Zwyczajny kompot?

Rozdział książki pt "Po tej stronie granicy"; reportaż "Życia Warszawy".

Tagi

Źródło

"Po tej stronie granicy"/ "Życie Warszawy" 22-23 VIII 1981

Odsłony

3584

rozdział książki pt "Po tej stronie granicy" (do spisu treści)
okladka okładka

"Życie Warszawy"
22-23 VIII 1981
Czy mają państwo ochotę na kompot? Wystarczy trochę makówek i...
Nie, nie, dokładnej receptury nie po dam, bo jeszcze kolejny wyalienowany młody człowiek uwarzy sobie tego uszczęśliwiającego płynu i przybędzie nam następny narkoman po polsku.
Czy wiedzą państwo, kto najchętniej kompotu używa? Tacy młodzi, z problemami. Życie da im trochę po głowie i sięgają po pierwszą strzykawkę.

Chcieliby państwo trochę obrazków rodzajowych? Nic z tego. Oni pokazywaliby sobie potem ten reportaż, czuliby się wreszcie zauważeni, dowartościowani. Czuliby się jak prawdziwi bohaterowie. Czy naprawdę powinnam w taki sposób wprawiać ich w stan samozadowolenia? Czy naprawdę tak mam im pomóc?
Pomińmy ich więc. Pomińmy ich pełne oparów kompotowych domy, ich dzieci - te jeszcze nie narodzone i te już wyglądające zza drewnianych prętów łóżeczek. Pomińmy i sobie samym zadajmy pytanie. Czy nam - zdrowym, niby normalnym, jakoś tam radzącym sobie z życiowymi problemami - czy nam naprawdę zależy na zwalczaniu narkomanii?

Ilu z nas spotkało się z nimi w zwyczajnym, codziennym życiu? Ilu z nas wie, że oni zwykle nie dożywają trzydziestki, bo wysiada im wątroba, nerki, bo degenerują się psychicznie? Ilu z nas wie, że oni miewają dzieci i czasem przywiązują je do łóżeczek, kiedy jadą w nocy ileś tam kilometrów na plantację, po worki ze świeżo wyrosłym materiałem na kompot? Kto wie, że oni sami przeprowadzają już podział na "starych" i "młodych"? Ci "starzy", kiedyś w podartych swetrach i połatanych dżinsach, fałszowali recepty, kradli z plantacji - dziś wycwanili się tak, że stać ich na kupno materiału i wcale niezłe życie ze sprzedawanych nadwyżek. "Młodzi", kilkunastoletni, pierwszy raz sięgnęli po strzykawkę często po to, żeby zaszpanować w szkole, i teraz pomału, pomału staczają się, zdobywając pieniądze na kolejne centymetry sześcienne kompotu. Kto z nas przeżył piekło, jakim staje się każda próba skierowania ich na leczenie? Piekło własnej bezradności i niemożności? Kto wie, że leczyć ich można tylko wtedy, kiedy sami zechcą - a przecież już po krótkim używaniu kompotu z reguły nie chcą. Czasem w nocy, decydują się:
Już jutro, lekarz... Ale nad ranem, kiedy trzęsą się im pokłute igłami ręce i nogi, kiedy skręcają się z bólu, który może ukoić tylko kolejny zastrzyk, gotowi są odtrącić matkę, dziewczynę, najbliższych i biec do meliny... Kto z nas wie, że kiedy wejdą w namacalny konflikt z prawem i uda się uzyskać dla nich nakaz leczenia przymusowego, nie będzie gdzie tego leczenia przeprowadzić?

Więc kto z nas wie o tym wszystkim? Matki, które przeżywają to we własnym domu, grupki młodzieży stykające się z tym w szkole, kilkunastu lekarzy, paru dziennikarzy, pewna grupa funkcjonariuszy MO. Czy to wystarczy żeby pokonać narkomanię po polsku?

"Ustawodawstwo polskie jest wystarczające do zwalczania narkomanii" - powiedział na ostatnim posiedzeniu sejmu, w odpowiedzi na interpelację poselską, wiceminister zdrowia i opieki społecznej, Stanisław Mlekodaj. Panie ministrze, skąd ten optymizm ?
Czy naprawdę o dobrym ustawodawstwie można mówić w kraju, w którym przez kilka lat nie można skierować na leczenie prawie trzydziestoletniego już chłopaka, ojca trzyletniego dziecka i jego matki - nieco młodszej, ale wspólnie z ojcem i jego znajomymi gotującej, wstrzykującej i sprzedającej kompot? Przez lata stali się już tematem sensacyjnych plotek sąsiadów, poznali na wylot wszystkich zajmujących się narkomanią milicjantów, ale nic więcej. Jeśli złapie się ich za rękę w chwili, gdy będą akurat odbierać pieniądze za sprzedaną porcję kompotu, jeśli udokumentuje się - najlepiej zdjęciem - samo gotowanie, można będzie, po skierowaniu sprawy do sądu, skazać ich teoretycznie na pięć lat, praktycznie na rok z zawieszeniem na cztery bo sąd pożałuje... Tylko, panie ministrze, czy skazać ich oboje i mamusię, i tatusia? Czy może także dziecko? A może mamusię z dzieckiem zostawić w domu i poczekać, aż jeden z kolegów tatusia zechce przejąć jego obowiązki jako gospodarza meliny warzyciela kompotu i zapewni mamusi z dzieckiem środki do życia? Można jeszcze zamknąć samą mamusię albo samo dziecko. Czy ma pan jakiś pomysł, panie ministrze? Boję się, że pański optymizm udzieli się sejmowej Komisji Zdrowia i Kultury Fizycznej, do której trafi rządowy program zwalczania narkomanii.

Być może, posłowie znów będą się spierać, czy mamy tych narkomanów w Polsce tylko 120, czy raczej 600 tysięcy, być może, znów będą się pocieszać, że na tle sytuacji europejskiej jest to pestka. Tylko czy naprawdę o to chodzi?

Przez lata całe pisaliśmy, że naszemu najmłodszemu pokoleniu na niczym nie zależy, że przeżywa kryzys wartości. I na tym tle zobaczyliśmy niedawno narkomanię. Ale nagle okazało się, że część tego właśnie pokolenia zdecydowanie czegoś chce: chce walczyć z narkomanią. Sama - bo dorośli do tej pory nie chcieli pomóc i udawali, że sprawy nie ma. Powstał młodzieżowy ruch "Monar", wspomagany przez niektórych lekarzy, organizacje społeczne. Chcą walczyć, mają pomysły i dobre chęci, wierzą, że im się uda. A ja boję się, że znów my dorośli, możemy ten ich zapał zniszczyć. Bo "Monar" może pomóc tym młodym ludziom, którzy dopiero zaczynają ćpanie. Dla nich trzeba tworzyć ośrodki rehabilitacyjne, oddział odwykowe. Ale czy "Monar" zdoła zlikwidować meliny w których handluje się kompotem? (W samej Warszawie wiemy o pięciuset takich miejscach). Czy "Monar' będzie mógł zniszczyć ludzi handlujących makiwarą?

Nie oszukujmy się, nie da rady. Tu potrzebne są ostre działania milicyjne. A co dziś może zrobić milicja, kiedy na te pięćset warszawskich melin działa jedna sekcja do walki z narkomanią? Działa na dodatek w próżni. Może systematycznie przeszukiwać lokale, nękać meliny. Nie może praktycznie ani skazać zawodowych handlarzy, ani skierować ich do jakichś ośrodków rehabilitacyjnych, bo nie ma uprawnień i takie ośrodki nie istnieją.
A więc, panie ministrze, jeśli chce pan walczyć z narkomanią, niech pan nie traci czasu na ustalanie liczby uzależnionych. Nawet jeśli dziś mamy ich tylko 120 tysięcy (i jeden oddział odwykowy na 100 łóżek), to za rok możemy ich mieć pięć razy tyle. Niech pan nie zasłania się dobrym ustawodawstwem - w końcu przez 25 lat mieliśmy najlepszą w Europie ustawę antyalkoholową i wszyscy wiemy, co z tego wynikło. Niech więc pan nie traci czasu i zacznie działać.
Trzeba szybko zrobić cztery rzeczy:
- znaleźć pieniądze na tworzenie oddziałów odwykowych, ośrodków rehabilitacyjnych, szkolenie lekarzy.
- ustawowo uregulować sprawę leczenia przymusowego i - przynajmniej do momentu opanowania zjawiska - kierować bezwzględnie na takie leczenie;
- dać organom MO uprawnienia do skutecznej walki z melinami i handlarzami, którymi najczęściej bywają "starzy" narkomani, wcale dostatnio żyjący wyłącznie ze sprzedaży kompotu;
- uregulować - co słusznie już pan podnosił - sprawę plantacji i zagospodarowania maku i słomy makowej.

Tylko cztery rzeczy, panie ministrze.
Czy to tak wiele?
I coś na koniec: jeśli uważa pan, że kolejny żurnalista demonizuje i zbyt czarno przedstawia problem - zapraszam pana na rajd po warszawskich melinach. Nie teraz, bo na razie lato i używa się raczej mleczka wprost z plantacji. Ale gdzieś tak w październiku, kiedy meliny na dobre ożyją, bę dzie pan mógł w nich zobaczyć nie tylko pokłute ręce i nogi, ale i maleńkie dzieci handlarzy uzależnione już w wieku zerowym. To może być wstrząsający rajd, panie ministrze. Czy skorzysta pan z propozycji?

Anna Mieszczanek
"Po tej stronie granicy" (do spisu treści)

Oceń treść:

0
Brak głosów
Zajawki z NeuroGroove
  • LSD-25

Kiti, dziewczyna lat 23 i Henryk, chłopak lat 27, w ciągu ostatnich dwóch lat wielokrotnie razem i osobno brali zarówno LSD, MDMA jak i ich rozmaite kombinacje. Kiti jest studentką i kuglarką, henryk ćwiczy hatha jogę. Ich ciała są zdrowe, a umysły spokojne i zadowolone. Kartony z Hoffmanem na rowerze, sprawdzone i dobre, Kiti póltora, Tomi dwa i pół. Czwartek, piękna pogoda, częsciowo opuszczony kamieniołom.

Ok 11 schodziliśmy po skalnych półkach w dół, do wielkiej dziury w ziemi z małym skrawkiem zieleni, kilkoma kamiennymi platformami i dużym, ślicznym "jeziorkiem". Pojawił się lekki fizyczny dyskomfort, nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Zaczęliśmy oczyszczać przybrzeżną wodę - cała masa plastikowych i szklanych butelek, opakowań od czipsów i "robaków czerwonych No. 2". Apel: kto zostawił śmieci w jakimś zielonym miejscu niech je stamtąd zabierze, żaby będą wdzięczne.

  • Kodeina
  • Pozytywne przeżycie

Park następnie moje mieszkanie

 

Dawka: 300 mg kodeiny (dwie paczki Thiocodinu) + sok z białego grapefruta

Doświadczenie: Marihuana, DXM, Kodeina, Alkohol, Alprazolam, Lorazepam

 

  • Bieluń dziędzierzawa

czy mogłabyś opisać warunki w jakich zażyłaś herbatkę bieluniową? mam na myśli dawkę, sposób jej przygotowania, skąd udało Ci się to wytrzasnąć, czy poczyniłaś jakieś specjalne przygotowania przed wycieczką, w sensie diety itp.


A więc niech będzie... choć muszę przyznać, że tym razem czeka mnie ciężkie zadanie. Dlaczego? Bo pamiętam z tego przeżycia góra 1/3 a i tak nie jestem pewna co z tego jest przeżyciem realnym, a co wytworem mego umysłu. Wyjaśnienia i relacja moich przyjaciół wcale nie rozjaśniają sprawy.


randomness