Co ćpają polskie nastolatki. "Te rzeczy są na wyciągnięcie ręki, prawie leżą na ulicy"

— Jeżeli miał ochotę ćpać, to robiłby to nawet w cudownej rodzinie. Opowiadam swoją historię dlatego, że rodzice muszą być naprawdę czujni. Dzisiaj narkotyki naprawdę leżą na ulicy. Mój syn miał w swoim telefonie trzy numery do facetów, którzy dostarczali mu samochodem narkotyki w ciągu kilku chwili. Wystarczy napisać dwa SMS-y i dostawa pod dom gotowa. Na dodatek dopalacze są naprawdę tanie — opowiada Katarzyna, mama Tomka. — Każdego rodzica, który tak chętnie zgadza się na to, by jego dziecko przyjmowało leki uspokajające, przepisane przez "specjalistę", zapytam dziś o jedno: "gdzie byłeś, zanim leki stały się koniecznością?". Siebie też o to pytam. I nie znajduję odpowiedzi — mówi Agata, psycholożka i mama 17-letniej Lilki.

Tagi

Źródło

BARTOSZ SĄDER, ANNA FRYDRYCHEWICZ
Onet Kobieta

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - pozdrawiamy serdecznie! Wszystkich czytelników materiałów udostępnianych na naszym portalu serdecznie i każdorazowo zachęcamy do wyciągnięcia w ich kwestii własnych wniosków i samodzielnej oceny wiarygodności przytaczanych faktów oraz sensowności zawartych

Odsłony

893

— Jeżeli miał ochotę ćpać, to robiłby to nawet w cudownej rodzinie. Opowiadam swoją historię dlatego, że rodzice muszą być naprawdę czujni. Dzisiaj narkotyki naprawdę leżą na ulicy. Mój syn miał w swoim telefonie trzy numery do facetów, którzy dostarczali mu samochodem narkotyki w ciągu kilku chwili. Wystarczy napisać dwa SMS-y i dostawa pod dom gotowa. Na dodatek dopalacze są naprawdę tanie — opowiada Katarzyna, mama Tomka. — Każdego rodzica, który tak chętnie zgadza się na to, by jego dziecko przyjmowało leki uspokajające, przepisane przez "specjalistę", zapytam dziś o jedno: "gdzie byłeś, zanim leki stały się koniecznością?". Siebie też o to pytam. I nie znajduję odpowiedzi — mówi Agata, psycholożka i mama 17-letniej Lilki.

Katarzyna była jedną z tych matek, które powtarzają "mój syn nie ćpa". Bo, nawet kiedy znalazła w jego plecaku trzy żółte tabletki, to uwierzyła, że są to wspomagacze, których używał, gdy szedł na siłownię. Tomek ma dzisiaj 21 lat, a na koncie dwie terapie odwykowe. Na pierwszą trafił w pierwszej klasie liceum.

"Potrzebował opieki, a nie matki bizneswoman"

— Musiałam napisać wniosek do sądu rodzinnego, aby skierowano moje dziecko do kliniki odwykowej. To był jeden z najgorszych momentów w moim życiu. Chociaż minęło już kilka lat, do dzisiaj pamiętam tę walkę, którą toczyłam sama ze sobą. Czułam, że jako matka zawiodłam i nigdy nie odzyskam jego zaufania. Później się oczywiście zorientowałam, że to typowy objaw współuzależnienia — mówi Onetowi 49-latka.— Nie chcę, żeby moja historia wybrzmiała jak typowa książkowa opowieść, ale naprawdę byłam matką, która skupiła się na karierze. Kiedy Tomek miał 13 lat, dowiedziałam się, że jego ojciec ma kochankę. Tydzień po tym, jak wyjawił mi prawdę o innej kobiecie, zamieszkał z nią. Zostaliśmy sami. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Oddałam się pracy, by zapewnić mojemu synowi spokojne życie. Wydawało mi się, że jeżeli będę go rozpieszczać finansowo, to pokażę mu prawdziwą miłość. Teraz wiem, że on tak naprawdę potrzebował wtedy opieki, a nie matki bizneswoman wyjeżdżającej na okrągło na szkolenia — dodaje.

Tomek po raz pierwszy spróbował mefedronu, kiedy miał 15 lat. Nie planował tego. Na imprezie z kolegami z osiedla pojawił się starszy chłopak, który umawiał się z jego przyjaciółką. Nikt nikogo nie namawiał. Po prostu kreski zostały rozsypane i "każdy brał". — To, że ktoś kogoś namawia godzinami, to już przestarzały mit. Dzisiaj dzieciaki są doskonale zorientowane w temacie narkotyków. Zapewne mają szerszą wiedzę niż ja, chociaż mój syn przeszedł dwie terapie odwykowe. Nie jestem w stanie dokładnie opowiedzieć, kiedy Tomek zaczął brać systematycznie narkotyki, ale w pewnym momencie po prostu stracił nad tym kontrolę. Ja zorientowałam się już zdecydowanie za późno — opowiada matka chłopaka.— To nie tak, że zaczął się ode mnie odsuwać. Kiedy wracał do domu przy "kwasowym tripie" to był, do rany przyłóż. Wydawało mi się, że kiedy przychodził się przytulić, to dlatego, że jestem jego matką. Później terapeutka mi wytłumaczyła, że LSD ma rozluźniający sposób działania, a przed tym, jak przestaje działać, ludzie są po prostu bardzo szczęśliwi. Taki wydawał mi się właśnie Tomek.

— Nasze relacje były naprawdę poprawne. Świetnie się maskował. Opowiadam to dlatego, że zawsze powtarzało się, że narkotyki bierze tylko to dziecko, które jest agresywne i oddala się od domu. Niczego takiego nie zauważyłam. Nie podejrzewałam, że moje wyjazdy były po prostu dla niego wygodne, bo miał super miejscówkę na spotkania ze znajomymi — podkreśla.

Nawet kiedy Katarzyna znalazła w kieszeni jego szkolnego plecaka tabletki, uwierzyła, że jest to wspomagacz lepszych rezultatów na siłowni.

— Kiedy zaniepokojona zapytałam o tajemniczy woreczek, zareagował ze stoickim spokojem. Przytulił mnie i powiedział: "Mamo, chyba nie podejrzewasz, że biorę narkotyki". Te słowa dudnią mi w głowie do dzisiaj. Siedem miesięcy później zawoziłam go już do kliniki odwykowej. Czerwona lampka zapaliła mi się, kiedy zadzwoniła do mnie jego nauczycielka. Zaczęła mnie wypytywać o zdrowie mojego syna, bo "przecież często ostatnio choruje". Okazało się, że mój kochający 16-latek znał hasło do elektronicznego dziennika i sam się usprawiedliwiał, tuszował ślady swoich nieobecności. Do dzisiaj nie wiem, jak mu się to udawało — zastanawia się 49-latka.

— Tamten czas pamiętam dzisiaj jak przez palce. Wiele wymazałam z pamięci, a może po prostu już wtedy okłamywałam samą siebie. Pierwszy raz na SOR, zawiozłam go, kiedy zawołał mnie do swojego pokoju, bo myślał, że "serce wyskoczy mu z piersi". Widziałam wielkie zaniepokojenie w jego oczach, ale twierdził, że to pewnie od przetrenowania się. Dopiero lekarzowi przyznał się, że wcale nie nocował u kolegi, ale razem byli na dwudniowej imprezie, na której były narkotyki. Później dowiedziałam się, że tego wieczoru wymieszał MDMA z mefedronem. Już widzę te komentarze, że zareagowałam za późno. Dzisiaj myślę, że lepiej późno, niż wcale — opowiada.

"Wzbudzali we mnie poczucie winy"

49-latka postanowiła działać i nie zwlekać. Chociaż syn wielokrotnie próbował ją przekonać, że już więcej nie sięgnie po narkotyki, postanowiła zwrócić się do sądu rodzinnego, aby ten wydał decyzję o skierowaniu nastolatka do kliniki odwykowej.

— Pamiętam rozmowy z jego ojcem czy moją matką, którzy wzbudzali we mnie poczucie winy, ponieważ na odwyku "skończy z samymi ćpunami i wyjdzie w jeszcze gorszym stanie". Terapia skończyła się przedwcześnie, bo już w drugim tygodniu leczenia, Tomek został wyrzucony z kliniki. Któryś z chłopaków przemycił do ośrodka alkohol i upili się w nocy w pokoju. Spanikowałam. Nie wiedziałam, co mam robić — mówi kobieta.

Katarzyna zorientowała się, że kiedy Tomek osiągnie 16. rok życia, to będzie potrzebna jego zgoda, żeby podjął się leczenia. — Wtedy sprawa się już nieco komplikuje. Wiedziałam, że wściekły na mnie za zamknięcie go w ośrodku, nie będzie chciał mieć ze mną nic wspólnego. Zdziwiłam się, kiedy odbierałam go z miejsca leczenia — mój syn zalał się łzami i mnie przeprosił. Już po kilku dniach okazało się jednak, że była to gra aktorska osoby uzależnionej. Nie dogadywaliśmy się. Mam wrażenie, że Tomek z każdą sprawą robił mi po prostu na złość. Znikał wieczorami, nie chodził do szkoły. Wtedy już widziałam w nim osoby uzależnione jak z podręczników. Nie chciał mieć ze mną nic wspólnego — zaznacza trzęsącym się głosem.

Drugą próbę leczenia nastolatek podjął tuż po 18. urodzinach. Jego najlepszy przyjaciel przeszedł nieudaną próbę samobójczą. Decyzję o odebraniu sobie życia podjął w trakcie "zjazdu" narkotycznego.

— Wydaje mi się, że to nim wstrząsnęło. On nie wyobraża sobie życia bez Patryka. Są naprawdę nierozłączni. Terapia numer dwa zakończyła się sukcesem. Później poszliśmy na wspólnie do psychologa. Chcieliśmy odbudować naszą relację. Syn niedawno obchodził 21. urodziny. Czy jest czysty? Mam nadzieję, że tak. Nie mieszka już ze mną. Jest na studiach. Nie kontrolowałam go, kiedy powinnam, a dzisiaj jest już za późno. Jest dorosły. Zresztą jestem zdania, że jeżeli ktoś chce coś przeskrobać w swoim życiu, to zrobi to nawet pod kloszem — podkreśla matka.

— Nie jestem na siebie zła. Nie chcę się obwiniać za jego nałogi. Jeżeli miał ochotę ćpać, to robiłby to nawet w cudownej rodzinie. Opowiadam swoją historię dlatego, że rodzice muszą być naprawdę czujni. Dzisiaj narkotyki naprawdę leżą na ulicy. Mój syn miał w swoim telefonie trzy numery do facetów, którzy dostarczali mu samochodem narkotyki w ciągu kilku chwili. Wystarczy napisać dwa SMS-y i dostawa pod dom gotowa. Na dodatek dopalacze są naprawdę tanie. Nie jesteśmy w stanie uchronić dzieci przed tym, żeby nigdy nie widziały kreski białego proszku. Rozmawiajmy z nimi, żeby rurki do nosa nie przykładali. Bądźmy świadomi, że to istnieje, a nie zamiatajmy problemu pod dywan — kwituje 49-latka.

— Mefedron kosztuje od 60 do 100 zł. Wszystko zależy, w jakich ilościach i od kogo go kupujesz. Kokaina od 200 do 400. W Krakowie jest tańsza niż w Warszawie. Najtaniej wychodzą "piksy" (pigułki — przyp. red.). Ekstazy można załatwić nawet za dwie dyszki — mówi Onetowi 16-letnia Laura. Na pytanie, skąd ma taką wiedzę, odpowiada wymijająco: "wszyscy to wiedzą". 17-letni Marek dodaje szybko, że heroiny nikt nie bierze, "bo to gó**o". Oboje podkreślają, że narkotyki są dostępne dla wszystkich niemalże wszędzie.— Nie wiem, jak jest w mniejszych miejscowościach, ale w Warszawie wystarczy wiedzieć, do jakiego klubu podjechać, w którym ochrona nie sprawdza dowodów, a w środku, to zawsze ktoś zna kogoś, kto zna kogoś. Zmontowanie "dragów" jest banalnie proste — mówi Laura. — Ostatnio miałem numer telefonu do takiego ziomka co pracował na Uberze, pod przykrywką taksówki, podjeżdżał, wsiadałeś, jechaliście kilka przecznic dalej i sprzedawał, na co miałeś ochotę. Nikt przecież w takich miejscach nie pyta cię o to, czy jesteś pełnoletni. To i tak wszystko jest nielegalne — dodaje Marek.

"Wszystko można załatwić od ręki"

Chłopak nie chce zdradzić, których narkotyków w życiu próbował, ale podkreśla, że zdarzało mu się. "Nigdy jednak nie przesadziłem" — rzuca w pewnym momencie. Zaznacza, że ma wielki szacunek do swoich rodziców i nie chciałby, żeby kiedykolwiek musieli z nim jechać do szpitala. — Podobno wszystko jest dla ludzi, ale w zdrowych ilościach. Dlaczego nie mogę sobie zapalić skręta, ale mogę wypić piwo i zapalić papierosa. Wydaje mi się, że wszystko jest tak samo szkodliwe dla organizmu — mówi. O walorach odprężających marihuany zaczyna opowiadać naprawdę długo. Jego zdaniem nie ma nic piękniejszego niż "buszek z kumplami i chill".

— Żyjemy w czasach, gdzie wszystko można załatwić od ręki. Nie chcę powtarzać tego samego po raz kolejny, ale przecież dla wielu ludzi w moim wieku, narkotyki są codziennością. Pojawiają się na imprezach, w popularnych piosenkach, których słuchamy. Wydaje mi się, że straszenie nauczycieli ich negatywnymi skutkami na nikim nie robi już wrażenia. Mamy za dużo na głowie, dla niektórych to po prostu sposób na odcięcie się od świata. Nie mają już sił, by radzić sobie ze swoimi problemami. Wtedy zaczynają się imprezy — twierdzi 17-latka.

Co dziś bierze polska młodzież

Według specjalistów, nastolatki w Polsce najczęściej jednak wciąż odurzają się środkami bazie konopi i dopalaczami. Bardzo popularne są wciąż również środki uspokajające i nasenne. Te ostatnie młodzież często znajduje we własnych domach, bo lekarstwa biorą ich rodzice lub dziadkowie.

— Znam zapach marihuany i wiem dobrze, kiedy mój syn palił jointa — mówi Magdalena, 46-latka z Warszawy i mama 17-letniego Franciszka. — Ale przyznam szczerze, że kiedy to się zdarzyło pierwszy raz, kompletnie spanikowałam. Zadzwoniłam do męża, płacząc. I to on uspokajał mnie, mówiąc: przypomnij sobie, jak było z nami, teraz jest czas eksperymentów, Franek jest mądry, poradzi sobie, tylko nie możemy na niego krzyczeć, musimy rozmawiać. Od tamtej pory minęły dwa lata. Wiem, że syn pali sporadycznie od czasu do czasu, a właściwie coraz mniej.

— Kiedy przyszedł do domu pierwszy raz po marihuanie, byłam przerażona, trzęsły mi się ręce, chciałam dzwonić po pogotowie, a następnego dnia zapisać go na terapię. Dziś wiem, że ten moment musiał nastąpić, a my jako rodzice postąpiliśmy najmądrzej, jak było można: porozmawialiśmy z nim, niczego nie zabranialiśmy, nie robiliśmy wyrzutów. Razem z mężem zapytaliśmy, skąd wziął marihuanę i opowiedzieliśmy mu o ryzyku związanym z paleniem "trawki". Wysłuchał, podziękował i... zamknął się w pokoju. Nie spałam całą noc, a on po prostu zapomniał o sprawie. Przez następne tygodnie obwąchiwałam jego ubrania, kiedy tylko wracał do domu ze szkoły, czy ze spotkań z przyjaciółmi. Czasem czułam ten charakterystyczny zapach, czasem nie. Uspokoiłam się po roku.

Ale przyjaciel Franka, Olek w "trawkę" "wsiąkł" od pierwszego razu. Dziś jest już po dwóch odwykach i powtarza drugą klasę liceum. Ze szkoły nie wyrzucono go warunkowo.

— Olek uzależnił się niemal natychmiast — opowiada Magda. — Syn mówił nam, że po miesiącu Olek szukał już tylko kolejnych okazji, żeby zapalić, że zrobił się agresywny, nieobecny, że o wszystko się kłócił. Potem sięgnął po mefedron i przestał chodzić do szkoły. Ale i tak uważam, że w jego przypadku punktem zwrotnym była "pierwsza trawka". W ogóle nie powinien był po nią sięgać.

— Skontaktowałam się z jego mamą, znamy się od momentu, w którym nasze dzieci były razem w tej samej grupie w przedszkolu. Przyszła do nas tego samego dnia, wieczorem. Usiadła w kuchni i płakała przez pół godziny. Była bezradna. Olek od zaczął znikać z domu na noce, wracał nad ranem i szedł spać. Jego ojciec, który od pięciu lat ma nową rodzinę i małą córeczkę, przyjeżdżał z nim rozmawiać, próbował zabierać go do siebie, czemu oczywiście sprzeciwiała się jego nowa żona. Taka przepychanka trwała pół roku. Olek uciekał, odnajdował się, nadrabiał szkołę, potem znowu znikał... Po pierwszej klasie nauczyciele "przepchnęli go" do drugiej. A w wakacje ojciec zamknął syna w jednym z najdroższych ośrodków odwykowych.

We wrześniu Olek wrócił do szkoły, wydawało się, że wyszedł na prostą, "trawki" nie dotykał, na imprezy klasowe nie chodził.

— W połowie listopada złapał "doła" z powodu jakiejś trudnej sytuacji w szkole. Chodziło o matematykę — opowiada Magda. — I to był ten newralgiczny moment. Któregoś dnia nie wrócił po lekcjach do domu. Kiedy okazało się, że nie odbiera telefonów od rodziców, zaalarmowali policję, a jego ojciec pojechał go szukać do "znajomych miejsc". Po dwóch dniach znalazł syna o 2.00 w nocy nieopodal Złotych Tarasów. Ledwo go odratowali, próbował się zaćpać.

"Myślałam, że śpi, a ona walczyła o to, żeby przeżyć"

Agata jest psycholożką i pracuje z młodzieżą. Temat uzależnień nastolatków jest jej szczególnie bliski, bo jej 17-letnia córka uzależniła się od środków uspokajających. Wciąż toczy walkę z nałogiem, który na dobry rok wykluczył ją z normalnego życia.

— Zaczęło się banalnie. Denerwowała się jakimś trudnym tygodniem w szkole, więc babcia bez mojej wiedzy dała jej swoją hydroksyzynę w tabletkach. Całe opakowanie. Dodam, że dziś ten lek jest dostępny jedynie na receptę — opowiada Agata. — Podziałało za pierwszym razem, Lilka zaczęła brać tabletki regularnie. Po trzech tygodniach potrzebowała już czegoś mocniejszego. Razem z koleżanką z klasy kradły z domu tamtej dziewczyny Pramolan. To lek na depresję. Mijały kolejne tygodnie, a ja nie zauważyłam nic poza tym, że moja córka jest coraz bardziej rozkojarzona. W końcu przyszła do mnie roztrzęsiona i powiedziała, że musi iść do psychologa. Nie leczę własnych dzieci, zaprowadziłam ją do znajomej. Okazało się, że Lilka błagała o wypisanie środków uspokajających, ale nie przyznała się do tego, że brała jej już wcześniej.

— Dostała lekki środek nasenny, żeby przez kilka dni wypoczęła i po dwóch tygodniach miała wrócić na konsultację, a potem być może na terapię — opowiada Agata. — A ona się tymi tabletkami odurzała z pełną świadomością. Zamiast jednej, brała trzy. Opowiadała mi potem, że dążyła do odtworzenia uczucia, które trwało może pół godziny po wzięciu tych leków. To był stan, w którym patrzyła na siebie z boku i "była spokojnie szczęśliwa". Tyle że zaraz potem spadała mocno w dół. Kilka godzin później przychodziła depresja i myśli samobójcze, uporczywe przeświadczenie, że powinna zniknąć, że jest nic niewarta. Ja myślałam, że ona się uczy w pokoju albo że śpi. A Lilka walczyła o to, żeby przeżyć.

W dniu, w którym nastolatka najpierw wypadła ze swojego pokoju, krzycząc, żeby matka "natychmiast dała jej leki", a potem zwymiotowała, Agata wsadziła córkę w samochód prawie na siłę. Zawiozła ją na oddział toksykologii, a kilka dni później do szpitala na oddział zamknięty. Słusznie podejrzewała, że to dopiero początek drogi, że będą tam jeszcze wracać.

"Gdzie wtedy byłaś?"

— Wyłam z bólu i rozpaczy, gdy drzwi zamykały się za Lilką. Widziałam przerażenie w jej oczach i nienawiść do mnie, do matki, która "jej to zrobiła". Ale wiedziałam, że nie ma innej drogi, że muszę ratować moje dziecko — opowiada psycholożka. — Zdawałam sobie również sprawę z tego, że może być różnie i na jednym razie i na strachu raczej się nie skończy. Widziałam w moim dziecku to, co widziałam już u innych dzieciaków, które przychodziły do mojego gabinetu: ten jakiś smutek, tęsknotę za destrukcyjnym ryzykiem.

Lilka na terapii w zamkniętym ośrodku spędziła trzy miesiące, potem wracała do niego jeszcze dwa razy. Raz nieomal umarła, kiedy przedawkowała diazepam, który ukradła razem z koleżanką z mieszkania jej matki.

— To nic innego niż popularne relanium — mówi Agata. — Pewnie można je znaleźć w niejednym polskim domu. Bo my w ogóle jesteśmy narodem lekomanów, leki bierzemy chętnie i "na wszystko". Od pierwszego pobytu Lilki w szpitalu szykowałam się na walkę i właściwie od dwóch lat cały czas jestem w tym stanie walki o moje dziecko. Wiem, jak ciężko jest wyjść z uzależnienia, jeśli wpadło się w nie tak mocno i szybko. Każdego rodzica, który tak chętnie zgadza się na to, by jego dziecko przyjmowało leki uspokajające, przepisane przez "specjalistę", zapytam dziś o jedno: "gdzie byłeś, zanim leki stały się koniecznością?". Siebie też o to pytam. I nie znajduję odpowiedzi.

Oceń treść:

Average: 1.5 (2 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Grzyby halucynogenne
  • Pierwszy raz

Pusty dom, spokój, dieta warzywno-ryżowa. Stan psychiczny - zły, wcześniejsze myśli samobójcze.

W ucieczce przed śmiercią…

Minął ponad rok od mojego pierwszego razu z grzybami. Wiele stron można by napisać o zmianach, które zaszły przez ten czas, wszystko można jednak podsumować w jednym zdaniu: zostałem uleczony i znalazłem wreszcie właściwą drogę… Przejdźmy jednak do rzeczy.

  • Efedryna

Calkiem niedawno moj kumpel z gadu gadu opowiedzial mi o ciekawych efektach po przedawkowaniu, tussipectu, a ze tydzien

temu nasz klasa jechala na wycioeczke w gory,

postanowilem ze tam wyprobuje ów specyfik. Dzis proboje juz brac tussi trzeci raz, opisze wiec dzisiejszy trip bo

wczesniejsze - na wycieczce jak to na wycieczce byly bardzo urozmaicone dzialaniem alkoholu a ja chcialbym sie skupic

na samym tussipekcie.

  • 2C-B
  • Marihuana
  • Pierwszy raz

duże oczekiwania

Podróż pierwsza

  • 4-HO-MET
  • Marihuana
  • Ruta stepowa

Las, mieszkanie, supermarket.

04.12.2007

randomness