REKLAMA




Wojny metadonowe

Tagi

Źródło

Maciej Jarkowiec, "Przekrój" 26/2010

Odsłony

5550

Rada Praw Człowieka ONZ wytyka Polsce opieszałość w leczeniu narkomanów metadonem – substytutem narkotyku. Na Zachodzie to powszechna metoda ratowania życia uzależnionych. W Polsce za metadon można iść do więzienia, a ludzie umierają, zanim doczekają się terapii.

Czarne kozaki za kolano, do tego mini i pończochy, mocny makijaż. I do roboty. – Kochany, na browna schodziło pięć stów dziennie. A jeszcze trzeba było mieć na kosmetyki, ubrania, czynsz, zimą na opał, na bilet, żeby do dzieciaków pojechać, na lody je zabrać. A ja kraść nie umiałam.

Alicja nie powie, ile ma lat, ale jest już babcią dwuletniego Adasia. Nie powie, bo nie chce pamiętać, kiedy wzięła pierwszy raz, ile lat brała i ile lat stała na ulicy Kowalskiej w Gdańsku, gdzie heroinistki do dziś zarabiają na towar. Już nie stoi, od dwóch lat jest czysta. Dżinsy zamiast mini, półbuty zamiast kozaków. – Kochany, ileż to można być w tym kole? – pyta. Z koła pomógł jej wyjść metadon. W Polsce leczy się nim 1,7 tysiąca uzależnionych. Pozostałe 27 tysięcy tkwi w kole – wielu kradnie, stoi w kozakach przy krawężniku, kupuje browna, grzeje. I umiera.

Robert. Lat 46, postawny, gładko ogolony, marynarka, reklamówka w dłoni, spacerujemy po centrum Gdańska. – Stocznia. Poszedłem tam na mechanika po zawodówce. Dużo się działo, wiadomo – 1980 rok. 3 maja złapali mnie na demonstracji. Areszt śledczy, 27 osób w sześcioosobowej celi. Poznałem tam Darka – długie włosy, koraliki. Potem, już na początku stanu wojennego, zauważyłem go na przystanku kolejki. Zakolegowaliśmy się. Jak dostałem bilet do wojska, pojechałem z nim do Darka i ze łzami w oczach pytałem: „Co mam zrobić? Przecież do armii Jaruzelskiego nie pójdę”. Wziął zapalniczkę i spalił papier. „Coś wymyślimy” – powiedział. Wymyśliliśmy, że zrobimy ze mnie narkomana.

Robert wszedł w heroinę za budynkiem PLL LOT. Tamta ławka stoi tam do dziś. Chciał iść do psychiatryka udawać narkomana, więc musiał wiedzieć, jak to jest. Jak go pierdolnęło, to jakby mu ktoś różową firanką świat zasłonił. Coś jak szczytowanie w seksie razy 30. Udało się – do wojska nie poszedł.

Natalia. Po trzydziestce, drobna, atrakcyjna brunetka, siedzimy w pustej knajpie („Lepiej, bo nikt nie usłyszy”). – Mediolan–Warszawa, Warszawa–Mediolan. Tak z matką kursowałyśmy. Miała firmę, były początki kapitalizmu. Byłyśmy same, wszędzie mnie ze sobą targała. Miałam nadwagę, byłam nieśmiała. Matka piła i trzepała kasę. Wyrzuty sumienia zabijała, zostawiając mi dużo swobody. Zaczęło się we Włoszech, jak miałam 12 lat. Skręty z koleżankami, czułam się świetnie. Przez pierwsze parę lat było delikatnie, masakra zaczęła się w liceum.

Natalia odleciała w jednym zakładzie fryzjerskim, wokół którego wszystko się wtedy kręciło. Tam był pierwszy w Warszawie brown, czyli sprowadzana z zagranicy heroina, bo wcześniej to tylko rodzimy kompot. Modelki tam przychodziły, aktorzy, jej chłopak ją wkręcił. Poczuła się jak w wielkiej rodzinie, zwłaszcza że oni wszyscy byli tacy cool.

Marek. Lat 57, drobniutki, zgarbiony, nieogolony, siwa czupryna, w kawiarni w gdańskiej Oliwie mocno słodzi herbatę i nie podnosi oczu znad filiżanki. – Ojejejej! Ja jestem z tych najstarszych! Jak tylko się zaczęła heroina w Gdańsku, 1976 rok to był. Wcześniej alkohol, bo byłem nieśmiały, z dziewczynami ciężko mi się gadało na trzeźwo. Potem chemia. Interesowałem się, zająłem drugie miejsce na olimpiadzie chemicznej, na studia wzięli bez egzaminów, trzy lata uniwerku mam zaliczone. Wszystkiego próbowałem na sobie. Najpierw morfina, którą koledzy ze stoczni wynosili – tratwy ratunkowe obrabiali. Tratwa jest w specjalnej beczce, w tratwie kapsuła, w kapsule apteczka, a w niej między innymi dwie buteleczki z morfiną. Z morfiną nie było źle, można było brać parę dni i przestać. Jak się pojawiła heroina, to już był koniec. Wziąłeś parę razy i byłeś wpieprzony.

Alicja. Na dobre wpieprzyła się, jak dostała zapalenia okostnej. Twarz jej spuchła, tabletki nie pomagały, mąż zaproponował strzał kompotu na ból. Bała się ukłucia, ale się zgodziła. Pomogło. Były wymioty, ale takie inne, czuła się beztrosko, problemy zniknęły. Wcześniej była ich masa.

– Wioska na Pomorzu, ośmioro nas było. Czasy kiepskie, ojciec kiepski. Pił. Pomieszkiwałam u dziadka. Jedyna osoba, której coś zawdzięczam. Konkretny. Jak zmarł, czułam się zagubiona. Szukałam oparcia w klasztorze. Pomagałam siostrom, ale jak zobaczyłam, że przełożona leje po pysku tę, co gotuje, pomyślałam: „Gdzie tu boskie miłosierdzie?”. Zaczęły się imprezy, alkohol. Wyszłam za mąż niepełnoletnia. Był starszy o 11 lat, prowadził dyskotekę. Brał, ale to później zrozumiałam. Najpierw, jak byłam w ciąży, wypychałam to ze świadomości. Wioska, 17-letnia dziewczyna, dziecko w drodze, a tu jeszcze mąż narkoman? I weź mu pomóż, jak on na kryzysie umiera.
– Na kryzysie? – pytam.
– Nie wiesz, jak kryzys wygląda, kochany? To ty mało wiesz.

Siedem Procent Substytucji

W raporcie opublikowanym w połowie czerwca tego roku Rada Praw Człowieka ONZ wytyka Polsce opieszałość w tworzeniu placówek zapewniających uzależnionym od opioidów (głównie heroiny) leczenie substytucyjne. Polega ono na podawaniu pacjentowi leku – substytutu narkotyku – który oddziałując na receptory opioidowe (komórki regulujące między innymi odczuwanie bólu), likwiduje narkotykowy głód, nie powodując przy tym haju, czyli zamroczenia, euforii, zmiany świadomości.

Najpopularniejszym substytutem jest metadon, lek przeciwbólowy wynaleziony w Niemczech w 1937 roku. Na Zachodzie od kilku dekad podaje się go (jako syrop) narkomanom. W większości krajów Unii, w USA i Kanadzie metadonem leczonych jest od 30 do 70 procent uzależnionych. W Polsce do tego typu leczenia zobowiązuje ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, a przyjęty przez rząd w 2005 roku program zakładał objęcie substytucją do końca 2010 roku co najmniej 20 procent uzależnionych.

Dziś już wiadomo, że nie będzie to więcej niż 7 procent potrzebujących. – Leczenie substytucyjne jest najlepiej przebadaną procedurą w medycynie – przekonuje doktor Bogusław Habrat z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Tylu publikacji nie było nawet o penicylinie. Wnioski są jednoznaczne: do czasu opracowania lepszej metody substytucja jest najbardziej skuteczna.

Habrat wylicza jej zalety. Po pierwsze, umieralność pacjentów zbliża się do umieralności w populacji ogólnej, podczas gdy u narkomanów nieleczonych jest cztery razy większa. Po drugie, znikają przedawkowania. Po trzecie, wskutek zaprzestania używania heroiny drogą wstrzyknięć nie dochodzi do nowych zakażeń wirusem HIV. A przede wszystkim – poprawia się funkcjonowanie pacjentów w społeczeństwie. Ludzie wracają do pracy, nauki, nie wchodzą w konflikt z prawem, bo nie muszą zdobywać pieniędzy na narkotyki.

Substytucja jest też dobrą inwestycją. Według amerykańskich badań jeden dolar wydany na substytucję daje trzy dolary oszczędności na leczeniu powikłań uzależnienia: zatruć, zakażeń HIV, gruźlicy, chorób wątroby. A także 12 dolarów oszczędności na szkodach wynikających z przestępczości narkomanów. Pierwszy program metadonowy w Polsce ruszył w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie w 1992 roku jako projekt naukowo-badawczy. – Ludzie protestowali, że lekarz nie jest od podawania narkotyku – wspomina doktor Karina Chmielewska, jedna ze współtwórczyń projektu. – Mówiono, że podawanie heroi­nistom metadonu to jak leczenie alkoholików wódką.

Do programu zostali zakwalifikowani pacjenci w najcięższym stanie, po wielokrotnych detoksach i co najmniej siedmiu nieudanych próbach leczenia metodą drug free, czyli całkowitej długotrwałej abstynencji – stosowanej we wszystkich ośrodkach Monaru i podobnych organizacji. Program miał trwać pół roku, ale rodziny pacjentów nalegały na dalsze leczenie. – Dostrzegli poprawę – tłumaczy Chmielewska. – Przestali się szarpać po ośrodkach, bo ten ich narkoman pierwszy raz po latach siadał do obiadu, jadł i rozmawiał. Program działa do dziś.

Najgorszy rodzaj Uzależnienia.

– Ciężki zespół uzależnienia czyni heroinistę niewolnikiem substancji – wyjaśnia doktor Bogusław Habrat. – Pomijając krótki okres snu, cały czas poświęca on na zdobywanie narkotyku, bycie pod jego wpływem i dochodzenie do siebie. Bo heroina działa krótko, potrzeba kilku jej przyjęć w ciągu doby. Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii z 2005 roku kryminalizuje bycie uzależnionym, bo karalne jest posiadanie każdej, nawet najmniejszej ilości narkotyku. – To mnie bardzo boli – przyznaje doktor Karina Chmielewska. – Dlaczego z moich pacjentów robi się przestępców? Równie dobrze można skryminalizować alkoholizm, na który umiera więcej ludzi i który powoduje większe szkody społeczne.

W parze z restrykcyjnym prawem idzie słabe szkolenie lekarzy. – Na całych studiach medycznych leczeniu uzależnień poświęca się od 4 do 12 godzin – mówi Habrat. – Podczas gdy w krajach o wysokiej kulturze medycznej psychiatria jest szanowana, u nas pokutuje XIX-wieczne podejście: uważa się ją za trochę niepełnosprawną część medycyny. Uzależnienia są z kolei gorszą częścią psychiatrii, a uzależnienie od narkotyków jest najgorszym rodzajem uzależnienia.

Robert. – Poznałem żonę, jak akurat na kilka miesięcy przestałem grzać. Oszukujesz do końca, potrafisz tak ją zamydlić, że ci uwierzy, iż nie jesteś uzależniony. Dzieci były małe, pracowałem. Fabryka torebek, zakłady metalowe, ośrodek wypoczynkowy, mleczarnia. I grzałem bez przerwy. Nawet nie wiesz, jak łatwo zrobić sobie narkotyk. Kawałek dzikiego pola za dworcem autobusowym, mak. Zielone makówki naciąć, zebrać mleczko, odparować, zalać wodą i już możesz strzelić w żyłę. Papawerynę w tym masz, kodeinę, morfinę, jak masz bezwodnik, to z tej morfiny wytrącasz heroinę. Życia rodzinnego z tamtego czasu ci nie opowiem, bo ja z tych 20 lat bardzo mało pamiętam. Cały czas byłem nawalony.

Natalia. Nie bierzesz od sześciu miesięcy, jedziesz do dilera i płaczesz. Nie myślisz: „Super, ale mi będzie fajnie”, tylko łzy ci lecą. Ale jedziesz. Bo nie możesz nic innego zrobić. A jak już dziecko mi się urodziło, to czułam się tak winna, że nie mogłam do kiosku zejść po papierosy, bo się wstydziłam. Czułam, że nie zasługuję na bycie człowiekiem.

Marek. Człowiek chce sobie huknąć, żeby się dobrze zrobiło choć raz na parę godzin. Inaczej pocisz się, wszystko cię oblepia, zapachy się czuje nieprzyjemne. I ciągły strach, że trzeba towar załatwić, że się nie da rady, jest panika. Taka męka, że koniec. Jak się zagrzeje, to wszystko nie ma znaczenia. Grzeję już 39 lat.

Alicja. Na początku codziennie po troszeczku. Wydaje ci się, że w każdej chwili możesz przestać. Ziemię mieliśmy, pracowałam w polu, dopingowało mnie to nawet. Ale potem bierzesz, bo musisz. Że jestem uzależniona, uświadomiłam sobie po pięciu latach, jak próbowałam przestać. Wtedy przyszedł kryzys – biegunka, wymioty, poty, nerwobóle, myśli samobójcze. Jezu!

System bez programów.

W recepcji Krajowego Biura do spraw Przeciwdziałania Narkomanii na warszawskim Ursynowie wisi plakat, z którego można się dowiedzieć, jak otworzyć program metadonowy. Zrobić to może publiczny lub niepubliczny zakład zdrowia po otrzymaniu kilku pozwoleń, zatrudnieniu odpowiedniej liczby pielęgniarek i lekarzy oraz wygospodarowaniu przestrzeni. Plakat informuje też o „pilnej potrzebie powstania programów w województwach: pomorskim, warmińsko-mazurskim, podlaskim, opolskim i podkarpackim”.

– Dlaczego tam nie ma programów? – pytam wicedyrektorkę biura Bogusławę Bukowską. – Albo Narodowy Fundusz Zdrowia nie ogłasza konkursu, albo nie wyraża zgody na finansowanie – odpowiada i pokazuje mi grubą teczkę korespondencji z NFZ. Brakuje też placówek zainteresowanych otworzeniem programu.

Krajowe Biuro do spraw Przeciwdziałania Narkomanii jest instytucją odpowiedzialną za realizację rządowego programu przeciwdziałania narkomanii, ale jego wicedyrektor przyznaje, że w sprawie metadonu często jest bezradna. Na jej interwencje fundusz ma zawsze tę samą odpowiedź: brak środków. – Choć prawo mówi, że mamy leczyć substytucyjnie, choć są rekomendacje Sejmu, choć jest to najskuteczniejsza metoda leczenia uzależnionych od opioidów, to nie ma żadnych mechanizmów gwarantujących powstawanie programów – wyjaśnia.­ Biuro Komunikacji Społecznej NFZ w przesłanej do „Przekroju” informacji broni się argumentem, że nakłady na substytucję systematycznie rosną. W ubiegłym roku wyniosły ponad 16 milionów złotych. W tym samym czasie jednak stacjonarne placówki leczenia narkomanów dostały od NFZ 83 miliony złotych.

Marta Gaszyńska ze Stowarzyszenia Pacjentów Substytucyjnych „Jump 93” uważa, że wiele zależy od woli urzędników. – W Warszawie, gdzie magistrat wspiera substytucję, działa 5 ze wszystkich 17 programów w Polsce – mówi. – A ponad połowa polskich pacjentów substytucyjnych dostaje metadon w stolicy. Na drugim biegunie jest Trójmiasto. Ta sama substancja, którą w Warszawie i innych miastach państwowe ośrodki zdrowia leczą narkomanów, kosztowała Marka rok więzienia z zawieszeniem na pięć lat. W 2007 roku policja szukała u niego towaru – znalazła w lodówce metadon. – Kupowałem na czarnym rynku, bo nie chciałem już grzać – tłumaczy. – Pani sędzia w uzasadnieniu napisała, że biorę w celu odurzania się, a nie leczenia. Po wyroku Marek wrócił do grzania.

Kombinat Wysysa Pieniądzie.

Pierwszy program powstaje w Trójmieście od dekady. Wiceprezydent Gdańska Ewa Kamińska w maju zeszłego roku obiecała, że metadon będzie tam w ciągu kilku miesięcy. – Dlaczego ciągle go nie ma? – Pierwsze miejsce przeznaczone na program musieliśmy opuścić, bo miasto oddało budynki Ministerstwu Sprawiedliwości. W drugim były problemy budowlane. Teraz mamy najlepsze, w centrum Wrzeszcza. Program powstanie do końca roku – mówi wiceprezydent. W kompleksie przekazanym resortowi sprawiedliwości udało się jednak uchować poradnię Monaru. Jacek Charmast z pozarządowej Polskiej Sieci do spraw Polityki Narkotykowej – kiedyś członek zarządu Monaru, dziś krytyk tej organizacji – twierdzi, że silna pozycja ośrodków leczących metodą drug free jest kolejną przyczyną wolnego rozwoju substytucji. – Przecież jeśli ich pacjenci przejdą na farmakologię, część ośrodków straci rację bytu – mówi.

W Polsce na 100 tysięcy uzależnionych przypada 80 stacjonarnych placówek leczenia narkomanów. Więcej w Europie mają tylko Włosi, ale mają też trzy razy więcej uzależnionych. – W latach 80. mało kto miał pojęcie, jak leczyć – opowiada doktor Habrat. – Z inicjatywy Marka Kotańskiego spontanicznie powstawały ośrodki, które szybko uzyskały wsparcie państwa. Dobrze, że powstawały, niedobrze, że zmonopolizowały myślenie o leczeniu narkomanii, bo wiedza o uzależnieniach poszła od tamtego czasu znacznie do przodu.

Alicja spędziła kilka tygodni w ośrodku w Gajkach prowadzonym przez stowarzyszenie Solidarni Plus. – Arbeit, arbeit, arbeit – wspomina. – Tam tylko konie, którymi się opiekowałam, były dobre. Z biegania mnie nie chcieli zwalniać, a ja mam problem z nogami. I te ciągłe dociążenia: za niezgaszone światło, za wchodzenie w butach, za fajkę zbyt długo paloną – za to wszystko w drelich i do piłowania drzewa. Uciekłam. Już po drodze dzwoniłam do dilera i od razu wzięłam.

Natalia była w 10 ośrodkach. W żadnym cyklu leczenia nie skończyła. – Chore zasady – uważa. – Plewisz, choć nie ma co plewić, na spacerze nadepniesz na kapsel od piwa, to musisz zgłosić, że miałeś kontakt z kapslem od piwa. Prawie nikt tego nie kończy. Ćpanie, ośrodki, ucieczki z ośrodków, ćpanie, powroty do ośrodków i tak się kręci. Szefowa Monaru Jolanta Łazuga-Koczurowska zapewnia, że w żadnym ośrodku należącym do jej organizacji nie łamie się praw pacjenta.

Dociążenia nazywa „konsekwencją za naruszanie regulaminu i zasad obowiązujących w społeczności”. Jacek Charmast sądzi jednak, że przynajmniej jedna trzecia ośrodków powinna zostać zamknięta: – Są przestarzałe i nieskuteczne. Kończy je dwóch albo trzech na stu uzależnionych. Wysysają tylko pieniądze z systemu zdrowia. Część tych pieniędzy powinna iść na substytucję. – Nie jesteśmy przeciw metadonowi, ale nie będziemy też zmieniać naszej koncepcji leczenia tylko dlatego, że nikt nie chce się zająć substytucją – mówi Łazuga-Koczurowska.

Robert: – Taki ośrodek to kombinat. Mają pracę, cały czas klientów, bo większość nie jest w stanie się wyzwolić i wraca drugi–trzeci raz. Znam osoby, które skończyły trzy dwuletnie cykle i dalej grzeją. Wiceprezydent Kamińska przekonuje, że brak programu w Gdańsku nie jest wynikiem jej złej woli: – Wkurzają mnie takie sugestie. Jest mi bardzo przykro, że to tak długo trwa. Potwierdza jednocześnie, że w komisjach konkursowych rozdzielających miejskie fundusze na leczenie narkomanii często zasiadają przedstawiciele organizacji, które są tych pieniędzy beneficjentami. – Te osoby są wówczas wykluczane z obrad dotyczących ich organizacji – zaznacza.Z raportu Rady Praw Człowieka ONZ wynika, że 310 placówek drug free (ośrodki i poradnie) na terenie województwa pomorskiego w latach 2006–2008 otrzymało od NFZ ponad siedem milionów złotych. A metadonu jak nie było, tak nie ma.

Debata o klinczu.

Doktor Bogusław Habrat przytacza statystyki: rocznie wskutek przedawkowania umiera w Polsce od 200 do 300 opiatowców. Ofiar nałogu jest znacznie więcej, bo ci, którzy umierają na AIDS, zapalenie wątroby i inne choroby, przypisani są do innych statystyk. Uzależnienie obciąża też policję, wymiar sprawiedliwości, więziennictwo – żeby zdobyć towar, narkomani kradną, prostytuują się. – Kochany, wiesz ile ja tu osób znam, które by chciały przestać grzać? – pyta Alicja. – A wiesz ilu z nich, czekając na program, umarło?

Habrat opowiada, że gdy powstawał program w Lublinie, na liście oczekujących było 120 osób. Otwarcie opóźniło się o dwa i pół roku, a gdy w końcu do niego doszło, 40 pacjentów z listy nie żyło. Jacek Charmast chciałby, aby wszystkie strony sporu o substytucję w Polsce – przedstawiciele ośrodków drug free, Ministerstwa Zdrowia, NFZ, władz samorządowych i organizacji zabiegających o rozszerzenie oferty metadonowej – zasiadły do stołu i przeprowadziła uczciwą debatę. – Teraz mamy sytuację, że wszyscy niby są za i nikt nie bierze odpowiedzialności za patową sytuację. A pat będzie trwał – przewiduje Charmast. – Ośrodki nie chcą żadnej rozmowy. Jestem tego przykładem, bo za krytykę członków zarządu Monaru zostałem z niego usunięty. A ministerstwu nie chce się ruszać trupa w szafie, jakim jest brak efektów pracy większości tych placówek.

Robert. O metadonie dowiedział się w 2001 roku z „Dziennika Bałtyckiego”. Skontaktował się z redakcją i dostał numer do lekarza, który chciał powołać program w Gdańsku. Dzwonił do niego raz w miesiącu z pytaniem, czy program już jest, ale lekarz rozkładał ręce – nie ma pieniędzy, może za miesiąc, za dwa, za trzy. Robert przestał dzwonić i grzał dalej. Trzy lata temu znalazł lekarza, który mu wypisuje bunondol, lek stosowany na przewlekłe bóle zawierający buprenorfinę, która – tak jak metadon – jest substytutem heroiny. Nie ma od tego zamroczenia i euforii jak po heroinie, ale nie ma też głodu. Nie ma ciągłego ukrywania się, oszukiwania, mielenia, ćpania, spania.

Natalia. Jest w najstarszym polskim programie doktor Chmielewskiej w Warszawie. Kończy drugi rok psychologii, średnia ocen 5,4. – Substytucja to żaden cud – opowiada. – Skutek uboczny jest taki, że nie mam energii, od dwóch lat ani razu się nie uśmiechnęłam. Ale innego wyjścia nie ma. Nie biorę, nie turlam się po ośrodkach. W tym jest sens.

Alicja. Od dwóch lat dojeżdża na program do Świecia. Mówi, że największa różnica po metadonie to kontakt z rodziną. Wreszcie rozmawia z siostrami, trójkę swoich dzieci odwiedza u matki, która odebrała jej prawa rodzicielskie lata temu. Od zeszłego roku nie zarabia na ulicy. – Tu posprzątam, tam ulotki rozniosę, żeby z tysiąc złotych chociaż było.

Marek. Wypił herbatę i wyjada łyżeczką resztkę cukru z dna filiżanki. Mówi, że załatwia trochę metadonu na czarno, aby nie grzać. Mówi, że odkąd mamy nie ma, dokucza mu samotność. Mówi, że mu gaz odcięli. Że żyje za 440 złotych z opieki społecznej. Że dziś był w gdańskim PCK, bo masło dawali. Że na wystawy by pochodził, ale nie ma z kim. Że myśli jeszcze o założeniu rodziny. – Jezu! Aż czasami płaczę jak bóbr, gdy widzę na ulicy, że jakaś para się cieszy z dziecka. Strasznie bym chciał. Potem milknie, patrzy w filiżankę i po długiej chwili dodaje: – Ale nie oszukujmy się, ja jestem najstarszy narkoman w mieście. Z tych, co z nimi zaczynałem, to już nikt nie żyje. Ja mam tak zniszczoną wątrobę, że też już długo nie pożyję.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione

Oceń treść:

Brak głosów

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

Świetny artykuł, metoda metadonowa powinna jak najbardziej wejść w życie i być stosowana we wszystkich ośrodkach... Jej brak stosowania jest tylko kolejnym dowodem naszego zacofania... Opiaty to nie zabawa z topkami, to chyba najcięższe istniejące uzależnienie, metoda drugs free jest tu raczej syzyfową pracą.... To co się dzieje w tym kraju jest po prostu śmieszne... a może żałosne? Człowiek sam nie wie czy się z tego śmiać, czy usiąść i płakać...

Anonim (niezweryfikowany)

kto ma dobry balans to popija alkohol i pali papierosy (i to na legalu!)

 

Anonim (niezweryfikowany)

w naszym pszenno-buraczanym kraju najprostsze sprawy urastają  do rozmiarów ogromnych problemów nie do rozwiązania,

matadon nie jest tutaj wyjątkiem

Anonim (niezweryfikowany)

tu się nigdy nic nie zmieni, uzleżnionych traktują gorzej jak zwierzęta, a przecież niby katole tyle tolerancji mają w sobie...

Anonim (niezweryfikowany)

I tak ludzie czytając ten artykuł powie: "Nik im nie kazał tego brać, to teraz mają..."

Anonim (niezweryfikowany)

Czy mógłby mi ktoś wytłumaczyć logicznie  - dlaczego substancje opiatowe

są zabraniane pod każdym względem ?

 

Anonim (niezweryfikowany)

Nie  da się tego ligicznie wytłumaczyc.Wielu lekarzy  boi sie przepisywać opiaty nawet na bóle w stadium terminalnym  choroby nowotworowej , bo boja się kontroli, a moze ciagle pokutuje przeswiadczenie ze   podawanie opiatow  nawet raz to juz kaplica. Mi sie zdaje , ze   jest za malo na ten zajec dla lekarzy. Oczywiscie sa poradnie , ze dostaniesz morfine bez mrugniecia okiem na bardzo silny bol, a nawet od  lekarza rodzinnego ale to musi byc Lekarz przez duże "L". Pamietam przypadek jak kobieta , która  cierpiala z powodow okropnych bolow nowotworowych miala przepisywane 10 lekow naraz bo lekarka bala sie podawac morfine .Normalnie mnie zatkalo , ze musialam wydawac tramal ktory w  nawet bardzo duzych dawkach  nic nie  pomagal tej kobiecie.Tak mi bylo szkoda jej corki,ktora nie wiedziala jak ma wplynac na lekarza aby przepisal jej morfine.Doedukowac lekarzy!

Anonim (niezweryfikowany)

Straszne, nie da sie tego zrozumiec. Bede sie modlil za ta sytuacje.

Anonim (niezweryfikowany)

Miejsce:Góra Kalwaria,środek maista.Godzina:przed ósmą rano.Stoję przed drzwiami do bióra kolegi od kkredytów i szarpię klamkę.Wołam:Michaaał!W ręku bukiecik żółtych kwiatów,we krwi kilka promili(piłem całą noc z okazji imienin mamy-13.07). Podjeżdża samochód terenowy.Wysiada z niego faszysta i idzie w moją stronę.Buciki wyglancowane,koszulka wyprasowana,na ryju uśmiech."Mam ci pałką napierdolić"pyta."No co ty?"odpowiadam."Gdzie mieszkasz?"pyta."Na wyszyńskiego"odpowiadam i daję mu kwiatki."Spierdalaj ,już!" mówi.Zdołowany wyrzucam kwiatki na chodnik i ze spuszczonym łbem daję dzidę w stronę domu.Kilka dni póżniej znaleziono zwłoki młodego chłopaka.Został zabity 17.07 nad ranem.Rodzina poszukuje sprawcy,porozwieszano informacje po Górze Kalwarii.Został zabity koło stacji kolejowej na ulicy Skierniewickiej.Ludzie po mieście gadają,że dostał pałką w głowę od policjanta,czyli śledztwa nie będzie.Jest takie porzekadło:kurwa kurwie łba nie urwie.To chyba prawda.

Anonim (niezweryfikowany)

w rzeczywistosci metadon jest przyczyna wielu niepotrzebnych uzaleznien i jest calkiem ciezkim narkotykiem. jak ktos juz bierze to najlepiej zrzucac szybko... w anglii nastepca metadonu jest subotex, ktory zawiera znacznie mniejsza ilosc substancji i jednoczesnie pozostaje takim samym g***. Jezeli subotex jest dramatem to metadon pozostaje tragedia. Dobre tylko jako krotki etap w zakonczeniu znajomosci z substancja.

randomness