REKLAMA




Wojna z dopalaczami pod flagą brytyjską. Czy Theresa May wygrała z Mocarzem?

Brytyjski Home Office podsumowuje dwa lata działania ustawy antydopalaczowej. Podobno wszystko działa jak należy, ale żeby powiedzieć coś konkretnego, „brakuje danych”. Polska znowelizowała prawo narkotykowe w sierpniu 2018 roku. Co dziś możemy powiedzieć o skutkach tej reformy?

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna
Dawid Krawczyk

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - podrawiamy!

Odsłony

2063

Brytyjski Home Office podsumowuje dwa lata działania ustawy antydopalaczowej. Podobno wszystko działa jak należy, ale żeby powiedzieć coś konkretnego, „brakuje danych”. Polska znowelizowała prawo narkotykowe w sierpniu 2018 roku. Co dziś możemy powiedzieć o skutkach tej reformy?

To był maj. Rok 2016. Kampania referendalna w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wkraczała w ostatnią fazę. Autobus opłacany przez antyunijną partię UKIP jeździł po wyspie i rozgłaszał, że Brytyjczycy muszą tylko opuścić UE, żeby w budżecie służby zdrowia pojawiło się dodatkowe 350 milionów funtów. Premierem był wówczas David Cameron, a szefową Home Office (odpowiednik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych – przyp.red.) Theresa May. Miesiąc przed Brexitem May funkcjonowała w mediach głównie jako autorka przełomowej ustawy antydopalaczowej.

Ustawa o Substancjach Psychoaktywnych (Psychoactive Substances Act 2016) została przyjęta przez brytyjski parlament 26 maja. Eksperci zajmujący się prawem narkotykowym głośno przeciwko niej protestowali, podobnie jak działacze społeczni zajmujący się redukcją szkód wywołanych używaniem narkotyków.

Co im się nie podobało w ustawie napisanej przez May? Co prawda nie wprowadziła kar więzienia dla osób korzystających z dopalaczy, ale już za handel nimi groziło aż siedem lat odsiadki. Wpisana do ustawy definicja substancji psychoaktywnej była wyjątkowo niejasna. Wszystko, co „poprzez działanie na centralny system nerwowy człowieka wpływa na jego funkcje mentalne i stan emocjonalny” podpadało pod restrykcyjną ustawę firmowaną przez rząd Torysów. Celem nowego prawa było zamknięcie sklepów z dopalaczami. Zepchnięciem handlu do podziemia, ani zdrowiem uzależnionych użytkowników nikt się specjalnie nie przejmował.

Podczas spotkań na arenie międzynarodowej przedstawiciele Home Office dumnie prezentowali swoją ustawę i lobbowali za wprowadzeniem podobnego prawa (tzw. blanket ban) w innych krajach. Aktywiści jeździli za nimi na spotkania ONZ, żeby przypomnieć historie zatrutych i martwych, którzy na czarnym rynku kupili substancje niewiadomego pochodzenia.

W zeszłym miesiącu raport podsumowujący skutki reformy sprzed dwóch i pół roku opublikował Home Office. Dowiemy się z niego dwóch rzeczy: tam, gdzie udało się zebrać wiarygodne dane, nic się nie poprawiło. Dużo więcej jednak nie wiemy, niż wiemy, bo handel zszedł do podziemia, a tam badania prowadzi się trudno.

W sierpniu prawo inspirowane brytyjskimi rozwiązaniami wprowadzono również w Polsce. Spójrzmy, co wiedzą już Brytyjczycy, a co my „odkryjemy” za dwa lata.

WSZYSTKO SIĘ UDAŁO?

Sam raport zaczyna się zaskakująco optymistycznie. „Większość celów określonych w ustawie zostało osiągniętych. Sprzedaż nowych substancji psychoaktywnych (NPS lub tzw. dopalaczy) została w dużej mierze wyeliminowana. Użycie NPS wśród ogólnej populacji znacząco spadło, podobnie jak występowanie szkód zdrowotnych spowodowanych używaniem” – czytamy we wstępie do siedemdziesięciostronicowego raportu.

Wystarczy jednak wczytać się w konkretne dane i wskaźniki, żeby się przekonać, że sytuacja jest cokolwiek bardziej skomplikowana. Brytyjska organizacja pozarządowa Transform twierdzi, że żaden z celów stawianych w ustawie nie został osiągnięty, a dowody znajdują się nie gdzie indziej, a właśnie na kartach rządowego raportu.

To prawda, że sklepy, do których można wejść z ulicy, a nawet strony internetowe z dopalaczami zostały pozamykane. Kilka linijek dalej czytamy w raporcie: „Tym niemniej, zebrane informacje sugerują, że głównym źródłem handlu nowymi substancjami psychoaktywnymi są uliczni dilerzy, zwłaszcza w przypadku syntetycznych kannabinoidów”. Czyli wcześniej dopalacze dostępne były w sklepie, który można było przy odpowiednim zaangażowaniu skontrolować, by sprawdzić jakość sprzedawanych substancji, a teraz nie wiemy w zasadzie, kto, jak i gdzie sprzedaje niebezpieczne dla zdrowia i życia mieszanki. Trudno chyba świętować sukces.

Kolejny cel, jaki postawiło sobie brytyjskie Home Office, to położyć kres zabawie w kotka i myszkę: ministerstwo zakazuje jednej substancji, a nazajutrz na rynku pojawia się kilka następnych z nieznacznie zmienionym składem chemicznym – i tak w nieskończoność. Raport jest w tym zakresie brutalnie szczery: „Nie wydaje się, żeby udało się to osiągnąć. Nowe substancje, które nie są kontrolowane przez prawo narkotykowe (Misuse of Drugs Act 1971 – przyp.red.) z 1971 roku, wciąż pojawiają się na rynku”.

Spadek liczby osób używających tzw. dopalacze? Autorzy raportu przedstawiają dane mające dowodzić, że udało im się osiągnąć ten priorytetowy cel. Inna rozmowa, czy rząd powinien skupiać się na tym, żeby ludzie w ogóle nie używali substancji psychoaktywnych, czy raczej, żeby robili to w możliwie bezpieczny sposób. Kwestia paradygmatu. Konserwatyści najwyraźniej wciąż wierzą w „świat wolny od narkotyków”.

Jednak czy rzeczywiście ustawa z 2016 roku pomogła zmniejszyć liczbę użytkowników? Sami autorzy znowu mają wątpliwości: „Nie ma wystarczających danych, żeby zmierzyć, w jakim stopniu użytkownicy nowych substancji psychoaktywnych przeszli do używania innych narkotyków. Nie jest możliwe stwierdzenie, czy ustawa doprowadziła do ogólnego spadku używania narkotyków”. W raporcie czytamy za to, że w grupach najbardziej narażonych na problemowe i niebezpieczne używanie, czyli np. wśród osadzonych w zakładach karnych, liczba osób używająca syntetycznych kannabinoidów wzrosła.

Kiedy parlamentarzyści głosowali nad ustawą, wierzyli, że pomoże ona „ograniczyć różne zdrowotne i społeczne szkody wywołane przez nowe substancje psychoaktywne”. Jeśli chodzi o przypadki śmiertelne, to rzeczywiście jest ich mniej w Anglii i Walii, ale z kolei już w Szkocji – więcej. Znowu jednak dowiadujemy się z raportu, że w zasadzie… trudno powiedzieć. „Nie mamy wystarczających danych, żeby stwierdzić, czy doszło do zmian w kwestii szkód społecznych, takich jak występowanie przemocy” – czytamy w raporcie.

To, czego nie wiemy, jest jak zwykle bardziej interesujące niż to, co zostało zbadane. A brakuje jednej, podstawowej informacji: ile osób, które przed wprowadzeniem ustawy używały tzw. dopalaczy, przerzuciło się na znane od lat narkotyki (marihuana, amfetamina, MDMA, heroina, kokaina itp.). Dopóki nie będziemy tego wiedzieć, „nie jest możliwe stwierdzenie, czy ustawa doprowadziła do ogólnego zmniejszenia szkód wywołanych używaniem narkotyków”.

A prędko się tego nie dowiemy, bo badania czarnych, ukrytych rynków są zawsze fragmentaryczne, wyrywkowe i szacunkowe.

ŚMIERĆ PO FENTANYLU W POLSCE

W Polsce prawo antydopalaczowe było pisane na raty. Najpierw Donald Tusk na granicy prawa walczył ze sprzedawcami prowadzącymi sklepy. Przez lata „gra w kotka i myszkę” rozwinęła się do poziomu wojny podjazdowej. W prasie mogliśmy przeczytać o takich absurdach jak zablokowanie wejścia do sklepu z dopalaczami przez roboty drogowe, czy ustawienie budki strażniczej vis-à-vis dopalaczowego kiosku.

W lipcu 2018 roku parlament przyjął nowelizację ustawy narkotykowej, włączając w jej zakres również nowe substancje psychoaktywne. Zapisy nowego prawa, wprost inspirowane brytyjskimi rozwiązaniami, weszły w życie w sierpniu.

Od sierpnia do grudnia minęło zaledwie kilka miesięcy i trudno wyciągnąć tak jednoznaczne wnioski, o jakich możemy przeczytać w brytyjskim raporcie. Udało nam się jednak uzyskać pierwsze dane dotyczące zatruć i zgonów wywołanych dopalaczami w tym roku.

„W okresie 10 miesięcy 2018 roku zanotowano łącznie 3 753 (4 324 w całym 2017 r.) przypadków zatruć nowymi narkotykami” – czytamy w mailu od Jana Bondara, rzecznika prasowego Głównego Inspektoratu Sanitarnego. „W październiku po raz pierwszy odnotowano spadek liczby zatruć w tym roku (282), co należy, oprócz sezonowości zjawiska, również wiązać z wejściem w życie nowych przepisów, które zrównały status tzw. »dopalaczy« z narkotykami tradycyjnymi”.

Bondar pisze w mailu do redakcji Krytyki Politycznej o zatrważająco rosnącej liczbie zgonów. Od stycznia do października zanotowano 55 śmierci spowodowanych przedawkowaniem nowych substancji psychoaktywnych. Dla porównania w całym 2017 roku było ich 27, a rok wcześniej – dwie. „Ma to związek przede wszystkim z pojawieniem się już w 2017 r. na polskim rynku syntetycznych opioidów (pochodnych fentanylu)” – pisze Bondar.

Siłą rzeczy nie wiemy wiele, dysponujemy danymi z zaledwie dwóch miesięcy po wejściu nowelizacji w życie. Jeśli spadek z października okaże się długotrwałym trendem, czy powinniśmy świętować sukces? Na pewno ogłoszą go autorzy ustawy. W końcu bardzo dobrze będzie to wyglądać na wykresie. Za poprzedniego rządu problem rósł z roku na rok, z miesiąca na miesiąc; dopiero „dobra zmiana” sprawiła, że wreszcie zaczął spadać.

W rzeczywistości, podobnie jak Brytyjczycy, nie dowiemy się jednak, czy osoby używające wcześniej dopalaczy nie przerzuciły się na „tradycyjne” narkotyki. Jeśli tak się stanie, to okaże się, że nowelizacja ustawy w niezamierzony sposób skłoniła użytkowników dopalaczy do odurzania się substancjami, których działanie znamy dużo lepiej. I zaskakująco, może to być dobra wiadomość.

Ratownicy medyczni nie od dziś mówią o tym, że łatwiej jest odratować osobę, która przedawkują heroinę (zmitologizowaną jako śmiertelny „twardy narkotyk”) niż pacjenta po syntetycznych kannabinoidach. Tę pierwszą po prostu wiemy, jak i czym ratować, o działaniu nowych substancji wciąż wiemy bardzo niewiele.

Oceń treść:

Average: 5.8 (9 votes)

Komentarze

Mackiewicz (niezweryfikowany)

Dwie uwagi do tekstu odnośnie polskiej sytuacji: polskie rozwiązania prawne na pewno nie były wzorowane na brytyjskich (totalna kontrola - blanket ban) jak już to raczej na niemieckich (prawo generyczne) z zastrzeżeniem, iż w Niemczech są dwie grupy generyczne a w Polsce cztery. Trudno zresztą, mówić iż polskie prawo było na czymś wzorowane bo jest dość skomplikowane i złożone: rozwiązania administracyjne oraz karne, dwie definicje tzw. dopalaczy: środek zastępczy oraz NSP itd. Druga kwestia nowe opioidy z grupy NSP pojawiły się wcześniej na polskim rynku niż w 2017, były na pewno w 2016 jak zapewne już w 2014, ale to użytkownicy hypereal zapewne wiedzą sami. Ciekawe jest ile tych zgonów było tuż przed i tuż po wprowadzeniu nowych rozwiązań, bo wcześniejsze duże zmiany prawne wiązały się z falą zatruć: 2010 i 2015.

ymena (niezweryfikowany)

Trzeba skończyć z tą zabawą w kotka i myszkę. Wszystkie dopalacze , narkotyki, związki chemiczne itp. substancje powinny być całkowicie zakazane. Państwo pisowskie jest słabe w swoich działaniach ale mam nadzieję że następne rządy szybko sobie poradzą z tym problemem. Dość zgonów młodych ludzi, dość zarabiania przez bandy dilerskie na Polakach. Kamieniołomów jest jeszcze trochę w kraju , jest i co robić a więc nie ma co się zastanawiać tylko łapać , karać i likwidować. Nie może być w tym kraju ani grama żadnego ścierwa. Czy nie widzą rządzący ile jest łez, krzywdy, problemów? Narkotyki w niczym nie pomogą. Cdn...

randomness