REKLAMA




Piraci kontra świat

Książka "Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę" ukazała się w świetnej „Serii Amerykańskiej” Wydawnictwa Czarne. Napisana została z reporterską dociekliwością przez Nicka Biltona, pisarza i dziennikarza „Vanity Fair”, a wcześniej „The New York Times”. Autor nadał jej formę powieści non-fiction, łączącą w sobie interesującą biografię, kryminał ze żmudnym dochodzeniem i sensację pędzącą za zwrotami akcji.

pokolenie Ł.K.

Kategorie

Źródło

Przekrój
Anna Wyrwik
Komentarz [H]yperreala: 
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła.

Odsłony

153

To jest jak historia z komiksu. Po jednej stronie mamy Rossa Ulbrichta, dwudziestoparoletniego chłopaka z Teksasu, który wiedzie studenckie życie w tym samym zestawie dżinsów z T-shirtem i rozczochraną fryzurą, czas dzieląc pomiędzy studia z inżynierii chemicznej, imprezy, dziewczynę i spotkania klubu libertariańskiego. Po drugiej znalazły się zespoły prowadzących śledztwo agentów: FBI z Nowego Jorku, grupa Marco Polo z Baltimore i solista Jared Der-Yeghiayan z Chicago, czyli niegładko ogoleni faceci w znoszonych i przepoconych marynarkach, którzy piją kawę z automatów i jeżdżą nudnymi sedanami.

Ross zawsze cenił sobie wolność. Miły, sympatyczny, miał wielu przyjaciół, kochał rodziców, skrupulatnie segregował śmieci, marzył o rodzinie i domu na przedmieściach. Mimo to nie wiedział, co ze sobą zrobić, w którą stronę pójść, coś próbował, nie kończył, szukał. Im bardziej studiował libertarianizm, im wnikliwiej wczytywał się w dzieła Ludwiga von Misesa, Murraya Rothbarda czy Roberta Nozicka, tym pewniejszy był, że to jego droga, i że tę wolność ceni sobie ponad wszystko, bo człowiek jest wolny i jest panem swojego życia, więc nikt i żaden rząd nie może wchodzić mu w drogę, niech robi swoje i się nie wtrąca. Pewnie nie raz czytał słowa Rothbarda z książki O nową wolność. Manifest libertariański: „[…] każdy człowiek ma prawo wyboru. Można dowolnie szeroko głosić poglądy o szkodliwości papierosów, ale trzeba pozostawić ludziom wolność decydowania o własnym życiu. W przeciwnym razie można by równie dobrze zakazać wszelkich czynników rakotwórczych, na przykład noszenia zbyt ciasnych butów, niedopasowanych sztucznych szczęk, nadmiernego opalania się, a także jedzenia zbyt dużej ilości lodów, jajek i masła, które mogą być przyczyną chorób serca. A jeśli takie zakazy okażą się niemożliwe do wyegzekwowania, to logika podpowiada, by umieścić ludzi w klatkach, tak żeby zapewnić im odpowiednią ilość nasłonecznienia, właściwą dietę, wygodne buty itd.”, pewnie w całości się z nimi zgadzał, bo sam zawsze uważał, że „nikt nie ma prawa decydować, co człowiek wprowadza do swojego organizmu”, a cała ta antynarkotykowa polityka amerykańskiego rządu to jeden wielki pic na wodę.

Agenci w klapy znoszonych i przepoconych marynarek mieli pewnie wpięte przypinki z gwiaździstym sztandarem. Ze łzami w oczach patrzyli na ślady po World Trade Center, wspominali bohaterskich strażaków, a przy barowym piwie po pracy analizowali swe poprzednie akcje. Ponad wszystko cenili prawo, bo ma ono chronić obywateli przed złymi ludźmi i złymi decyzjami, przed terrorystami, narkotykami i ideologiami, które przez nakazy i zakazy zostały uznane za złe. Państwo i prawo dbają o bezpieczeństwo, a bezpieczeństwo kraju i jego obywateli to wartość cenniejsza od wszystkich innych. Tak uważali.

Ross Ulbricht w końcu znalazł. Założył Silk Road, internetowy sklep z narkotykami zainstalowany w sieci Tor, w którym do płatności wykorzystywano kryptowalutę bitcoin, co zapewniało użytkownikom anonimowość. Wtedy agenci zaczęli go ścigać.

Na początku sklep był po to, by dawać ludziom trochę więcej wolności i swobody w obchodzeniu prawa. Wyobrażam sobie, że był projektem dla ludzi takich jak Ross – młodych, w luźnych ciuchach, z plecakami na plecach sprawnie poruszających się po świecie, który stoi przed nimi otworem. Chcą z niego korzystać na maksa i nie chcą, by ktokolwiek decydował za nich, bo wolność jest ponad wszystko. Chcą zapalić, to palą. Chcą brać, to biorą. Chcą gdzieś polecieć, to lecą. Wystarczy mieć laptopa, tablet lub smartfon, kliknąć, przelać bitcoiny i bilet przychodzi na maila, a koperta z zamówionym towarem ląduje w skrzynce pocztowej. Bez ryzyka, bez stresu, bez niebezpieczeństwa wplątania się w jakąś uliczno-gangsterską strzelaninę albo spotkania pary gliniarzy. Bo to nie ich klimat. To klimat jak z serialu High Maintenance, stworzonego w 2012 r. przez (niegdyś) małżeństwo Katję Blichfeld i Bena Sinclaira. Najpierw była to niezależna produkcja wrzucana za free do sieci, potem projekt przejęła telewizja. Idea pozostała ta sama. Bohaterem jest Koleś (ang. The Guy), który jeździ rowerem po Brooklynie z czarną walizeczką w plecaku wypchaną marihuaną, grzybkami halucynogennymi i innymi tego typu rzeczami. Jest miły i bezkonfliktowy, odwiedza kolejnych klientów, artystów, programistów, przedsiębiorców, barmanów, nerdów, feministki, gejów, osiłków pocących się od chipsów przed telewizorem, matki i ojców, leczących choroby dziadków i babcie, współczesnych mieszczan, z którymi pali i rozmawia o codzienności. Miejskie życie. Kolesiowi to wystarcza.

Ale Rossowi nie wystarczało. Marzył o rewolucji i wierzył, że Silk Road będzie jej początkiem i przyczyni się do liberalizacji prawa, poszerzenia ludzkiej wolności i tak dalej. Otwarcie serwisu planował na 5 listopada, tyle że coś nie wyszło, więc się spóźnił. Na 5 listopada, bo wtedy wypadał Dzień Guya Fawkesa należącego do spisku prochowego przeciwko królowi Jakubowi I. Tego dnia w 1605 r. spiskowiec został aresztowany po nieudanym zamachu na brytyjski parlament. To jego podobizna widnieje na masce V z ulubionego filmu Rossa V jak Vendetta Jamesa McTeigue’a na podstawie scenariusza braci Wachowskich. Film powstał na bazie komiksu napisanego przez Alana Moore’a i narysowanego przez Davida Lloyda. V swą rewolucję też planował na 5 listopada. Jest typowym komiksowym bohaterem, zamaskowanym buntownikiem w świecie orwellowskich rządów, uzyskanych przez partię w wyniku sterowanego kryzysu epidemiologicznego. Jest ofiarą systemu i ostatnim sprawiedliwym, który chce go obalić. Maska narysowana przez Lloyda poszła w świat. Stała się symbolem ludowej rewolucji i walki z systemem. Założyli ją członkowie grupy Anonymous i Occupy Wall Street, a także ludzie protestujący na całym świecie – od Hongkongu przez Anglię i Polskę aż po Egipt. Wariacje na jej temat pojawiły się w serialu Dom z papieru, a buntujący się w Jokerze tłum też ma maski, już inne, ale wciąż są to maski komiksowego bohatera, za którego przykładem ludzie chcą walczyć z uciemiężającym ich systemem.

Komiksowy bohater Rossa został nazwany Straszny Pirat Roberts i gdy Ross logował się do serwisu, stawał się nim – jakby drugą naturą tej samej osoby, w masce i pelerynie, przejmując władzę nad światem, który stworzył. Silk Road rozrósł się błyskawicznie, liczba użytkowników przekroczyła milion, a bitcoinowe konto Rossa Ulbrichta wiele razy milion, przeliczając na dolary. Jasne, że większości z tych ludzi zależało jedynie na pieniądzach i łatwym dostępie do nielegalnych towarów, ale wielu stało się wyznawcami Strasznego Pirata Robertsa. Wierzyli w to, co pisał, i zgadzali się z tym, z jego przemyśleniami na temat świata, rządu i prawa, oglądali V jak Vendetta i inne filmy, które polecał, czytali libertariańskich klasyków i pozostałe książki z list, które wrzucał na forum. Ross wypełniał misję. W tej alternatywnej rzeczywistości po ciemnej stronie świata, w tym jakimś takim undergroundzie Straszny Pirat Roberts tłumaczył ludziom, jak wygląda świat, jakby dając im czerwoną pigułkę od Morfeusza z Matrixa albo jakby wszyscy stanęli za kamerami Truman Show. System kłamie. V w przemówieniu do obywateli mówi: „Wiem, czemu to zrobiliście, wiem, że się baliście, kto by się nie bał, wojna, terror, zaraza, miliardy problemów tłumiących w nas zdolność kojarzenia faktów, zdrowy rozsądek, zmroził was lęk i w panice zwróciliście się do obcego kanclerza”.

Tymczasem kanclerz w innym fragmencie filmu mówił, że bezpieczeństwo kraju zależy od pełnego podporządkowania się obywateli. Agenci, którzy w jakimś stopniu mogliby się zgodzić z tymi słowami, z coraz większą zawziętością szukali twórcy Silk Road. Na początku historii mogło się wydawać, że to konflikt dwóch różnych światów, dwóch narracji, gdzie w jednej jest High Maintenance, w drugiej Breaking Bad, w jednej serial Trawka, w drugiej Narcos. Ale te dwa światy zaczęły się ze sobą mieszać. Silk Road przestał być małym, internetowym sklepem dla zwolenników delegalizacji narkotyków, a stał się tym, czym znamy go dzisiaj – największym na świecie marketem online ze wszystkimi nielegalnymi towarami, jakie można sobie wyobrazić, bo obok marihuany i grzybków halucynogennych pojawiła się kokaina, heroina, a potem jej chińska wersja – wielokrotnie mocniejsza i potrafiąca z miejsca zabić, wkroczyły leki, narzędzia hakerskie, fałszywe dokumenty, broń czy ludzkie organy. Wraz z rozwojem strony zaczęły się też mieszać ze sobą dwie natury Rossa, dotąd żyjące w światach równoległych rozdzielonych granicą zasięgu wi-fi, a teraz Ross Ulbricht vel Straszny Pirat Roberts musiał dokonywać coraz trudniejszych moralnych wyborów, stąpając po płynnych definicjach społecznego zaufania, pomiędzy wolnością a bezpieczeństwem, pomiędzy ryzykiem a pewnikiem.

Książka Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę ukazała się w świetnej „Serii Amerykańskiej” Wydawnictwa Czarne. Napisana została z reporterską dociekliwością przez Nicka Biltona, pisarza i dziennikarza „Vanity Fair”, a wcześniej „The New York Times”. Autor nadał jej formę powieści non-fiction, łączącą w sobie interesującą biografię, kryminał ze żmudnym dochodzeniem i sensację pędzącą za zwrotami akcji. Momentami zapuszcza się w schematy, kolejne rozdziały zaczynając od szczegółowych opisów ubrań, wnętrz czy pogody, a kończąc zdaniami w stylu: „nie wiedział o tym, że już za jakiś czas…” albo „jak niedługo miało się okazać…”, ale całość absorbuje, a dłoń z ciekawością przewraca kolejne strony, bo to fascynująca historia.

Oceń treść:

Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • 4-HO-MET
  • Marihuana
  • Pozytywne przeżycie

Pewnego słonecznego dnia odezwała się do mnie znajoma z miejscowości obok. Usłyszałem od niej, ze zamówiła coś specjalnego i jeżeli mam dzisiejszy i kolejny dzień wolny to mam koniecznie wpadać. Po dwóch godzinach zjawiłem się u niej, było około 18. Wchodzę do mieszkania, szybkie przywitanie, patrzę na stół a tam samarka z naklejką od dobrze mi znanego RC. Uśmiechnąłem się w myślach, bo o ile znałem jej zamiłowanie do substancji mieszających percepcję to nie spodziewałem się, że będę miał tego dnia okazję znów spróbować jeden z moich ulubionych psychodelików.

  • MDMA (Ecstasy)

  • Bad trip
  • Benzydamina
  • Odrzucone TR

oczekiwania : miłe halucynacje otoczenie : w domu,z bratem i mamą nastrój : neutralny

Na samym początku chcę ostrzec ludzi słabych psychicznie, aby nie próbowali tego specyfiku , bo może Wam się w baniach poprzewracać ,ale zacznę od początku.
Nigdy nie próbowałam żadnych środków halucynogennych ,nie miałam do nich dostępu, jednak bardzo chciałam zobaczyć "jak to jest".
Poczytałam trochę w necie o "Tantum Rosa" i wydawało mi się, że coś takiego jest w apteczce ! I rzeczywiście było .

  • LSD-25
  • Marihuana
  • Przeżycie mistyczne

Piękny dzień, nastrój doskonały, nic dodać, nic ująć.

Ok. 17 wyjrzałem za okno, widząc piękny dzień postanowiłem zjeść wszystkie pozostałe w mojej szufladzie kartony, dokładnie pięć papierków z blotterka z klasycznym nadrukiem z hoffmanem rowerzystą, Słońcem i Księżycem po dwóch stronach. O 18:30 będąc w drodze na miejsce zjadam wszystkie papierki. Mam mało czasu, chcę zrobić ognisko, potrzebuje dużo drewna a wkrótce zmierzcha, pedałuje więc szybko. Moim celem jest podmiejski las w którym krążąc przez chwile znajduje miejsce i gorączkowo zaczynam zbierać drewno. Niepokój który czasami pojawia się przy wejściu jest tym razem silniejszy.

randomness