W debacie o marihuanie od lat tkwimy między dwoma murami. Z jednej strony mamy prohibicyjną propagandę sukcesu, która w konopiach widzi jedynie „narkotyk śmiercionośny”, z drugiej – bezkrytyczny entuzjazm, malujący obraz rośliny leczącej wszystko i pozbawionej wad. Jednak rzetelność i wiarygodność wymagają, abyśmy odważnie spojrzeli prawdzie w oczy. Wszystko ma dwie strony, a marihuana nie jest tu wyjątkiem.<
Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - pozdrawiamy serdecznie Wolne Konopie!
W debacie o marihuanie od lat tkwimy między dwoma murami. Z jednej strony mamy prohibicyjną propagandę sukcesu, która w konopiach widzi jedynie „narkotyk śmiercionośny”, z drugiej – bezkrytyczny entuzjazm, malujący obraz rośliny leczącej wszystko i pozbawionej wad. Jednak rzetelność i wiarygodność wymagają, abyśmy odważnie spojrzeli prawdzie w oczy. Wszystko ma dwie strony, a marihuana nie jest tu wyjątkiem.
Jak każda substancja psychoaktywna, konopie mają swoje ciemne strony – stają się one szczególnie widoczne, gdy trafiają na niedojrzały organizm i/lub są używane bez umiaru. Zrozumienie tych zagrożeń jest niezbędne, aby wprowadzić mądrą regulację i zachować najwyższe standardy odpowiedzialności. Z drugiej strony należy pamiętać, że marihuana jest tylko substancją. Trzeba też przyznać, że często problemem nie jest sama roślina, lecz kondycja i motywacje osoby, która po nią sięga.
Jako aktywiści Wolnych Konopi nie boimy się trudnej prawdy. Spora część naszego środowiska zaczęła przygodę z marihuaną bardzo wcześnie, często jeszcze przed 15. rokiem życia, nierzadko używając jej przez lata bez żadnego umiaru. I choć większość z nas nie żałuje samego kontaktu z konopiami, to niejeden z nas szczerze żałuje tak wczesnej inicjacji.
Negatywne korelacje opisywane w wiarygodnych badaniach naukowych nie są dla nas tylko suchą teorią – one pokrywają się z naszymi bezpośrednimi obserwacjami i doświadczeniami. Przez kilka dekad obcowania z kulturą konopną widzieliśmy na własne oczy, jak przedwczesny start wpływa na ludzkie losy i rozwój. To właśnie to życiowe doświadczenie sprawia, że jesteśmy wiarygodni. Nie opieramy się jedynie na teorii, ale mówimy o rzeczywistości, której sami dotknęliśmy.
Kluczową granicą w świecie konopi jest 25. rok życia. Do tego momentu ludzki mózg przypomina plac budowy, na którym trwa proces przycinania synaptycznego. To krytyczny etap optymalizacji, w którym mózg pozbywa się zbędnych połączeń, aby działać szybciej i wydajniej. Regularne dostarczanie wysokich dawek THC w tym okresie może trwale zakłócić ten naturalny inżynieryjny proces, zmieniając strukturę kory przedczołowej – centrum dowodzenia odpowiedzialnego za logikę, planowanie, przewidywanie konsekwencji i hamowanie impulsów.
Badania, m.in. publikowane w bardzo rzetelnym źródle – JAMA Psychiatry, ale także nasze doświadczenia i obserwacje wskazują, że u młodych użytkowników używających regularnie zmiany te objawiają się przede wszystkim wyraźnym osłabieniem pamięci operacyjnej (krótkotrwałej). Można to porównać do pracy na komputerze z uszkodzoną pamięcią RAM – system niby działa, ale procesowanie informacji trwa dłużej, a dane łatwo uciekają.
W praktyce oznacza to:
Utrudniony start w dorosłość: Zamiast wykorzystać okres największej plastyczności mózgu na budowanie fundamentów pod przyszłą karierę i rozwój, młody organizm zmaga się z deficytami poznawczymi. To realnie pogarsza szanse na udany start zawodowy – niezwykle trudno jest konkurować na wymagającym rynku pracy, czy utrzymywać odpowiednie poziomy relacji społecznych, gdy Twoje główne narzędzie, czyli umysł, nie pracuje na pełnych obrotach.
Problemy z logiką i nauką: Trudniej jest budować złożone konstrukcje myślowe, łączyć fakty i wyciągać wnioski w czasie rzeczywistym. To, co dla rówieśników jest intuicyjne, dla młodego użytkownika staje się wysiłkiem. Deficyty te nie kończą się jednak na sferze zawodowej, ale uderzają one rykoszetem w codzienne funkcjonowanie i relacje z ludźmi. Upośledzenie pamięci krótkotrwałej i trudności z logicznym myśleniem zamieniają proste czynności w wyzwania.
Każdy z nas radzi sobie z tymi deficytami inaczej: jedni radzą sobie z nimi lepiej, inni znacznie gorzej. Dla jednych spadek formy poznawczej jest przeszkodą nie do zaakceptowania, inni zdają się z tym godzić. Często można zauważyć tu pewną prawidłowość: osoby zdrowe zazwyczaj dostrzegają te ograniczenia i odczuwają dyskomfort z nimi związany i na tym etapie rezygnują z nadużywania. Z kolei osoby, które akceptują taki stan rzeczy, to nierzadko ludzie zmagający się z ukrytymi lub niezdiagnozowanymi zaburzeniami psychicznymi. W ich przypadku marihuana może pełnić funkcję „plastra”, który tłumi objawy zaburzeń, sprawiając, że pogarszająca się jakość życia staje się dla nich mniej zauważalna lub łatwiejsza do zignorowania.
Przykłady z życia wzięte:
Warto podkreślić, że wspomniane objawy nasilają się bezpośrednio pod wpływem substancji, a po ustąpieniu stanu odurzenia ich natężenie maleje. Problem pojawia się jednak przy używaniu codziennym – w takim schemacie organizm nie ma czasu na pełną regenerację, co sprawia, że użytkownik pozostaje w mniejszym lub większym stopniu upośledzony poznawczo przez całą dobę.
W efekcie, zamiast iść przez życie z pewnością siebie, młody człowiek często czuje się zagubiony i mniej kompetentny od swoich rówieśników. To nie tylko podkopuje ogólną samoocenę, ale prowadzi do stopniowej utraty zaufania do własnych umiejętności i możliwości intelektualnych.
Ważne, aby nie mylić tego z mitem „narkotyku przejścia”, czy „bramy do narkotyków”. Te teorie to fikcja. Marihuana nie sprawia magicznie, że pójdziesz po inne substancje. Chodzi o biochemiczną podatność. THC dostarczane do młodego mózgu modyfikuje układ nagrody. Sprawia to, że mózg staje się bardziej „głodny” stymulacji i wykazuje większą łatwość wpadania w mechanizmy uzależnienia – czy to od substancji, czy od zachowań.
Badania statystyczne i kliniczne wskazują na wyraźną różnicę w ryzyku uzależnienia w zależności od wieku, w którym następuje inicjacja. Głównym wskaźnikiem, którym posługują się naukowcy, jest CUD (Cannabis Use Disorder), czyli zaburzenie używania konopi.
Oto jak prezentują się dane dotyczące prawdopodobieństwa uzależnienia, które możemy spokojnie potwierdzić naszymi obserwacjami:
Ogólne ryzyko uzależnienia dla osoby, która choć raz spróbowała marihuany, szacuje się na około 9%. Jednak liczby te zmieniają się drastycznie, gdy weźmiemy pod uwagę wiek i częstotliwość:
Różnica wynika z biologii. Jak wspomniałem wcześniej, młody mózg to „plac budowy”.
Dlatego najlepszą strategią jest powstrzymanie się od jakichkolwiek substancji psychoaktywnych, w tym marihuany, w młodym wieku. Wiemy, że to trudne – to właśnie wtedy mózg jest najbardziej ciekawy świata, a młody człowiek uczy się budować głębokie relacje i naturalnie łaknie silnych emocji oraz nowych doświadczeń.
Musimy jednak zrozumieć, że za wczesną inicjacją często stoi coś więcej niż tylko ciekawość. Młodzi ludzie nierzadko nie posiadają jeszcze narzędzi do radzenia sobie z trudnymi emocjami. Problemy w domu, przemoc, brak zrozumienia i/lub autentycznych relacji z rodzicami, czy wreszcie mordercze tempo dzisiejszego systemu i wymagania, którym trudno sprostać – to wszystko sprawia, że ucieczka w zmianę świadomości staje się mechanizmem obronnym. Sięgają po marihuanę, bo w trzeźwym świecie czują się bezradni i przytłoczeni.
O ile sporadyczny kontakt może czasem rozbudzić kreatywność, spowodować powstanie nowych połączeń mózgowych lub przynieść chwilowy relaks, o tyle nadużywanie konopi przed 25. rokiem życia staje się kotwicą. Ściąga ona w dół i blokuje Twój potencjał właśnie w momencie, gdy powinieneś rozwijać żagle i nabierać życiowego rozpędu.
To jeden z najtrudniejszych tematów w debacie o konopiach, choć na szczęście dotyczy on stosunkowo niewielkiej grupy użytkowników. Należy jasno zaznaczyć: konopie same w sobie nie „tworzą” schizofrenii, jednak u osób z predyspozycjami genetycznymi mogą zadziałać jak biologiczny zapalnik. U jednostek podatnych THC może przyspieszyć wystąpienie pierwszego epizodu psychotycznego nawet o kilka lat. Na szczęście wiele osób, u których wystąpi taki epizod, zazwyczaj samoistnie i trwale rezygnuje z dalszego używania.
Zanim sięgniesz po marihuanę (lub jakikolwiek inny psychodelik), kluczowe jest sprawdzenie historii medycznej swojej rodziny. Jeśli występowały w niej przypadki schizofrenii, ryzyko jest znacznie wyższe. Oczywiście nie oznacza to, że każda osoba z taką historią zachoruje natychmiast po zażyciu – może nie zachorować nigdy – ale warto zadać sobie pytanie: po co ryzykować?
Schizofrenia to nie grypa, którą można łatwo wyleczyć. To ciężkie, przewlekłe schorzenie, które jest niezwykle dokuczliwe i może być niebezpieczne zarówno dla chorego, jak i jego otoczenia. Odpowiedzialność za własne zdrowie psychiczne powinna być zawsze priorytetem przed jakąkolwiek rekreacją.
Paradoks konopi polega na ich skrajnie różnym działaniu w zależności od dawki. Choć wielu użytkowników sięga po nie, by złagodzić lęk i stres, długotrwałe nadużywanie może prowadzić do zjawiska lęku przewlekłego oraz występowania paranoi podczas działania substancji.
Zdecydowana większość osób, szczególnie młodych, nie potrafi właściwie dawkować konopi i po prostu je „przedawkowuje”. Jeden mały joint wygląda niewinnie, ale w rzeczywistości może dostarczyć organizmowi dawkę znacznie przekraczającą jego tolerancję. Często już po dwóch lub trzech zaciągnięciach mózg otrzymuje wystarczającą ilość THC, jednak efekt ten pojawia się z kilkunastominutowym opóźnieniem. Użytkownik, nie czując natychmiastowego uderzenia (ponieważ pik działania THC następuje po pewnym czasie), decyduje się palić dalej. To najprostsza droga do silnego przedawkowania. Dlatego jak nie wiesz jaką masz tolerancję warto odczekać 20 minut po dwu czy trzykrotnym zaciągnięciu się.
W przypadku marihuany i współczesnych, mocnych odmian, często występuje zjawisko dwufazowego działania:
W debacie o bezpieczeństwie ogromną rolę odgrywa genetyka rośliny. Poszczególne zawartości terpenów (związków aromatycznych) oraz proporcje kannabinoidów mogą radykalnie zwiększać lub zmniejszać podatność na wystąpienie negatywnych lub pozytywnych efektów.
Kluczowe są tu dwie zależności:
To właśnie brak cierpliwości, niewiedza o tym, jak THC wchłania się do organizmu, oraz ignorowanie, a częściej niewiedza składu chemicznego danej odmiany sprawiają, że rekreacja zamienia się w trudne, a u niektórych wręcz traumatyczne doświadczenie psychiczne. Zamiast obiecanej euforii, użytkownik funduje sobie walkę o przetrwanie we własnej głowie.
To właśnie dlatego każdy użytkownik może mieć swoje „ulubione” odmiany. Nasze mózgi reagują na konkretne profile chemiczne w sposób unikalny – dla jednego organizmu optymalna będzie konkretna proporcja kannabinoidów i terpenów, która zapewni najlepsze wrażenia przy minimalnych skutkach ubocznych. To dowód na to, jak złożoną i zindywidualizowaną substancją są konopie; nie ma tu jednej, uniwersalnej zasady, która sprawdzi się u każdego.
Mało kto kojarzy konopie z fotelem dentystycznym, a to poważny błąd. Niezależnie od tego, czy palisz, waporyzujesz, czy spożywasz produkty doustne (edibles), musisz liczyć się z wpływem kannabinoidów na Twoją jamę ustną.
Głównym problemem jest kserostomia, czyli chroniczna suchość w ustach. THC bezpośrednio blokuje receptory w śliniankach, drastycznie zmniejszając produkcję śliny. Tymczasem ślina to nasza naturalna bariera ochronna, która neutralizuje kwasy, wypłukuje resztki pokarmu i dostarcza minerałów szkliwu.
Długotrwały brak śliny to droga szybkiego ruchu dla bakterii. Prowadzi to do:
Jeśli Twoją metodą jest palenie, musisz mieć świadomość obecności substancji smolistych. Choć statystyki pokazują, że konopie (czyste, niemieszane z tytoniem) zdecydowanie rzadziej prowadzą do raka płuc niż tytoń, to ich dym jest agresywny dla dróg oddechowych.
Świadomy użytkownik to taki, który rozumie, że cena relaksu nie musi być opłacona zdrowiem zębów czy płuc – o ile wdroży odpowiednią profilaktykę i wybierze mniej inwazyjne metody przyjmowania, jak waporyzacja medyczna (która eliminuje substancje smoliste, ale wciąż wymaga dbania o nawilżenie ust).
Nadprodukcja flegmy to biologiczny sygnał alarmowy – organizm próbuje odizolować delikatne tkanki od gorącego dymu i substancji smolistych, produkując gęsty śluz. Ten nadmiar wydzieliny w połączeniu z dymem drastycznie utrudnia swobodną wymianę gazową, co przekłada się na natychmiastowe obniżenie wydolności fizycznej.
Gdy Twoja kondycja podupada, wpadasz w mechanizm, który degraduje zdrowie na wielu poziomach:
Uwaga na metaboliczny kamuflaż: Istnieje niebezpieczne zjawisko maskowania problemów zdrowotnych przez kannabinoidy. Choć niektóre badania sugerują, że u aktywnych użytkowników parametry cukru bywają paradoksalnie stabilne, to często jest to jedynie efekt tymczasowy. Regularne używanie marihuany może ukrywać rozwijającą się insulinooporność wywołaną brakiem ruchu i złą dietą. Prawda wychodzi na jaw najczęściej w momencie odstawienia substancji – wtedy organizm, pozbawiony zewnętrznej stymulacji metabolicznej, przestaje radzić sobie z nagromadzonymi przez lata zaniedbaniami, co może prowadzić do gwałtownego objawienia się cukrzycy typu 2.
Zastały organizm starzeje się znacznie szybciej. Spadek ogólnej odporności i sprawności fizycznej sprawia, że każda kolejna infekcja dróg oddechowych przebiega ciężej i trwa dłużej. W ten sposób każda niewinna „chmura” przestaje być tylko relaksem, a staje się pośrednią przyczyną poważnych chorób cywilizacyjnych, odbierając Ci siłę i chęć do prowadzenia aktywnego, zdrowego życia.
Oprócz substancji smolistych, ogromnym zagrożeniem jest sama temperatura dymu. W przypadku tradycyjnych metod, takich jak jointy, lufki czy każde inne przyrządy, które nie chłodzą dymu trafia on do gardła i oskrzeli w temperaturze, która dosłownie parzy delikatne tkanki.
W naszych drogach oddechowych znajdują się rzęski (włoski), które pełnią rolę naturalnego filtra – nieustannie „wymiatają” one zanieczyszczenia, wirusy i bakterie na zewnątrz. Przy częstym i intensywnym paleniu dochodzi do ich permanentnego uszkodzenia:
Efektem jest wspomniany „czysty przewiew” – drogi oddechowe stają się bezbronne. Brak działających rzęsek sprawia, że każda infekcja, pył czy smog dostają się bezpośrednio do płuc, co prowadzi do chronicznego kaszlu, nawracających zapaleń oskrzeli i drastycznego spadku odporności układu oddechowego.
Wraz ze wzrostem popularności odmian o bardzo wysokim stężeniu THC oraz koncentratów (tzw. Dabs), lekarze coraz częściej diagnozują Cannabinoid Hyperemesis Syndrome (CHS) u osób chronicznie używających. Choć przy tradycyjnym suszu schorzenie to występuje znacznie rzadziej, nie jest wykluczone – kluczowa wydaje się tutaj łączna dawka przyjętych kannabinoidów w czasie.
CHS to rzadkie, ale niezwykle wyniszczające schorzenie. Objawia się cyklicznymi napadami gwałtownych wymiotów i przeszywającym bólem brzucha. Co ciekawe, pacjenci intuicyjnie odkrywają, że jedyną rzeczą, która przynosi chwilową ulgę, są bardzo gorące kąpiele lub prysznice – co dla lekarzy jest często sygnałem rozpoznawczym tego zespołu.
Większość osób cierpiących na CHS latami odwiedza gastrologów, podejrzewając zatrucia pokarmowe, grypę żołądkową lub zespół jelita drażliwego. Ponieważ marihuana kojarzy się z działaniem przeciwwymiotnym (używa się jej przecież przy chemioterapii), pacjenci często próbują leczyć te wymioty… paleniem jeszcze większej ilości marihuany. To błędne koło, które drastycznie pogarsza stan chorego, zamiast mu pomóc.
Warto wspomnieć, że CHS nie pojawia się nagle z dnia na dzień. Ma swoje etapy:
Biologia niestety jest bezlistosna. THC wpływa na receptory w podwzgórzu, które odpowiadają za regulację temperatury ciała oraz na receptory w przewodzie pokarmowym. CHS powoduje swego rodzaju „zwarcie” w tym systemie. Gorąca woda stymuluje receptory TRPV1 (odpowiedzialne za odczuwanie ciepła), co czasowo wycisza sygnały bólowe i odruch wymiotny płynące z układu endokannabinoidowego.
CHS to mistrz kamuflażu – wymioty często pojawiają się rano, wiele godzin po ostatniej sesji, co sprawia, że użytkownicy rzadko łączą swój fatalny stan z marihuaną. Ataki przychodzą falami, dając złudne poczucie, że problem minął, podczas gdy organizm po prostu kumuluje dawkę, której nie jest już w stanie przetworzyć. Możesz czuć się świetnie przez miesiąc, paląc regularnie aż nagle przychodzi „kryzys” trwający od 24 do 48 godzin (czasem nawet tydzień), podczas którego wymiotujesz niemal bez przerwy, nie mogąc utrzymać nawet łyka wody.
Potem ataki mijają, Ty wracasz do palenia, myśląc, że to było „zatrucie kebabem”… i po kilku tygodniach sytuacja się powtarza.
Mimo że syndrom ten jest wciąż słabo przebadany ze względu na rzadkie występowanie, w środowisku aktywistycznym znamy pojedyncze osoby, które na niego cierpią. To doświadczenie tak traumatyczne, że chorzy boją się sięgnąć po choćby jedną „chmurę” nawet po wielu latach całkowitej abstynencji. Dla osób dotkniętych CHS jedynym ratunkiem jest całkowite odstawienie konopi. Ich układ endokannabinoidowy zostaje trwale „przebodźcowany”, a organizm zaczyna traktować substancję, którą wcześniej tolerował, jak toksyczne zagrożenie.
Choć termin „zespół amotywacyjny” bywa nadużywany przez prohibicjonistów, to zjawisko emocjonalnego spłaszczenia u wielu codziennych użytkowników jest faktem – choć nie dotyczy wszystkich w tym samym stopniu.
Mechanizm ten opiera się na wpływie THC na układ nagrody i wyrzuty dopaminy. Gdy mózg otrzymuje „nagrodę” za darmo, podczas siedzenia na kanapie, może zacząć tracić ochotę na walkę o sukcesy w realnym świecie. To nie jest trwałe „wypalenie mózgu”, lecz rodzaj psychicznego rozleniwienia. Nawet jeśli fizycznie czujemy się gorzej, mózg interpretuje stan odurzenia jako szczęście. Przez to łatwo rezygnujemy z aktywności, które definiowały nas wcześniej: sportu, ambitnej lektury, górskich wypraw czy gier wymagających wysiłku intelektualnego. Zamiast tego skupiamy się na czynnościach niewymagających trudu. Mając „szczęście” pod ręką, bez konieczności jego wypracowania, łatwo wpaść w marazm. Każdy chroniczny użytkownik musi być tego świadom, by aktywnie temu przeciwdziałać – inaczej lata życia mogą po prostu przelecieć między palcami w kłębach dymu.
Warto zaznaczyć, że marazm nie jest regułą. Reakcja na długofalowe przyjmowanie THC jest skrajnie indywidualna. Dlaczego niektórzy potrafią palić codziennie i odnosić sukcesy, podczas gdy inni „osiadają na kanapie”?
A) Przykład ADHD: Inna architektura dopaminy Osoby z ADHD są ciekawym przykładem „odporności” na ten syndrom. Ich mózgi naturalnie funkcjonują w stanie deficytu dopaminy i ciągłego poszukiwania stymulacji. W ich przypadku marihuana może działać paradoksalnie: zamiast wygaszać aktywność, ucisza „szum informacyjny” w głowie. U niektórych pozwala to na wejście w stan hiperfokusu i realizację pasji. Ich wewnętrzny, chaotyczny napęd bywa po prostu silniejszy niż rozleniwiające działanie THC.
B) Inne powody różnic w reakcji:
Dlatego przy chronicznym używaniu istnieje ryzyku marazmu. Przed tym stanem chroni przede wszystkim świadomość tego faktu oraz własnego organizmu, higiena psychiczna i aktywny tryb życia.
Zaraz po spożyciu konopi tętno wzrasta o 20%, a u niektórych nawet o 50% (tachykardia). Dla zdrowego, młodego organizmu jest to zazwyczaj wysiłek porównywalny z szybkim marszem. Jednak dla układu sercowo-naczyniowego to stan nagłego stresu, który niesie ze sobą konkretne ryzyka.
Konopie wywołują specyficzną kombinację zmian, która może być niebezpieczna:
Dla osób z ukrytymi wadami serca, miażdżycą lub nadciśnieniem, moment ten jest krytyczny. Statystyki medyczne wskazują na tzw. „godzinę ryzyka” – w ciągu pierwszej godziny od zapalenia marihuany ryzyko zawału serca u osób z grup ryzyka wzrasta kilkukrotnie.
Chroniczne nadużywanie konopi, szczególnie przy współistniejącym braku aktywności fizycznej (marazm, o którym pisaliśmy wcześniej), prowadzi do przebudowy lewej komory serca i zwiększa ryzyko wystąpienia migotania przedsionków w późniejszym wieku. Serce, które jest regularnie „zmuszane” do sprintu bez fizycznej potrzeby, po prostu szybciej się zużywa.
Tutaj reakcja serca jest najszybsza i najbardziej gwałtowna.
Przy jedzeniu serce reaguje zupełnie inaczej – efekt jest opóźniony, ale może trwać znacznie dłużej.
To metoda pośrednia. Część THC wchłania się przez śluzówkę prosto do krwi (szybka reakcja serca), a część trafia do żołądka (opóźniona reakcja). Jest to zazwyczaj metoda najłagodniejsza dla układu krążenia, o ile dawka jest precyzyjnie odmierzona.
W kręgach konopnych od dekad powtarza się argument, że nikt nigdy nie umarł od przedawkowania marihuany. Z punktu widzenia toksykologii to prawda – bezpośrednia dawka śmiertelna THC dla człowieka jest praktycznie niemożliwa do przyjęcia w sposób naturalny, a substancja ta nie wyłącza ośrodka oddechowego tak, jak robią to np. opioidy. Jednak uczciwość i współczesna wiedza medyczna nakazują spojrzeć na tę kwestię znacznie szerzej.
Choć konopie nie zabijają jako „trucizna”, mogą stać się tragiczny w skutkach wyzwalaczem (triggerem). Współczesna medycyna odnotowała przypadki, w których marihuana odegrała rolę pośrednią w zgonach pacjentów, stając się zapalnikiem dla zawałów serca, udarów czy tragicznych wypadków wynikających z zaburzonej koordynacji.
Jako aktywiści mamy obowiązek edukować, a nie tylko promować. Jeśli chcemy pełnej legalizacji i szacunku społeczeństwa, musimy być pierwsi, którzy powiedzą: „Tak, marihuana ma swoje ciemne strony”. Tylko prawda o sercu, oskrzelach, psychice i pułapkach metabolicznych pozwoli nam na budowanie dojrzałej kultury konopnej, w której wolność idzie w parze z pełną świadomością ryzyka.
maj 2008, wiosna, park, pozytywne nastawienie, chęć poznania co ten brat bierze na tych dyskotekach ;)
Nazwa chemiczna: alfa-metyltryptamina; 3-(2-aminopropyl)indol; IT-290; 3-IT
Każdy możliwy
16. 08.
To jak zdjąć z ramion bardzo ciężki plecak, albo zrobić pierwszy łyk wody w upalny dzień.
Jak zaczerpnąć haust górskiego powietrza.
Jakby znów być dzieckiem.
2009
– Wyglądasz jak mała, zjarana dziewczynka.
– Może to dlatego, że jestem małą, zjaraną dziewczynką.