REKLAMA




Kogo chciałby zabić Donald Trump?

Podobno najlepsze, co może zrobić prezydent USA, żeby zapewnić sobie wybór na drugą kadencję to wypowiedzieć komuś wojnę. Donald Trump będzie wojował z dilerami.

Tagi

Źródło

Krytyka Polityczna
Jan Smoleński

Odsłony

872

Podobno najlepsze, co może zrobić prezydent USA, żeby zapewnić sobie wybór na drugą kadencję to wypowiedzieć komuś wojnę. Donald Trump będzie wojował z dilerami.

Prezydent USA Donald Trump cierpi na taką przypadłość, że wpada na głupie pomysły, a potem chce je realizować. Do coraz dłuższej listy takich pomysłów dołączyła propozycja, by karać śmiercią za niektóre przestępstwa narkotykowe. Do realizacji zaczęto przechodzić już w środę – wtedy to amerykański prokurator generalny Jeff Sessions nakazał podwładnym prokuratorom wnoszenie o karę śmierci w federalnym sprawach narkotykowych gdy jest to „odpowiednie”. Obecnie prawo amerykańskie pozwala na domaganie się kary śmierci w sytuacjach, gdy w trakcie popełniania przestępstwa narkotykowego dojdzie do zabójstwa. Sessions dodatkowo nakazał domagania się kary śmierci za przemyt bardzo dużych ilości narkotyków.

Pomysły złe i gorszy

Trump swój plan na walkę z epidemią opioidową ogłosił oficjalnie podczas wiecu w New Hampshire, ale zapowiadające ją jaskółki nadlatywały już od dawna. W maju 2017 roku Trump miał zadzwonić do prezydenta Filipin Rodrigo Duterte i pogratulować mu „niesamowitej roboty” – chodziło o antynarkotykową krucjatę filipińskiego prezydenta, która pochłonęła już 12 tysięcy ofiar. Podczas swojej wizyty w Azji Trump mówił o „świetnych stosunkach” między oboma krajami, ale o notorycznym łamaniu praw człowieka nawet się nie zająknął. Niedawno też przywołał jako przykład w walce z narkotykami inną kwitnącą demokrację, Singapuru, który kara śmiercią za przemyt i posiadanie narkotyków. Wraz z pomysłem skazywania ludzi na śmierć za przemyt, Stany oficjalnie dołączają do klubu zdominowanego przez kraje, takie jak Chiny, Iran, czy Arabia Saudyjska. Oficjalnie, bo na poziomie międzynarodowym USA promowały represyjną i punitywną politykę narkotykową od bardzo dawna. Nawet za czasów prezydentury Obamy Stany podczas negocjacji na forum ONZ stanowczo sprzeciwiały się wpisaniu zakazu kary śmierci za przestępstwa narkotykowe do międzynarodowych konwencji i deklaracji .

Pomysł karania śmiercią za przestępstwa narkotykowe swoją szkodliwością przebija inne rozwiązania proponowane przez Trumpa w ramach walki z epidemią opioidów – zbudowanie muru na granicy z Meksykiem i zabranie się za tzw. miasta-sanktuaria rzekomo dające schronienie niesławnemu gangowi MS-13 (brutalny międzynarodowy gang, trudniący się między innymi handlem narkotykami oraz przemytem ludzi, którego większość członków pochodzi z Ameryki Środkowej ale który, wbrew mitowi powielanemu przez Trumpa, jest produktem USA – powstał w Los Angeles) oraz wydanie grubej kasy na kampanię reklam społecznych mających odstraszyć ludzi od zażywania opioidów. W planie walki z epidemią opioidów znalazły się też całkiem rozsądne (przynajmniej na pozór) pomysły. Administracja Trumpa zapowiedziała, że będzie starać się o zwiększenie dostępności naloksonu (leku ratującego życie w przypadkach przedawkowania), zwiększenie wydatków na terapię i programy pomocy w znalezieniu pracy dla osób wychodzących z nałogu.

Niestety o tych lepszych pomysłach, ogłoszonych swoją drogą w niedzielę przez urzędników Białego Domu a nie samego prezydenta, wiadomo niewiele a diabeł tkwi w szczegółach. Do tej pory większość terapii w USA opierała się na nieskutecznej wobec opioidów abstynencji. Większość łatwych do znalezienia prac to bardzo źle płatne zajęcia w usługach, produkujące rzesze tzw. working poor – stres związany z niepewną sytuacją finansową nie sprzyja wychodzeniu z nałogu, wręcz odwrotnie. Ale nawet jeśli te przeszkody uda się pokonać, doświadczenie uczy, że ostre kary za przestępstwa narkotykowe i tak skutecznie spychają użytkowników do podziemia, bo ci zwyczajnie boją się, że trafią za kratki. Podobny mechanizm działa w przypadku ratowania osób, które przedawkowały: świadkami przedawkowania najczęściej są inni użytkownicy lub handlarze. Jeśli będą się bali zadzwonić po karetkę, to przydzielenie każdemu ratownikowi nawet całej walizki naloxonu nie pomoże.

Nieszczęście polega na tym, że znane postulaty Trumpa ograniczają się do odgrzewania skompromitowanych prostych recept na problem, który jest złożony a jego skala bardzo poważna. W 2016 roku z powodu przedawkowania opioidów zmarło ponad 50 tysięcy osób. W 2015 roku było to 33 tysiące.

Źródła epidemii

– Na epidemię opioidów składa się kilka czynników, które się wzajemnie wzmacniają – mówi Ethan Nadelmann, założyciel nowojorskiej organizacji pozarządowej Drug Policy Alliance i wieloletni działacz na rzecz reformy polityki narkotykowej.

I wylicza: Egzystencjalna i kulturowa niepewność wśród biedniejszych białych amerykanów, wywołana przemianami gospodarczymi i demograficznymi. – Epidemia opioidów jest tego efektem w tej samej mierze, co sama wygrana Trumpa – dodaje.

Do tego dochodzi kultura zaleczania problemów fizycznych i psychicznych przy pomocy pigułek. Każdy, kto streamował amerykańskie seriale, widział reklamy leków na receptę, w tym przeciwbólowych opioidów – wszystkie kończyły się tak samo: „Poproś lekarza o…”. Negatywne skutki tej kultury potęguje zdaniem Nadelmanna brak wiedzy i doświadczenia po stronie personelu medycznego, jak reagować, gdy pacjenci przychodzą, mówią, że czują ból i proszą o leki.

Nie bez znaczenia jest też czysto ekonomiczny interes firm ubezpieczeniowych i farmaceutycznych. Te pierwsze wolą płacić za pigułki niż za inne, droższe formy terapii. – Ich odpowiedzialność za obecną sytuację jest większa, niż do tej pory uważano – twierdzi Nadelmann.

Dla tych drugich liczy się przede wszystkim zysk ze sprzedaży tych pigułek – manipulacje, okłamywanie urzędników i opinii publicznej, czy w końcu mniej lub bardziej oczywiste przekupywanie lekarzy i polityków stają się wobec takiego priorytetu akceptowalne. O karierze OxyContinu i udziale jego producenta, firmy Purdue Pharma, w rozpętaniu epidemii pisała dla Krytyki Politycznej Agata Popęda. Purdue zdecydowało ostatnio o zaprzestaniu reklamowania OxyContinu lekarzom.

Skąd się biorą opioidy

Nie oznacza to, że przemyt nie potęguje problemu. Jak zauważa Nadelmann, produkowane w USA leki przeciwbólowe, choć wciąż istotny czynnik w epidemii, tracą na znaczeniu. Coraz większą rolę zaczynają odgrywać heroina i – zwłaszcza ostatnio – wielokrotnie od niej groźniejszy syntetyczny opioid fentanyl, powodujący więcej przedawkowań niż leki przeciwbólowe i heroina razem wzięte.

Potwierdzają to statystyki. Według danych amerykańskiego departamentu zdrowia publicznego, liczba przedawkowań heroiny gwałtowanie rosła z około 3 tysięcy w 2010 roku do ponad 13 w 2015. Fentanyl: około 3 tysięcy w 2013 roku do ponad 20 tysięcy w 2016.

I heroina, i fentanyl w znakomitej większości pochodzą spoza USA. Co najmniej jedna trzecia heroiny, która trafiła na ulice amerykańskich miast pochodzi z Meksyku. Fentanyl produkowany jest głównie w Chinach i do Stanów trafia bezpośrednio albo przez Meksyk.

Mimo to, jest niemal pewne, że mur nie powstrzyma przemytu, bo wbrew błędnemu wrażeniu tworzonemu przez kolejne medialne historie o przemytniczych katapultach, większość dragów trafia do Stanów przez normalne przejścia graniczne.

Ostrzejsze karanie za handel z kolei może tylko problem pogorszyć ze względu na „żelazne prawo prohibicji”: z racji tego, że nielegalne substancje muszą być transportowane i trzymane w ukryciu, łatwiej i bardziej opłacalnie jest szmuglować silniejsze substancje – do wygenerowania podobnego zysku potrzebne jest ich znacznie mniej. Istnieje więc duża szansa, że w odpowiedzi na zaostrzenie kar, kartele zaczną dystrybuować więcej fentanylu.

– Walka z epidemią powinna się skupić na redukcji szkód – mówi Nadelmann.

Niewinne ofiary i czarne charaktery

W swoim wystąpieniu Trump nie stronił też od grania na uprzedzeniach rasowych. Nawoływanie do budowy muru, wskazywanie latynoskiego MS-13 jako jednego z głównych winowajców i zapowiedź końca tzw. sanctuary cities uderzają – te hasła brzmią znajomo nie tylko dlatego, że Trump obsesyjnie je powtarza w zasadzie od początku swojej kampanii, ale też dlatego, że amerykańska polityka narkotykowa zawsze miała podtekst rasowy.

Amerykański historyk z Uniwersytetu w Michigan Matthew D. Lassiter stwierdził wprost: „Od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku instytucje państwowe i cała amerykańska kultura polityczna nieustająco przedstawiały wojnę z narkotykami z perspektywy mieszczańskich przedmieść i uznawały młodzież z białej klasy średniej za niewinne ofiary, które należy chronić zarówno przed nielegalnym rynkiem narkotykowym, jak i prawem karnym dotyczącym narkotyków.”

Badania Julie Netherland i Heleny Hansen pokazują, że nie inaczej jest z epidemią opioidów. Uzależnienie białej klasy średniej od środków przeciwbólowych od początku traktowano nie jako dowód na demoralizację – tak traktowano uzależnienie od heroiny czy cracku niszczące głównie czarne i latynoskie getta – ale jako chorobę.

Gdy w 1994 roku wyszło na jaw, że Cindy McCain, żona obecnego senatora z Arizony Johna McCaina, jest uzależniona od leków opioidowych i przez jakiś czas okradała swoją własną organizację pozarządową z zapasów środków przeciwbólowych, której szefowała, media okrzyknęły jej wyznanie aktem odwagi. Gdy w latach 2000. uzależnieni od OxyContinu i jemu podobnych zaczęli przerzucać się na – i przedawkowywać – heroinę, media przedstawiały ich jak jako niewinne ofiary. Domniemanymi czarnymi charakterami tych historii są dilerzy heroiny, którzy zazwyczaj mają brązowy kolor skóry.

Nie powinno zatem dziwić, że inna była również odpowiedź na tę epidemię uzależnień. Zamiast karania pojawiły się nowe opcje leczenia. Dość szybko pozwolono, by Suboxone, lek niwelujący objawy głodu narkotykowego i zarazem uniemożliwiający osiągnięcie stanu euforii, przepisywali lekarze rodzinni i pierwszego kontaktu. Problem w tym, że Suboxone nie jest objęty refundacją, więc stać na niego jedynie osoby mające dobre ubezpieczenie zdrowotne lub bardzo zamożne. Reszcie pozostaje mniej skuteczny metadon – wydawany w specjalnych klinikach i pod warunkiem spełnienia szeregu kryteriów – którego dostępność i tak jest zdecydowanie za mała. Warto wspomnieć, że problem jest systemowy i nie ogranicza się jedynie do terapii substytucyjnej uzależnienia od opioidów. Fakt, że opieka medyczna w USA (przynajmniej do czasu Obamacare) była dostępna w zasadzie jedynie dla tych, którzy mogą za nią zapłacić, działał jak rasowo-klasowy rozdzielnik – białą klasę średnią było stać na leczenie podczas gdy klasę niższą, z powodów historycznych wciąż zdominowaną przez mniejszości rasowe, skazywało to na wyniszczające trwanie w nałogu i więzienie. W Stanach jedynie 10 procent uzależnionych od alkoholu lub innych substancji psychoaktywnych otrzymuje jakąkolwiek pomoc.

– Wojna z narkotykami w USA była głównie wymierzona przeciwko mniejszościom rasowym oraz biednym i to przede wszystkim te grupy odczuły jej negatywne skutki – podsumowuje Nadelmann. Jakiś czas temu były doradca Richarda Nixona przyznał, że wojna z narkotykami była wymierzona w czarnych. Jak przyznał z rozbrajającą szczerością w rozmowie z Harper’s Magazine, wybrano narkotyki, bo nie można było karać bycia czarnym. Powiązanie Afroamerykanów z heroiną pozwoliło na szerokie represje wobec nich. Tym razem można stawiać dolary przeciwko orzechom, że będą nim głównie Latynosi, bo to na nich punkcie Trump ma obsesję.

Oceń treść:

Average: 5.5 (2 votes)