Paweł z trudem powstrzymywał torsje, bał się biegunki. Nogi pękały z bólu. Do objawów głodu, czyli ssawy, jest przyzwyczajony, rejestruje je jak zmianę pogody. Schodzę ze stanu, zaczynają się dreszcze - melduje.

Jemu kompot jest potrzebny żeby czuć się normalnie. Żeby nic nie bolało, żeby było mu ciepło. Coś więcej może mieć tylko przy zwiększonej dawce. Do takiej zwiększonej codziennej dawki, czyli działki, organizm łatwo się przyzwyczaja i trzeba ładować coraz więcej i więcej, żeby poczuć. I nie można wtedy robić ani myśleć o niczym innym.
Paweł do własnej śmierci ma stosunek w pełni obojętny. Odkąd jest na ssawie, zabija się powoli i wie, że zostały mu jeszcze cztery lata życia, jeśli się z tego nie wyrwie. Mówi o tym spokojnie, tak samo spokojnie stwierdza, że będzie brał. Wierzy w życie pozagrobowe, jakąś tam wieczność, którą sobie wyobraża bez pomocy żadnej religii. Napisał o tym wiersz:

ja nie umiem umierać
ja nie chcę umierać
w miękkim łóżku
i z płaczącą rodziną wokoło
chciałbym czegoś innego
idę po drabinie
i coraz większe robię kroki
ktoś mnie chwyta za kurtkę
i pyta dokąd się stary wybierasz
idę umrzeć
po co chcesz umierać
odtrącam jego rękę
i znów idę

W wierszu nie napisał prawdy, bardzo chciał mieć rodzinę. Jeden jedyny raz zdecydował się na odwyk dla dziewczyny .
Czuje się muzykiem, choć na prośbę matki został kierowcą i nawet przez pięć miesięcy pracował. Za te kilkanaście tysięcy kupił swoje pierwsze w życiu bębny. Szybko je sprzedał, jak wszystko, za towar. Nie ma ani płyt, ani magnetofonu, ani adapteru, jedynie trzeszczące radio. Dwadzieścia pięć tysięcy, które dostał od babci na porządny sprzęt, poleciały przez tydzień. Nawet takie pieniądze nigdy by nie wystarczyły, gdyby Paweł nie wszedł w układ. Jak wszyscy narkomani na głodzie, którzy nie kupują, tylko wspólnie produkują towar. Pochłania mu to cały dzień. Nie może nigdzie wyjechać, nie zniósłby głodu, a jednorazowa produkcja wystarczy na kilka godzin. Bierze kilka razy dziennie po kilka centków. Ostatni raz przed zaśnięciem. Wtedy wie, że do rana ma spokój.

W kawiarni podchodzi do nas mnóstwo ludzi, odciągają Pawła na bok, mówią ściszonymi głosami. Okazuje się, że to tylko interesy. Dzień narkomana jest bardzo pracowity, zapewnienie sobie swojej działki na następny dzień kosztuje mnóstwo zabiegów i energii. Kiedyś suchy surowiec można było zebrać z ziemi, teraz chłopi, choć zo bowiązani do palenia suszu, sprzedają go potajemnie od 22 do 40 złotych za kilogram. Paweł, jak wszyscy doświadczeni narkomani, ma swoją wieś, w której sprzedają dobry susz, już odważony i zmielony. Przekonuje mnie, że póki będzie miał pod dostatkiem towaru, nie przestanie brać. Ani żaden z jego znajomych.
Wiele razy wychodził z milicji po ścianach. Jest zdecydowany na wszystko:
- Jak dostanę wyrok większy niż trzy miesiące, dam sobie w czapę.
W domu pędzi makiwarę i kompot.
Wszystkie inne używane w Polsce narkotyki mają się do nich jak deser do obiadu. Jedynie przemyt z Zachodu jest poza konkurencją. Paweł, jak każdy narkoman, marzy o kwasie - LSD, prawdziwej herze, czyli heroinie.
Dla Pawła raj zaczyna się z początkiem lata. Wtedy idą w kąt gary, spreparowanie na polu mleczka trwa kilka minut. Wie, gdzie są najlepsze pola, gdzie najdłużej kwitną kwiaty.
Podobno nawet po długim odwyku starzy ćpacze na widok pól dostają dreszczy.
W domu Paweł ma spokój, matka pracuje. Codziennie rano może zrobić swoje, do południa kuchnia jest czysta. Zostaje bieganie za odczynnikami i sprzedanie paru centków nadprodukcji, żeby mieć za co zrobić następną.

Dramat zaczyna się wtedy, kiedy matka zostaje w domu. Nic nie wie o ćpaniu Pawła, jest przekonana, że zerwał z tym już dawno. Wtedy z torbą na plecach i na głodzie, odbierającym stopniowo siły, biega po ludziach w poszukiwaniu wolnego mieszkania. Jeśli nie znajduje, idzie tu, pod tę knajpę, do handlarzy.

- Nikt tu nie szuka czyjejś bliskości ani akceptacji, jak to bywa w innych środowiskach - wyjaśnia. - Tu się załatwia tylko interesy. - Zapewnia mnie, że widok narkomana zdychającego na głodzie nikogo tu nie wzrusza. Każdy drży o siebie, znika solidarność, brak jakiejkolwiek więzi, poza twardym prawem interesów. Oszukuj, kradnij, nie wierz nikomu, bój się wszystkich, a wtedy zobaczysz, co to znaczy być narkomanem - mówi.
Nastolatki, szukające w kawiarni przygód, z chwilą wejścia w ciąg przeżywają tragedię. Tylko język daje im poczucie kontaktu z podobnymi sobie, odrębności, o jakiej marzyli. Poza tym każdy jest sam. Narkomani rozmawiają ze sobą swoistym slangiem, złożonym z kilkunastu słów. Siedząc w kawiarni pośród nich, rozmawiając z Pawłem, niewiele więcej słów usłyszałam.
Stopniowo orientuję się, że ich świat zredukowany jest do kilkunastu pojęć, które wyznaczają zakres ich doznań. Dla większości jedynych.

Huknąć w kanał.
Dostać kopa.
Uwalić się, zamulić, przyćpać.
I jeszcze sprzęt - pompka i szpilka.
I towar.

Paweł pokazuje mi przez okno kawiarni "Dżinksa", niewielkiego człowieczka w błyszczącej kurtce. To zawodowy handlarz, który szuka klientów wśród nastolatków. Udaje mu się to bez większych kłopotów. Status prawdziwego ćpacza ma wśród rzeszy nastolatków coraz wyższe notowania.

Paweł zapewnia mnie, że nie ma w dużych miastach osiedla, w którym by się nie produkowało towaru. Ćpają koledzy z podwórka, koledzy ze szkoły, rodzeństwa i małżeństwa. Na wakacjach co roku spotyka coraz więcej narkomanów z małych miasteczek i wsi, gdzie jeszcze do niedawna nikt nie słyszał o ćpaniu. Nie ma podziałów środowiskowych. Narkomania straciła posmak elitarności, biorą i dzieci chłopów, i młodzi robotnicy. Biorą, bo towar jest dostępny dla wszystkich, a sława narkomana nęci. Doszło do tego, że niedawno sami milicjanci w trakcie przesłuchania zwierzyli się Pawłowi, że biją głową o mur.

Wiele młodocianych prostytutek zaczynało od ćpania. W większości to robota "Dżinksa" i innych zawodowych handlarzy. Paweł mówi o siedemnastoletniej prostytutce przezwiskiem "Wazelina", która jeszcze dwa lata temu była normalną, sympatyczną dziewczyną. Teraz został z niej strzęp. Kilka lat temu zaprzyjaźniła się z "Dżinksem".
Częstował uprzejmie towarem, dopóki nie wpadła w ciąg. Ciąg przychodzi zawsze niepostrzeżenie, tego nie sposób kontrolować. "Dżinks" zażądał od "Wazeliny" i jej koleżanek pieniędzy za towar. Wszystkie poszły na ulicę. Zamknęło się piekielnie kółko. Zarabiają na towar, a ćpają, żeby zagłuszyć obrzydzenie do siebie.

Grupka w kącie kawiarni w pewnej chwili wyraźnie się ożywia. Wchodzą handlarze od dawna oczekiwani. Po kilku słowach znikają. Dwie dziewczyny nerwowo przeliczają bilon, końcówkę potrzebną do zaokrąglenia sumy, którą trzeba zapłacić za towar. Szeptem naradzają się z resztą, kto ma sprzęt i kto podzieli się swoją igłą. Widzę w rękach obok plastikową strzykawkę. Szybko ubierają się i wychodzą. Wezmą w bramie i już tu nie wrócą.

Kiedy oszklony róg kawiarni jest prawie pusty, wpada Agnieszka. Spóźniła się, ale nie chce z nami rozmawiać. Paweł rozumie - ssawa. Agnieszka przeprasza, prosi o pożyczenie stu złotych, obiecuje, że zaraz wróci. Mówi szybko, nieprzytomnie. Trudno mi jej coś powiedzieć, wyciągam więc pieniądze i idziemy na ulicę. Handlarz czeka pod sklepem. Sprzedaje dzisiaj drugi raz i boi się obcych. Starzy handlarze nie wybierają, sprzedają każdemu, byle został wprowadzony w środowisko przez kogoś znajomego. Muszę zostać pod drzwiami kawiarni. Z tej odległości widzę, jak handlarz długo manipuluje pod płaszczem. W ten sposób naciąga do strzykawki towar.
Agnieszka pozwala pójść za sobą do ubikacji. Siada na otwartym sedesie, wyjmuje z kosmetyczki strzykawkę, szuka igły. Prosi, żeby jej zapalić papierosa. Nie mówimy nic do siebie. Lekko szczęka zębami. Podwija rękaw.
Ma wychudzoną, przeźroczystą rękę z brunatnymi smugami nakłuć. Zaciska ją paskiem. Uprzedza, że to będzie długo trwało, bo żyły ma podzielone zrostami na pół. Długie, głębokie wkłucie.

A przy tym umiejętne, fachowe. Rankę zatyka palcem. Odwinięty rękaw pod koszulka jest upstrzony brunatnymi plamkami.
Kiedy wracamy do Pawła, jest już spokojna. Wzięła tyle, żeby uśmierzyć głód. Jest jej normalnie. To szczęście, kupione za dwieście złotych. Poprzedniego wieczora, kiedy nie mieli nic, razem zarzygali całe mieszkanie.

Wyjaśniają, że żaden ćpacz nigdy nie troszczy się specjalnie o swój sprzęt.
Strzykawkę, czyli pompkę, nosi się zazwyczaj na dnie torby albo po prostu w kieszeni. Pompka jest wyłącznie plastykowa, a igła jednorazówka wytrzymuje pół roku. Początkowo niektórzy wygotowują strzykawki, a miejsce po ukłuciu przemywają watą zamoczoną w spirytusie. Stopniowo z umiejętności lekarskich pozostaje jedna - biegłość w podawaniu sobie i innym zastrzyku.

Sprzęt w najlepszym wypadku płucze się wodą, czasem w kałuży jeśli to wakacje, albo wcale. Każdy ćpacz powinien mieć przy sobie własny, ale czasem jedną szpilką i jedną pompką radzi sobie kilka osób po kolei. Wtedy zazwyczaj nie ma mowy o płukaniu, bo warunki są ciężkie - brama, ubikacja. Kiedy jest się na głodzie, liczy się tylko bliskość towaru.
Narkoman nie umie czekać.
Paweł zapewnia mnie, że żaden ćpacz nie boi się ani bólu, ani chorób.
On, jak wszyscy, ma zrujnowaną wątrobę, zharatane nerki, owrzodzony żołądek. Agnieszce grozi zwapnienie żył.
Wiedzą, że w każdej chwili mogą wylądować w szpitalu, zarażeni żółtaczką.

Systematyczne branie odbija się na trawieniu - cierpnią na zatwardzenie, każde pójście do ubikacji to dla nich koszmar. Rodzimy co tydzień - mówią. Nic z tego ich nie odstrasza. Głód wszystko zabija. Jak ognia boją się tylko ssawy. To dla nich prawdziwe męki.
Agnieszka bierze ogromne dawki, odkąd po odwyku wróciła do brania.
To najgroźniejszy dla narkomana moment, największe niebezpieczeństwo śmierci. Oboje z Pawłem mają wielu znajomych, którzy umarli, bo po przerwie w chwili silnego głodu wzięli swoją normalną dawkę, o wiele za silną dla odtrutego organizmu.

Agnieszka przetrzymała pierwsze uderzenie i jej działki gwałtownie skoczyły w górę. A razem z nimi jej prestiż wśród ludzi z kawiarni.
Przeszła ciężki, domowy odwyk. Nie jadła przez tydzień, nie podnosiła się z łóżka, ważyła tyle co dziesięcioletnie dziecko. Przez cały czas była z nią przyjaciółka, pilnowała, żeby Agnieszka nie miała dostępu do narkotyków.
Awantura w domu wybuchła w dwa tygodnie po odwyku. Rodzice Agnieszki rozwodzą się, dla ojca powód do prowokowania awantur. Przedtem tylko z matką przeżywała udrękę. Obie są zrujnowane nerwowo, kłócą się, odkąd Agnieszka pamięta.

Pierwszy raz wzięła na wakacjach po podstawówce, kiedy zaczął się koszmar domowych i szkolnych awantur.
Agnieszka matce współczuje, widzi, że jest na granicy choroby psychicznej, zamotana w nieudane małżeństwo. Ojciec, świetnie prosperujący dyrektor, poza pieniędzmi nie dawał niczego. Nie odważyłaby się powiedzieć matce, że bierze, to mogłoby ją dobić. I ona, i ojciec przyzwyczaili się do błyszczących oczu i zwężonych źrenic Agnieszki.
W trakcie tamtej awantury trzasnęła drzwiami i pojechała wyżalić się przyjaciółce. Wysiadła w połowie drogi, bo przez okna autobusu zobaczyła knajpę.

Wie, że przez lata zagłuszała swoje problemy narkotykami. Ze wszystkimi swoimi kłopotami radziła sobie w jeden sposób - ćpaniem. Po odwyku okazało się, że poddaje się każdej trudnej sytuacji, nie ma żadnych wypracowanych sposobów walki. I że kłopoty nie rozwiązywane, a jedynie przytłumiane coraz większymi dawkami środków, urosły do gigantycznych rozmiarów. Bardzo chce wyjść. Waży niewiele więcej niż w trakcie odwyku. Je, śpi i myśli tylko po kompocie. Kiedy nie ma następnej dawki, zaczyna się męka. Mówi, że traci pamięć, nie pamięta nic z treści przeczytanych książek ani filmów. Tuż po wyjściu z teatru zapomina o wszystkim, co zobaczyła. Nie pisze i nie maluje tak jak dawniej. Nie interesuje ją nic poza braniem. Przeklina i bierze, póki się coś nie zmieni.

Barbara Dąbrowska
"Po tej stronie granicy" (do spisu treści)

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

KillaBeeZ (niezweryfikowany)

smutne

Nick (niezweryfikowany)

Ja maiłem kumpla co się tak truł w 2001 i z tego co opowiadał i co sam widziałem to sytauacja nie rózni się niczym od tej opisanej w artykule

Zajawki z NeuroGroove
  • Zolpidem


nazwa substancji: Stilnox (2 tabletki) + afobam (chyba 2mg, nie pamietam

pamiec siadla) + Imovane (jendna tabsa)



No wiec juz pare razy wczesniej probowalem "slawnego" stilnoxu, ale w

dawkach 1 tabsa co godzine. dochodzilo nawet do 5 tablet dziennie ale

zadnych wyraznych efektow poza uspokojeniem i sennoscia.


  • Szałwia Wieszcza

mieszkanie, pokój, przyciemnione światło, muzyczka (metal), godzina 20.

17.06.2008

  • Benzydamina
  • Dekstrometorfan
  • Pierwszy raz

Wieczór w domu

Pierwszy raport i pierwszy raz z bxm. Byłem do tego dobrze nastawiony, więc nie miałem żadnego problemu z przyjęciem.

 

18:30

 

Przyjęcie benzy i acodinu (10 tabletek) 

 

19:00 

 

  • Efedryna

Na wstępie powiem, że mam 17 lat, waże pond 90 (huh) i spożyłem całą

buteleczkę Tussipectu podczas Tripu (tak jak ktos chciałby policzyć dawkę)



Był słoneczny (bardzo) dzień lipcowy, wakacje, a ja chwilowo siedze w W-wa,

więc nudy.... o Tussim dowiedziałęm się z listy [u],

początkowo nieprzypuszczałem, ze będe go próbował, ale z barku perspektyw

ciekawszego spędzenia czasu zdecydowałem się na to.