REKLAMA




Polak na zielonej trawce

Palą ją hiphopowcy, gimnazjaliści, klubowicze, wolne zawody, a coraz częściej sięgają po nią Polacy w średnim wieku, z dobrą pracą i niezłymi pieniędzmi. Marihuana stała się najmodniejszą ponadpokoleniową używką. Wyjścia są dwa: albo ją zalegalizować, albo przestrzegać zakazu. Najgorsze jest - jak u nas - przymykanie oczu.

Anonim

Kategorie

Źródło

Polityka Nr 46/2003 (2427)
MARIUSZ CZUBAJ

Odsłony

8028
Jej zapach unosi się wszędzie. Palą ją hiphopowcy, gimnazjaliści, klubowicze, wolne zawody, a coraz częściej sięgają po nią Polacy w średnim wieku, z dobrą pracą i niezłymi pieniędzmi. Marihuana - czy jak kto woli: trawka, ziele, stuff, ganja, towar - stała się najmodniejszą ponadpokoleniową używką. Wyjścia są dwa: albo ją zalegalizować, albo przestrzegać zakazu. Najgorsze jest - jak u nas - przymykanie oczu.

Klub Tango w centrum Warszawy. W środku w modnie urządzonym lokalu na dwóch poziomach impreza z udziałem znanych aktorów, biznesmenów i ich dzieci. O statusie gości świadczą ustawione pod klubem auta. Kończy się część oficjalna: - No to kto ma ochotę zajarać, mam supertowar - odzywa się, bez specjalnego skrępowania, 20-letni młodzieniec o nazwisku pojawiającym się w każdym rankingu najbogatszych Polaków. - Piotrek uczył się w prywatnych szkołach na Zachodzie, niedawno wrócił, ale zdążył się już zorientować, że teraz trawka jest i u nas trendy - tłumaczy jeden z jego znajomych. - To takie świadectwo luzu i pokaz, że wszystko mi wolno.

Podobne obrazki obserwować można w liceach i to tych, gdzie uczy się młoda elita. - Na balangach poza szkołą pali się regularnie, ale bywa, że ktoś nawet na studniówce pociągnie z fify - wyznaje jeden z uczniów. - Co z tego, że w szkole jest ochrona, skoro sami handlujemy. Jak chcę coś kupić, idę do kolegi. Nie będzie chciał o tym rozmawiać, więc powiem tylko, że to syn kogoś, kto często bywa wymieniany w związku z aferą Rywina. Na pytanie, skąd taki pęd do dilerki wśród elitarnej młodzieży, licealista odpowiada: - Zaczął brać towar dla siebie, to i zaczął kupować dla znajomych. To też sposób, by wyróżnić się w środowisku, gdzie każdy ma wszystko. Chociaż nie - zastanawia się chwilę - on właściwie nie ma rodziców, bo muszą pilnować swoich stołków.

Aromatyczny dymek dotarł też do telewizji.

- W branży rozrywkowej schodzi mnóstwo tego towaru. Marihuana stała się bardzo popularna, bo mniej szkodzi niż wóda, nie masz też po niej kaca ani depresyjnego zejścia jak po amfetaminie - wyznaje jedna z popularnych prezenterek prowadząca talk-show. - Argumentacje bywają rozmaite: jedni mówią, że trawka obniża u nich poziom stresu i daje niezbędny luz, ale są i tacy, co będą ci wmawiać, że po skręcie powiększają się źrenice i lepiej się wygląda na ekranie.

Chęć wyluzowania się, tęsknota za łagodnym odlotem po stresującej pracy i pokusa, by czas, wypełniony od rana do wieczora spotkaniami w pośpiechu, zaczął płynąć wolniej, sprawiają, że marihuana ma wzięcie w przemyśle rozrywkowym. Dla szerokiej klienteli działa cały nowoczesny przemysł marihuanowy. - Ogłaszam się głównie przez Internet. Relacje twarzą w twarz nie są już potrzebne, wielu woli taką dyskretną wymianę usług - mówi właściciel sklepu z akcesoriami do palenia. W sieci jest rzeczywiście masa ogłoszeń dla wielbicieli ziela. - Sam towar nie jest drogi. Gram kosztuje 30-40 zł, można za to wydać majątek na gadżety. W sprzedaży są rozmaite fifki (przebojem są te z żaroodpornego szkła ze szlifami na łączeniach), młynki do rozdrabniania ziółek, wreszcie cała galeria bibułek zapachowo-smakowych w rozmaite wzory oraz naturalne liście tytoniu służące do zwijania bluntów, czyli skrętów koszulki z listkiem czy fajki wodne.

Polska pachnąca konopią

Cena towaru sprawia, że mogą po niego sięgnąć w zasadzie wszyscy. Marihuana jest tym samym używką egalitarną, tym też można tłumaczyć jej popularność. - Z jednej strony krążą legendy o posłach lubiących zapalić, choć ja z nimi nie miałem kontaktu, z drugiej klasyczną klientelą są osiedlowe małolaty - tłumaczy internetowy sprzedawca. W istocie: coraz częściej spotkać możemy zarówno vipa na haju jak i blokersa zaopatrującego się pod multipleksem czy w kawiarence internetowej.

- Mam 15 lat, mj [skrót od mary jane - jeszcze jednego slangowego określenia marihuany - red.] jaram od pół roku - opowiada Banan z warszawskiego Ursynowa. - Pewnego dnia kupiłem od kolegi w szkole trochę materiału. Zresztą kiepski był: suchy jak proszek i pełno łodyg w środku. Ale przeszło mi. Pamiętam, przyszli kumple, a ja cały czas się śmiałem. Banan lubi przypalić sam, bo nie trzeba się dzielić, a poza tym czuje się wtedy sam ze sobą dobrze. - Czy będę jarał za 10 lat? - zastanawia się młody blokers. - A bo ja wiem? Nie mam pojęcia, co będzie, może nic już nie będzie.

Statystyki potwierdzają, że Polacy coraz chętniej sięgają po marihuanę. Badania prowadzone w 2000 r. przez Instytut Spraw Publicznych dowodzą, że 13-14-latkowie coraz częściej eksperymentują z używkami. Co dziesiąty gimnazjalista (a w miastach - co szósty) przyznawał się do kontaktów z narkotykami, głównie marihuaną, co trzeci robił to nie tylko okazjonalnie. Bardziej kompleksowe badania Krajowego Biura Przeciwdziałania Narkomanii dowodzą, że co dziesiąty młody Polak (do 24 lat) używał narkotyków w ciągu ostatniego roku. I znów najpopularniejsza jest marihuana: kontakt z nią mieli cztery razy częściej niż z - następną na liście narkotykowych hitów - amfetaminą.

Trawka okazuje się przy tym rozrywką wielkomiejską: aż 48 proc. młodych warszawiaków deklarowało w 2000 r. jej okazjonalne palenie, gdy pięć lat wcześniej - 38 proc. Przyrost jest więc ogromny i dający do myślenia. Statystyki wskazywały też na nowe zjawisko: oto coraz częściej po skręta sięgają ludzie w średnim wieku (35-44 lata). W stolicy pali około 18 proc. z tej grupy, pięć lat wcześniej palił tylko co dziesiąty.

- Poszerzanie się kręgu amatorów marihuany jest wynikiem nie tylko łatwiejszej niż kilka lat wcześniej dostępności narkotyku - mówi prof. Wojciech Burszta, antropolog kultury ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. - Wzrost liczby palaczy wiąże się z przemianami kultury i sfery wyobrażeń społecznych. Współczesna kultura popularna jest kulturą przyzwolenia, nie zaś restrykcji i to widać po naszym stosunku do miękkich używek.

Nie różnimy się specjalnie od innych mieszkańców kontynentu. Zapach marihuany krąży nad Europą: aż 15 proc. nastolatków, uczestniczących w 1999 r. w europejskim badaniu dotyczącym używania alkoholu i narkotyków, stwierdziło, że "zażywanie narkotyków od czasu do czasu nie niesie żadnego ryzyka". Cztery lata wcześniej uznało tak 10 proc. Podobne wnioski płyną z raportów UE: co najmniej 45 mln obywateli Unii spróbowało marihuany przynajmniej raz. W ciągu ostatnich dziesięciu lat w wielu krajach Europy liczba osób przyznających się do palenia podwoiła się.

Mit ponadpokoleniowy

Dzieje cannabis indica, czyli konopi indyjskich, sięgają na Starym Kontynencie zamierzchłych czasów. W XVI i XVII w. na przykład karano grzywną ziemian, którzy nie chcieli tej rośliny uprawiać. Konopie były bowiem wykorzystywane do produkcji ubrań, ale przede wszystkim do wyrobu lin okrętowych. XIX w. to z kolei czas dyskusji nad medycznymi właściwościami marihuany, inspirowanych wiedzą starożytnych lekarzy ze Wschodu. Dziś marihuana stała się właściwie mitem kultury popularnej. Stała się elementem mody, śpiewa się o niej piosenki, pisze książki o bohaterach doświadczających "odlotu", rysuje w podobnym duchu utrzymane komiksy. - Co ważne - podkreśla prof. Burszta - trawka jest używką ponadpokoleniową, zupełnie inaczej niż na przykład ecstasy rozprowadzane wśród młodzieży po klubach albo barbiturany, które zażywała generacja dzieci-kwiatów.

I rzeczywiście: po ziele sięgają dziś pionierzy hipisowskiej kontrkultury i zafascynowani hip hopem gimnazjaliści. Ci pierwsi pamiętają rockowe standardy lat 60. poświęcone trawce: "Rainy Day Women" Boba Dylana czy "I Want To Take You Higher" w wykonaniu Sly&The Family Stone. Młodzi na pewno słyszeli, jak sławna hiphopowa formacja Cypress Hill śpiewa "I Want You Get High". O nadziejach, związanych z trawką w heroicznych czasach hipisowskich, pisał Czesław Miłosz w "Widzeniach nad Zatoką San Francisco": "(...) zaciętość, z jaką w ciągu wszystkich lat 60. policja ścigała marihuanę, miała cechy obsesyjne. (...) Przeszukiwanie kieszeni, kajdanki, wyroki, więzienia można wyjaśnić tylko poczuciem zagrożenia przez ťinneŤ, i nie bez powodu. (...) Być może nową erę ludzkości - dodawał noblista - otwierają nie bronie atomowe i podróże międzyplanetarne, ale psychodelic drugs jako zapowiedź masowych demokratycznych środków przeciwko nudzie".

Głównym orędownikiem marihuany stał się jamajski śpiewak reggae Bob Marley. Nie przypadkiem renesans jego popularności zbiegł się ze szczytem popularności trawki. Tyle że dla Marleya, jak dla każdego wyznawcy religii rastafariańskiej, palenie konopi było kwestią rytualną: marihuana dla rastafarian to ziele mądrości i dar Boga. Nic więc dziwnego, że piosenkarz nawoływał: "Niech zalegalizują marihuanę tu na słodkiej Jamajce/Ona leczy astmę a ja jestem doktorem z buszu/Niech zalegalizują marihuanę tu na słodkiej Jamajce/Ona uzdrowi gospodarkę i wyzwoli z niewolniczej mentalności". W podobnym tonie śpiewał inny klasyk reggae Peter Tosh w piosence "Legalize It", której tytuł stał się hasłem wszystkich zwolenników legalizacji trawy.

"Legalize It" śpiewa dziś także reaktywowana Brygada Kryzys. Robert Brylewski - współtwórca tego jednego z najważniejszych zespołów w historii polskiego rocka, wielokrotnie publicznie podkreślał, że jest długoletnim, regularnym palaczem marihuany. "Zawsze paliłem dużo marihuany, wszyscy o tym wiedzą - mówił Mikołajowi Lizutowi w wywiadzie zamieszczonym w książce "Punk Rock Later". - Twierdzę jednak, że nigdy nie miało to złego wpływu na moją pracę jako muzyka". Świadectwem tych przekonań jest choćby piosenka "Ganja" z legendarnej pierwszej płyty Brygady Kryzys. Kilka lat później, w 1985 r., nowy zespół Brylewskiego grający reggae - Izrael - nagrał płytę "Nabij faję".

Dla naszych weteranów boomu rockowego palenie marihuany było formą walki z Babilonem i jego represyjnym systemem: "Po joincie ludzie przestają się bać, rozkaz staje się śmieszny. Do utrzymania posłuszeństwa dobra jest wódka, a nie trawa" - mówił kiedyś Krzysztof Grabowski, wokalista punkowego Dezertera. W 1993 r. krucjatę w sprawie legalizacji ziela podjął Piotr Klatt, lider rockowych Róż Europy.

- Dlaczego marihuana jest taka popularna? Między innymi dlatego, że pozwala oderwać się od tej beznadziejnej rzeczywistości, daje luz i relaks - mówi Wujek Samo Zło, jedna z tych postaci na hiphopowej scenie, która darzona jest szczególnym szacunkiem. Hiphopowcom nie chodzi już o burzenie systemu, ale ucieczkę z blokowiska, zwalczanie nudy.

Polskie piosenki o marihuanie układają się w swoistą historię: oto od buntu i walki z rzeczywistością przeszliśmy do fazy ucieczki przed nią. A dla większości palenie stało się kwestią zwyczajnej mody: joint, czyli skręt, to po prostu jeszcze jeden towar, który trzeba mieć, by być w towarzyskim obiegu.

Trawka wkroczyła także do polskiego komiksu i literatury. Palą ją z upodobaniem bohaterowie obrazkowego "Osiedla Swoboda" Michała Śledzińskiego. Bohaterowie komiksu przesiadują na ławce, piją piwo, palą jointa za jointem i dyskutują o życiu.

Rodzice głównej postaci, Smutnego, narzekają, że syn nic nie zarabia, jego przyjaciel Niedźwiedź nie potrafi przekonać do siebie kolejnych pracodawców, obaj więc imają się osobliwych zajęć: pracują w kostnicy (gdzie podpalają nieboszczyka), kopią groby, są sanitariuszami podczas meczu piłkarskiego. Ich kompan - Szopa - zajmuje się sprzedażą narkotyków, co prowadzi do nie lada kłopotów, gdy o wpływy na osiedlu zaczynają rywalizować gangi niejakich Parówy i Bekona.

Bohaterów "Osiedla Swoboda" dopadła logika kapitalistycznego wykluczenia, jak powiedziałby wybitny historyk kultury Norbert Elias. I aby sprostać jakoś temu absurdowi egzystencji, trzeba sięgnąć po środki zaradcze: a towar jest właśnie pod ręką. W podobny sposób reagują bohaterowie powieści Michała Olszewskiego "Do Amsterdamu": żyją na prowincji bez widoków na przyszłość, zajmują się drobną dilerką, ale tak naprawdę marzą o mitycznym dla nich Amsterdamie: krainie wolności, gdzie w coffee-shopach można legalnie kupić marihuanę.

Joint venture

Niedawno niezwykle wysokiej jakości trawką zarzucono kluby, bary, wdzięcznymi nabywcami towaru okazali się także żołnierze odbywający zasadniczą służbę wojskową. Jakież było zdumienie policjantów z Centralnego Biura Śledczego, gdy okazało się, że jedna z największych i najnowocześniejszych plantacji marihuany w Europie znajduje się w Bydgoszczy. Rośliny nawożono specjalnymi preparatami, a ich wzrost - to też znak czasów - kontrolowany był komputerowo. Okazało się, że plantację założyli Holendrzy, a policjanci przypuszczają, że na tej jednej się nie kończy. - Holenderscy bossowie od konopi indyjskich dobrze wiedzą, że Polska to znakomite miejsce do robienia interesów - mówi oficer z CBŚ. - Wprawdzie nasi gangsterzy są nieokrzesani, ale Polska to jeden z najlepszych rynków marihuany w Europie.

Przypadek bydgoski chętnie wykorzystują zarówno rygoryści bez cienia tolerancji dla palaczy jak i zwolennicy legalizacji. Ci drudzy twierdzą, że liberalne przepisy powstrzymałyby rozwijający się u nas narkobiznes na międzynarodową skalę. W chwili obecnej w Polsce obowiązuje ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii z 1997 r. (z uzupełnieniami z 2000 r.) określająca, że kto wbrew jej przepisom posiada środki odurzające bądź psychotropowe, podlega karze pozbawienia wolności do 3 lat. Kara ta, dodajmy, może być mniejsza (w przypadkach - jak mówi się w ustawie - "mniejszej wagi") lub podwyższona do 5 lat w wypadku posiadania niesprecyzowanej "znacznej ilości". Dodać trzeba, że podobnie nieprecyzyjne zapisy są polską specjalnością; spotyka się je w prawodawstwie większości krajów Unii Europejskiej, gdzie szczegółowo zajmują się nimi - już podczas rozpraw - sądy.

Ogółem w 2002 r. ujawniono w Polsce ponad 36 tys. przestępstw narkotykowych - prawie 7 tys. więcej niż w roku 2001.

Problem z marihuaną polega na tym, że jest narkotykiem miękkim: nie powoduje kaca jak wódka i nie upadla jak heroina. Należy do sfery wyobrażeń społecznych, a gdzie wyobraźnia, tam i emocje górujące często nad rozsądkiem.

Zarówno więc zwolennicy jak i przeciwnicy marihuany szukają ostatecznego, nokautującego drugą stronę argumentu. Przeciwnicy wskazują na wyniki amerykańskich badań dowodzących, że marihuana sprzyja chorobom układu oddechowego o wiele bardziej niż tytoń (zawiera o wiele więcej ciał smolistych), a także że jej regularne stosowanie prowadzi do uzależnienia w takim samym stopniu jak narkotyki twarde. Zwolennicy legalizacji przekonują, że tak zwana teoria eskalacji (jej zwolennikiem był m.in. Marek Kotański) głosząca, że marihuana stanowi pierwszy etap, po którym sięga się po twarde środki, nie znajduje naukowego potwierdzenia. Wskazują także na to, że marihuana jest środkiem uśmierzającym ból, zalecanym m.in. przy stwardnieniu rozsianym i jaskrze, a na potwierdzenie podają przykład Holandii, gdzie trawkę wprowadzono niedawno do aptek.

Niewiele jest argumentów podzielanych przez obie strony. Wprawdzie i zwolennicy, i przeciwnicy przyznają, że marihuany nie sposób przedawkować śmiertelnie, a regularne używanie wywołuje syndrom amotywacyjny (apatię, zmęczenie, zobojętnienie) oraz przyczynia się do kłopotów z zapamiętywaniem i koncentracją, ale tych punktów wspólnych jest niewiele. Już kwestia, czy marihuana wywołuje psychozę, dzieli środowisko medyczne i to od końca XIX w. Część lekarzy twierdzi, że często dzieje się tak przy regularnym paleniu trawki, inni uważają, że zdarza się to tylko w przypadkach osób podatnych na takie stany psychiczne.

Albo, albo

Mity kultury (a marihuana jest takim mitem) trudno poddają się weryfikacji także i dlatego, że próbuje się ukryć bądź pominąć fakty niewygodne. Legalizatorzy nie wspominają jakoś, że w tejże liberalnej Holandii około 40 proc. społeczeństwa to przeciwnicy legalizacji, a około

80 proc. samorządów nie chce mieć na swoim terenie coffee-shopów. Z kolei rygoryści nie chcieli przyjąć do wiadomości raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z połowy lat 90. wskazującego, że zażywanie trawki jest mniej szkodliwe od alkoholu i tytoniu. Raport wówczas zresztą utajniono w obawie przed rozplenieniem się narkomanii.

Tymczasem trzeba wybrać między zakazem a legalizacją. Najgorsza jest taktyka (w Holandii zwana gedogen) polegająca na przymykaniu oka na istniejące zjawisko, bo takie postępowanie to oznaka hipokryzji sprzyjająca społecznemu rozchwianiu. Jeśli więc chcemy postępować liberalnie, to pamiętajmy choćby o tym, że to co legalne, nie zawsze jest nieszkodliwe. A raz uruchomione koło zamachowe przemysłu i reklamy jest nie do zatrzymania, co widać na przykładzie tytoniu i alkoholu. Skuteczność marihuany jako środka leczniczego też nie może być argumentem rozstrzygającym legalizację. Pod koniec XIX w. zaczęto masową produkcję kokainy jako środka znieczulającego przy operacjach oczu i przy zabiegach dentystycznych, dramat zaczął się, gdy koka wypełzła na ulice wielkich miast. Pouczający jest tu też przypadek heroiny, która powstała w 1897 r. w laboratoriach koncernu Bayera jako środek przeciwbólowy.

Mocniej w obronie legalizacji przemawiają argumenty natury ekonomicznej, prawnej i wychowawczej: dostępność marihuany w zgodzie z prawem będzie ciosem dla mafii narkotykowych, może przynieść, jak w Holandii, pieniądze do budżetu państwa, a także odstręczy młodzież od narkotyków twardych. Nic tu jednak nie jest takie proste, o czym przekonuje właśnie holenderski przykład. Jak podaje Interpol, Amsterdam stał się rajem dla dilerów z całego świata, a spożycie heroiny wcale w Holandii nie zmalało.

Ale największy problem tkwi jednak w tym, że legalizacja wymaga precyzyjnego współdziałania rozmaitych instytucji, o czym nasze schorzałe państwo może tylko pomarzyć. W Holandii istnieje instytucja Hausdealera, która - za wiedzą i pod nadzorem władz - sprzedaje używki miękkie. Pod specjalnym nadzorem w Belgii są z kolei dyskoteki, kluby młodzieżowe, kina, bo mimo wprowadzonej w tym kraju ostatnio legalizacji marihuany jej używanie w miejscach przeznaczonych dla młodych ludzi jest karalne.

Liberalizacja jest związana nie tylko z systemem nadzoru, ale także edukacją oraz pomocą medyczną. Leczenie uzależnionych jest w wielu krajach alternatywą dla kary więzienia. We Francji, w przypadku pomyślnych efektów leczenia, prokurator nie może wnieść aktu oskarżenia. W Hiszpanii istnieje możliwość warunkowego umorzenia kary, jeśli oskarżony wykaże, że zerwał z nałogiem lub poddaje się leczeniu. Z przepisu tego można skorzystać jednak tylko raz. Zasada "leczyć zamiast karać" stosowana jest także w Niemczech. Chroniczna zapaść polskiej służby zdrowia daje niewielkie nadzieje, że program taki dałoby się u nas szybko wdrożyć.

Jakkolwiek więc hasło liberalizacji brzmi modnie, efektownie i wydaje się być w zgodzie z duchem demokracji, warto dwa razy pomyśleć, nim wykona się krok w tym kierunku, bo późniejszy odwrót będzie znacznie trudniejszy. Z kolei zwolennicy zakazu posiadania trawki powinni pamiętać, że między penalizacją a represyjnością jest zasadnicza różnica.

Warto więc choćby dyskutować o pomysłach takich jak w Wielkiej Brytanii, gdzie policja propagowała ideę "three strikes and you’re out". Program "trzy strzały i odpadasz" miałby polegać na tym, że przy pierwszych dwóch wpadkach amatorowi marihuany konfiskowano by towar i dawano ostrzeżenie, a dopiero trzeci incydent w ciągu roku prowadziłby do aresztu. Rygoryści powinni też mieć na uwadze, że nic nie wzmacnia mitu tak jak związane z nim zakazy, a każda prohibicja sprawia, że owoc zakazany wydaje się bardziej soczysty. Nie ma więc nic gorszego niż ignorowanie problemu, kneblowanie innych, nieprawomyślnych głosów i przekonanie o bezwzględności swoich racji.

O tym, że marihuana stała się problemem, przekonują nie tylko dyskusje we Francji, Belgii czy Niemczech, ale także przykład Kanady, w której siły przeciwników i zwolenników marihuany wydają się równe. Tym sporom warto się przyglądać, gdyż dyskusja o legalizacji marihuany nas nie ominie. Wydaje się przy tym, że świadectwem demokracji jest nie tylko to, jakie rozwiązania się ostatecznie przyjmie, ale i to, w jaki sposób (i przy użyciu jakich argumentów) tę dyskusję się poprowadzi.

Podziałów społecznych mamy dość, a te, które pojawiają się na styku nowoczesnej cywilizacji i etyki (związane m.in. z genetyką, aborcją czy małżeństwami homoseksualnymi), będą narastać. Oby więc nęcący zapach trawki nie spowodował jeszcze jednego podziału w i tak podzielonym społeczeństwie, a marihuana nie stała się jeszcze jednym nierozwiązanym problemem.

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

amfi (niezweryfikowany)
&quot;Wyjścia są dwa: albo ją zalegalizować, albo przestrzegać zakazu. Najgorsze jest - jak u nas - przymykanie oczu.&quot; <br> <br>Taaa, bo policjanci, ktorzy znajduja u kogos 0, 0213 grama marihuany wcale nie przestrzegaja zakazu...wcale nie zakladaja kajdanek i nie zawaza do aresztu tylko przymykaja oko. Artykul o niczym. <br>
huj (niezweryfikowany)
ha, a ja artykuł przeczytałem wcześniej w hipermarkecie i miałem mieszane uczucia do tego txt.
tosior (niezweryfikowany)
nie wiem na jakim ty świecie żyjesz !!?? ja mieszkam w średniej wielkości mieście i mnie już 6 razy z trawą złapali ( w tym 4 razy jak paliłem i 2 jak miałem) i jakoś nic mi nie zrobili tylko pogrozili spisali i to wsio!! trzeba mieć znajomości i układy i psy na wszystko oki przymykają!!
glob (niezweryfikowany)
mówi Wujek Samo Zło, jedna z tych postaci na hiphopowej scenie, która darzona jest szczególnym szacunkiem. :D hahahaha szacunkiem ;]
herr Grudzisz (niezweryfikowany)
W tym artykule znalazłem bardzo ciekawą nieścisłość; chodzi o czerwoną ramkę z wymienionymi efektami zażywania marichuany, a są to min. <br>*nadmierna potliwość <br>*rozszerzone źrenice <br>Moja mama podeszła do artykułu bardzo poważnie i teraz zawsze sprawdza stan moich źrenic po każdej imprezie- co z tego, że przychodzę przeważnie zczadzony jak krowa, gały mam czerwone, ale żrenice jak szaprki [wiedzmin :D] - &quot;no synu, dobrze, że już nie bierzesz tego świństwa&quot; heheheh <br>lol <br>Jak tu nie kochać polityki... <br>PS: Pocenie i rozszerzone źrenice bardziej mi pasują do dzaiłania MDMA imho...
q (niezweryfikowany)
ha, a ja artykuł przeczytałem wcześniej w hipermarkecie i miałem mieszane uczucia do tego txt.
huj (niezweryfikowany)
ha, a ja artykuł przeczytałem wcześniej w hipermarkecie i miałem mieszane uczucia do tego txt.
Karacz (niezweryfikowany)
w artykule nie ma nawet słowa o Czechach!!! <br>a przecież są tam zalegalizowane miękkie narkotyki i są coffee-shopy gdzie legalnie można kupić pojarę. <br> <br>nasuwa się pytanie dlaczego nic o tym nie napisali?? bardzo dziwne i z daleka śmierdzi próbą manipulacji informacją... <br> <br> <br>
Bajo (niezweryfikowany)
Wujek to zajebiscth Raper o co wam chodzi!! HYHYHYHYHYHYYHYHHY i ma swuj program HYHYHYHYYH ej nie ważne jadle dziś i mam jakieś dreszcze KURWA!! Pa :)
.chudy. (niezweryfikowany)
ha, a ja artykuł przeczytałem wcześniej w hipermarkecie i miałem mieszane uczucia do tego txt.
indygogo (niezweryfikowany)
Dobry artykuł (mogło byc gorzej).chociaż,jak zwykle gdy słychać o zielu w mediach to dostrzegam ze coś im sie miesza .czasem myślą ze amfa do jointa,albo haszysz do żyły.tutaj piszą taką bzdure:&quot;regularnie palona marihuana uzależnia w takim samym stopniu jak narkotyki twarde&quot; . <br> <br>aha,gwoli scisłości(i ku radości) .artykuł jest z pierwszej strony.fajną okładke zrobili polityce:)
basssboy (niezweryfikowany)
w artykule nie ma nawet słowa o Czechach!!! <br>a przecież są tam zalegalizowane miękkie narkotyki i są coffee-shopy gdzie legalnie można kupić pojarę. <br> <br>nasuwa się pytanie dlaczego nic o tym nie napisali?? bardzo dziwne i z daleka śmierdzi próbą manipulacji informacją... <br> <br> <br>
Pustelnik (niezweryfikowany)
w artykule nie ma nawet słowa o Czechach!!! <br>a przecież są tam zalegalizowane miękkie narkotyki i są coffee-shopy gdzie legalnie można kupić pojarę. <br> <br>nasuwa się pytanie dlaczego nic o tym nie napisali?? bardzo dziwne i z daleka śmierdzi próbą manipulacji informacją... <br> <br> <br>
powa (niezweryfikowany)
kilka lat temu też był raport o zielu w polityce. <br>btw: dużo mądrzejszy, polecam archiwalia:D. <br> <br>a ten to takie lanie wody, garść &quot;faktów&quot; i przemyslenia niezorientowanego w temacie autora. <br> <br>... rozszerzone źrenice, nadmierna potliwość... <br>może mariusz czubaj się spocił wysmarzając tego artylka i siedział przed bucowatym monitorem w redakcji to mu się źrenice rozjechały...:D <br> <br>po prawie 10 latach dosyć częstego palenia zielska jedyny &quot;objaw&quot; jaki mi pozostał oprócz &quot;positif filing i paszczy na oścież&quot; to gastrofaza - od 10 lat po baku włażę do lodówki. tego się już chyba nie pozbędę. <br>reszty objawów już nie ma od dawna. czasami gadam z klientami zbuchany i co najwyżej mówią: ależ jest pan&lt;lol&gt; dzisiaj w dobrym humorze. <br> <br>koniec i kropka. nawet moja kobieta czasami nie wyczuje że się spaliłem. no chyba, że zaczynam żerować. <br> <br>zresztą moi &quot;smolący&quot; znajomi mają bardzo podobnie jak ja. nikt się nie poci&lt;lol&gt; ani nie rozszerza źrenic. trening to podstawa. <br> <br>
Kapitan Planeta (niezweryfikowany)
Artykóuł do dupy. Gadu gadu gadka a na koniec sterowanie ludźmi na jedyne pozytywne myślenie
robur (niezweryfikowany)
pieknie feta narkotykowym hitem jaram blunty 6 lat i w zyciu nie zdazyl mi sie chociaz spojrzec na fete w sposob ze jej sprobowac. jebac chemie. Ciekawe co Rydzyk sadzi o legalizacji gandzi ;)-
elblante (niezweryfikowany)
tu raczej nie chodzi o to czy zrenice sie rozszerzaja i czy pocisz sie czy raczej wysychasz (choc redaktor przygotowujac sie do artykulu mogl po raz pierwszy jarac blanta), ale o to, ze politycy udaja ze nie ma problemu, i najlatwiej jest wszystkie narkotyki traktowac jednako. zeby przypadkiem nie zostali podejrzani o wspieranie narkomanii i nie pospadali ze stolkow. Najgorsze jest te udawanie glupa, ze raport WHO to sciema, ze trawka uzaleznia, ze tylko moje argumenty sa prawdziwe itd. <br>czy musimy czekac 20 lat az nastepne pokolenie (bardziej wyluzowane, otwarte) dojdzie do wladzy i nie bedzie mialo oporow zeby zajac sie sprawa trawki? <br>
randomness