Mig, AP
16-letni Meksykanin Cruz Marcelino Velazquez przekraczał granicę w San Diego z dwiema butelkami. Próbując przekonać pograniczników, że wiezie sok jabłkowy, wypił solidny łyk roztworu. Krótko potem zaczął krzyczeć z bólu i wydawać niesprecyzowane okrzyki o "chemikaliach". Kilka godzin później zmarł. Autopsja wykazała, że 16-latek wypił silnie skoncentrowany roztwór metamfetaminy.
Pochodzący z Tijuany Velazquez zwrócił uwagę pograniczników na przejściu granicznym w San Diego. Jeden z inspektorów wylał odrobinę płynu z niesionej przez chłopca butelki, licząc na to, że błyskawicznie się on skrystalizuje, co wskazałoby obecność rozpuszczonego narkotyku.
Jednak tak się nie stało, a urzędnik - wyczuwając owocowy zapach - oddał chłopcu butelki. Chciał się jednak dowiedzieć, czy Velazquez pracuje w USA - co naruszałoby warunki posiadanej przez niego wizy. Nakazał przeprowadzenie chłopca do oddzielnego pomieszczenia. Gdy znów padło pytanie o butelki, chłopak upił z jednej z nich.
metamfetamina z butelek Velazqueza rzeczywiście się skrystalizowała - ale później. Już po wszystkim inspektor, który dokonał nieudanego testu, został "poinformowany przez przełożonego, że to, co zrobił, nie jest właściwym sposobem wykrywania metamfetaminy - stwierdza raport.
Wypił metamfetaminę i zmarł
Velazquez po wypiciu płynnej metamfetaminy zaczął krzyczeć z bólu i wydawać niesprecyzowane okrzyki o "chemikaliach". Wołał też po hiszpańsku" "Moje serce". Kilka godzin później zmarł w szpitalu.
Raport z sekcji zwłok młodego Meksykanina nie daje powodów do przypuszczeń, że to pogranicznicy kazali chłopcu napić się z pełnej narkotyku butelki. Nie określa też, czy mieli możliwość go powstrzymać przed próbą udowodnienia, że jego picie nie jest trefne. Rzeczniczka amerykańskiej agencji Customs & Border Protection, kontrolującej przejścia graniczne, nie skomentowała wyników śledztwa.
Szmugiel w butelkach po sokach
San Ysdiro, najbardziej uczęszczane przejście graniczne w USA, w ostatnich pięciu latach stało się jednym z głównych korytarzy przemytu metamfetaminy na skutek działań prężnego kartelu Sinaloa. Krystaliczna metamfetamina wędruje przez granicę rozpuszczona w wodzie i wlana dla niepoznaki do butelek po sokach owocowych czy kanistrów od benzyny. Po przemyceniu do USA narkotyk jest ponownie krystalizowany.
Regularnie, kilka razy w tygodniu, na przejściach granicznych w San Diego łapane są dzieci. Liczba takich przypadków "alarmująco wzrasta" - mówił już w zeszłym roku agencji PA Joe Garcia, odpowiadający w za sprawy amerykańskiego urzędu ds. imigracji w tym przygranicznym porcie. Nastolatki dostają za jednorazową podróż przez granicę od 50 do 200 dolarów.
Z głębokości uzależnienia swego wołający lub wołającym być chcący pomocnym? - Hyperreal [H]elp
łoł! Juesej!
Skierniewice: Slang niezrozumiały dla młodzieży
Krzysztof Baranowski
Policja w trosce o dobro dzieci i młodzieży uczy rodziców jak odczytywać język, którym ich pociechy posługują się na co dzień w szkołach, na osiedlach, na imprezach. W ramach nauki zamieszcza na swojej stronie internetowej nawet mały słownik wyrazów związanych z narkotykami. Problem w tym, że wiele z tych słów nie jest w ogóle używanych w slangu młodzieżowym.
Na stronie łódzkiej policji można zauważyć zakładkę „narkotykowy slang”. Zamieszono tam słownik, który ma uświadomić głównie rodzicom jak określane są poszczególne narkotyki. „Kółko”, „plastelina”, „zielona spódniczka” to tylko niektóre zwroty występujące rzekomo w slangu młodzieżowym na określenie narkotyków.
Zapytaliśmy kilka osób w wieku od 18 do 25 lat czym jest „zielona spódniczka”.
- Pewnie jak sama nazwa wskazuje. Chodzi o jakąś część garderoby – odpowiada 22 letni Marcin.
Gdy wyjaśniliśmy, że tak rzekomo jest określana marihuana zaśmiał się w głos i dodał:
- Pierwsze słyszę. Na określenie marihuany zazwyczaj używa się określenia ziółko, ganja, zielone, ale na pewno nie spódniczka. Kto to wymyślił? To jakaś bujda na resorach.
Podobnie sprawa ma się z określeniami innych narkotyków. Mariusz, którego zapytaliśmy czym jest „feta” odpowiedział od razu: - to slangowe określenie amfetaminy.
Postanowiliśmy sprawdzić jak takie narkotyki są określane w środowisku młodzieżowym.
Na amfetaminę zazwyczaj mówi się „amfa”, „feta” albo „białe”. Na określenie tego narkotyku nie używa się takich słów jak „baba jaga”, „królewska”, „przyspieszacz” czy „szmata” jak podaje policja w swoim słowniku.
- Nie wiem skąd oni mają takie nazwy. Może z przesłuchań, albo z nieudolnych filmów amerykańskich o gangsterach i ćpunach – uśmiecha się 24-letni Damian.
Według młodych osób policja tak naprawdę nie zna slangu. Być może ma styczność z grupami młodzieży w okolicach klubów, ale, jak podkreślają te osoby, slang to nie tylko określenia potoczne narkotyków. Slang dotyczy poszczególnych społeczności, niezależnie od tego, czy jest to kultura punkowa, metalowa hip-hopowa czy nawet popularna ostatnio subkultura hipsterów. Każda ma swój język, którym posługuje się w swoim otoczeniu. Chodzi tutaj bardziej o urozmaicenie konwersacji niż zaszyfrowanie słowne przed inną społecznością. W przypadku określenia narkotyków wszystkie subkultury są zgodne i w takim sam sposób określają środki odurzające.
W przypadku Skierniewic ludzie również mają określenia, które zrozumieją właściwie tylko skierniewiczanie lub ludzie tutaj przebywający. Skąd policja ma takie specyficzne nazwy narkotyków?
- W policji funkcjonuje zespół do walki z przestępczością narkotykową. O tym jak handlarze lub zażywający określają narkotyki wiedzą głównie z przesłuchań i z badań prowadzonych w środowisku. Takie rzadko spotykane nazwy narkotyków mogły się pojawić przy konkretnej grupie, która w taki a nie inny sposób określała daną substancję. Określenia ewoluują, bo jeśli amfetamina np. nazwana zostaje „białą spódniczką” to za pół roku może być nazwą powszechną. Określone grupy wymyślają inne nazwy po to, żeby tylko oni wiedzieli o co chodzi. Policja w takich przypadkach musi nadążać za tą ewolucją nazewnictwa narkotykowego. To nie policja wymyśla te nazwy, ale środowisko – mówi asp. sztab. Artur Bisingier, rzecznik Komendy Miejskiej Policji w Skierniewicach.
marihuana jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych narkotyków, zarówno wśród młodzieży, jak i w kulturze popularnej. Dlatego wiele jej potocznych nazw jest powszechnie znanych np. zielone, ziółko, ziele, trawa, gras, gandzia, staf, maryha, pojar, baba, bufa, buft, bufanie, susz, konopa, jaranie, szuwaks, szuwernik, weed.
Policjanci wymieniają też mniej popularne nazwy, jak: zielona koszulka i zielona spódniczka (od sposobu pakowania jednej działki -ok. 1 g- w torebkę foliową z zapięciem strunowym), Acapulco Gold, Chicago Greek, Doniczka.
Z kolei najbardziej popularnymi nazwami dla haszyszu - zdaniem łódzkiej policji - są hasz, jaranie, holender (od kraju pochodzenia), plastelina (od konsystencji; jeżeli jest świeży, ma odpowiednią wilgotność, jest plastyczny), czekolada (niektóre tabliczki, w które haszysz jest formowany, przypominają tabliczki czekolady), kości (od nierównych kawałków, które oderwane od tabliczek, przypominają małe kości).
[ external image ]
Podobnie jak w przypadku marihuany są też mniej znane - i egzotyczne - nazwy: hasan, Afgan, African Black, Bombay Black, Czarne Maroko, Czerwony Afgan, Grant.
Po marihuanie i haszyszu, najbardziej rozpowszechnioną nielegalną substancją jest amfetamina, znana też jako amfa, feta, białe, kurz, biała farba, biała spódniczka i biała koszulka (od sposobu pakowania jednej działki - ok. 1 g - w torebkę foliową z zapięciem strunowym), baba jaga, proszek, proch, syf, tynk, ścierwo, siła, szmata oraz Benn, Benny Bombs, Crystal, Dynamit, Dziwak, Królewska, Kryształ, No Sleep, Przyspieszacz, Pyłek, Uppers, Śnieg, Woltów.
metamfetamina jest pochodną amfetaminy. Nie jest jednak tak popularna, co wpływa również na znacznie mniejszą ilość jej potocznych nazw: meta, kości, kostki (od sposobu formowania narkotyku, tzn. w kostki przypominające małe kostki cukru).
kokaina jest narkotykiem silnie uzależniającym. Wyglądem przypomina amfetaminę, jednak jest od niej znacznie trudniej dostępna i mniej popularna ze względu na wysoką cenę.
Łódzcy policjanci do najbardziej znanych nazw kokainy zaliczają: koka, koksik, koks, koka-kola, zupa, lepsze białe, Bazooka, Berenika, Biała Dama, Śnieg, Uderzenie, Boliwijski maszerujący proszek.
[ external image ]
Tabletka extasy znana jest również jako MDMA, od głównego składniku narkotyku. Inne jej nazwy, wymieniane przez policję, to: kółko, koło, groszek, groch, piguła, okrągłe, piksy; często też funkcjonują nazwy pochodzące od logo wytłoczonego na tabletach, np. mitsubishi - znaczek japońskiej firmy, wiśnie, smerfy, cukierki, guziki oraz witaminy.
Ze wszystkich narkotyków najbogatsze nazewnictwo, poza marihuaną, posiada LSD. Jest to substancja psychoaktywna o działaniu halucynogennym.
Inne jej nazwy to: znaczki, papiery (najczęściej występuje w formie papierowych znaczków o wymiarach ok. 1 cm na 1 cm, z kolorowymi nadrukami, dzielonych np. perforacją na 4 równe części; często nazwy poszczególnych znaczków pochodzą od nadruków na nich np. ''diabły tasmańskie''; często nadruk oznacza też stopień nasączenia narkotykiem, oznaczany niekiedy też cyfrowo, tzn. im wyższa cyfra tym większa moc narkotyku - są to najczęściej liczby trzycyfrowe), kryształy, kryształki, szkło (inna forma tego samego narkotyku w postaci białych lub kolorowych kryształków, gdzie kolor często oznacza moc narkotyku - brązowe, czarne, purpurowe, fioletowe), kwasy, Blue Dragon, Bóg Słońce, Budda, Słoneczny uśmiech, Odbita Warga, Młot i sierp (określenia te powstały z powodu kształtu w postaci kapsułek, żelek, gum do żucia).
Innym narkotykiem wymienianym przez funkcjonariuszy są grzybki psychoaktywne. Podobnie jak LSD, mają działanie halucynogenne. Jednak ilość nazw potocznych jest dużo mniejsza: łysak wspaniały, halucynki oraz łasiczka lancetowata.
heroina jest substancją najsilniej uzależniającą. Nawet pierwsza dawka tego narkotyku może prowadzić do uzależnienia psychicznego, a później fizycznego. Najbardziej znane jej nazwy to: hera, helena, helka, helcia, braun Sugar (od koloru, heroina do palenia w postaci brązowego proszku), Grzanie, Zourbie, Mączka.
morfina, podobnie jak heroina, działa przeciwbólowo. Jest również środkiem mocno uzależniającym. Łódzcy policjanci jako jej potoczne nazwy wymieniają: Brązowa heroina, Maja, Morfeusz, Siostra, leśna tabaka i wilcza wiśnia.
Nie tylko określenia narkotyków będą ewoluować, ale także cały język młodzieżowy. Aby go rozumieć trzeba po prostu przebywać w danych grupach i subkulturach młodzieżowych. A zatem - jak powiedział kiedyś jeden z satyryków: „Polska języka, trudna języka”.
Komentarze:
Opracowania tego typu biorą się najczęściej z tzw. prac naukowych: magisterki głównie, opartych, jak ktoś ma dojścia m in. o wywiady i protokoły policyjne. Tylko pion naukowy z filologii ma prawo podpisać się pod takimi opracowaniami, gdyż tylko oni mogą za prawdziwość tych badań ręczyć własnym dyplomem. Głęboko bym się zastanowił nad ich prawdziwością. Raczej się nie zdezaktualizowały-one są po prostu nieprawdziwe w większości, dlatego budzą pusty śmiech wśród młodzieży. Zatem stawiam wniosek o zweryfikowanie prac dyplomowych na bazie, których powstał ten "słownik" oraz unieważnienie dyplomów.
Policja nie ma pojęcia o slangu. W Polsce, a szczególnie naszym regione na marihuanę mówi się: Opcja, komedia, film. amfetamina zwana jest Moniką, dramatem, peklem czy też prądem. Typowy dialog: -Jak tam u Ciebie? Masz jakieś filmy? (Masz coś?) -Komedie mam, całkiem śmieszna. (marihuana, całkiem dobra) A jakiś dramacik? Obejrzał bym coś na noc. (Ktoś sugeruje, że potrzebuje amfetaminy - ma zamiar nie przespać nocy). -Nie, nie. Kupa jest. Ale zadzwoń do X, on może tam się z Moniką spotyka. (Zadzwoń do X bo prawdopodobnie coś ma.)
past, AP
"Cracklands", czyli "bazary cracku" w Rio de Janeiro działają całą dobę. kokainę kupują tam matki, kierowcy ciężarówek, bezdomni - i każda inna osoba, chcąca być na haju. Narkotyk można tam nie tylko kupić, ale także otwarcie palić. Fotograf Felipe Dana uwiecznił stałych bywalców i mieszkańców tych miejsc. Siedząc na krześle, przed niewielkim białym tłem, opowiadali swoje historie. Lub milczeli.
[ external image ]
Na zdjęciu 44 -letnia Lucilene Gomes
[ external image ]
22-latania Patricia Sebastiao ma dwójkę dzieci: dwuletnią córkę i rocznego syna. Teraz jest w ciąży z trzecim dzieckiem. Mówi, że to szósty lub siódmy miesiąc, ale nie jest w stanie określić tego z cała pewnością
[ external image ]
17-letnia Ketellin Silva jest matką trzyletniej dziewczynki. Pluszowy pies, którego trzyma na rękach, należy do jej syna. Chłopiec urodził się jako wcześniak i jest pod opieką lekarzy
[ external image ]
Andrea, znana jako "Loira" (czyli "blondynka" po portugalsku) mówi, że ma męża i DOM, ale wciąż wraca do wraca na "bazary cracku" ze względu na swoje uzależnienie
[ external image ]
Renato Dias, niespełna czterdziestolatek, pali crack od 4 lat. Opowiada, że w ramach rozrywki pisze na swoim komputerze historie o superbohaterach. Marzy, aby takim zostać takim superbohaterem
[ external image ]
26-letnia Carla Cristina sprzedaje kubeczki z wodą, zamknięte aluminiowym wieczkiem. Narkomani przerabiają kawałki aluminium na lufki, z których palą crack
[ external image ]
Daniela Pinto, tuż przed czterdziestką. Od czterech lat bierze crack, a od czterech miesięcy mieszka na "bazarze". Opowiada, że chce wolności, pokoju i miłości. Ale przede wszystkim chce się uwolnić od nałogu
[ external image ]
Sancler Rodrigues, 32-latek. Opowiada, że pali crack od 7, może 8 lat. - Uznałem, że mój stary, czarny t-shirt źle wyjdzie na zdjęciu, więc pożyczyłem te koszulką od kumpla - powiedział fotografowi
[ external image ]
46-letni Eduardo Santos de Souza jest ojcem ośmiorga dzieci, z czterema różnymi kobietami. Mówi, że ograniczył palenie cracku i ma inne życie, z dala od "bazaru"
[ external image ]
Ponad czterdziestoletni Henrique Felix Santos upewniał się, czy fotograf dobrze zapisał jego imię
[ external image ]
Valeria de Brito, 36-latka. Uzależniona od cracku od 8 lat. Mówi, że nie lubi otoczenia, z którym spotyka się na "bazarze cracku" i woli zażywać narkotyk gdzie indziej
[ external image ]
Jorge, 35-latek
Łukasz Wojtusik
Brak wody, zatkana kanalizacja i ciągła walka o przetrwanie. Zjeść, napić się bimbru, załatwić pieniądze na crack, nie dać się wrobić i nie zginąć - to rzeczywistość miejsca, którego już nie ma, a o którym nadal krążą legendy. Historię zakładu karnego Carandiru w Sao Paulo opisał Drauzio Varella, który przez kilkanaście lat pracował tam jako lekarz-wolontariusz. Jego książka "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii" znalazła się w finale Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Nam Varella opowiada o codzienności przepełnionej narkotykami i przemocą.
Trzynaście lat temu zburzono Carandiru, największy, jeden z najbardziej przeludnionych i najniebezpieczniejszych zakładów penitencjarnych w Brazylii. Pan mimo trudnych doświadczeń opisanych w książce "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii" nadal pracuje z więźniami.
[ external image ]
- Rzeczywiście, nie zrezygnowałem z pracy w podobnych miejscach. Od jakiegoś czasu zajmuję się też więźniarkami.
Po co wszedł pan do najniebezpieczniejszego więzienia Brazylii?
- Nie wiedziałem, co mnie spotka, nie spodziewałem się, że tam zostanę. W Carandiru chciałem zrealizować film dotyczący HIV i AIDS, i przy okazji sprawdzić, ile osób w więzieniu może być nosicielami wirusa. Tak się zaczęło.
I został tam pan...
- Trzynaście lat. Wciągnęła mnie praca, na początku był to wolontariat. Sporo się w ciągu tych lat nauczyłem. Wiem już, co znaczy wykonywanie zawodu lekarza w skrajnie trudnych warunkach.
[ external image ]
Wie pan też dzięki Carandiru, co oznacza strach?
- Wiele razy się bałem. W więzieniu trzeba się szybko nauczyć samokontroli. Jakikolwiek gest zdradzający nasze obawy może być odczytany jako objaw tchórzostwa. Wystarczy jeden moment, by na zawsze stracić szacunek więźniów.
Pracując w takim więzieniu, najbezpieczniej jest być niewidzialnym, ale w przypadku lekarza to niemożliwe.
- Praca lekarza w więzieniu jest jednocześnie bardzo prosta i bardzo trudna. Prosta, ponieważ w momencie, w którym decydujemy się na zbliżenie w relacji lekarz - więzień na bezpośredni kontakt, łatwo jest zdobyć czyjeś zaufanie. A trudna...
Ponieważ więźniowie mogą to zaufanie wykorzystać? Przepisywał im pan biotonik Fontoury (preparat mineralno-witaminowy o działaniu wzmacniającym), który oni albo sprzedawali innym więźniom, albo dodawali do więziennego bimbru.
- Tak. Cały czas trzeba pilnować, żeby to zaufanie nie zostało wykorzystane. Kiedy wydaje się, że poznaliśmy tych ludzi dogłębnie, najczęściej okazuje się, że właśnie przed chwilą nas oszukali.
W pana książce roi się od opisów bezsensownych śmierci. Więźniowie umierają, ponieważ nie ma leków i brakuje służby medycznej, dziesiątkuje ich AIDS, powala gruźlica. Na umierających nikt nie zwraca uwagi.
- W Brazylii w latach 80., a nawet jeszcze w 90. nie było żadnego programu pomocy medycznej dla więźniów chorych na AIDS. Ludzie w terminalnej fazie choroby teoretycznie mogli opuścić więzienie, bo istniały takie możliwości prawne. Ale zabrakło świadomości, gwarantowanego przez system dostępu do porady prawnej i adwokata. Dlatego chorym pozostało umieranie w samotności.
Więźniów nie było stać na dobrego adwokata?
- Teoretycznie prawo w Brazylii zapewnia każdemu osadzonemu bezpłatną opiekę prawną. Ale więźniów jest tak wielu, że obrońcy nie chcą się zajmować ich sprawami za darmo. Skazani, którzy nie mają pieniędzy, chorują i umierają bez pomocy.
Porusza pan również wątek działań edukacyjno-profilaktycznych, ratujących tych więźniów, dla których jest jeszcze szansa. Udało się ich panu przekonać m.in. do używania prezerwatyw.
[ external image ]
- Chcieliśmy nie tylko upowszechnić stosowanie prezerwatyw, ale również wyplenić nawyk dożylnego wstrzykiwania sobie kokainy. W sprawie zarażenia wirusem HIV wśród więźniów przebywających w Carandiru można mówić o dwóch "etapach". Pierwszy to lata 1989-1993, kiedy najpowszechniejszą drogą rozprzestrzeniania się wirusa było dożylne przyjmowanie narkotyków. Później hitem stał się krak (crack), czyli palona kokaina, która oczywiście poza wieloma negatywnymi aspektami ma jeden pozytywny - nie trzeba jej przyjmować dożylnie. W ten sposób odsetek chorych zaczął się zmniejszać, choć problem oczywiście nie zniknął.
Skąd człowiek, który siedzi w więzieniu, ma pieniądze na krak?
- Jest bardzo wiele sposobów na ich zdobycie. Pieniądze może przynieść rodzina skazanego, wielu więźniów ma możliwość pracy w zakładzie, w którym odbywa karę. Istnieje też handel wymienny. Usługa za pieniądze. W Carandiru niektórzy prali innym ubrania, gotowali dla nich, w zamian dostawali pieniądze albo od razu narkotyk. Byli również więźniowie, którzy nie zerwali z przestępczą działalnością. Mimo że siedzieli w więzieniu, nadal otrzymywali pieniądze z nielegalnych interesów. Krak bierze się kompulsywnie, dlatego skazańcy dość szybko popadali w długi. Uzależnieni pożyczali pieniądze od innych, a to z kolei wpędzało ich w spiralę niebezpiecznych zobowiązań.
Tajemnicą poliszynela w Carandiru było, skąd wziąć narkotyki i kto produkuje najlepszy alkohol. Zaprzyjaźnił się pan z najlepszym producentem "wściekłej mańki", czyli bimbru więziennej produkcji. Część skazanych dzięki takim biznesom utrzymywała rodzinę poza murami.
- Tak, często więzienny biznes wspierał rodzinny budżet. Producent "wściekłej mańki", o którym pan wspomniał, mógł dziennie wyprodukować od pięćdziesięciu do stu litrów tego alkoholu. Podczas kontroli w jednym z pawilonów znaleziono sto pięćdziesiąt litrów tego bimbru.
A gdzie byli strażnicy? Nie było nalotów, regularnych kontroli? Carandiru to w pana książce świat więźniów, w którym służba penitencjarna jest grupą ludzi łatwą do skorumpowania.
[ external image ]
- Każde więzienie rządzi się swoimi prawami i jest inaczej zarządzane. W Carandiru strażników było jak na lekarstwo. Za kilkuset więźniów odpowiadało 5-10 ludzi. Trudno w takiej sytuacji kontrolować, co się dzieje w celach, pawilonach. Kolejnym problem była wszechobecna korupcja.
Jak to jest, że w miejscu, nad którym kuratelę ma państwo, gdzie pracują strażnicy, gdzie wchodzą różni ludzie, nikt nie robi nic, by poprawić warunki życia i odsiadywania kary?
- Dla mnie to też pozostaje tajemnicą. Więzienie było usytuowane dziesięć minut metrem od centrum miasta, naprzeciwko Carandiru było wejście do metra. Ludzie, którzy tamtędy przejeżdżali, zaglądali więźniom prosto w okna. Wyższe pawilony były widoczne z poziomu kolejki miejskiej. W dniach, kiedy dozwolone były wizyty, przed drzwiami więzienia ustawiały się kolejki kobiet. Były wśród nich także koleżanki żon i matek czekających na widzenie, które chciały po prostu poznać jakiegoś gangstera. Dać mu trochę ciepła. Kolejki wiły się w weekend jak wąż, okrążając mury kilkakrotnie. Pomimo to mieszkańcy udawali, że więzienie i problem nie istnieją.
Niewielu strażników i mnóstwo skazanych z długimi wyrokami. Jak przeżyć w takiej rzeczywistości?
- Przede wszystkim trzeba znaleźć przestrzeń, w której inni będą od nas zależeć. Gdy patrzymy na więźnia, wydaje nam się zazwyczaj, że jego pierwszym, podstawowym marzeniem jest odzyskanie wolności. Tymczasem to pragnienie jest dopiero na drugim miejscu. Najważniejsza jest chęć przeżycia. Trzeba zrobić wszystko, żeby w więzieniu nie umrzeć.
Trudno myśleć o wolności, gdy ma się zasądzonych na przykład sto lat za kratami.
- Zgadza się, w Brazylii wyroki z poszczególnych spraw się sumują, ale w jednym więzieniu nie można siedzieć bez przerwy dłużej niż trzydzieści lat. Dlatego skazani cały czas liczą na to, że uda się im znaleźć jakiś trik, prawniczą sztuczkę, sądowy kruczek, dzięki któremu zostaną szybciej zwolnieni. Często pytaliśmy więźniów: Ile ci jeszcze zostało? A oni odpowiadali: W sumie niewiele, kilka miesięcy. Mój prawnik próbuje sobie z tym poradzić, złożyliśmy już odwołanie do sądu. Tymczasem z papierów wynikało, że będziemy się spotykać jeszcze przez kilkanaście lat. To ich prywatna strategia na przetrwanie.
[ external image ]
Jak rozumie się pojęcie "prawdy" w miejscu, gdzie wszyscy siedzą "za niewinność".
- W więzieniu jest prawda, tylko nigdy nie wiadomo gdzie.
Jednego z opisanych więźniów poznaje pan w nocy. Umawiacie się na spotkanie, nie kryje pan strachu. Podchodzi do pana gangsterskim krokiem i mówi, że chętnie pomoże w uruchomieniu więziennego kina, bo zna się na elektronice - kradł sprzęt elektroniczny.
- Tak, to historia z pierwszych lat mojej pracy w Carandiru. Naprawdę się wtedy bałem. Zwłaszcza gdy zobaczyłem ten charakterystyczny gangsterski chód. Gdy się do mnie zbliżał, czułem, że może wydarzyć się coś złego. Lata pracy w więzieniach nauczyły mnie, że jeśli kontroluję swoje emocje, nic strasznego nie powinno mi się stać. Lekarz w więzieniu jest bardzo ważną postacią. Więźniowie mają do niego szacunek.
Skazani nie zawsze kontrolują swoje emocje. W książce opisuje pan miejsca, gdzie w Carandiru załatwia się dość brutalnie porachunki między więźniami. Strażnicy w takich sytuacjach nie interweniują.
- Może chodzić o walkę o przewodnictwo w grupie, zdobycie przewagi, dominację. Kolejny powód to porachunki związane z uregulowaniem długów. Jeśli w więzieniu sprzedasz komuś narkotyki, a ten ktoś nie odda ci pieniędzy, nie możesz iść się przecież poskarżyć do sądu. Trzeba sobie radzić inaczej.
W Carandiru istniał kodeks honorowy? Wspomina pan o skazanych, którzy przyjmują na siebie winę za zabójstwa, których nie popełnili. Chodzi o ofiary porachunków w więzieniu. Sami skazani nazywają takich wytypowanych manekinami.
- Bardzo często zdarzało się, że więzień o niższej pozycji w hierarchii został wytypowany przez grupę do przyznania się do czegoś, czego nie zrobił. Takie podłożenie się wcale nie gwarantuje szacunku współwięźniów. Przypominam sobie historię chłopca, który trafił do więzienia na ponad rok za drobny rabunek. W więzieniu dość szybko zaczął brać krak, nałóg pociągnął za sobą spiralę długów, których chłopak nie mógł spłacić. Dlatego postanowił wziąć na siebie winę za jedną z więziennych rozrób. Dostał dodatkowych dziesięć lat.
W Carandiru miejscem, do którego nikt nie zaglądał, był tzw. Oddział Żółty, który nazywa pan jednym z najbardziej ponurych miejsc w całym więzieniu.
- To było zdecydowanie najgorsze miejsce w Carandiru, część odcięta od reszty zakładu. Funkcjonariusze nie chcieli tam wchodzić. Bali się, że staną się zakładnikami osadzonych tam więźniów. Nikt do końca nie sprawdzał, co dzieje się w sektorze żółtym. Pierwszy raz poszedłem tam, gdy chciałem pomóc jednemu z chorych. Później wchodziłem zawsze rano, z jednym pielęgniarzem, i przez cały dzień byłem zamknięty z więźniami. Około siódmej wieczorem krzyczałem z czwartego piętra do strażników znajdujących się na dole, żeby mnie wypuścili.
Pracą na Oddziale Żółtym zyskałem wśród więźniów szacunek. To nie kwestia brawury. Po prostu byłem pewny, że zamknięci tam ludzie nic nie zrobią człowiekowi, który naprawdę chce im pomóc. Lekarzowi. Wolontariuszowi. Poza tym wydaje mi się, że skazani, którzy tam trafili, doskonale wiedzieli, że gdyby którykolwiek z nich podniósł na mnie rękę, oznaczałoby to dla niego natychmiastowy wyrok śmierci, wykonany przez pozostałych więźniów.
Kto siedział na Oddziale Żółtym?
- Więźniowie, którzy próbowali na przykład okraść swoich wspólników, przywłaszczyć sobie pieniądze z handlu narkotykami, albo tacy, którzy już w więzieniu czymś mocno podpadli i sami prosili o przeniesienie do tej części. Było tam też wielu gwałcicieli. Gwałt to w więziennym kodeksie najpoważniejsze wykroczenie, najgorsze przestępstwo.
Rozumiem, że skazani woleli znaleźć się na Żółtym Oddziale, niż ryzykować zemstę współwięźniów?
- Tak, mimo że oznaczało to zamknięcie na oddziale przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Ile osób stamtąd wyszło?
- Zdarzały się przypadki przeniesienia do innego zakładu, natomiast w obrębie jednego więzienia szanse na zmianę miejsca były niewielkie. W tym sektorze w celach na dwóch-trzech metrach kwadratowych musiało się pomieścić nawet dziesięciu więźniów.
Czytając pana książkę, cały czas zadawałem sobie pytanie, co było trudniejsze w tak skrajnych warunkach - bezsilność ludzka czy bezsilność lekarza?
- Myślę, że trudniejsza jest bezsilność lekarza. Zdawałem sobie sprawę, że ci ludzie spędzą w więzieniu wiele lat, ale nie zostali skazani na śmierć. Tymczasem umierali z powodu braku podstawowych środków medycznych i opieki, którą można by im zapewnić niewielkim nakładem finansowym.
W Carandiru nie było miejsca na godną śmierć?
- Szczególnie mocne wrażenie zrobiły na mnie obrazy ludzi zamordowanych w więzieniu. To historie, która mnie prześladują, powracają do dziś. Jako lekarz musiałem stwierdzić ich zgon, podać przyczynę śmierci. Często widziałem ciała młodych ludzi z czterdziestoma ranami od noża w ciele.
Czemu nie zmienił pan pracy? Z pana wykształceniem miał pan przecież wiele możliwości.
- Nigdy o tym nie pomyślałem. Jeśli podsumować cały wysiłek, który włożyłem w pracę, a na drugiej szali położyć to, co dostałem od więźniów, czego się nauczyłem, zyskane doświadczenie, to uważam, że więcej dostałem, niż z siebie dawałem.
Zdarzało się panu płakać?
- W więzieniu mężczyzna nie może płakać. Poza nim - tak.
Historie ludzi z "Ostatniego kręgu" to opowieści rodem z gangsterskich filmów - napady, zdrady małżeńskie, oszustwa, kłótnie wspólników...
- To świat ludzkich emocji. Miłość, nienawiść, niechęć, przyjaźń to przecież uniwersalne tematy. Swoich bohaterów pokazuję nie tylko przez pryzmat popełnionych przez nich zbrodni. Myślę, że mamy tendencję do odbierania więźniom ich kondycji ludzkiej, traktowania ich jak zwierzęta. W ten sposób sami się przed sobą usprawiedliwiamy, że musieliśmy ich zamknąć, że zasługują na taki los. Oni przecież w więzieniu pozostają ludźmi. Czują i reagują jak my.
Tym, co wyróżnia więźniów, także w Carandiru, są charakterystyczne tatuaże.
- Tatuaże w brazylijskich zakładach zamkniętych mają bardzo różne znaczenia. Szczególnie dużo jest z wizerunkami świętych. Więźniowie często tatuują sobie na plecach podobiznę Jezusa Chrystusa. To spadek po afrykańskich niewolnikach, których rysunek w tym właśnie miejscu miał uchronić od chłosty. Popularne są również krzyże. Krucyfiks oparty o stertę kamieni to znak, że osoba, która go nosi, zamordowała policjanta. W środowisku gangsterskim był to pewnie powód do chwały, ale gdy mężczyzna z takim tatuażem trafił na ulicy w ręce policji, był bity mocniej właśnie za ten konkretny tatuaż. Policja znała jego znaczenie.
Skoro jesteśmy przy kwestii przemocy i religii, czy w więzieniu można spotkać Boga?
- Odpowiem panu tak, na murze okalającym więzienie był napis: Jest Bóg, ale jest także diabeł i nigdy nie wiadomo, którego z nich spotkamy dzisiaj na dyżurze.
W Carandiru najbliżej Boga mieli być ponoć mieszkańcy piętra, na którym można było przystąpić do Kościoła zielonoświątkowców.
- Tym, co więźniów przyciągało do zgromadzenia, była przede wszystkim modlitwa i obrzędowość. Wszyscy wyznawcy musieli się modlić od świtu do nocy, w związku z tym nie mieli zbyt dużo czasu na "złe rzeczy". Obowiązywał ich bardzo ścisły kodeks. Bardzo wyraźnie określono w tym Kościele granicę między dobrem i złem. Nie wolno było palić, pić, zażywać narkotyków. Obowiązywało skupienie i wspólna modlitwa. Czasami u zielonoświątkowców ochrony szukali gwałciciele, zabójcy, ludzie, którzy popełnili w życiu najgorsze z możliwych zbrodni. Chodziło im o uzyskanie pewnego rodzaju nietykalności. Na pierwszy rzut oka trudno było rozpoznać, czy to nawrócony człowiek, czy wielkiego kalibru przestępca, dla którego wiara jest przykrywką, sposobem przetrwania. Wszyscy ubierali się tak samo, trzymali Biblię pod ręką i mówili przez cały czas jakby slangiem, wyłącznie o Jezusie i religii.
O Carandiru głośno zrobiło się w 1992 roku. Niewielka sprzeczka między więźniami szybko przerodziła się w zamieszki wewnątrz zakładu karnego. Doszło do starć policji z osadzonymi, w ich wyniku zginęło 111 więźniów, 130 zostało rannych. Wśród policjantów rany odniosło 23. Z relacji świadków wynika, że policja po prostu strzelała do uciekających. Pierwszy wyrok w sprawie tej masakry zapadł dopiero po ponad dwudziestu latach, skazanych zostało 23 policjantów. Sprawiedliwość długo kazała na siebie czekać.
- Winą za taki stan rzeczy obciążyć trzeba system sądowniczy w Brazylii. Kto ma pieniądze na dobrych adwokatów, ten rządzi. Bardzo często procesy są na siłę odwlekane, ciągną się latami.
Ale nie mówimy przecież o jednostkowym przypadku łamania praw człowieka, tylko o masakrze, o której było głośno w mediach na całym świecie. W 2003 roku powstał nawet film fabularny zatytułowany "Carandiru" w reżyserii Hectora Babenco, inspirowany wydarzeniami z 1992 roku. Pana książka "Ostatni krąg", która w Polsce ukazała się kilka miesięcy temu, swoją premierę w Brazylii miała w 1999 roku. Władze zdecydowały się zamknąć stare więzienie dopiero trzy lata później, w 2002 roku.
- Po likwidacji więzienia trudno było nagle znaleźć miejsce dla kilku tysięcy więźniów. Dlatego stworzono nowe placówki. Patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu nie wiem, czy tragedii z 1992 roku można było uniknąć. Jestem natomiast przekonany, że podstawowym błędem było to, że do pacyfikacji została użyta policja. Policjanci nienawidzą bandytów. Pojawili się tam z psami, pałkami, karabinami maszynowymi. Od początku było jasne, do czego taka konfrontacja prowadzi. Ale musimy pamiętać, że w każdym więzieniu zdarzają się nagłe wybuchy, gwałtowne eskalacje konfliktów, niezadowolenia. Ta tragedia mogła się wydarzyć w innym miejscu, w innym czasie.
Czy przez te kilkanaście lat od momentu zamknięcia Carandiru coś się zmieniło w systemie penitencjarnym w Brazylii?
- Na pewno poprawiła się sytuacja w zakładach w Sao Paulo. Natomiast w skali całego kraju poziom bezpieczeństwa i warunków sanitarnych jest bardzo różny. Nadal można znaleźć więzienia, w których jest podobnie jak w Carandiru. Głównie na północy kraju.
Spotyka pan jeszcze więźniów z Carandiru na ulicy?
- Tak. Niektórzy nadal mnie rozpoznają. Witają się ze mną i pytają: Pamięta mnie pan? Byliśmy TAM, jestem STAMTĄD. Nigdy nie mówią wprost, że chodzi o więzienie.
Jak bardzo Carandiru w panu zostało?
- Nie śni mi się już w koszmarach, ale zdarza się, że w najmniej spodziewanych momentach, gdy jestem z rodziną, wracają do mnie tamte obrazy. Nagle napadają mnie wspomnienia. Staram się chronić bliskich. Nie opowiadam im najstraszniejszych historii, nie dzielę się z nimi złymi doświadczeniami, ponieważ nie ma takiej potrzeby. Nie muszą wiedzieć wszystkiego.
Drauzio Varella. Lekarz onkolog, specjalista chorób zakaźnych. Przez kilkanaście lat pracował w szpitalu w Sao Paulo i jednocześnie udzielał się jako wolontariusz w więzieniu Carandiru. Jego książka "Ostatni krąg" zdobyła Nagrodę Jabuti w dwóch kategoriach - dla najlepszej książki non-fiction i "Książki Roku". Varella ma na swoim pisarskim koncie jeszcze kilka tytułów: "Macacos" (Małpy, 2000), "Por um fio" (Na włosku, 2004), "Borboletas da alma" (Motyle duszy, 2006), "O médico doente" (Chory lekarz, 2007). Książka "Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie w Brazylii" znalazła się w gronie pięciu finalistów Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki.
Nela Grabowska
[ external image ]
Jay-Z już jako 17-latek zarobił wraz z kolegą około 100 tysięcy dolarów na handlu narkotykami.
44-letni De-Haven Irby opowiedział o dorastaniu na Brooklynie wraz z Shawnem Carterem, dziś znanym jako Jay-Z. Obaj panowie już w latach szkolnych szybko wzbogacili się handlując crackiem, czyli kokainą do palenia.
- Zostałem dilerem jako 14-latek. Shawn nie radził sobie ze szkołą. Odwiedzał mnie w weekendy. Potem wprowadził się do mnie, mieszkaliśmy z moją ciotką i wujem. Powiedziałem Shawnowi: "Co moje, to i twoje". Zarobiliśmy kupę szmalu. W wieku 17 lat mieliśmy pod materacem około 100 tysięcy dolarów. Na szczęście nigdy nie musieliśmy nikogo zabić, choć dziś myślę, że zabiliśmy wiele osób kokainą. Po prostu chcieliśmy wyjść z ubóstwa. Pragnęliśmy samochodów, modnych ciuchów, biżuterii. Lepszego życia.
Dziś łączny majątek Jaya-Z oraz jego żony Beyoncé, szacowany jest na około miliard dolarów.
Próbowała przemycić narkotyki w... implantach piersi i pośladków
mil, PAP
Służba celna na lotnisku w Rzymie zatrzymała w wczoraj kobietę, która próbowała przemycić 2,5 kg skrystalizowanej kokainy, tzw. cracku, w implantach piersi i pośladków. Próba się nie powiodła, bo jej kształty wydały się celnikom "podejrzanie odstające".
33-letnia Hiszpanka, która podała się za modelkę, została zatrzymana na lotnisku Fiumicino pod Rzymem po locie z Sao Paulo w Brazylii.
Kobieta miała na sobie obcisłe ubranie, które prawdopodobnie miały zdekoncentrować pracowników służby celnej. Plan jednak się nie powiódł - celnikom wydało się podejrzane, że jej biust i pośladki są "zbyt odstające".
Ich podejrzenia ostatecznie potwierdziły się, gdy dwie funkcjonariuszki policji dokonały kontroli. Ponadto odpowiedzi udzielane przez kobietę na pytania o powód pobytu we Włoszech były wymijające.
Agencja AFP zauważa, że na lotnisku Fiumicino regularnie dochodzi do przechwytywania znaczących ilości narkotyków. W czerwcu tego roku udaremniono przemyt blisko 220 kg kokainy ukrytej we wnętrzu gipsowych posągów.
Katarzyna Wężyk
Frankie Sanchez, były gangster z Chicago: Po strzelaninie podjeżdżam do gości i mówię: "Młody, podejdź no tu, stoisz cicho z boku, ale to ty pociągniesz za spust, i ja to wiem". Skąd? Szukam w nich samego siebie w ich wieku. Dlatego wiem, w którym trzeba zdusić chęć zemsty.
Little Menace (Mała Groźba) jest niewysoki. I szczególnie groźnie nie wygląda, ot szczupły, szeroko uśmiechnięty chłopak w czarnej bluzie z kapturem i dżinsach z krokiem w kolanie. Przynajmniej dopóki nie podciągnie nonszalancko bluzy, żeby zademonstrować trzy blizny po kulach na brzuchu. Trzy z dziewięciu, które zebrał przez 24 lata życia.
- To co chcesz wiedzieć? Tylko szybko, bo tracę dobry towar, jak tu z tobą gadam. Naprawdę nazywam się Chris, ale na ulicy mówią na mnie Little Menace. Czy mam przy sobie broń? Nieeee, no tego to ci nie powiem - śmieje się. - Ale tu jestem bezpieczny. Jestem stąd. A jak znajdę kogoś, kto nie jest stąd, no to będą konsekwencje. Nawet nie chcę mówić, jakie. Nie patrz na mnie takim wzrokiem, nic ci nie będzie, jesteś z Lupe. Chłopaki zresztą już dawno zauważyły jej samochód. Jakie chłopaki - a ci tam, w czarnym trucku. Patrolują ulice, sprawdzają, czy wszystko OK.
Tak tu już jest. Jakbyś dorastała w Little Village, to byłaby dla ciebie norma. Założę się, że gdyby nagle zaczęli do nas strzelać, miałabyś takiego stracha, że do jutra by cię telepało. A ja bym spokojnie odszedł i zapalił blanta z chłopakami. I żadnemu bym nie zaimponował, opowiadając, że właśnie do mnie strzelali. Życie i tyle.
Epidemia przemocy
Są dwa podejścia do walki z przemocą. Pierwsze, konserwatywne, bierze się z przekonania, że człowiek z natury jest słaby i zły i jedynie samodyscyplina potrafi trzymać go w ryzach. Jeśli jednostka jej nie posiada i poddaje się własnym grzesznym popędom, należy zastosować dyscyplinę z zewnątrz, czyli karę. Prawidłową odpowiedzią na przemoc jest więc budowanie więzień, najlepiej o zaostrzonym rygorze, surowy kodeks karny i system "zero tolerancji".
Drugie, lewicowe podejście zakłada, że człowiek rodzi się dobry, ale zepsuć może go środowisko: trudne dzieciństwo, przemoc w rodzinie, a przede wszystkim bieda. To popycha ludzi do łamania prawa. Zatem jeśli chcemy zmniejszyć przemoc na ulicach, należy najpierw dać jednostkom szansę na lepsze życie.
Epidemiolog Gary Slutkin przeanalizował rezultaty obu sposobów walki z przemocą i uznał, że - choć skrajnie różne - łączy je jedno. Mianowicie to, że są równie nieskuteczne. I zaproponował własną, rewolucyjną metodę. Polega ona na tym, by nie traktować przemocy w kategoriach problemu moralnego, ale... zdrowia publicznego. I trzeba ją leczyć podobnie jak epidemię.
W 1983 roku Slutkin rzucił pracę w szpitalu w San Francisco i spędził dziesięć lat w Afryce, najpierw w Somalii, a potem walcząc z epidemią AIDS w Afryce Środkowej. W 1995 roku wrócił do rodzinnego Chicago - akurat w okresie, kiedy miastem wstrząsnęła seria brutalnych zabójstw. Slutkin postanowił podejść do problemu przemocy podobnie jak do epidemii gruźlicy czy cholery.
- Zadaliśmy pytanie, co pomaga przewidzieć akty przemocy. Okazuje się, że najlepiej zapowiadają je wcześniejsze akty przemocy. Jak przy grypie czy przeziębieniu: ktoś kogoś zaraża przez kontakt. Trzeba więc przerwać cykl zakażeń - przekonuje.
407 ofiar
Siedziba Cure Violence (Leczenie Przemocy) mieści się na 10. piętrze jednego z budynków University of Illinois. Zielone kafle na podłodze, skrzypiąca winda, szpitalna atmosfera. Na ścianach mapy Chicago z małymi pistoletami, które oznaczają miejsca strzelanin. W północnych, zamożniejszych, białych dzielnicach pistoletów jest niewiele, za to południowe i zachodnie Chicago, zamieszkane głównie przez Afroamerykanów i Latynosów, jest ich pełne.
- Ile rocznie osób ginie od broni palnej? - pytam Guadalupe Cruz z Cure Violence.
- Jak jest dobry rok, to poniżej 500. W zeszłym roku mieliśmy rekord, bo tylko 407 - odpowiada.
- A jak zły?
- To powyżej. W latach 90. zdarzało się i 800 ofiar rocznie.
Lupe ma 50 lat, nadwagę, długie, proste, hebanowoczarne włosy i matczyny uśmiech. Nie spieszy się, mówi lekko monotonnym głosem.
- To co, chcesz zobaczyć, jak wygląda nasza praca? Nie zdejmuj kurtki, jedziemy do Little Village.
Little Village to dzielnica w południowo-zachodniej części Chicago. Założyli ją pod koniec XIX wieku, po wielkim pożarze miasta, imigranci z Irlandii i Europy Wschodniej. W połowie ubiegłego wieku zamieszkiwali ją głównie Czesi i Polacy, ale od lat 70. zaczęli dominować Latynosi i dziś stanowią większość z 90 tysięcy mieszkańców.
Zachodnia strona Little Village jest pod kontrolą gangu Two Six, a wschodnia - Latin Kings. Nikt nie pamięta, kiedy dokładnie dzielnica się podzieliła ani z jakich powodów.
- Co do siebie mamy? Kiedyś obie strony się dogadywały, ale ludzie zaczęli do siebie strzelać, a dziś jest między nami za dużo przelanej krwi, żeby przestać. Za dużo napięcia - tłumaczy Little Menace. Tonem, jakim dziecku się wyjaśnia, że słońce zawsze wschodzi rano, a zachodzi wieczorem.
Dzieci zabijają dzieci
Granicą między terytoriami obu gangów jest Lawndale Avenue. Po jej obu stronach dzielnica wygląda identycznie: te same niewysokie domy, te same McDonaldy i KFC, w witrynach sklepów te same błyszczące sukienki, które latynoskie dziewczynki zakładają na uroczyście obchodzone 15. urodziny. Ale dla mieszkańców Little Village granica jest równie realna, jakby ktoś ją wymalował przez środek czerwoną farbą. Bo nie trzeba być w gangu, żeby dostać kulkę. Nie trzeba nawet przechodzić na drugą stronę.
Lupe: - Trzy lata temu, w marcu, ładny dzień był, pamiętam, Diana siedziała na schodach przed domem ze swoim facetem i córkami - jedna miała dwa lata, druga sześć. Podjechał pikap, wychylił się z niego chłopak i zaczął strzelać. Aliyah, sześciolatka, dostała w głowę. Później się okazało, że to była inicjacja w gangu - dwóch chłopaków, jeden miał 16, drugi 18 lat, dostało zadanie przejechania na drugą stronę i zabicia faceta Diany. Widzieli, że na schodach siedzą dzieciaki, ale i tak zaczęli strzelać. Jak tak można? Dziś dzieci zabijają dzieci.
Lupe, choć z West Side, jest wyjątkiem, bo może się poruszać po obu częściach dzielnicy. - Mogę przekraczać granicę, bo pracowałam z dzieciakami z obu grup przez 20 lat. Ale normalnie człowiek z East Side nie przejedzie przez West Side, tylko zrobi objazd. To szaleństwo, no nie? To samo z byłymi członkami gangów - jak zaczynaliśmy, nie podawali sobie ręki. I mówimy nie o chłopakach, tylko o starych koniach, facetach po czterdziestce, którzy odsiedzieli 25 lat w jednym więzieniu i słowa nie zamienili. Słowa. A teraz rozmawiają. Dla mnie to cud.
Szukam w nich siebie
Program CeaseFire (Wstrzymaj ogień, później zmieniony na Cure Violence) zaczął się w 2000 roku w West Garfield, najniebezpieczniejszej wówczas dzielnicy Chicago. Początkowo obejmował wyłącznie pracowników socjalnych, którzy pomagali nastolatkom z trudnych środowisk skończyć szkołę czy znaleźć pracę oraz organizowali mediacje. Prawdziwy przełom nastąpił w 2004, gdy Slutkin zaczął zatrudniać byłych członków gangów jako tzw. violence interruptors (dosłownie: przerywaczy przemocy).
- Chłopaki wiedzą, kto jest kim, kto ma wpływy, kto jest liderem. Wielu interruptorów odsiedziało długie wyroki, a ich nazwiska są znane na osiedlu. Dlatego mają posłuch - mówi Lupe.
Zadaniem interruptorów jest znaleźć źródła konfliktu i nie dopuścić do eskalacji. Jako że w Little Village przemoc jest odpowiedzią na przemoc - chłopak z Latin Kings zastrzelił członka Two Six, więc jego krewni zabijają dwie osoby z East Side, na co ich koledzy zaczynają obławę na West Side i spirala przemocy się rozkręca - interruptorzy starają się zdusić chęć zemsty, która napędzi następną falę przemocy. Często jeszcze w szpitalu, gdzie bliscy ofiar czekają na wieści z sali operacyjnej.
Frankie Sanchez: - Emocje buzują, chłopaki na miejscu planują, co zrobią, jak wrócą na osiedle. Wtedy trzeba ich łapać. Jak podjeżdżam pod szpital i widzę dziesięciu gości, wiem, którą dwójkę wsadzić do auta. To ci, którzy skłonią pozostałą ósemkę do zrobienia czegoś głupiego. Wszyscy strugają chojraków, ale ja wiem, który jest do czego zdolny. Mówię: "Młody, podejdź no tu, podejdź tu, skurwysynu, stoisz sobie cicho z boku, ale to ty pociągniesz za spust i ja to wiem". Skąd? Szukam w nich samego siebie w ich wieku.
Bo chciał mieć zdjęcie na Facebooka
Z Frankiem spotykamy się w pizzerii Falco. Wystrój jak w barze przy autostradzie, mecz w telewizorze nadaje tak głośno, że ledwo słychać własne myśli, a pizza jest z tych bardziej sycących niż aspirujących. Frankie ma 47 lat, siwą bródkę i szelmowski błysk w oku. Przyprowadził ze sobą Little Ghosta - 19 lat, długie, wystylizowane włosy, biała bluza z kapturem i solidny srebrny łańcuch z trzema wielkimi krzyżami wysadzanymi kryształkami - chłopaka, którego od dwóch miesięcy stara się odwieść od pomysłu zemsty za śmierć brata. Interruptorzy nazywają to babysitting, opiekowanie się dziećmi.
- Little Ghost wyszedł z więzienia 13 grudnia - opowiada Frankie. - Jego starszy brat postanowił to uczcić i zabrał go na drugą stronę ulicy, do East Side. Dzieciaki mają teraz taką zabawę, że idą na drugą stronę, robią sobie zdjęcia i wrzucają na Facebooka. Chcą pokazać, jakie z nich kozaki, i że nie szanują tych z drugiej strony. Tyle że chłopaki miały pecha - zostali zauważeni. Zaczęła się strzelanina, oberwali, zdołali dobiec do samochodu, kiedy z naprzeciwka podjechał drugi samochód i facet strzelił bratu Little Ghosta z odległości pół metra w głowę. Na jego oczach. Jak ja byłem w jego wieku, tobym pewnie wrócił i stuknął przynajmniej trzech. Ale 30 lat temu nie było Cure Violence, nie miałby mnie kto powstrzymać.
Praca interruptora nie kończy się na ochłodzeniu gorących głów po strzelaninie. Często pracuje z bliskimi ofiar długie miesiące, cały czas pod telefonem, pilnując, żeby ich podopieczni pod wpływem impulsu nie zrobili czegoś głupiego. - Raz chłopak do mnie zadzwonił w środku nocy, nie usłyszałem, rano oddzwaniam spanikowany, czy wszystko OK, a on tylko chciał, żebym podwiózł go do jego dziewczyny. Myślałem, że mu łomot spuszczę - opowiada Frankie.
- A jak ich przekonujesz, żeby zrezygnowali z odwetu?
- Mówię, że mają tylko jedno życie i żeby się zastanowili, czy warto je marnować. Gdy chłopak jest pełnoletni, to przypominamy, że dostanie pełny wyrok. Pytam, jak sobie jego dziewczyna i dziecko bez niego poradzą, albo jak się będzie czuła jego matka, gdy coś mu się stanie. Mówię, że rodzice nie mają pieniędzy na prawnika, bo je wydali na pogrzeb starszego syna. Zabieram ich do kina, na pizzę, do miasta, żeby zobaczyli, że jest inne życie. Pomagam znaleźć pracę albo dalej się uczyć. I powtarzam. Do oporu.
Nie stracić twarzy
Interruptorzy muszą wiedzieć, co się dzieje w ich części dzielnicy, kto właśnie poszedł siedzieć, kogo wypuścili, kto z kim jest akurat w konflikcie. I mediować, ale tak, żeby żadna ze stron nie straciła twarzy. Bo szacunek na dzielnicy jest najważniejszy. Jak go stracisz, nie ma już nic.
Little Menace: - W szacunku chodzi o to, jak na ciebie patrzą i jak cię traktują. Czy uważają, że jesteś mężczyzną, czy cipą. Jak w więzieniu - jeśli raz dasz się przecwelić, zawsze będziesz cipą. I nie dadzą ci już spokoju. Na ulicy jest tak samo. Dlatego nie możesz sobie pozwolić na to, żeby stracić szacunek. Ani na chwilę.
"Podstawowym psychologicznym motywem czy też przyczyną brutalnego zachowania jest pragnienie odpędzenia czy wyeliminowania uczucia wstydu i upokorzenia, uczucia, które jest tak bolesne, że potrafi być nie do zniesienia - i zastąpienia go jego przeciwieństwem, uczuciem dumy" - pisze James Gilligan, psychiatra, który 35 lat przepracował w amerykańskich więzieniach, w tekście "Shame, Guilt, and Violence" (Wstyd, wina i przemoc).
Jeśli ktoś wychował się na ulicy albo w patologicznej rodzinie - pisze dalej Gilligan - jeśli otoczenie nie dostarczało mu dość miłości, by wyrobił w sobie w dzieciństwie zdrową samoocenę, wystarczy najmniejsza prowokacja - ironiczny komentarz, nie takie spojrzenie na własną dziewczynę - by ją naruszyć. By człowieka zawstydzić, zdezorientować, usunąć mu grunt pod nogami. By się poczuł odrzucony, a odrzucenie wywołało w nim bolesne poczucie wstydu. Wstyd z kolei powoduje gniew, a ten może być wyładowany jedynie w akcie przemocy.
Dlatego reakcja w społecznościach, gdzie panuje "kultura gniewu", jest tak nieproporcjonalna do przyczyny. Zwłaszcza jeśli jest to jedyna reakcja, jaką jednostka zna, bo wszyscy dookoła tak się zachowują. Wtedy tylko przez pobicie lub wręcz zabicie osoby, która ją wywołała, można przywrócić równowagę i odzyskać szacunek - otoczenia, ale i samego siebie.
Boks i Jezus
George, interruptor na pół etatu, gra z dzieciakami z ulicy w koszykówkę w przykościelnej salce, ale sam się z dzielnicy wyprowadził, żeby jego własne nie skończyły w gangu. Ma twarz jak księżyc w pełni, uśmiech od ucha do ucha i niesłabnącą wiarę w to, co robi - choć, jak przyznaje, czasy są coraz trudniejsze. - Młodzi ludzie w ogóle nie mają szacunku do życia i do innych. Głównie przez to, jak zmieniły się rodziny, jak wiele jest rozbitych domów. Szacunku, miłości i poczucia bezpieczeństwa, które dzieciaki powinny dostać w domu, szukają dziś na ulicy. I znajdują - pokręconą miłość i specyficzny typ szacunku. Wybrakowany. Szanują swoich ziomków - nas też, bo jesteśmy z osiedla - ale obcych w ogóle. I jak dojdzie do konfrontacji z obcymi, strzelają.
Dlatego my próbujemy ich nauczyć prawdziwej miłości, szacunku, honoru i odpowiedzialności.
- Jak?
- Na przykład przez lekcje boksu. Boks to nie tylko ćwiczenie fizyczne, wpaja też zasady, odpowiedzialność, buduje charakter. Prowadzimy także klasy biblijne.
- Nie żartuj, chłopak, który ma dziewięć dziur po kulach, przyjdzie na zajęcia biblijne?
- Tak, bo to są nietypowe zajęcia. Szukamy w Biblii sprawiedliwości społecznej. Jezus też był aktywistą, nie siedział w kościele i nie czekał, aż wierni przyjdą się z nim modlić, tylko wyszedł do ludzi, jak Martin Luther King, walczył o ich prawa. Więc przez opowieści o Jezusie chcemy nauczyć młodych chłopaków odpowiedzialnego przywództwa i zaangażowania. Żeby, jak widzą problem, chciało im się coś z tym zrobić.
- Zasada nadstawiania drugiego policzka chyba się jednak nie przyjęła.
- No nie. Tu każda oznaka słabości to zachęta dla innych, by cię wykorzystali.
Naucz, że można inaczej
Schemat walki z przemocą w Cure Violence powiela schemat walki z epidemią. Najpierw znajduje się jej źródło - potencjalny konflikt, który może "zarazić" innych, czyli wywołać kolejne akty przemocy. Potem nie dopuszcza się do rozprzestrzenienia choroby - czyli pracuje indywidualnie z osobami, które mają powody do zemsty, i próbuje się przekonać je, że to nie jest wyjście. Na końcu trzeba zmienić normy całej społeczności. Bo tylko tak przemiana może się utrwalić.
Według Slutkina przemoc, podobnie jak większość zachowań, jest nie wrodzona, ale wyuczona. Ale nie intencjonalnie, jak uczy się w szkole, tylko nieświadomie, przez podpatrywanie i naśladowanie otoczenia. To jego wzorce, normy społeczne i oczekiwania determinują zachowanie jednostki.
Slutkin: - Kiedy pracowałem nad walką z epidemią AIDS, zobaczyłem badania pokazujące, że podstawowym wskaźnikiem tego, czy dana osoba użyje prezerwatywy, czy nie, było to, czy według niej jej przyjaciele by jej użyli. To był dla mnie punkt zwrotny.
Nie ma szczepionki na przemoc, tak jak nie ma szczepionki na HIV. Ale, przekonuje Slutkin, można ograniczyć jej rozprzestrzenianie się, wprowadzając nowe wzorce zachowań. W przypadku cholery jest to stosowanie zasad higieny, AIDS - używanie prezerwatyw. A walcząc z przemocą, należy zmienić całą "kulturę gniewu", która wymaga zemsty za każde, prawdziwe lub urojone, upokorzenie i krzywdę, a ignorowanie obrazy postrzega jako słabość. Trzeba wprowadzić nową normę, według której wycofanie się z otwartego konfliktu jest akceptowalne i nie powoduje ostracyzmu.
6 na 10 w gangu
- Lupe, na 100 dzieciaków z Little Village ile będzie w gangu?
- Tak z 60.
- A ile skończy szkołę średnią?
- Połowa. Większość diluje. Narkotyki są tu wszędzie, ale głównie trawka, bo w gangach też mają zasady: żadnego cracku czy heroiny. Oczywiście, część bierze i to, ale to wbrew zasadom. No i zwykle nie są to jacyś przemysłowi dilerzy, to raczej płotki, zarabiają na przeżycie.
Większość z tych dzieciaków ma albo rodziców, którzy też są w gangu, albo są surowymi Meksykanami ze starej szkoły: bądź w domu o 9 albo dostaniesz w dupę. A oni nie chcą tak żyć. Wolą iść do gangu, gdzie zresztą też są zasady, za złamanie których jest kara. Bo wszędzie są jakieś zasady: w domu, szkole, więzieniu, w gangu też. Ale wybierają życie według reguł gangu.
- Masz czasem dość?
- Jasne, ta praca potrafi mnie przeczołgać. Jak widzę dzieciaka, którego znam od lat, leżącego na chodniku z dziurą w głowie. I jego płacząca matka, której nie chcą dopuścić do zwłok, pyta mnie, czy wszystko z nim OK. A ja muszę jakoś jej powiedzieć, że mózg jej syna wylewa się na ulicę. Gdybym nigdy nie czuła się bezradna, nie byłabym człowiekiem.
Krążymy po Little Village wielkim truckiem Lupe jak po mieście duchów. Okolica nie wygląda na getto - ot, średnio zamożne amerykańskie przedmieścia, ale Lupe raz na jakiś czas pokazuje mi jego "atrakcje", beznamiętnie komentując: na tym balkonie zastrzelili dziewczynę, bo miała kaptur i wzięli ją za faceta; ta publiczna pralnia ma wszędzie ślady po kulach, bo chłopaki, pod samą policyjną kamerą, tu lubią załatwiać swoje sprawy; o, a tu zginął brat Little Ghosta, ale tu się nie zatrzymujemy, bo już na nas podejrzliwie patrzą, i żadnych zdjęć.
Niegrzeczna Kiki, matka Jesusa
Zatrzymujemy się za to w szpitalu Mount Sion. To tam trafiają ofiary strzelanin i to tam interruptorzy wyłuskują chętnych do zemsty. - Masz pecha, bo jest poniedziałek. Poniedziałek jest spokojny. Ale przyjedź w weekend, to ci dopiero pokażemy - obiecuje Lupe na wypadek, gdybym czuła się rozczarowana. Dziś powód wizyty jest radosny: 16-letnia Kiara Santana, zwana Kiki, właśnie urodziła syna, i Lupe chce się upewnić, że z obydwojgiem wszystko w porządku. I że dziewczyna nie zapomni zabrać ze szpitala wyprawki dla dziecka i skierowania na spiralę dla siebie.
Kiki, dowiaduję się po drodze, wychowała się na ulicy. Rodzice ją porzucili, starsza siostra szybko zaszła w ciążę ("Kiki sto razy mówiła, że nie chce być taka jak ona, no i masz"), a młodsza jest dziewczyną gangstera o ksywie Green Eyes, który jest od niej trzy razy starszy i ma w sumie 17 dzieci z różnymi kobietami - w tym Little Ghosta i jego zastrzelonego niedawno brata - więc jest to oburzające nawet jak na standardy Little Village.
Kiki nie wygląda, jakby dzień wcześniej urodziła dziecko. Ma na oko z 45 kilogramów, włosy zebrane w kok na czubku głowy, top z dekoltem po pępek, tatuaże na ramionach i centymetrowe paznokcie w różnych odcieniach różu. Mały nazywa się Jesus ("typowe meksykańskie imię", wyjaśnia Lupe) i jest równie drobny jak jego mama. Kiki z gości się cieszy, bo nudzi się strasznie, i buzia jej się nie zamyka.
- Gizmo, mówię wam, no oszalał. Zadzwonił do mnie z gratulacjami, a potem zapytał, czy Jesus wygląda tak jak on, bo ktoś mu powiedział, że zupełnie jak on, to ja na to, że nie, on wtedy, że przyjdzie i sam sprawdzi, to ja mu mówię, że nie ma mowy, nie mam ochoty z nim gadać, no to zaczął obrabiać mi dupę i powiedział, żebym się na dzielnicy nie pokazywała. Facet, nie masz nic lepszego do roboty, znajdź sobie dziewczynę i zostaw mnie w spokoju, powiedziałam mu.
Kiki jest prawie pewna, że ojcem jej dziecka jest nie Gizmo, ale Pipes. Tyle że Pipes niedawno wpadł za włamanie z bronią w ręku i w areszcie czeka na proces. - Chcę się zmienić, żeby mój syn miał lepsze życie niż ja. Bo ja nigdy nie byłam grzeczną dziewczynką, robiłam dla chłopaków z gangu różne rzeczy. No i mam te tatuaże, gangsterskie tatuaże, które będą mnie do końca życia prześladować i które mogą narazić mojego syna. Więc muszę się stąd wyprowadzić. Żeby Jesus nie skończył jak jego ojciec.
- Myślisz, że jej się uda? - pytam Lupe.
Chwilę się zastanawia. - Tak. Wierzę, że tak. W końcu patrzysz na kobietę, której się udało.
Lepsza broń niż dziewczyna
Frankie nie jest taki pewny. - Przecież Kiki będzie najgorszą matką świata. Nie karmi dzieciaka piersią, bo za dużo paliła marihuany w ciąży. Jak ją znam, to pewnie od razu po porodzie sobie zapaliła blanta. Jej dzieciaka też wychowa ulica, zobaczysz.
Frankie odwozi mnie do Wicker Park, północnej dzielnicy Chicago, pełnej barów, kawiarni fair trade i sklepów z używanymi ciuchami, ulubionego miejsca lokalnych hipsterów. Dla mieszkańców Wicker Park oddalone o 10 kilometrów Little Village jest równie odległe jak Nigeria czy Bangladesz, a i kulturowo podobnie obce.
Po drodze z trzeciego do pierwszego świata mijamy więzienie, gigantyczny, ciągnący się przez kilka przecznic kompleks budynków z czerwonej cegły. Część mieszkańców Little Village, tych z obrzeży, ma widok właśnie na jego ponure mury. Większość była w środku, czy to odsiadując wyrok, czy odwiedzając bliskich.
- Tu się wychowałem. Za kratkami. Wte i wewte całe życie. Zamknęli mnie, jak miałem 13 lat, wyszedłem, jak miałem 14, znów zamknęli, gdy miałem 15, wyszedłem w wieku 16, zamknęli mnie, jak miałem 18 - a wtedy to już wyszedłem, jak miałem 43 - mówi Frankie.
- Za co siedziałeś?
- Za młodu byłem idiotą. Serio. Bardziej lubiłem broń od dziewczyn. Co było ze mną nie tak, przez 25 lat w więzieniu nie potrafiłem tego zrozumieć. Czy czułem się niepokonany? Jasne. W końcu prawie wszystko uchodziło mi na sucho. No i w pełnym słońcu, środek głównej ulicy, wyskoczyłem i łup, łup, łup - zastrzeliłem gościa. Na początku dali mi 70 lat - to się nawet ucieszyłem, że nie czapa. Bo na to pewnie zasłużyłem.
Zresztą moim zdaniem kara śmierci jest słuszna za niektóre zbrodnie, zwłaszcza te, gdzie cierpią dzieci. A jak system tego nie zrobił, to się w więzieniu brało sprawę we własne ręce. Z pełnym przyzwoleniem. Jak strażnicy robili obchód, to potrafiłem znaleźć na pryczy gazetę z informacją, że taki to a taki pedofil trafił do naszego więzienia. Chcieli, żebyśmy wiedzieli. I pedofile dostawali za swoje.
Więzienia wtedy były inne. Jak poszedłem siedzieć, prawie 30 lat temu, jedyną rzeczą, jakiej nie miałem w środku, był samochód. Seksu miałem więcej niż chłopaki na mieście. I wcale nie z facetami, z kobietami. Jak mnie przyłapali z marihuaną w celi, to nie ze skrętem, ale z dwoma kilogramami. Dwa kilo! No ale wszystkim rządziły gangi, a to już się skończyło. Dyscyplina jest większa.
Ostatnie dwa lata odsiadki spędziłem w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Ale wcześniej, jak już mi się zbliżał termin, zacząłem chodzić do więziennej szkoły i czytać książki, maniakalnie. Chciałem się przygotować, bo jak sobie pomyślałem, że, cholera jasna, naprawdę wychodzę, to chciałem wrócić do czegoś nowego.
- Ciężko było się przestawić?
- Paniki nie było, raczej takie oszołomienie. No i policja, tylko czekali, aż zrobię coś głupiego, żeby mnie znów zamknąć. Wprost mi to powiedzieli. A łatwo nie było, bo jak masz odsiadkę w CV, to nie ma wielu chętnych, żeby cię zatrudnić. Pracowałem gdzie bądź, na budowie, przy kopaniu rowów. Z CeaseFire przyszli tak z półtora roku po tym, gdy wyszedłem. Kolega mnie polecił, bo się martwił, że w końcu faktycznie mi odbije. Poszedłem, zobaczyłem, o co im chodzi - i okazało się, że jestem w tym dobry. W końcu już w więzieniu mediowałem konflikty, tylko wtedy nikt mi za to nie płacił.
Zmieńmy więzienie w plac zabaw
Lupe: - Wiesz, jaka jest różnica między dzielnicami czarnymi a latynoskimi? W czarnych chłopaki mogą się postrzelać o towar czy o dziewczynę, ale kilka dni później jest OK, jakby nic się nie stało. My pamiętamy wszystko. Potrafimy nienawidzić przez pokolenia, uczymy tej nienawiści nasze dzieci. I nie pomoże tu więzienie, nie pomoże ograniczenie dostępu do broni. Jedyny sposób, żeby z tym skończyć, to przerwać łańcuch zemsty i zemsty za zemstę.
Gary Slutkin: - Przemoc zachowuje się jak choroba. Mamy na to twarde dane. I to dobra wiadomość, bo pozwala nam wyjść ze średniowiecza i zastanowić się, czy nie wymienić części więzień na place zabaw i parki, a moralizatorstwo zastąpić nauką.
Dziękuję Ashoce za pomoc w powstaniu tego reportażu
Coraz mniej odwetów
W pierwszym roku działania organizacji pozarządowej Cure Violence (wtedy jeszcze CeaseFire) w jednej tylko dzielnicy Chicago liczba strzelanin i zabójstw spadła o 67 procent. W 2004 roku, czwartym roku działania, liczba zabójstw w Chicago spadła z 600 do 450 - najniższego poziomu od lat 60. ubiegłego wieku. W 2008 roku z kolei Departament Sprawiedliwości ocenił, że liczba strzelanin w miejscach, gdzie działała organizacja, została zredukowana z 41 do 73 procent, a w pięciu na siedem dzielnic liczba odwetów z bronią w ręku spadła o 100 procent.
Dziś Cure Violence poza Chicago działa w 23 amerykańskich miastach oraz w takich krajach jak Trynidad, Honduras, Meksyk, RPA, Kanada i Kolumbia.
Sam Gary Slutkin z kolei w 2009 roku został jednym z Ashoka Fellows. Ashoka to międzynarodowa organizacja zrzeszająca tzw. innowatorów społecznych, czyli osoby, które z sukcesem stosują biznesowe metody do rozwiązywania problemów socjalnych. Ashoka działa w 87 krajach, liczy 3 tys. członków. Jej celem jest zmniejszanie biedy, walka z dyskryminacją, sprawiedliwy dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej. Do Ashoki należą m.in. twórca Wikipedii Jimmy Wales, ruchu Slow Food - Carlo Petrini, mikrokredytów - Muhammad Yunus oraz zeszłoroczna pokojowa noblistka Malala Yousafzai
Anna Pawłowska
[ external image ]
- Mnie trawa nigdy nie zrobiła jakiejś szczególnej krzywdy, ale nieskromnie uważam się za człowieka od dawna świadomego. A używki są właśnie dla ludzi dorosłych nie tylko metrykalnie, ale i mentalnie - mówi Jakub Żulczyk. Pisarz i dziennikarz w rozmowie z Gazeta.pl wyjaśnia, dlaczego Polska przed rozmową o legalizacji marihuany powinna przeprowadzić rzeczową dyskusję o jej skutkach. - marihuana potrafi działać dobrze, pobudzająco... Ale potrafi też wzmagać stany depresyjne, psychotyczne - tłumaczy.
"Wprost" i "Newsweek" opublikowały wywiady z pisarką Anną Fryczkowską, której 16-letni syn w Wigilię odebrał sobie życie. Cierpiący na depresję nastolatek miał się powiesić pod wpływem marihuany, którą podobno w ostatnich miesiącach palił codziennie. Za wyznaniami matki poszły komentarze polityków i różnego rodzaju medialnych ekspertów, którzy wypowiadali się o potencjalnej legalizacji marihuany wyłącznie kategorycznie - opowiadając się albo za legalizacją, albo przeciw.
Odpór komentatorom postanowił dać na Facebooku Jakub Żulczyk:
"Słuchałem właśnie na TVN24 Szczuki, która radośnie twierdzi, że marihuana jest fajna, spoko i nie uzależnia, i posła Piechy z PiS, który twierdził, że wsysa jak crack. To jest dyskusja na poziomie lat 40. w USA i filmu "Reefer Madness", rozmowa krzesła z garnkiem. Mam dosyć poważny przebieg, jeśli chodzi o palenie jointów, obecnie robię to dość rzadko, ale miewałem w swoim życiu okresy permanentnego nastukania. Śmiem twierdzić, że wiem, o co chodzi.
Demonizowanie THC i spychanie wszystkich narkotyków do jednego wora, penalizowanie posiadania najmniejszej ilości, byle chwastu, śmieszny mnie na bardzo smutno. Z drugiej strony, nikt mi nie powie, że trawa jest lżejsza od coca-coli, że nie bywa ciężkim depresantem, i że nie można się w nią poważnie wpierdzielić. Znam ludzi, o których mogę powiedzieć z ręką na sercu, że są uzależnieni od jarania.
Oczywiście, nie jest to żaden argument za idiotycznym prawem, które jest w Polsce, prawem, które robi kryminalistę ze mnie i większości ludzi, których w życiu poznałem; i oczywiście, że z której strony nie spojrzeć, alkohol jest dużo twardszym dragiem od kopru. Nie sprzedawajmy jednak dookoła bajki o kompletnej nieszkodliwości jointów. A przede wszystkim, co najważniejsze - wszystkie używki, trawa również, są dla ludzi dorosłych. Przede wszystkim dorosłych mentalnie".
Anna Pawłowska, Gazeta.pl: Dlaczego postanowiłeś przyłączyć się do medialnej dyskusji o paleniu marihuany?
Jakub Żulczyk: - Prawie nikt nie mówi w Polsce o zażywaniu nielegalnych substancji z jakąkolwiek próbą dotknięcia ambiwalencji zjawiska. To wcale nie jest tak czarno-białe, jak w pamiętnym haśle "zażywasz-przegrywasz". Debata publiczna, o ile tak w ogóle można nazwać ten ciosany łopatą dyskurs, rozdziela się na dwa przekrzykujące się obozy - jeden mówi: "Chrońmy nasze dzieci przed tym potwornym złem", drugi odpowiada: "Ale przecież ja czasami przypalam, i wszystko mi się w życiu zgadza".
Podejrzewam, że ci ludzie nawet nie mówią o tych samych narkotykach. Tak jak napisałem na FB, to jest rozmowa ślepego z głuchym. I stąd, tak naprawdę, ta decyzja. To był impuls. W ogóle mam tendencję do dosyć impulsywnego używania Facebooka, gdy coś lekko podnosi mi temperaturę.
Sam jesteś dziennikarzem i wiesz, jak działają media. Najlepiej sprzedają się skrajne wypowiedzi.
- Rozmawiamy o kwestii, która ma bezpośredni wpływ na życie, zdrowie i status prawny naprawdę wielu osób, z których ludzie uzależnieni od twardych narkotyków, kwalifikujący się do programów odwykowych, to stosunkowo bardzo niewielki procent. Nie możemy przykładać do tego kwestii "sprzedawalności", tego, czy temat żre. W mediach albo bazujemy na mitach - takich jak te lansowane wczoraj w telewizji przez posła Piechę, który wykazywał się popisową indolencją w temacie nielegalnych substancji, ustawiając je praktycznie w tym samym szeregu, jeśli chodzi o ich zły wpływ - albo dopuszczamy do głosu ludzi, którzy powtarzają, że np. z paleniem trawy jest wszystko fajnie.
To też nie jest do końca prawda. Z reguły taki głos zabierają dorośli, inteligentni, ukształtowani ludzie o dobrej kondycji psychicznej i sytuacji osobisto-materialnej, którym narkotyki raczej nie wyświetlają w głowach kiepskich filmów, a nawet jeśli - to oni dosyć szybko i sprawnie sobie z nimi radzą. Z mającym depresyjne skłonności nastolatkiem sprawa może wyglądać jednak trochę inaczej. A cała ta bezsensowna rozmowa toczy się na bardzo nieprzyjemnym tle - z jednej strony posiadanie narkotyków jest totalnie spenalizowane, co fatalnie wpływa na działanie państwa, zatyka przewód sądowy i czyni kryminalistami wielu niewinnych ludzi. Z drugiej, wiedza na ich temat w społeczeństwie jest zerowa. Ludziom można wmówić wszystko.
Może w takim razie dobrze, że media poruszają ten temat
- Parafrazując psychologa uzależnień, z którym bodajże wczoraj był u was wywiad - używka to nie jest pendrive czy karta SIM. Na żadnej używce nie ma zapisanych informacji, typu "Bądź szczęśliwy", "Wszystko jest pięknie, umiesz latać" albo "Popełnij samobójstwo". Używki są tylko wzmacniaczem naszych kondycji psychicznych, wywalają na wierzch, pokazują wyraźniej to, co już w sobie mamy. Reakcja na narkotyki jest nie tylko reakcją fizjologiczną, ale i osobowościową.
I to trzeba powiedzieć, podobnie jak trzeba mówić o niebezpieczeństwach związanych z narkotykami. Ale to powinna być merytoryczna debata. Tu powinni odzywać się tacy ludzie, jak ten psycholog uzależnień - nie Kora i Szczuka z jednej, a Terlikowski z Piechą z drugiej.
Myślisz, że merytoryczna debata na tak kontrowersyjny i budzący emocje temat jest w ogóle możliwa?
- To zależy od nas, dziennikarzy. To my tworzymy media. To my wpływamy na ów mityczny "kontent". Dlaczego miałoby to być niemożliwe? Szczególnie że - jestem przekonany - akurat, jeśli chodzi o wiedzę na temat palenia marihuany, to wśród dziennikarzy nie jest z nią tak źle.
Sam jesteś dziennikarzem i praktykiem, który - jak napisałeś - ma duże doświadczenie z paleniem marihuany. Zabrałbyś głos w takiej debacie?
- Czuję, że już się wypowiedziałem. Mnie nigdy trawa nie zrobiła jakiejś szczególnej krzywdy, ale nieskromnie uważam się za człowieka od dawna świadomego. A używki są właśnie dla ludzi świadomych, dorosłych nie tylko metrykalnie, ale i mentalnie. Również marihuana i haszysz. To nie jest używka, której trzeba się jakoś szczególnie bać. To fakt, że dużo twardszym narkotykiem jest alkohol.
Zadajmy sobie pytanie, ile samobójstw jest popełnianych pod wpływem psychozy alkoholowej, z tego co wiem, najsilniejszego stanu lękowego znanego psychiatrii. Pezet zarapował kiedyś: "Nie ma cienkiej linii między gandzią a krakiem, jeśli jest/to między piwem a denaturatem też". Miejmy to w pamięci, naprawdę.
Uważasz więc, że szkodliwość marihuany jest znikoma?
- Aż tak znikoma wcale nie jest. marihuana potrafi działać dobrze, pobudzająco, wspomagać kreatywność, zwiększać wrażenia sensualne. Może działać uspokajająco. Wierzę w jej zastosowania medyczne, na przykład w uśmierzaniu bólu przy stwardnieniu rozsianym. Ale wiem też, że potrafi działać źle. Potrafi wzmagać stany depresyjne, stany psychotyczne. Potrafi zamulić, pozbawić witalności, potwornie rozkojarzyć, mówiąc wprost - ogłupić.
Jak już mówiłem, to jest kwestia osobowościowa. Potrafi uzależniać, a na pewno stać się niezdrowym nawykiem. To na pewno nie jest lek na całe zło. Ale tak jak mówiłem, na tle innych legalnych i nielegalnych dragów jest to naprawdę względnie niegroźna zabawa. Zresztą nawet paracetamol ma swoje efekty uboczne, tylko w przypadku paracetamolu one są wypisane na dołączonej ulotce.
Czyli daleko ci do stanowiska radykalnych zwolenników hasła "sadzić, palić, zalegalizować", którzy nie widzą żadnych negatywnych skutków palenia marihuany?
- Jeśli chcesz znać moje stanowisko, to jestem zwolennikiem tzw. wariantu czeskiego. Jeśli chodzi o legalizację, musiałbym się zastanowić. Na pewno nie jestem jej skrajnym przeciwnikiem. Gorącym orędownikiem - też nie.
Nad czym się zastanawiasz? Mówisz, że wszystko jest dla ludzi, więc skąd wątpliwości?
- To nie jest tak, że widzę jakieś minusy. Po prostu nie wiem, czy teraz rozmowa powinna dotyczyć legalizacji. To zbyt odległy temat. Nasze społeczeństwo jest zupełnie na to nieprzygotowane. Legalizacja jest teraz kompletnie nierealna. A rozmawiając o niej, odsuwamy sprawę, która jest bardziej realna i niezbędna, czyli depenalizację posiadania. Moim zdaniem właśnie to jest konieczne, bo obecne prawo kryminalizuje bardzo dużą część społeczeństwa.
Dużo, naprawdę dużo ludzi pali marihuanę. Żyją, normalnie funkcjonują w społeczeństwie, nie popełniają samobójstw. Nikogo nie krzywdzą. Są dorośli.
dr Mariusz Stępień
Łączenie leków nasennych z alkoholem może się skończyć tragicznie. Już wielu po takiej mieszance się nie obudziło.
Zasadę niemieszania z alkoholem poszerzyłbym o wszystkie leki uspokajające, przeciwdepresyjne i hamujące czynność ośrodkowego układu nerwowego. alkohol jest dla nich dopalaczem - nasila ich działanie na komórki mózgowe. Wpływa również na ich metabolizm. Są osoby, które preparat nasenny z grupy benzodiazepin popijają setką wódki. Co się dzieje? alkohol nasila działanie leku poprzez bezpośredni wpływ na układ nerwowy. I stymuluje metabolizm diazepamu, powoduje powstanie większej ilości aktywnego metabolitu, np. oksazepamu. A więc w organizmie pojawia się nowa substancja o podobnym działaniu jak lek macierzysty, która wzmacnia i przedłuża jego działanie. Efekt? Chorobliwie długi sen, rozbicie i senność następnego dnia.
NOT. ACZ
Nie mieszaj... antykoncepcji z alkoholem
Dr Mariusz Stępień*
Kobiety, które biorą środki antykoncepcyjne, powinny uważać z alkoholem. Jeśli codziennie piją drinka albo więcej, mogą niemiło się zdziwić, gdy preparat nie zadziała.
alkohol spożywany regularnie działa jak induktor enzymów mikrosomalnych w wątrobie. W takiej sytuacji może dojść do nasilenia metabolizmu środków antykoncepcyjnych. Możliwe jest skrócenie i osłabienie ich działania. Podobnie może zadziałać mięso grillowane bezpośrednio nad ogniem. Ale trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś codziennie jada dania z grilla. Sięganie po drinki jest bardziej prawdopodobne. Ale podkreślam: niebezpieczne jest wyłącznie picie regularne w dużych ilościach. W ten sposób jest stymulowana aktywność enzymatyczna wątroby. Sporadyczne spożywanie nawet dużych ilości alkoholu raczej nie grozi osłabieniem antykoncepcji.
Nie mieszaj... bezsenności z cytrusami
Dr Mariusz Stępień* Not. acz
0Soku grejpfrutowego nie powinno się mieszać z lekami. Hamuje on działanie układu enzymatycznego w wątrobie odpowiadającego za metabolizm wielu farmaceutyków.
Podobnie mogą zadziałać inne owoce cytrusowe. Np. pomarańcza gorzka, limetka czy pompela. Jedna z silniejszych interakcji to połączenie soku z tych owoców z popularnymi lekami nasennymi, np. z grupy benzodiazepin. Jeśli ktoś nie może usnąć i postanawia sobie pomóc tabletką, nie powinien popijać jej sokiem cytrusowym. Bo spowolniony metabolizm oznacza silniejsze działanie leku. Niemal na pewno sen będzie dłuższy, niż planowaliśmy. Nawet jeśli po takiej mieszance uda się nam wstać, to przez cały dzień będziemy odczuwać skutki działania leku - senność.
Uwaga! Podobnie jak sok działają same owoce, a więc nie powinniśmy jeść cytrusów, gdy zażywamy tabletki.
dr Mariusz Stępień - internista, farmakolog kliniczny, starszy wykładowca Kliniki Nefrologii i Medycyny Rodzinnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi
Czechy luzują prawo konopne. Duży krok naprzód, ale z gwiazdką
Śmierć na zamówienie. Z dostawą na oddział psychiatryczny
Rzetelna historia kryminalizacji konopi (USA + kontekst międzynarodowy)
Mentzen radzi młodym, by pili alkohol i palili. "Nie piją (...), nie ma z tego dzieci"
Zdaniem Sławomira Mentzena młodzi ludzie powinni robić tylko trzy rzeczy: uczyć się, pracować i... pić alkohol. Swoimi przemyśleniami prezes Nowej Nadziei i lider Konfederacji podzielił się w środę, 20 maja, podczas spotkania z mieszkańcami Świebodzina.
Pozostałości nielegalnej destylarni whisky w szkockim Highlands
Dobrze, że wcześniej nie znalazła tego skarbówka, bo zniszczyłaby ten piękny kawałek historii. Na szczęście przetrwał i dostarczył silnego dowodu, że kamienna struktura w Ben Lawers National Nature Reserve służyła do nielegalnej produkcji whisky.
Psychologia w codziennym życiu: psychodeliczny zwrot
Kiedy Donald Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze w sprawie substancji psychodelicznych, internet eksplodował szybciej niż jakakolwiek konferencja prasowa. Nagłówki w mediach społecznościowych migały o „legalizacji narkotyków”, „rewolucji psychodelicznej” i „końcu tradycyjnej psychiatrii”. W rzeczywistości, jak podkreślały NPR (npr.org) i PBS, dokument nie legalizuje żadnej substancji. Przyspiesza on natomiast procesy badawcze, skraca ścieżki regulacyjne FDA i toruje drogę do szerszego stosowania rozszerzonego dostępu w przypadkach poważnych chorób psychicznych, gdzie inne metody zawiodły. Jednak w dobie natychmiastowych emocji to nie fakty, a pierwsze wrażenia decydują o reakcji ludzi.
