Marihuana bez specjalnego nadzoru

W weekendowy wieczór stolica Holandii tętni życiem jakby była wielomilionową metropolią. Rozochocona młodzież z całego świata przelewa się z pubu do pubu. Gdzie tu można kupić trawkę? – Wszędzie! – wykrzykuje rozbawiony chłopak.

Koka

Kategorie

Źródło

Jaromir Rutkowski
Polish Express

Odsłony

974

W amsterdamskich kawiarniach siedzi się, skręca jointy i leniwie popija kawę W weekendowy wieczór stolica Holandii tętni życiem jakby była wielomilionową metropolią. Rozochocona młodzież z całego świata przelewa się z pubu do pubu. Gdzie tu można kupić trawkę?

– Wszędzie! – wykrzykuje rozbawiony chłopak.

Rzeczywiście, w centrum miasta trudno znaleźć ulicę, na której jakaś kawiarnia nie zaprasza na roześmiany dymek. Niektóre w istocie są kameralnymi miejscami dobrymi na zrelaksowaną pogawędkę ze znajomym. W większości tego typu przybytków alkoholu się nie sprzedaje. Inne dudnią muzyką i mrugają światłami jak nocne kluby. Są też miejsca, które można by nazwać "fast joint", bo wyglądają jak bary McDonaldsa. Skręcić, zapalić, wyjść. W środku menu, jak to bywa w barach. W ofercie wybór marihuany i haszyszu – luzem lub w od razu skręconych jointach.

- Ja bym wziął "czerwoną mgiełkę" albo "sputnika". Po prostu nazwy mi się podobają – poleca chichocząc John, na oko 50-letni Amerykanin, który mieszka już tu od kilku lat, bo lubi atmosferę tego miasta. W ramach relaksu wpadł na skręta z żoną i synem. Poleca "wulkan". To maszyna, która – jeśli nie umiesz lub nie lubisz palić – zrobi to za Ciebie i wypełni specjalny balon ziołowymi oparami. Potem metodą wziewną należy dokonać inhalacji. Ostatecznie można zjeść nadziewane radosnym materiałem ciasteczka. Albo zamówić na śniadanie jajecznicę z haszyszem. Czy niektórym zdarza się przedawkować jak alkohol w pubie?

- Rzadko, ale jeśli ktoś wypali za dużo na pusty żołądek, może dostać mdłości – informuje obsługujący za barem chłopak w dredach. - To dlatego, że drastycznie spada poziom cukru we krwi. Podajemy wtedy szklankę wody z cukrem. Po dziesięciu minutach delikwent znowu może usiedzieć – uśmiecha się.

Wizje do wyboru

W sklepie obok, oprócz orientalnych gadżetów lodówka wypełniona dziesiątkami opakowań powodujących halucynacje grzybów. Obok tablica z objaśnieniami: dla początkujących meksykańskie – wizje umiarkowane, dobry humor. Kamienie filozofa – dla pragnących zanurzyć się w zrelaksowanych refleksjach nad otaczającą ich rzeczywistością. Hawajskie – dają dużo energii i zapewniają silne efekty wizualne. Ekwadorskie – tylko dla tych, którzy wiedzą, co robią.

- A jak bym chciała kupić trochę na prezent i wywieźć za granicę, to mogę? – pyta obsługującego dziewczyna.

- Obawiam się, że może być to nielegalne – zaznacza ekspedient. - Chociaż właściwie nikt nie szuka na granicy akurat grzybów. Ostatecznie możesz wkroić je do kanapek lub sałatki – doradza. Zawsze można jeszcze kupić zestaw do ich hodowli. Niewielkie pudełko może stanąć w każdym pokoju, a wygląda jak pojemnik ze żwirkiem dla kota.

Według danych Erjama Roskama z holenderskiego Związku Sprzedawców Marihuany w jego kraju regularnie pali ją około 300 tysięcy osób. W proporcji do 16 milionów mieszkańców jest to procent nawet mniejszy niż w większości krajów europejskich.

- To co nie jest zakazane, nie jest już tak kuszące – tłumaczy.

Skąd więc te tłumy w amsterdamskich coffee shopach?

- Szacujemy, że około czterdziestu procent klientów to turyści – wyjawia.

Niektóre źródła podają jednak, że regularnych palaczy jest nawet dwa i pół razy więcej.

Rembrandt zamiast haju

Mimo że najwyraźniej zainteresowanie paleniem trawki jest duże, spadła w ostatnich latach liczba miejsc, gdzie skręta można nabyć i zapalić w swobodnej atmosferze. W szczytowym okresie lat 90. w całej Holandii było ich 2 tysiące, dziś ostało się 700. W samym Amsterdamie liczba ta spadła z 450 do 250. To skutek "czyszczenia biznesu", jak nazywa to Erjam. Kiedyś coffee-shop mógł założyć każdy i wszędzie. Sytuacja wymknęła się więc nieco spod kontroli. Lokalne władze na własną rękę zaczęły wprowadzać wymóg licencji. Teraz biznes prowadzić mogą tylko osoby, które spełnią odpowiednie wymogi. W niektórych rejonach kraju tego rodzaju działalności zabroniono w ogóle. Zwłaszcza w rejonach przygranicznych, gdzie mieszkańcy uskarżali się na hordy "narkotycznych turystów", którzy przyjeżdżali tylko po to, żeby się "naćpać i narozrabiać". Stąd też pojawiają się pomysły, aby konopie sprzedawać można było tylko obywatelom Holandii po okazaniu przez nich dowodu tożsamości.

- Mamy do zaoferowania światu znacznie więcej, niż tylko narkotyki. Mamy swoją kulturę, tradycję i wielkich artystów, takich jak Rembrandt – nawołuje Cisca Joldersma, posłanka do holenderskiego parlamentu z ramienia Chrześcijańskich Demokratów. Właściwie to jej partia chciałaby w ogóle zdelegalizowania marihuany.

- To mała eksternistyczna grupa, która przypadkiem znalazła się w rządzie – replikuje Erjama. - Chcieliby zabronić wszystkiego: marihuany, aborcji, prostytucji – wylicza. - To niebezpieczni fundamentaliści, jak Osama Bin Laden – porównuje.

Według niego zwalczanie marihuany jest też elementem amerykańskiego imperializmu.

- Większość krajów europejskich, jak Niemcy, Wielka Brytania, czy Francja, praktycznie zniosło w ostatnich latach kary za posiadanie marihuany na własny użytek – argumentuje.

Apetyt na zdrowie

O ile posiadanie, spożywanie i sprzedawanie marihuany jest legalne, to nie można jej hodować. Nie wchodzi też w grę oficjalny import, bo w krajach pochodzenia jest to substancja zakazana. Skąd więc bierze się w rynkowym obrocie? Problem ten nazywany bywa "tajemnicą drzwi na zapleczu".

- Różne coffee-shopy różnie sobie z tym radzą. Jednym ktoś podrzuca przez otwarte okno, do innych spadają wprost z przelatujących nad nimi samolotów – ironizuje przedstawiciel zrzeszenia przybytków tego typu. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że większość roślin pochodzi z nielegalnych plantacji w samej Holandii.

- Oczywiście jesteśmy za legalizacją tego typu upraw – zaznacza rozmówca.

Zagłada coffee-shopów nadejść może z zupełnie niespodziewanego kierunku, z Brukseli. Dyrektywa europejska nakazuje wprowadzenie w krajach członkowskich zakazu palenia w miejscach publicznych, także w kawiarniach, pubach i klubach. Jednak aktywiści biznesu już szukają dziury w całym.

- Prawo to dotyczy palenia tytoniu, nie konopi indyjskich – wskazuje Erjam.

Problem polega jednak na tym, że do holenderskiej tradycji należy robienie słabszych skrętów z tytoniu zmieszanego z marihuaną lub haszyszem. Ale i na tę kwestię znaleziono już radę. Prawo to ma chronić pracowników, nie palaczy. W ostateczności sprzedawcom zainstalujemy więc specjalne kabiny izolujące ich dymu – obwieszcza z satysfakcją. Holenderskie ministerstwo zdrowia proponuje rządowi, aby dla coffee-shopów uczynić w zakazie wyjątek i wskazuje na podstawową przyczynę, dla której konopie indyjskie zalegalizowano. Głównym argumentem w 1976 roku było odizolowanie palaczy trawki od świata przestępców i dilerów narkotykowych, którzy mogliby im zaoferować również te twardsze substancje. Stąd liczba uzależnionych od heroiny ma być dziś w Holandii jedną z najniższych w Europie, gdy kiedyś problem ten był prawdziwą plagą.

- Dla zdrowia wszystkich najlepiej więc będzie, jeśli coffee-shopy przetrwają – pointuje Erjam.

Oceń treść:

Average: 9 (1 vote)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

madrze powiedziane sam bym kiedys chcial z rodzina zamieszkac w holandi, zalozyc jakas firme i tam zyc jest to takim moim marzeniem bo w polsce raczej nie zostane w tym kraju policyjnym pamietajcie: Tylko Bóg może nas sądzić... Pier*** panstwo gdzie mam isc siedziec za jointa to po prostu chore korupcja, zlodziejstwo tak tu tylko mozna wyzyc
jamajkapl (niezweryfikowany)

kolego w holandii to polakow biora tylko do sprzatania lub jezdzenia wozkiem. chyba, ze skonczy sie tam studia i bedzie sie mialo holenderski paierek. przyda sie jeszcze zameldowanie ( o ktore tez nie jest latwo). a teraz najsmieszniejszcze, zeby moc pracowac trzeba miec konto w banku, inaczej nie przejdzie. moim zdanie jest to kraj pelen niewyjsnionych paradoksow. troche dziwnie sie tam czlowiek czuje jakos nieswojo, to przez obce jezyki wokol ciebie. ale ganje maja spoko, lol
Zajawki z NeuroGroove
  • Diazepam
  • Użycie medyczne

Nastawienie: Bardzo złe, Czas: późne popołudnie (przy pierwszej dawce), Otoczenie - szpital psychiatryczny

Ostatnio wylądowałem w psychiatryku i nadal w nim jestem. Byłem przypięty w pasach przez 5 całych dni. Relanium dostaję 3 razy dziennie, domięśniowo (czyli w dupę XD).

 

Do tej pory dostałem 22 zastrzyki po 10mg, czyli 220mg w przeciągu właśnie tych niecałych 5 dni (dostaję dwa zastrzyki po 10mg równocześnie). W tym momencie, kiedy to piszę, będzie dawka popołudniowa moich leków (tych leczących) i znowu szpryca w dupsko.

 

Nie mam pojęcia, przez jaki czas będą mi jeszcze podawać ten diazepam... Czuję się trochę dziwnie, ciężko to opisać, ale się postaram.

  • Amfetamina

Niedawno minął rok czasu, od kiedy wzięłam po raz pierwszy. To był dziwny rok. Czasami czuję sie tak jakbym wcześniej nie miała wogóle życia, jakby osoba, którą kiedys byłam była zupełnie kimś innym, obcym. To niesamowite, jak narkotyki potrafią zmienić ludzi. Pierwszy raz marihuany spróbowałam z ciekawości, fascynacji opowiadaiami ludzi którzy twierdzili, że po zapaleniu odkrywają inny świat - pełen magii, niezwykłości, niedostępny dla zwykłych śmiertelników. Może nie za pierwszym, nie za drugim razem ale wkońcu dotarłam do tego świata. Jednak marihuana podobnie jak kwasy jest zdradliwa.

  • Echinopsis Peruviana
  • Pierwszy raz

Samotnie w mieszkaniu. Podekscytowany, spokojny, jednak z lekkimi obawami. Miałem chyba nadzieję, że Don Mescalito pomoże mi rzucić tytoń.

   Witajcie duszyczki. Don Mescalito wołał mnie od chyba dwóch lat. Zapraszał do siebie, a ja chyba nie czułem się godzien. Od maja leżała u mnie paczuszka z 32g listków wyschniętej kory peruvian torch. Jarałem się tym faktem, choć nie czułem się gotowy. Jakiś miesiąc temu śniła mi się ta wyprawa, na którą w końcu się wybrałem... sam.

 

  • Benzydamina
  • Etanol (alkohol)
  • Kodeina
  • Pierwszy raz

podniecenie, ciśnienie na "zaćpanie" czegokolwiek. pozytywny, lekko chilloutowy, wakacyjny nastrój.

Wakacje 2014, lipiec.

 

Dwójka nas była, obaj płci męskiej. Tego dnia właśnie przyjechaliśmy do Milówki - mała wieś w powiecie Żywieckim, bardzo przyjemna, jeżeli chodzi o krótki wypoczynek. Nasza kwatera, co istotne dla dalszej części opowieści, znajdowała się 650 metrów nad poziomem morza, a droga od "rynku" (czyli najbliższe oznaki cywilizacji) to około 2 kilometry. Owa droga prowadziła przez pola (piękne widoki, swoją drogą), dwa, czy trzy razy trzeba było przejść przez zagęszczenie drzew przypominające mały las.