Coil - muzyka na halucynogenach

Psychodeliczna rozmowa z Johnem Balancem, połową duetu Coil; o grzybach, maszynach czasu i lemurach. Coil to osobny rozdział muzycznego undergroundu.

Tagi

Źródło

Brainwashed.com/coil

Tłumaczenie

luxx

Odsłony

18519
Psychodeliczna rozmowa z Johnem Balance’em, połową duetu Coil – o grzybach, maszynach czasu i lemurachCoil to osobny rozdział muzycznego undergroundu. Pogrobowcy ojców chrzestnych industrialu, czyli Throbbing Gristle. Peter Christopherson i John (aka Jhon) Balance to duet w życiu i twórczości. Są legendą ezoterycznego industrialu. Praktykującymi okultystami, bojownikami o prawa dla homoseksualistów, zagrzybionymi mistrzami najbardziej przenikliwego kierunku muzyki współczesnej, przyjaciółmi patronów psychodelii: Leary'ego, Burroughsa, McKenny. Niesamowitymi magikami, jeśli chodzi o tworzenie urzekających przestrzeni dźwiękowych, w których splata się ze sobą spektrum tak różnych brzmień jak fabryczny hałas, ulotne sygnały nadziemnych satelit, muzyka celtycka i click techno. A także cała masa niezidentyfikowanych brzmień - jednocześnie pięknych i przerażających i tak zmiennych, jak lizergid pulsujący w żyłach.

Już pierwszy utwór był mocnym wejściem. "How To Destroy Angels" (1983) to rozpisana na kilkanaście gongów i odgłosów napalonego byka 20-minutowa opowieść o kumulacji męskiej energii seksualnej. Płytą "Love's Secret Domain" (czyli w skrócie LSD) z 1991 r. pokazali, jak się robi techno na kwasie w czasach, gdy szamani z Tresora jeszcze raczkowali z muzyką. Projekt "Time Machines" z 1998 to 70 minut w 4 utworach - porażająca dawka brzmień, które mają za zadanie hipnotyzować i usypiać. To samo, tylko bardziej agresywnie słychać na "Constant Shallowness Leads To Evil" z 2000 r. Na płycie tej sama uwaga muzyków mówi wszystko: "Może powodować senność - nie słuchać podczas jazdy samochodem lub operowania maszynerią". Ale nie ma się co dziwić, bo według nich muzyka spełnia przede wszystkim rolę sakralną - ma pozwalać człowiekowi na kontakt zarówno z jego bogami (Bogiem), jak i demonami. Czyli cofać nas do tego, co w muzyce widzieli nasi przodkowie - nie wiązkę prostackich brzdęków, ale coś w rodzaju transcendencji.

Kręceniem komercyjnych filmów i reklam (kokakola, najki, teledyski supergwiazd emtiwi) zarabiają na możliwość nagrywania swoich paranoicznych, mocno limitowanych albumów. Wystarczy wspomnieć cztery EP-ki tzw. "księżycowe", bo wydawane z okazji przesileń czy debiut z 1984 r. - krążek "Scatology" gloryfikujący magiczne aspekty skatologii. Bodaj najbardziej narkotyczny charakter mają wspomniane wyżej Maszyny Czasu i naprawdę trudno tu opisywać, na czym ta narkotyczność czy też hipnotyczność, halucynogenność tej płyty polega. Trzeba posłuchać, ale już same tytuły może coś podpowiedzą: "7-Methoxy-B-Carboline: (Telepathine)"; 2,5-Dimethoxy-4-Ethyl-Amphetamine: (DOET/Hecate); 5-Methoxy-N,N-Dimethyl-: (5-MeO-DMT); 4-Indolol,3-[2-(Dimethyloamino)Ethyl], Phosphate Esther: (Psilocybin).

Napisano już o nich wiele. Ci, którzy w ubiegłym roku byli na koncertach w Gdańsku lub Łodzi słuchali z rozdziawionymi paszczękami tego, co na laptopach i z psychodeliczną grafiką w tle wyprawiali John i Peter. Kontakt z tą muzyką automatycznie oznacza uzależnienie i nie jest to banał. Poniżej fragment jednego z wywiadów z Balance'em, poświęcony stosunkowi do narkotyków i ich roli w twórczości zespołu. John siedzi ze szklaneczką swojego ulubionego napoju w ręku, tajemniczo zwanego "Królewskimi szczynami". Dokoła wiszą malowidła Austina Osmana Spare'a i Aleistera Crowleya.

Dźwięki Blakeowości*

FT: Album "Worship The Glitch" jest dedykowany Coil i ELpH. Kim lub czym jest ELpH?

JB: Coil pracuje pod wieloma pseudonimami, Eskaton, Black Light District etc., ale kiedy przystępowaliśmy do projektu ELpH, czuliśmy się do niego zmuszeni. To było dziwne. Zwykle mamy jakieś muzyczne odniesienie, na przykład mówimy: "Zróbmy album w stylu Cluster" (niemiecka grupa krautrockowa z lat 70.), później go precyzujemy i tyle. Ale z ELpH nas trzech, czyli ja, Peter i Drew McDowall wyraźnie czuliśmy, że otrzymujemy transmisję pozaziemskich wiadomości i podążyliśmy tym tropem. Dźwięk został zaprojektowany przez kogokolwiek lub cokolwiek, co wtedy przez nas przechodziło. W międzyczasie zdanie Williama Burroughsa: "Gwiazdy rozpryskują się na srebrno, odpowiedź wraca" towarzyszyło nam podczas sesji nagraniowej. Zrobiliśmy to w tydzień, i przez ten tydzień tak jakby transmisja była w pełnym przepływie, a po tygodniu się zatrzymała. I od tej pory już nigdy więcej się nie pojawiła. Jest to powodem, dla którego nie nagraliśmy następnego albumu jako ELpH. Mamy nadzieję, że oni - kimkolwiek byli - znowu się z nami skontaktują, bo znowu chcemy nagrać następny album ELpH.

FT: Czy kiedykolwiek próbowałeś się z tym czymś skontaktować, np. przez chanelling?

JB: Jestem ostrożny co do channelingu, aczkolwiek studiowawszy magię wiem, jak unicestwiać i chronić się. Myślę, że channeling może być bardzo groźny. Było zbyt wiele przykrych doświadczeń z tym... Mógłbym to rozważyć, gdyby okoliczności były sprzyjające.

FT: Może wasz sprzęt przywołał to coś?

JB: No nie wiem, to nie było jak elektroniczna transmisja, to było czuć jak fluid. Coś jakby z wnętrza ziemi.

FT: Gdzie to nagrywaliście?

JB: W Chiswick, w Londynie! Notoryczne gobliny z Chiswick w pracy!

FT: Jesteście oskarżani o wykorzystywanie satanicznego image'u...

JB: To jest Pan, to olbrzymia różnica. Nie jestem chrześcijaninem, Szatan nie istnieje w mojej kosmologii. Nawet na rock and rollowym poziomie Marilyn Mansona lub na poziomie Antona LaVeya. To szoł-biznesowy satanizm, kompletnie tego nie kupuję. Pan jest z pewnością jednym z moich bóstw, jedno, w którym odnajduję pocieszenie i moc.

FT: Psychodeliki stały się bardziej wyraźnym tematem w ostatnich dziełach Coil...

JB: I paradoksalnie już ich więcej nie zażywamy! Byliśmy tak bardzo zajęci spożywaniem wielkich ich ilości, że nie nagrywaliśmy niczego! Po "Horse Rotorvator" (1987) byliśmy kompletnie spsychodelicyzowani [cholera, może ktoś ma lepszy pomysł na "psychedelicised":) - luxx] przez 5 lat, no i zupełnie zagięci przez e-mail Terence'a McKenny. "Coil rządzą!" - tak nam napisał. Jego śmierć to wielka szkoda, chociaż jestem pewien, że on nie widziałby tego w takich barwach, ale jako transformację.

FT: Jest teraz z Maszyną Elves.

JB: Samotransformującą się Maszyną Elves.

FT: Psychodeliki musiały mocno zmienić sposób, w jaki traktujecie dźwięk. Jak się np. mają do projektu Time Machines?

JB: Mają się bardziej, niż było w planie. Jadłem magiczne grzyby od momentu, gdy miałem 11 lat - bardzo dużo, aż do osiemnastego roku życia, po prostu w czasach szkolnych. I nigdy nie uczyniły mi nic złego, zawsze uczyły mnie wspaniałych rzeczy. Nauczyły mnie, jak doceniać muzykę i ostatecznie powiedziały mi, żebym sam robił muzykę. Jak powiedziałem, czuję, że zostałem wychowany przez grzyby. One są nauczycielami. Time Machines dość wyraźnie mówi o łączeniu dźwięków z tonacją psychodeliczną. Molekuła Harmaliny B, jak każdy inny kompleks alkaloidów, jest reprezentowana przez jeden dźwięk, ale kiedy bierzesz DMT albo yage, albo ayahuaskę, jest tu także brzęczący dzwonek, dzwonek psychiczny. A z DMT pojawia się także dźwięk jakby gniecenia, marszczenia czegoś. A więc Time Machines było inspirowane ideą Terence'a McKenny, że Maszyny Czasu ujawnią się w naszej rzeczywistości tylko wówczas, gdy zostaną stworzone, i powrócą do nas.

FT: Dennis McKenna, brat Terence'a, po wzięciu ayahuaski powiedział, że słyszał, jak jego DNA śpiewało.

JB: Tak, on jest jednym z tych, którzy doszli w tym najdalej.

FT: A więc intencją było stworzenie muzycznej maszyny czasu?

JB: Tak, ale wcale nie musisz być na dragach, które wymieniliśmy na Time Machines. To próba odtworzenia niektórych stanów psychodelicznych przy użyciu dźwięków. Zrobiliśmy poszerzone badania, testując czy te brzmienia mogą cię przenosić. Te, które mogły umieściliśmy na płycie i opatrzyliśmy tytułami.

FT: Są tam takie, przez które nie mogłem przejść, jak "Hecate". Czy to jest związane z jakąś kreacją Aleksandra Shulgina?

JB: Prawdopodobnie wzięliśmy to od Spiral Tribe (wędrująca komuna rave'owa z pocz. lat 90.), którzy nazywali to DOET. To bardzo dziwny związek, braliśmy go kilka razy w Tajlandii. Raz byliśmy w Shang Mai, mieście na północy Tajlandii, XIV-wiecznym mieście otoczonym murem i fosą obronną. Na początku wpadliśmy w zwykłą euforię i doznawaliśmy pobudzenia zmysłów, byliśmy bardziej uwrażliwieni na oświetlenie wszystkiego wokół. Kiedy wzięliśmy tego trochę więcej wszystko zaczęło się kruszyć, czuliśmy jakby warstwy czasu się rozpadały a ziemia zmieniała się w puste pola, jakby przed pierwszymi formami życia. I tak wyobrażaliśmy sobie miejsce, skąd przychodzi do nas czas. Ale kiedy wchodzisz w DOET jeszcze głębiej, dostrzegasz próżnię. Cały twój zestaw zmysłów napotyka absolutną nicość. Nawet nie próżnię, bo ona ma nazwę, ale jakąś niezmierzoną szarość. Wtedy powracasz i jest jakaś godzina później. Bardzo dziwne.

FT: Coś jak przeładowanie zmysłów, jak biały szum?

JB: Tak, coś w tym guście. Mieliśmy pokusę zrobić pięciopłytowy box set, każdy CD poświęcony jednemu dźwiękowi. Cała rzecz byłaby poświęcona psylocybinie. To bardzo życzliwa substancja. Jestem miłośnikiem grzybów.

FT: Mykofilem?

JB: Mykofiliakiem. Ale nie brałem ich od lat.

FT: Brakuje ci ich?

JB: Czy mi ich brakuje? Nie wiem. To tak, jak powiedział Terence McKenna: jeśli raz już tam byłeś, po co iść znowu? Bardziej kusi mnie, żeby pojechać do Meksyku i zapodać sobie peyotlu z Indianami Huichol. Muszę przenieść mój obszar psychodelicznej nauki w inne miejsce. Gdybym pojechał na Jukatan albo do Palenque i wziął tam grzybów z szamanami, to byłoby bardziej właściwe. Naprawdę nie szanuję teraz Anglii, nie chcę się psychodelicznie uczyć niczego w tym kraju... Widziałeś ostatnio w telewizji film o lemurach? Jeden z nich trzymał w mordzie wielką trującą stonogę, normalnie ją trzymał i żuł i po prostu tripował! Jego oczka zawracały w tę i z powrotem, prawie spadł z drzewa ciągle przeżuwając. Chciałbym, żeby William Burroughs to zobaczył, powiem mu to podczas snu.


Cały wywiad zamieszczony w jednym z numerów "Fortean Times" (2001). Obecna wersja za Brainwashed.com/coil

wstęp: luxx
tłum. luxx


*Nieprzetłumaczalna gra słów: angielski poeta mistyczny z XVIII w. William Blake i blackness - ciemność. Coil są wielbicielami wizjonerskiej poezji Blake'a.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

u93 (niezweryfikowany)

Niezmiernie ucieszylo mnie to, ze arytkul ten znalazl sie na hyperrealu! Coil to absolutne mistrzostwo i geniusz dzwieku, i az glupio jest eksperymentowac na swiadomosci nie znajac ich tworczosci.

NOONCYOOSH (niezweryfikowany)

"Dennis McKenna, brat Terence a, po wzięciu ayahuaski powiedział, że słyszał, jak jego DNA śpiewało. "
O ja cie krece, a niech mnie !!!!!!!!!!!!!

Zaniepokojony ;-)) (niezweryfikowany)

Skad masz te informacje ? :-U

joe_colley (niezweryfikowany)

muzyka genialna, a koncert w gdansku pomimo walacego sie sprzetu i wrzeszczacego pijaka byl wspanialy!

MCP (niezweryfikowany)

Nic dodac, nic ujac... Coil porusza od wewnatrz :)

toemk (niezweryfikowany)

skad moge wzoas ich kawałaki

Anonim (niezweryfikowany)
robal (niezweryfikowany)

Popieram.Sa absolutnie fenomenalni.Ich kawalki potrafia mnie zupelnie na trzezwo uniesc bardzo wysoko.Na wspomagaczach ot juz zupelnie inny wymiar...

PIoChuUu (niezweryfikowany)
jaki Coil jest kazdy widzi przecinek miej respekt dla sepow kropka
blymyzystyfy (niezweryfikowany)
Nie chodzi o żadną 'maszynę Elves'!!! Chodzi prawdopodobnie o 'mechaniczne elfy'. Tak Terence McKenna nazwał istoty, z którymi spotykał się po DMT.
Ronin (niezweryfikowany)
R.I.P. ... Genialny wywiad, odświeżam w tak ciężki dzień...
Zajawki z NeuroGroove
  • Heroina
  • Pierwszy raz

Kac po ostrej imprezie dnia poprzedniego. Chec zabicia moralniaka przez zaspanie na wyklady.

Swansea. Mala uniwersytecka miejscowosc w Anglii. Jak to na mala miejscowosc bywa, uliczni dilerzy sprzedaja drogi, mocno parchany towar. Zafascynowany niedawnym odkryciem sieci ToR postanowilem skorzystac z mozliwosci jaka daje anonimowosc i czarne markety. Wlasnie kiedy opierdalalem siebie w myslach za moja nieodpowiedzialnosc i zaspanie na wyklady, paczuszka zostala wsunieta pod drzwi mojego pokoju w akademiku. Podekscytowany szybko wyciagnalem zawartosc i 5min pozniej juz przygotowywalem dawke. Byl to moj pierwszy raz z heroina.

  • Ayahuasca

W rolach głównych:


Kuba, Piotr, Ja (imiona zmienione). Wszyscy trzej mieliśmy doświadczenia z

grzybami (Kuba maks. 40, Piotr maks. 50, Ja maks. 80), a Ja dodatkowo z kwasem

(maks. ok 300 mikrogramów).


Ayahuasca (proporcje na 3 osoby):



  • 30g kory korzenia Mimosa hostilis

  • 15g nasion Peganum harmala


  • Amfetamina
  • Efedryna
  • Etanol (alkohol)
  • Inhalanty
  • Kodeina
  • Kofeina
  • Marihuana
  • Marihuana
  • Pseudoefedryna
  • Retrospekcja
  • Tabaka
  • Tytoń

Witam!

Mój trip raport pragnę zacząć tymi słowami:

Jeżeli komukolwiek przyjdzie do głowy wąchanie kleju, rozpuszczalnika itp. to mam dla ciebie radę. Najlepiej weź z piwnicy taki młodek ok. 5kg albo ustaw się naprzeciwko ściany i pierdolnij głową z całej siły. Po tym powinny przejść Ci takie myśli. Bo mimo że mam 17 lat to wiem co mówię.

Cały raport to jak w tytule, wspomnienia z mojego ostatniego roku życia. Mam nadzieję że choć jedna osoba przetrwała ten wstęp i czyta to teraz.

  • Bad trip
  • Grzyby halucynogenne

Ostatnimi czasy dość często używałem substancji takich jak 4-HO-MET czy 25C-NBOMe, zawsze w towarzystwie, choć nigdy lekkomyślnie. Gdy po tych "zabawach" sięgnąłem po grzyby, okazały się działać słabiej niż zawsze, dlatego postanowiłem zrobić przerwę od psychodelików. Przy okazji obiecałem sobie również nigdy więcej nie używać substancji psychoaktywnych laboratoryjnego pochodzenia i korzystać wyłącznie z darów natury. Akurat tak się złożyło, że w trakcie tej przerwy rozstałem się ze swoją jedyną kobietą, co było dla mnie ogromnym ciosem. Od jakiegoś czasu myślałem o grzybach, wydawało mi się, że jestem już gotowy. I tak mnie tchnęło, akurat w najgorszy dzień, kiedy byłem najbardziej przybity i zdewastowany emocjonalne, żeby odbyć podróż. Wiedziałem, że S&S wykluczają cokolwiek pozytywnego, co mogłoby się zdarzyć podczas tripu. Mimo wszystko, postanowiłem sobie dokopać, spróbować coś zrozumieć, obrać nową drogę, a przede wszystkim stawić czoło największemu bólowi w najbardziej niesprzyjających warunkach. Stało się. Wieczorem, w swoim pokoju, zjadłem 4g suszonych łysiczek. Nigdy wcześniej nie przekraczałem 2,5g. Z głośników rozbrzmiewały Carbon Based Lifeforms, jako tło podróży.

Łysiczki skonsumowałem około godziny 23, w postaci proszku zapitego wodą, zmielone wcześniej w młynku do kawy. Zwykle pierwsze efekty działania grzybów odczuwam po 25-30 minutach. Tym razem początkowa fala otarła się o mnie po niecałych dziesięciu. Już wtedy wiedziałem, że będzie to coś nietypowego, wcześniej mi nieznanego. Kolejne 10' było podsycaniem ciekawości, wzrastaniem podniecenia nowym doświadczeniem. Minęło 25 minut od konsumpcji, a ja miałem już dość. Musiałem bezpowrotnie wyłączyć muzykę.