REKLAMA

Dopalacze zabijają. Ignorancja też, panie ministrze

Tagi

Źródło

Gazeta Wyborcza
Tomasz Piątek

Odsłony

2230

Media podają, że na samym Śląsku ponad 150 osób ciężko zatruło się nowymi odmianami dopalaczy, głównie tzw. Mocarzem. Tę epidemię minister zdrowia Marian Zembala chce leczyć tradycyjnymi wartościami. Czyli tym, co wywołało epidemię.

Na konferencji w Sosnowcu Zembala i inni lekarze powiedzieli kilka cennych rzeczy. Na przykład, że dopalacze to nie żadne dopalacze, tylko syntetyczne narkotyki o mocy setki razy większej niż tradycyjne narkotyki. "Mocarz" ma podobny efekt do marihuany, tylko 800 razy silniejszy.

Zembala dodał, że nad młodym narkomanem, który leży na ulicy, trzeba się pochylić. Dziękuję, Panie Ministrze. Niby to banał, powtarzany od 35 lat - a jednak wciąż nieoczywisty dla bardzo wielu Polaków. Dla nich taki leżący na ulicy narkoman to nie chory potrzebujący pomocy, tylko śmieć. "Sam jest sobie winny" - można usłyszeć z każdych niemal ust. Może czasem ktoś zastosuje taryfę ulgową dla "dziecka z biednej rodziny", "syna alkoholików bitego od małego".

Pacjent nie do końca jest odpowiedzialny za chorobę

No właśnie, syn alkoholików. Media w ogóle nie informują Polaków o przyczynach uzależnienia. Ludzie ciągle wierzą, że jest to choroba wywołana przez "słabą wolę", ewentualnie przez biedę, problemy rodzinne, przykład rodziców. O czynniku genetycznym mówi się półgębkiem, bo to brzmi strasznie. I nie pasuje do polskiej narkotykowej ideologii "osobistej winy narkomana". Tyle że ta obwiniająca ideologia nie ma żadnego związku z doświadczeniem terapeutów i światową nauką. Uznawana na świecie definicja Morse'a i Flavina mówi wprost, że uzależnienie to choroba silnie uwarunkowana genetycznie.

To znaczy, że pacjent nie do końca jest odpowiedzialny za swoją chorobę. Bo dostaje ją - lub silne do niej skłonności - gdy się rodzi. Nie zawsze dziedziczy ją wprost po ojcu lub po matce. Czasem po pradziadku. Lekarze przeważnie są zgodni, że mogą tu działać inne, niezbadane jeszcze czynniki. Ale pacjent nie jest jedynym winnym. Być może nie jest nawet głównym winnym.

Oczywiście nie można przesadzać z użalaniem się nad chorym, bo to też mu szkodzi. Pacjent nie jest odpowiedzialny za to, że jest chory. Ale jest odpowiedzialny za swoje leczenie. Musi sam podjąć decyzję o abstynencji. Tylko co to znaczy? To znaczy, że nie można go do tego zmusić. Do pewnego stopnia można stosować nacisk. Może nawet krótkie jednorazowe ubezwłasnowolnienie. Ale jedynie po to, żeby uświadomić pacjentowi jego sytuację i zaznajomić go z terapią. Potem decyzję musi podjąć sam.

10 proc. populacji. Biedni i bogaci

Definicję Morse'a i Flavina przyjęły najważniejsze instytucje na Zachodzie, np. Narodowa Rada ds. Alkoholizmu i Narkomanii w USA albo Europejskie Stowarzyszenie Biologii Molekularnej. Tam o istocie uzależnienia wciąż się mówi. I wciąż się tę chorobę bada, osiągając interesujące wyniki. Moim zdaniem najbardziej przekonująco wygląda tzw. hipoteza oreksynowa. Według niej za uzależnienie odpowiedzialne są zaburzenia w wydzielaniu przez mózg oreksyny. Jest to substancja odpowiedzialna za przeżywanie momentu, w którym przyjemność się kończy. Dla osoby normalnej ten moment oznacza powrót do stanu neutralnego. Dla osoby uzależnionej - dojmujący stres i cierpienie.

Hipoteza ta mnie przekonuje, bo zgadza się z tym, co widziałem we wczesnych stadiach mojej choroby. Jeszcze zanim zacząłem pić i ćpać, już nie umiałem przerwać żadnej przyjemności. Gdy zacząłem jeść, nie umiałem przestać. Gdy grałem w piłkę, to grałem po kilkanaście godzin dziennie, aż do upadku ze zmęczenia.

Wierzę w fizjologiczne przyczyny uzależnienia także dlatego, że defekt ten dotyka około 10 proc. populacji we wszystkich grupach i klasach społecznych. Biednych i bogatych. Jestem więc przekonany, że nawet jeśli usuniemy ze świata biedę, przemoc w rodzinie, a także wszystkie narkotyki, włącznie z alkoholem - nadal będą rodzić się uzależnieni. I będą zabijać się seksem, pracą, sportem. Zresztą wielu z nich robi to już teraz.

Nauka na tropach, a Polska - po trupach

Oczywiście nie zaprzeczam, że uzależnienie jest także chorobą duchową. Wymaga ogromnej pracy nad sobą przez całe życie (ułomność umysłu i ducha jest tak wielka, że nie wierzę, by "odkręciła" ją kiedykolwiek jakaś cudowna "pigułka oreksynowa"). Ale ta choroba ducha najprawdopodobniej zaczyna się w ciele.

Minister Zembala przywołuje na pomoc tradycyjne obyczaje i wartości. "Może jest czas powrotu do korzeni, do takich naturalnych, prawdziwych obyczajowo, kulturowo. Może wtedy też w tej sferze będzie lepiej" - mówił o uzależnieniach w Sosnowcu.

Tymczasem to tradycyjne obyczaje i wartości niewiarygodnie zwiększają cierpienia i szkody związane z uzależnieniem. To tradycyjna mentalność każe traktować tę chorobę przede wszystkim jak grzech, jak "winę ćpuna". To tradycyjna mentalność każe zamknąć chorego w więzieniu, gdzie często jest masa narkotyków. A jeśli ćpun dawał po kablach (brał w żyłę), to w celi będzie traktowany jak śmieć przez bandziorów z grypsery. Wyznających tradycyjne wartości macho.

To tradycyjna mentalność sprawia, że chory jest traktowany jak przestępca, a potem gwałcony nogą od więziennego taboretu. A zanim dojdzie do takiego ekstremum, tradycjonaliści pomagają choremu coraz głębiej tonąć w chorobie. Bo odbierają mu poczucie własnej wartości. Wmawiają mu, że sam jest winien swojego nieszczęścia, że jest słaby, że jest śmieciem.

Cóż, jeśli jestem aż tak bardzo winnym, słabym śmieciem, to po co miałbym się leczyć? Po co ratować takiego śmiecia? Którego pewnie uratować się nie da, bo jest słaby?

Tradycyjna promocja śmiertelnych wynalazków

Gorzej jeszcze: to tradycyjna mentalność sprawia, że młodzież zamiast po normalne narkotyki sięga po kilkaset razy szkodliwsze dopalacze. Bo to tradycyjna mentalność sięgnęła przeciw narkotykom po zakazy prawne i policyjne represje. To amerykańscy, republikańscy obrońcy tradycji wszczęli u siebie i na świecie "wojnę z narkotykami" (tak naprawdę - wojnę z chorymi ludźmi). To tradycjonaliści delegalizują substancje psychoaktywne i karzą za ich posiadanie.

Niestety, nie można jednym dekretem zakazać wszystkich "substancji wpływających na umysł". Na umysł wpływa np. cukier. Albo chleb, gdy jesteśmy głodni (bo jak zjemy, to czujemy się lepiej). Każdą substancję delegalizuje się więc oddzielnie i imiennie. A poprzedzają to badania medyczne. I dobrze, bo inaczej te zakazy byłyby już zupełnie absurdalne i dzikie.

Ale gdy lekarze, prawnicy i posłowie pracują nad zakazem, w tym samym czasie podziemne laboratoria dopalaczy produkują nowe odmiany zakazanych substancji. O trochę zmienionym składzie chemicznym - więc znowu legalne.

Podziemne laboratoria nigdy nie troszczyły się zbytnio o konsumentów. Są przecież nielegalne, więc konsument nie może pociągnąć ich do odpowiedzialności. A gdy tak obłędnie ścigają się z prawem, to troszczą się o konsumentów jeszcze mniej. Na chybcika powstają kolejne odmiany, coraz gorzej przygotowane, o coraz straszniejszych skutkach ubocznych.

Nowe "wynalazki" to już inna bajka

Jak mawiają terapeuci, narkoman ćpa chemię, narkoman na dopalaczach ćpa chemię przemysłową.

Widziałem to podczas mojej terapii. Heroina często zabija (podobnie jak kokaina, amfetamina i oczywiście alkohol). Ćpałem ją przez 18 lat. Przez ten czas wielu moich kolegów heroinistów się przekręciło. Ale ci, co przeżyli - bo się leczą i utrzymują abstynencję - są fajnymi ludźmi, którzy mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. A ja, choć parę razy o mało nie umarłem, jestem w stanie pisać ten tekst.

Nowe "wynalazki" to inna bajka. Gdy pięć lat temu leczyłem się w ośrodku, zaczęli trafiać tam pacjenci, którzy ćpali wcześniej przez dwa lata, jeden rok - ale za to dopalacze. I nawet po odtruciu po tygodniach abstynencji wciąż bełkotali. Jeden chodził po ośrodku i powtarzał tylko: "Luka panuka! Luka panuka!".

Powinien podziękować tradycjonalistom. Bo to tradycjonaliści, zakazując normalnych narkotyków, wprowadzili na rynek dopalacze. I teraz mamy absurdalną sytuację. Jeśli prowadzę sklepik spożywczy i - jak wielu sklepikarzy - dorabiam sobie, sprzedając "wynalazki" spod lady, to państwo niewiele może mi zrobić. Może skonfiskować "wynalazek" i obciążyć mnie kosztami jego zniszczenia. W najgorszym wypadku dostanę wysoką grzywnę od sanepidu i stracę koncesję na handel.

Natomiast jeśli handluję znacznie mniej szkodliwą amfetaminą, mogę dostać osiem lat więzienia!

Gdyby normalne narkotyki były legalne, produkowane pod kontrolą państwa i sprzedawane w aptekach bez recepty (ale tylko osobom pełnoletnim) - te wszystkie absurdy by nas ominęły. Podobnie jak mordercza epidemia dopalaczy.

Kilka pytań do ministra Zembali

Panie ministrze, wierzę, że to, co Pan opowiada o tradycyjnych wartościach i "prawdziwych obyczajowo, kulturowo korzeniach", jest wynikiem ignorancji. Nie złej woli. Dlatego proszę, żeby zastanowił się Pan nad kilkoma pytaniami. I w miarę możności na nie odpowiedział. Nie odwołując się do "tradycyjnych wartości" i "kulturowych korzeni", tylko do nauki, logiki i rozsądku.

- Czy można karać 10 proc. społeczeństwa za to, że jest chore?

- Czy można karać pozostałych członków społeczeństwa za to, że czasem używają pewnych substancji dla zabawy?

- Czy można zmuszać chorych do leczenia? I to więzieniem?

- Czy można angażować państwo (aparat ścigania, wymiar sprawiedliwości i pieniądze podatników) w mechanizm, którego głównym efektem jest powstawanie i rozpowszechnianie coraz gorszych dopalaczy?



Oceń treść:

Average: 10 (1 vote)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

Świetny artykuł, depenalizacja, profilaktyka i leczenie, koniec z totalitaryzmem!!!