[Spliff #23] Psychedeliczna podróż do serca współczesnego szamanizmu

Spotkania z mechanicznymi elfami? Naćpane grzybami małpy człekokształtne? Home – made szamanizm? Psychologia kwantowa, okultyzm, i przepowiednie końca świata w 2012? Jeżeli na podobne tematy reagujecie alergicznie, najprawdopodobniej ofertę wydawniczą warszawskiej Okultury omijacie szerokim łukiem.

Tagi

Źródło

Spliff #23

Odsłony

6609

Spotkania z mechanicznymi elfami? Naćpane grzybami małpy człekokształtne? Home – made szamanizm? Psychologia kwantowa, okultyzm, i przepowiednie końca świata w 2012? Jeżeli na podobne tematy reagujecie alergicznie, najprawdopodobniej ofertę wydawniczą warszawskiej Okultury omijacie szerokim łukiem.

Jak udowadnia ostatnia propozycja wydawnictwa przynajmniej w niektórych przypadkach podobne uprzedzenia są nieuzasadnione – głośna książka amerykańskiego dziennikarza to rzetelna relacja z kolejnych spotkań sceptycznie nastawionego autora ze współczesnymi obliczami szamanizmu, a przy okazji popularnonaukowy wykład historii symbiozy człowieka i świata psychedelików. Wszystko napisane świetnym, lekkim stylem w konwencji reportażu.   Pinchbeck, nowojorski dziennikarz i eseista, współpracownik Wired i The New York Times, prowadzący popularny serwis realitysandwich.com nie jest bynajmniej radykalnym new-age’owcem i jego książka nie ma w sobie nic z nadętego mentorstwa, czy neofickiej gorliwości świeżo upieczonego adepta szamanizmu (choć to mogłaby sugerować promująca książkę notatka). Przeciwnie, od pierwszych stron Pinchbeck przekonuje o swoim sceptycyzmie, bez ogródek opisując ciemne strony współczesnej fascynacji odmiennymi stanami świadomości i dzieląc się z czytelnikiem swoimi wątpliwościami. Przyjęta strategia rozbrajającej szczerości jest zresztą jednym z największych atutów pozycji, a jej próbkę otrzymujemy już w pierwszych rozdziałach opisujących ibogainową inicjację w Gabonie. Autor, którego dotychczasowe doświadczenia z psychedelikami nie odbiegały od typowych dla przedstawicieli kultury Zachodu (sporadyczne grzybowe i kwasowe tripy na imprezach rave w okresie studenckim, lektura Huxleya i Leary’ego), nękany weltschmerzem i wczesnymi objawami kryzysu wieku średniego, zrażony do swojego środowiska i jego podejścia do używek dostał możliwość inicjacji w kulcie Bwiti i od tego rytuału, zwanego w jednym z wariantów właśnie „przełamywaniem umysłu”,  którego główną bohaterką jest iboga, zaczyna się cała opowieść. Pinchbeck drobiazgowo wspomina o wszystkich przyziemnych szczegółach przedsięwzięcia – włącznie z opłaceniem pośredników, kłótniami o pieniądze, irytującym towarzystwem żydowskiej psychoanalityczki i nieprzyjaznym nastawieniem samego szamana. Równocześnie drobiazgowo opisuje same działanie ibogainy (por. obszerny artykuł o roślinie w Spliffie w wydaniu internetowym), włącznie ze swoimi obawami i początkowym zawodem jej działaniem. Wyprawa do Gabonu rozpoczyna jednocześnie etap ponownej fascynacji autora psychedelikami, a w szczególności ich nierozerwalnym związkiem z tradycjami szamańskimi – zarówno archaicznymi, jak i z jego współczesnymi obliczami.
Po efektownym afrykańskim prologu zaczyna się właściwa część książki, którą z grubsza można podzielić na osobistą historię fascynacji autora psychedelikami i kolejnych etapów jego amatorskich badań, oraz nieco pobieżnie zreferowaną drogę jego poprzedników – zachodnich intelektualistów zajmujących się odmiennymi stanami świadomości. Obydwie sekcje przenikają się swobodnie, momentami wręcz chaotycznie, sprawiając wrażenie, że autor nie do końca panuje nad ogromnym materiałem teoretycznym – brak intelektualnej dyscypliny, nerwową skłonność do gubienia się w gąszczu dygresji Pinchbeck zresztą sam u siebie stwierdza w jednej z licznych, osobistych analiz. Pewien bałagan panujący w tekście wynika jednak nie tylko z osobistego stylu, czy przyjętej konwencji luźnego eseju – sprzyja mu także ogrom i rozległość materiału, który autor próbuje okiełznać.


 Wydawnicza seria Ezoterra, w której ukazała się książka Pinchbecka ma prezentować „świat kultur alternatywnych, utopijne wizje przyszłości i nieznane kroniki przeszłości”. Zgodnie zresztą z założeniami stojącymi u podstaw całej strategii wydawniczej oficyny (Okultura – nazwa od łac. occultus = skryty, wyparty, ma prezentować „ukryty”, wymiar kultury, odmienny od oficjalnie uznawanego). W tym miejscu Pinchbeckowi należy się wielkie uznanie – swobodnie przywołuje on zarówno myślicieli „uznanych” i „oficjalnych”, jak i przedstawicieli bocznych nurtów, dziwaków i ekscentryków – powołuje się zarówno na Joyce’a, Prousta i Levi – Straussa, jak i na Waltera Benjamina, Crowleya, Castanedę, Gurdżijewa i McKennę. Choć książce daleko do standardów akademickich (i do podobnych ambicji), a autor sam widzi się raczej jako, w dobrym słowa znaczeniu, dyletanta, to jego erudycja robi wrażenie, a zebrana bibliografia, jak na poświęconą psychedelikom pozycję popularnonaukową jest wyjątkowo obszerna. W części „teoretycznej” najciekawiej wypadają te fragmenty wywodu w których Pinchbeck zaczyna polemizować z referowanymi poglądami i pozwala sobie na ostrą nieraz krytykę naukowo-„naukawej” tradycji psychedelicznej. Szczególnie widać to na przykładzie krytycznej oceny fermentu lat sześćdziesiątych –  mocno obrywa się Leary’emu za jego nieodpowiedzialną misję apostolską LSD. Bardzo ciekawe jest to, że autor (urodzony w 1966, ale pochodzący z rodziny o artystowskich tradycjach, doświadczającej kolorowej dekady na własnej skórze) widzi właściwie całą „psychedeliczną rewolucję” lat 60-tych jako przedwczesną i nieodpowiedzialną, prawdziwych owoców psychedelicznego przełomu dopatrując się dopiero w działalności późniejszych generacji. Interesująca jest również krytyka naiwnych prób antropologów, którzy w zbyt małym stopniu doceniali kulturotwórczy potencjał „świętych roślin”.

Tak naprawdę jednak, cały przywoływany przez Pinchbecka bagaż opracowań teoretycznych, jest mu potrzebny tylko na tyle, na ile może być pomocny przy wyjaśnianiu współczesnych form obcowania ze środkami zmieniającymi świadomość – w szczególności zaś tych, które będą kolejnymi etapami podróży samego autora. Właśnie ta część „praktyczna” jest największym atutem i najciekawszą częścią książki. I nie chodzi tu bynajmniej o kolejne modelowe „trip-raporty”, które jak wszystkie próby zdania relacji z doświadczeń psychedelicznych są często nieporadne i mają to do siebie, że po prostu nużą. Najciekawsze wydają się czynione przez Pinchbecka starania by swoje doświadczenia wpisać w kontekst – zarówno osobistego rozwoju duchowego jak i szeroki, społeczny. Jak sam przyznaje (a my wierzymy na słowo) pierwsze doświadczenie z ibogainą rozpoczęło u niego długi i żmudny proces duchowego przebudzenia, którego kolejne etapy obserwujemy w toku opowieści. Stopniowo, do historii referowanej w chłodnym i sceptycznym stylu, zaczynają się wkradać elementy nadprzyrodzone, sny i duchy, które, co najciekawsze w równym stopniu zaskakują czytelnika jak i samego autora. Wyraźnie widać konflikt jaki toczy się między postawą obiektywnego racjonalisty, a kolejnymi metafizycznymi fenomenami doświadczanymi przez Pinchbecka. W końcu, autor czuje się niemal zmuszony uznać istnienie „świata duchowego”, a w celu pewnego uporządkowania swojego spojrzenia na ten świat zaczyna przyjmować elementy światopoglądu szamanistycznego. Takie spojrzenie owocuje nieco innym rozumieniem licznie pojawiających się w książce psychedelicznych tripów – w pewnym momencie Pinchbeck odrzuca jednowymiarową, psychologiczną interpretacją wizji, przyznając pełnoprawne istnienie spotykanym pod wpływem halucynogenów istot. Tym samym, polemizuje m.in. z obserwacjami Strassmana, który tej granicy wyraźnie nie chciał przekroczyć i w końcu utkwił w martwym punkcie (por. recenzja DMT – The Spirit Molecule w poprzednim numerze Spliffa). Ciężko polemizować z osobistymi, wewnętrznymi doświadczeniami autora, choć nieraz sprawiają one wrażenie owoców karmionej new-age’ową papką wyobraźni wyraźnie spragnionej duchowości typu instant. Równie dobrze jednak, dokonującą się zmianę światopoglądową i gotowość pisania o niej możemy uznać za przejaw intelektualnej odwagi – w tym przypadku zależy to chyba tylko od dobrej woli czytelnika.

Od historii osobistego przebudzenia duchowego autora ciekawsze jest jednak spleciona z nią historia różnych współczesnych form poszukiwania „nowej duchowości”. Tu Pinchbeck wyraźnie odzyskuje swój krytycyzm, dzięki czemu mamy okazję poznać zarówno jasne jak i ciemne strony współczesnego ruchu psychedelicznego i wszystkich jego pochodnych. Odkrywcze jest spojrzenie historyczne, dzięki któremu śledzimy ewolucję współczesnych masowych ruchów „zmiany świadomości” – częścią składową książki jest obszerny reportaż z pustynnego festiwalu Burning Man , który w relacji reportera jawi się jako twórcze rozwinięcie raczkujących i naiwnych zrywów sprzed czterech dekad. Z drugiej strony, autor zdaje sobie sprawę z zagrożeń płynących na przykład z powszechnej fascynacji „świętymi roślinami” – opisuje kwitnący wokół nich biznes i stopniowe zamieranie pierwotnie związanych z nimi tradycji. W historycznym ujęciu różnych form poszerzanie świadomości szczególnie zwraca uwagę szeroki kontekst, w który Pinchbeck wpisuje różne odmiany doświadczenia psychedelicznego – i to zarówno na sposób, w jaki wpływa ono na kulturę (wzornictwo, montaż filmowy, art-rock, muzyka elektroniczna), jak i odwrotnie – w jaki sposób różne współczesne formy kulturowe (szczególnie nowe media) pozwalają rozumieć coraz bardziej intensywne doznania pod wpływem. To teoria dość osobliwa i mało rozwinięta, ale dotykająca niezwykle ciekawego zagadnienia – dlaczego w XIX wieku meskalina odkształcała rzeczywistość dla wielu zbyt mocno, podczas gdy półtorej wieku później, przyzwyczajona do obcowania z dynamicznymi mediami audiowizualnymi ludzkość wybiera znacznie silniejsze psychedeliki w rodzaju DPT (zbliżona do DMT, potężna di-propylo-tryptamina). Ten wątek autor porusza jednak jedynie pobieżnie, by wrócić do najbardziej interesującego go efektu renesansu zainteresowania psychedelikami – szamanizmu i jego współczesnych form. Dla Pinchbecka archaiczne tradycje szamańskie są najstarszą formą wiedzy dostępną ludzkości, w dodatku jako tradycja która podkreśla fundamentalne znaczenie sfery duchowej szamanizm jest wciąż potrzebny współczesnemu światu i ma być odpowiedzią na trapiące go problemy. Ostatnią część książki wypełniają właśnie nieco naiwne wizje odrodzenia i rozwoju duchowego, którego możemy oczekiwać po 2012 roku (tak, tak Pinchbeck jest zwolennikiem teorii przełomu 2012 roku, choć nie spodziewa się końca świata, napisał nawet o tym książkę: 2012 – The return of Quetzalcoatl). W końcowych fragmentach, zbierających ogólne socjologiczne spostrzeżenia autor poświęca też stosunkowo dużo miejsca zagadnieniom ekologicznym, które siłą rzeczy autor przyjmujący animistyczną wizję rzeczywistości zaczyna traktować niezwykle serio.

Książka Pinchbecka stanowi pewnego rodzaju ciekawostkę, niekoniecznie jednak z powodu poruszanej tematyki, zarówno bowiem współczesne formy wierzeń magicznych, jak i świat środków psychedelicznych doczekały się bogatej biblioteki opracowań (co prawda, tylko w niewielkim stopniu dostępnych w Polsce). Największym atutem wydawnictwa jest charakter relacji dziennikarza – pisanej z punktu widzenia amatora, zapaleńca psychedelików, który zaczynał od ich rekreacyjnego użycia. Takie luźne, pozbawione naukowej ambicji podejście daje nam wyjątkowe wrażenie bliskości i dostępności opisywanych przeżyć. Jednocześnie, dzięki naprawdę rzetelnemu zapleczu teoretycznemu nie jest to tylko czcza paplanina tripowicza, a doznania psychedeliczne zyskują bogaty kontekst. Swobodny, eseistyczny jest też styl, co chwilami mąci obraz całości, ale jednocześnie oddaje pewien stan umysłu - Pinchbeck nieprzypadkowo powołuje się w pewnym miejscu na eksperymentalny Projekt Arkady Benjamina, luźna struktura Przełamując Umysł też poniekąd odzwierciedla rozproszoną, fragmentaryczną świadomość zbudowaną z cytatów, odniesień i skojarzeń. Wreszcie, przyjęta konwencja swobodnej obserwacji łagodzi fragmenty, które potencjalnie mogłyby stać się najbardziej kłopotliwe – sceptyczna postawa Pinchbecka zabezpiecza go przed popadnięciem w mentorskie tony, nawet gdy pisze o własnym przebudzeniu duchowym, a rozbrajająca szczerość i pewna nieporadność opowieści o spotkaniach z mechanicznymi elfami, czy widywanymi pod wpływem DPT demonami czyni z nich bezpretensjonalne relacje zagubionego psychenauty.

Oceń treść:

Average: 4 (3 votes)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

Od paru dni posiadam ta książkę na swojej półce wraz z większością książek wydanych przez okulturę własnie skonczyłem czytać zen bez mistrzów zen Camdena Benaresa i miałem zacząć czytać alistera crowleya lecz po tym artykule odrazu sięgnąłem po Przełamując umysł ;) 

Bardzo dobry artykuł  

Pozdrawiam

Zajawki z NeuroGroove
  • MDMA (Ecstasy)
  • Pierwszy raz

Lekka ekscytacja spowodowana pierwszym kontaktem z substancją. Mój pokój, ciemno za oknami.

Miałam zjeść je z przyjaciółką, ale nie było takiej możliwości, a ciekawość by mnie zjadła gdybym nie spróbowała tego dnia, kiedy dostały się w moje ręce.

21:30

  • Ibogaina
  • Pierwszy raz
  • Tabernanthe Iboga

Przygotowałem sie dość dobrze, przez miesiąć oczyszczałem oganizm. Dużo czytałem na temat Ibogi. W dniu Tripa odczuwałem lekki stres przed zażyciem. Brałem w domu z osobą pilnującą. Ciemny pokój, kilka butelek wody i puste wiaderko obok łóżka. Głównym celem było pozbycie sie depresjii i ciągu do alkoholu.

Trip który opisuję był moim pierwszym i miał miejsce 4 lata temu, od tamtej pory mam już za sobą ponad 6 tripów z Ibogą.

 Piszę te słowa żeby przybliżyć po trochu tą substancję ze względu na jej lecznicze/regulujące działanie.Iboga jest bardzo silną substancją i trip może trwać nawet do 36 godzin, jest to bardzo intensywne doświadczenie zarówno dla umysłu jak i ciała.

  • 25C-NBOMe
  • Pozytywne przeżycie

Las na niewielkich wzgórzach, dom, ławka na ogrodzie. Nastawienie pozytywne.

 Swoją przygodę z psychodelikami rozpocząłem od NBOMe 25c. Z racji wielu przypadków hospitalizacji po NBOMach oraz tego że jestem bardzo podatny na wszystkie używki postanowiłem zacząć od bardzo małej dawki stopniowo ją zwiększając. Na pierwszy raz w domu zarzuciłem około 1/6 kartonika 1mg. Poczułem wtedy tylko lekkie wyostrzenie i nasycenie kolorów, niewielką euforię i empatię do członków rodziny i zwierząt.

Chciałbym jednak głównie opisać swoją drugą próbę z 25c. Byłem wtedy u rodziny w małej wiosce położonej w dolinie, gdzie po 2 stronach na niewielkich wzgórzach jest las.

  • Dekstrometorfan
  • Marihuana
  • Przeżycie mistyczne

OK

Sobota, 6:45.

Bez sensu, zamiast się wyspać, wstałem. Organizm przyzwyczaił się do wstawania o 6:30.  Napiłem się piwa. Zacząłem oglądać strony internetowe. Czas mijał powoli. Pomyślałem, że może się nawalę piwem i maryśką. Piwo miałem. Zadzwoniłem do dilera o 10.00.  Nie odbiera. Nie odpowiada na SMSy. Masakra.

10.00

Nudzi mi się picie piwa. Jest niedobre, gorzkie. Paskudne. Wypiłem może ze 4 butelki i mam dosyć. To nie jest dobry sposób na spędzenie soboty.

randomness