REKLAMA




Przystań

Niektórzy wpadają tu tylko na jedną noc, żeby odpocząć, umyć się i wyspać. Większość jednak zakotwiczyła na dobre i od kilku lat to miejsce jest ich jedynym domem.

Tagi

Źródło

Dziennik Polski
Ewa Kopcik

Odsłony

3599

Niektórzy wpadają tu tylko na jedną noc, żeby odpocząć, umyć się i wyspać. Większość jednak zakotwiczyła na dobre i od kilku lat to miejsce jest ich jedynym domem. Przychodzą brudni, wycieńczeni, z gorączką, ciągłym kaszlem, po którymś z kolei zapaleniu płuc. Biorą "kompot", "amfę", łykają różne prochy. Chcą żyć, bo chcą brać. Marek sięgnął dna już wiele lat temu. Błąkał się po klatkach schodowych, nocował w altankach, chował się pod mostami. Stracił mieszkanie po kilku latach ćpania. Po jego eksmisji sąsiedzi z bloku odetchnęli z ulgą, bo omal nie puścił ich z dymem. Nastawił na kuchence gazowej "odpał" na "kompot" i zasnął. Obudził się dopiero w szpitalu pod kroplówkami. Miał szczęście - skończyło się na zaczadzeniu i częściowym spaleniu mieszkania.

Agatę matka raz wyrzucała, raz przyjmowała do domu. W końcu, kiedy po raz kolejny popłynęła, nie bacząc na małego synka, matka zmieniła zamki w drzwiach i definitywnie kazała jej się wynieść.

- Tęsknię bardzo za dzieckiem, ale nie mam żalu do mamy, że położyła już na mnie krzyżyk. Chce chronić Adasia, bo wie, jak ciężko przeżywał wszystkie wcześniejsze rozstania - opowiada szczupła, wysoka 32-letnia blondynka. - Matka postawiła mi ultimatum: dopóki nie zerwę całkowicie z ćpaniem, nie mam powrotu do domu. Staram się ją zrozumieć. Wcześniej wiele razy znikałam, tygodniami nie dawałam żadnego znaku życia. Jak wpadałam w ciąg, nic się nie liczyło poza grzaniem. To było silniejsze ode mnie. Teraz syn ma już 8 lat. Babcia mu powiedziała, że jestem w sanatorium i on w to wierzy. Czasem rozmawiam z nim przez telefon. Zaakceptował już, że nie mogę do niego wrócić.

Noclegownia dla bezdomnych czynnych narkomanów działa na pograniczu Krakowa i Wieliczki już prawie od 10 lat. To wspólne dzieło Krakowskiego Towarzystwa Pomocy Uzależnionym i Monaru. Mieści się w parterowym budynku z użytkowym poddaszem, trochę przypominającym szkołę z lat 60. Obiekt kiedyś należał do Kopalni Soli w Wieliczce. Później, po utworzeniu w pobliżu wysypiska odpadów komunalnych, przeszedł na własność gminy Kraków. Przez wiele lat stał opuszczony i popadał w ruinę. W końcu miasto zdecydowało się na jego użyczenie Monarowi. Po remoncie powstały w nim cztery wieloosobowe pokoje, dwie łazienki, aneks kuchenny, pokój zabiegowy oraz dyżurka wychowawców. - Jesteśmy przygotowani na przyjęcie jednorazowo 30-35 osób, teraz mamy około 15. Przez cały ubiegły rok przewinęło się 117 klientów, ale jeszcze kilka lat temu było ich dwa razy więcej. Zmienił się styl ćpania, jest mniej bezdomnych narkomanów. Do nas trafiają najbiedniejsi. Bardziej obrotni wolą wynająć mieszkanie, bo wtedy nikt ich nie kontroluje - mówi Zdzisław Smalcerz, kierownik noclegowni.

W dwóch salach - 4 na 5 metrów - stoi po 8 piętrowych łóżek. W razie potrzeby można dostawić jeszcze 10 kolejnych. W dwóch pozostałych pokojach są bardziej komfortowe warunki. W każdym tylko po trzy łóżka, między nimi szafki, stolik, telewizor. Tutaj mieszkają ci, którzy podjęli terapię substytucyjną, czyli zamiast wstrzykiwać sobie do żyły "kompot", przyjmują legalny, syntetyczny metadon. To lek, który działa podobnie, ale dzięki niemu nie trzeba kraść, żeby zdobyć pieniądze na narkotyki. Znika też groźba zakażenia wirusem HIV i innymi chorobami zakaźnymi. Agata na metadonie jest od roku. Zdecydowała się rzucić ćpanie, ale nie ze strachu przed zakażeniem, bo od 9 lat już wie, że jest "pozytywna". Mówi, że zaraził ją chłopak, również narkoman.

- Krakowski towar jest coraz gorszy. Dilerzy strasznie oszukują i coraz więcej potrzebujących jeździ teraz po grzanie do Katowic. Kiedyś wzięłam 2-3 centy i na kilka godzin miałam spokój, później nawet po 10 centach czułam głód. Zdecydowałam się na metadon, bo byłam już strasznie zmęczona tą stałą gonitwą za pieniędzmi. Dzisiaj wystarczy, że pojadę do szpitala, wypiję ustaloną dawkę leku i do następnego dnia jakoś udaje się przeżyć - opowiada.

Noclegownia jest czynna od godz. 18. Przyjmowany jest każdy bezdomny, pełnoletni narkoman, ale tylko do 10.30 następnego dnia. Jedynie w wyjątkowych sytuacjach można zostać dłużej, np. gdy ktoś jest chory, gorączkuje. Regulamin zabrania agresji, tępi kradzieże. Rozprowadzanie narkotyków grozi usunięciem - bez względu na porę dnia i nocy. Większość klientów ma ok. 30-40 lat, ale zdarzają się nawet 50-latkowie. Młodsi trafiają sporadycznie. Na dotarcie do noclegowni z centrum Krakowa potrzeba co najmniej godziny. Autobus jeździ z Płaszowa co godzinę. W zimie bywają kłopoty z dojazdem, więc niektórzy po prostu nocują wtedy na klatkach schodowych. Żeby zdobyć coś do jedzenia plątają się między Caritasem a albertynami. W noclegowni mogą dostać najwyżej błyskawiczną zupkę w proszku, czasem konserwę z darów. Najczęściej biorą "kompot", ale czasem mieszają go też z amfetaminą.

- Biorę mało. Tylko tyle, żeby nie zwisać - każdy z nich powtarza te słowa, w które sam uwierzył. Jeden centymetr sześcienny polskiej heroiny kosztuje 6 zł. Zaawansowany opiatowiec musi załadować co najmniej 10 działek w ciągu dnia. Prosty rachunek wskazuje, że narkomanowi potrzeba miesięcznie na narkotyki ok. 2 tys. zł. Żeby brać, muszą mieć pieniądze.

Żebranina nie zawsze kończy się sukcesem. Włamują się więc do piwnic, skąd kradną rowery. Obrabiają samochody. Kradną w supermarketach. Łakomią się na kosmetyki, proszki do prania, żelazka. Czasem dokonują rozbojów. Dziewczyny dorabiają w najstarszym zawodzie świata. Żadnej pracy nie podejmą. Nawet nie dlatego, że nie chcą. Żaden pracodawca nie zatrudni czynnego narkomana. Kadrę noclegowni stanowią czterej wychowawcy. Każdy przeszedł kurs udzielania pierwszej pomocy i bezpiecznych iniekcji. Dyżurują całodobowo. To konieczne, bo zdarzają się zapaści z przedawkowania. W samej noclegowni, jak dotąd, zmarł tylko jeden chłopak. Wielu skończyło jednak życie na ulicy.

- Przydałby się sanitariusz, na pewno - psycholog. Ale na dodatkowe etaty nas nie stać - przyznaje Zdzisław Smalcerz. - Pieniędzy na utrzymanie tego domu nie ma wiele. Działamy głównie na podstawie kontraktu z Urzędem Miasta Krakowa, który w tym roku opiewa na ok. 86 tys. zł. Samo ogrzewanie budynku w zimie kosztuje nas ok. 10 tys. zł miesięcznie. Wielu lokatorów noclegowni jest nosicielami HIV. Wielu próbowało się leczyć. Agata starając się o nowe życie, zaliczyła np. terapię w Majdanie, koło Lublina, w Wyszkowie pod Warszawą i w podkrakowskim Pleszowie. Nigdzie nie wytrwała do końca. Po każdym cyklu leczenia jej przerwy w braniu trwały dwa tygodnie, miesiąc. Czuła pustkę. Wracała czarna nitka przeszłości i zaczynała znowu. Niektórym się udaje.

Tadeusz, 53 lata:

- Od dwóch lat jestem czysty, nie biorę. Pracuję na stałe, jako ochroniarz w szpitalu. Próbuję na nowo układać sobie życie z kobietą, którą niedawno poznałem. Ona wie, z jakiego środowiska pochodzę, choć nie powiedziałem jej wszystkiego od razu. Dawkowałem prawdę powoli, bo bałem się, że się przestraszy i ucieknie. Ćpał ponad 20 lat. Brał wszystko, co było pod ręką: polską heroinę, amfetaminę, tabletki ekstazy, palił trawkę. Ale zaczął od alkoholu. - Życie zawaliło mi się po śmierci żony. Syn miał wtedy 7 lat, córka zaledwie 4. Ale zamiast się nimi zająć, przez pół roku prawie nie wychodziłem z domu, bo piłem. Kiedyś przyszedł kolega i zaproponował coś "lepszego", czyli działkę kompotu. Spodobało mi się tak bardzo, że wsiąkłem w to na całego. Wtedy miałem jeszcze mieszkanie, więc produkowałem w domu. Na szczęście moja matka, widząc, jak się staczam, zabrała dzieci do siebie. Niewiele później za zaległy czynsz straciłem mieszkanie. To było jakieś otrzeźwienie - poszedłem na detoks, potem do zamkniętego ośrodka na leczenie. Wytrwałem tam nawet 20 miesięcy. Ale po powrocie do rodzinnego miasta, znowu popłynąłem. Z miesiąca na miesiąc i z roku na rok pogrążałem się coraz bardziej. Przez jakiś czas dilowałem. Jeździłem po "kompot" do Katowic. Tam płaciłem za działkę 5 zł, a sprzedawałem ją w swoim mieście dwa razy drożej. Jak wszyscy dilerzy, fałszowałem towar, mieszając go z wodą. Kilka razy łapała mnie policja: na produkcji, na posiadaniu narkotyków, na fałszowaniu recept, ale na handlu nigdy nie wpadłem. Od więzienia też zawsze jakoś udawało mi się wymigać. W tym czasie jego dzieci dorosły i poszły na swoje. Przez jakiś czas był u nich na garnuszku, choć wiedział, że się go wstydzą. - Cztery lata temu, po kolejnej kłótni z synową, powiedziałem sobie: "K... ja wam jeszcze pokażę". Wyszedłem z domu, jak stałem i przyjechałem do ośrodka Monaru w Krakowie. Nawet nie po, żeby się leczyć, bo w skuteczność jakiejkolwiek terapii już nie wierzyłem. Po prostu, nie miałem gdzie się podziać i chciałem podreperować trochę zdrowie - przyznaje.

Pierwszy pobyt w "Gwanie" okazał się falstartem. Po kilku miesiącach opuścił ośrodek, bo złamał abstynencję, wpijając dwa piwa. Trafił wtedy do krakowskiej noclegowni dla bezdomnych ćpunów. Na początku starał się jakoś trzymać, tym bardziej że pozwolono mu raz w tygodniu uczestniczyć w spotkaniach społeczności ośrodka. Samozaparcia na długo nie starczyło. Po kolejnym 3-miesięcznym ciągu znów trafił na detoks. - Tydzień umierałem w łóżku. Kto tego nie przeżył, nie wie, jak boli odtrucie - mówi. Potem znowu był "Gwan". Tym razem dotrwał do końca terapii. Wychowawcy z ośrodka pomogli mu wyprostować wszystkie zaległe sprawy karne. Dwa miesiące temu sąd orzekł wyrok w zawieszeniu. Od ponad roku pracuje. Zrozumiał bezsens brania i sens życia bez brania. Choć jeszcze do końca nie czuje się silny i miewa chwile zwątpienia, osiągnął już tyle, że wolno mu marzyć, że chce marzyć: o odzyskaniu miłości i zaufania dzieci, o ułożeniu sobie na nowo życia z partnerką i o własnym domu. Na razie Tadeusz mieszka w hostelu, po sąsiedzku z czynnymi narkomanami z noclegowni. Mówi, że im współczuje, ale stara się od nich trzymać z daleka. - Ten okres, kiedy wylądowałem w noclegowni, dał mi sporego kopa. Znowu na pryczy, znowu w bagnie. Dobrze, że pojawiło się otrzeźwienie: co ja robię? Dziś, jak widzę dawnego znajomego, też czuję dziwny lęk. To sygnał, że coś jest nie tak. Wiem, że narkotyki już do końca życia będą dla mnie zagrożeniem - mówi. -

W Polsce bardzo trudno wychodzi się z bezdomności. Noclegownia okazała się więc przyczółkiem do dalszej adaptacji budynku i rozwoju projektu. Zrodziła się bowiem potrzeba znalezienia rozwiązania problemu osób bezdomnych, które po ukończeniu leczenia w ośrodkach nie mają się gdzie podziać. We własnym zakresie zaczęliśmy remontować dalszą część budynku, tj. parter, sąsiadujący z noclegownią i pomieszczenia na poddaszu. Dziś mamy tam 22 samodzielne mieszkania, po ok. 20 metrów kw. każde. Dla osób, które uczą się żyć na trzeźwo - mówi Zdzisław Smalcerz. Z okien budynku widać drogę. Po drugiej stronie znajduje się wysypisko odpadów komunalnych. Smród podchodzi pod gardło, nie da się otworzyć okien. Przeprowadzone przed kilkoma laty badania wykazały stężenie zarodników grzybów w powietrzu przekraczające wszelkie możliwe normy. Nikt tu jednak nie protestuje przeciwko takiemu sąsiedztwu. Narkoman na głodzie jest nieporadny jak dziecko. Na wszystko się zgodzi i każdemu podda. Głód możliwy jest do przezwyciężenia fizycznie. Psychicznie narkomani nie mogą sobie z nim poradzić.

- Szare komórki działają bardzo powoli, mózg jest praktycznie wyprany ze wszystkiego. Na głodzie wpadam w doły psychiczne. Biorę działkę i odlatuję na 5-6 godzin. Potem znowu zaczyna się gehenna: wymioty, bóle, rozwolnienia. Tego nie da się opisać - mówi siedzący pod ścianą obrzęknięty chłopak. Wieczorem po korytarzu noclegowni snują się wychudzone postacie, balansujące na granicy wizji i świata realnego. Jakiś chłopak zgina się wpół, wymiotuje. Nikogo to nie dziwi. Wiadomo, zaćpał.

Oceń treść:

Average: 8 (1 vote)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)
too long
Anonim (niezweryfikowany)
tl;dr
TK (niezweryfikowany)
ciekawe. Mi się podoba.
randomness