REKLAMA




Próba ayahuaski

Fragement książki "Dałem się ukrzyżować Stanowi Tyminskiemu" autorstwa Romana Samsela.

Tagi

Źródło

"Dalem sie ukrzyzowac Stanowi Tyminskiemu"
Roman Samsel

Odsłony

7494

Nie zdawałem sobie sprawy z tego co ma nastąpić. Stan [Tymiński] nic mi wcześniej nie powiedział ani w Toronto, ani w drodze do Iquitos. W samolocie lecącym z Limy do Iquitos, kiedy zapytałem go o kogoś z Polaków w Toronto, przestał się do mnie odzywać. Być może postępował tak z innymi ludźmi i dawało to dobre rezultaty.

W Iquitos mieszkaliśmy w hostalu "Peru" przy ludnej, handlowej ulicy, kilkaset metrów od jego telewizji "Selva". Był to tani pensjonat za kilka dolarów dziennie. Stan wytłumaczył mi, że jako jedyny hotel w mieście, ma bieżącą wodę. W pokojach mieszczących się w pawilonach przy podwórkowym korytarzu były nawet prysznice z zimną wodą.

Nie wiedziałem dlaczego Stan wynajął taki pensjonat. Być może właścicielowi telewizji kablowej "Selva" i wystawnej restauracji Maloca, mogło być obojętne, gdzie się zatrzyma. Ludzie to potraktują jako kaprys bogacza.

Dziennikarska giełda znajdowała się w Cafe-Bar Express, po drugiej stronie ulicy.

O ayahuasce pamiętałem z jego relacji. Dał mi swoje teksty jeszcze w Limie przed dwoma laty. Kilkakrotnie opowiadał mi o swoich doświadczeniach i zawsze z emfazą w głosie, jakby to za każdym razem przeżywał. Do głowy mi nie przyszło, że zechce jej działanie wypróbować na mnie.

Tony się nie zgodził. Kiedy się o tym dowiedziałem, pomyślałem, że to niebezpieczny obrzęd. Tony zawsze wiedział czego chce, i co robi. Psim swędem potrafił wyniuchać, co mu przyniesie korzyść. Kiedy ostatni raz widziałem go na lotnisku w Limie, trzymał się z daleka od Stana i za nic nie chciał się do niego zbliżyć.

Ja zaś nie mogłem się już wycofać. Nie mogłem pokazać po sobie lęku, ani niezdecydowania.

W sobotę 7 kwietnia 1990 roku pojechaliśmy po Pancho el Brujo, aby się z nim umówić. Stan nie powiedział mi dokąd jedziemy. Nie wiedziałem kim jest Pancho el Brujo. Mieszkał poza miastem. Dotarliśmy do niego tuż przed zachodem słońca, czekał na nas przed domem.

Z początku robił wstręty i sądziłem, że odmówi. Ale podbijał w ten sposób swoją cenę. Zgodził się, że zrobimy to zaraz po zachodzie słońca w jego domu, który drzemał wtopiony w podmiejski pejzaż na skraju puszczańskiej dzikości. Robiło się szaro i powiedział, że mam się przygotować.

Kobiety, których było kilka w tym domu zaczęły moczyć zioła, abym się w nich oczyścił. Pancho el Brujo czekał na wspólnika i to czekanie przeciągało się bardzo długo, ale ten człowiek w ogóle nie przyszedł. Stan zresztą chciał od początku cały obrzęd przenieść do dżungli i umówiliśmy się na następny dzień.

Dowiedziałem się, że Pancho el Brujo sześciokrotnie podawał Stanowi ayahuaskę, ale nie był tym, który go w obrzęd wprowadził.

W każdym razie był już na tyle oswojony ze Stanem, że poprosił go o pożyczenie pieniędzy na zakup łodzi. Chciał łowić ryby i sprzedawać je na bazarze. Stan pożyczył mu pieniądze i wyjechał do Kanady, a kiedy wrócił, okazało się, że Pancho el Brujo jest taksówkarzem. Zapytał go za czyje pieniądze kupił sobie samochód i Pancho nie mógł się wykręcić. Wówczas Stan kazał mu oddać kluczyki.
Tego wieczoru nie wolno mi już było jeść kolacji. Poszedłem do Cafe-Baru Pedra Reategui, aby go zapytać, jak reagował na ayahuaskę. Byłem absolutnie pewien, że musiał ją zażywać.

Kiedy przyszedłem, bar był zatłoczony, a sam Pedro stał za kontuarem. Udało mi się przecisnąć do któregoś stolika. Wykorzystując okazję, zapytałem znajomego dziennikarza o Stana, był to chyba Juan Saavedra, który miał swoją godzinę w radiu i żył z reklamy, a książki pisał dla przyjemności. Nie zgodził się nic o Stanie powiedzieć. Wtedy pojawił się Pedro. Usiadł przy mnie na krześle, jakoś tak w przelocie. Zapytałem go o ayahuaskę.

- Nie - odrzekł - nigdy nie zażywałem ayahuaski. W indiańskich czakrach (indiańska nazwa prymitywnej konstrukcji drewnianej - domku w dorzeczu Amazonki - przyp. red.) nazywają ten napój "soga de muerto", sznur nieboszczyka - powiedział i już go wołali za ladę.

Ósmego kwietnia wypadała niedziela. Przed południem popłynęliśmy do wodnego schroniska na rozlewisku rzeki Nanay, która wraz z Amazonką i Ytaya zamyka w wodnych kleszczach miasto Iquitos.

Osobliwość schroniska polega na tym, że funkcjonuje ono tylko w porze suchej, kiedy nad powierzchnią wody wyłaniają się krzewy, zarośla i ta cała nieprawdopodobna gęstwina tropikalnej wegetacji, która w porze deszczowej zanurza się zupełnie w przybierającej rzece i ginie dla ludzkiego oka.

W Nanay nie wolno mi było jeść. Mogłem pić wodę i palić papierosy. Gdzieś około godziny drugiej po południu nie wytrzymałem i poprosiłem o seviche, peruwiańskie delicje, tj. surową rybę, odpowiednio przygotowaną w soku cytrynowym. Ta sama potrawa przyczyniła się później do rozprzestrzenienia cholery na bezkresnych obszarach wybrzeży Pacyfiku.

O zmierzchu wyruszyliśmy ze Stanem sprzed jego telewizji na nabrzeżu Amazonki w nieznanym mi kierunku. Asfaltowane, pełne wybojów ulice doprowadziły nas do równie wyboistej szosy wiodącej do San Thomas, indiańskiej wioski w dżungli.

Nerwy miałem napięte jak postronki. To nie był strach, coś znacznie więcej. Tuż przed wyjazdem, kiedy szliśmy do samochodu, Stan powiedział:
- Zapadniesz w letarg ...

To jedno niedokończone zdanie pewnie dotknęło mojej podświadomości. Szarpnęło mną do samych trzewi. Spotkało się z uśpionym lękiem przed zamknięciem mnie żywego w pudle. Lęk ten przetrwał w mojej podświadomości od czasów dzieciństwa, kiedy matka opowiadała mi o żywych ludziach pochowanych w trumnie. Pamięć przeniosła te obrazy do teraźniejszości.
Wyzwolił we mnie także chęć ryzyka. Jechałem na konfrontację ze śmiercią.

Zatrzymaliśmy się przy stacji benzynowej na obrzeżach Iquitos i przez dłuższą chwilę czekaliśmy. Tamci wyszli do nas z ciemności. Dwóch mężczyzn i kobieta. Jak cienie przeniknęli do samochodu. Stan ruszył ostro, ale już po chwili musiał zwolnić. Niezliczona ilość wyrw w asfalcie uniemożliwiała szybką jazdę. Minęliśmy ostatnie światła miasta.

Po jakimś czasie znaleźliśmy się w dżungli. Nieprzenikniona swoją tajemniczością, pełna zagadkowych szmerów i nieznanego życia, całkowicie mną owładnęła, poczułem się jej cząstką. Przez chwilę zapomniałem, co ma się ze mną zdarzyć.

Będę musiał się poddać próbie eksterioryzacji, wyjścia z ciała za sprawą ayahuaski. Pomoże mi to zrozumieć świat, w którym przebywa Stan. Jego wewnętrzną rzeczywistość. Jego samego, który przypomina ranne zwierzę, to znowu siłacza walczącego z losem, zazwyczaj inżyniera pragnącego zbudować pociąg dla mieszkańców Iquitos, to znowu mściciela swoich własnych krzywd.
Myśl o tym, co ma się zdarzć, paraliżowała moje pięć zmysłów, aby wyzwolić możliwość władania szóstym.

Dojeżdżamy do czakry Hortalizas Polonia, farmy Stana w dżungli. Nazwa posiadłości jest widoczna w poświacie księżycowej. Wchodzimy do czakry, w której nie ma światła. Rysują się tylko kontury prostych sprzętów. Siadam na ławce naprzeciw trojga Peruwiańczyków. Stan za mną, na innej ławie. Nie widzę twarzy. Nie pali się ani jedna świeczka. Nie przenika światło z zewnątrz.

Za chwilę mam wypić ayahuaskę. Wiem, że Pancho el Brujo przywiózł ją ze sobą w jakimś naczyniu. Czekamy ze Stanem dłuższą chwilę zupełnie milcząc. Zaciągam się papierosem i jego ognik żarzy się w ciemności.

Tamci naprzeciw mnie. Tylko przez szpary pomiędzy deskami przenika poświata księżycowa. Dżungla śpiewa głosami ptactwa, ćwierka, szepcze, unosi się radością, zachłystuje nocą, płacze głosami mordowanych, syczy wężowiskami.

Pytam czy węże potrafią śpiewać. Odpowiada kobieta:

- Tutaj żmije śpiewają.

Dostrzegam w ciemności kubek, który Pancho trzyma w ręce. Butelkę, z której napełnia glinianą miseczkę. Wlewa dwie miarki do kubka. Podaje mi kubek. Sam napełnia inne po jednej miarce. Jeden z nich podaje kobiecie, drugi swemu pomocnikowi. Nie mogę się już cofnąć. Przechylam kubek i piję jeden łyk. Napój jest słodkawo-cierpki, pozostawia w ustach gorzki osad. Oni obserwują mnie w ciemności. Czuję na sobie ich wzrok. Pancho mówi do kobiety:

- Jak on wolno pije.

Teraz sobie nalewa dwie miarki i pije do dna. To samo robi jego pomocnik. Kobieta podnosi kubek ostatnia. Nic się ze mną nie dzieje. Siedzę na ławce i w dalszym ciągu nie widzę ich twarzy, ani też Stana. Zdaje mi się, że jest trochę duszno i pytam Stana czy można otworzyć drzwi. Słyszę jego odpowiedź:

- Jest dużo szpar w deskach.

To mi nie pomaga, w dalszym ciągu jest duszno. Znów dręczy mnie pytanie, czy obudzę się z letargu. Zupełnie jakbym jeszcze był przed tym, a przecież już wypiłem. Ta myśl nie jest jednak tak wyrazista, jak przed chwilą. Rozgrzała mi się głowa.

Oni we troje zaczynają odprawiać egzekwie. Ma umrzeć moje ciało, aby duch się z niego wydostał i był wolny. Poddaję się obrzędowi ayahuaski dlatego, że mam zaufanie do Stana. Nie da mi umrzeć. Sam sześć razy ją zażywał.

Coraz bardziej gorąco. Siadam okrakiem na ławce. Jest mi niewygodnie. Zmieniam pozycję. Jeszcze raz zmieniam pozycję. Oni śpiewają pieśni za umarłego. Przecież żyję. Stan mówi, że przeżyję własną śmierć i zobaczę, jak będę umierał naprawdę.

Będę widział siebie w godzinie śmierci. Mogę też poprosić, abym zobaczył jak będzie wyglądał mój syn za dziesięć, czy dwadzieścia lat. Także wtedy, gdy mnie już tu nie będzie. Zaczynam się dusić...

Znowu siadam twarzą do tych trojga, którzy zawodzą pieśni za umarłych. Modlą się za mnie. Dlaczego za mnie? To oczywiste, za spokój mojej duszy. Dostali za to pieniądze. Prześladuje mnie myśl, że są interesowni. Wypili jednak napój, aby towarzyszyć moim przeżyciom, a przecież nie musieli tego robić.

Wypiłem ayahuaskę, która jest bogiem. Ma mnie teraz w ręku. Będzie mogła zrobić ze mną, co zechce. Stan przekonał mnie, że muszę jej się poddać, aby wyjść z ciała. Nie odpowiedział jednak, czy będę mógł do niego wrócić. Nie zwierzyłem się z moich obaw, ale dałem Stanowi telefon do mojej żony. Zapytał, gdzie ma mnie pochować. Odrzekłem, że w Polsce. Wyraźnie się skrzywił. Wiem, że drogo kosztuje transport ciała. Kilka razy drożej niż bilet dla żyjącego. Nie chciałbym, aby Stan musiał za mnie dużo płacić. On zresztą wcale nie zadeklarował chęci przewiezienia mojego ciała do Polski.

Właściwie to wszystko jedno, gdzie zostanę pochowany. Chodzi tylko o iluzję, że ktoś w kraju postawi krzyż i przybije do niego blachę z nazwiskiem i datą śmierci. Ktoś przyjdzie w Zaduszki na grób, postawi na nim znicz, który w chwilę po jego odejściu zgaśnie na wietrze. A tutaj nikt nie przyjdzie, własny syn nie przyjedzie, ani żona, choćby najwierniejsza. W końcu to moje rozczulanie się nad sobą, to tylko zwykły sentymentalizm, którego nie potrafiłem się wyzbyć.

Ayahuasca przechodzi do ataku. Rozsadza mi piersi, rozpala głowę, już mam w niej płonącą głownię. Teraz moja głowa musi być czerwona jak gigantyczny pomidor. Jeszcze chwila i nie mogę absolutnie wytrzymać. Duszę się. Krzyczę:

- Otwórzcie drzwi!

Nikt z nich nie reaguje. Stan milczy. Widzę tylko jarzący się ognik jego papierosa. Czuję, że znalazłem się w jakimś czarnym i kosmatym pojemniku. Znowu krzyczę:

- Otwórzcie drzwi!

Odpowiada mi to samo milczenie. Potęguje się ból i duszność chwyta za gardło. Zrywam się z ławki i całym ciałem tłukę w zaryglowane drzwi. Rozwalam je i wybiegam na dwór. Jestem wolny. To tylko pozór. Nie mogę postąpić jednego kroku więcej, ani się poruszyć. Chcę uciekać. Muszę za wszelką cenę uciec. Uciec. Uciec, nie wiem już: od siebie, wyjść z ciała. Krępuje mnie nadludzka siła, której nie mogę pokonać. Krzyczę do Stana:

- Daj mi pistolet!

Stan robi jakiś ruch ręką i wydaje mi się, że spełnia moją prośbę. To jednak także iluzja. Stan milczy. Krzyczę jeszcze i jeszcze. Wreszcie dochodzi do mnie jego głos, jakby z oddalenia, mimo, że jest tuż obok mnie:

- Nie mam pistoletu!
- Zawołaj lekarza! - krzyczę znowu.

Stoi tuż przy mnie jak słup. Takie odnoszę wrażenie.

Czeka, na co czeka? Nie mogę się wyrwać z objęć ayahuaski. Pojawia się nowy ból, groźny i rosnący. Serce. Nie wiem czy wytrzyma.

Oni wiedzą, co ze mną będzie. Widzieli już takich szaleńców walczących z ayahuaską. Moje siły słabną, a jej wzrastają. Dominuje już nad całym moim organizmem. A jednak wyrywam się z jej mocy i postępuję krok do przodu.

Ale to już wszystko. Czuję, że się rozpadnę na kawałki, rozlecę na drobne fragmenty. Odwracam się w lewo, do nich, którzy w zmowie z ayahuaską zadali mi ten paraliżujący ból. U nich szukam pomocy.

Czuję pod nogami coś miękkiego, trawę rosnącą przy domu. Przyciąga mnie do siebie ziemia. Wiruje, tańczy ze mną. A nade mną gwiazdy lecą mi na ratunek.

Przewróciłem się na tę miękką trawę. Ayahuasca rzuciła mnie o ziemię. Ale zdołałem się wyrwać ze stanu niemocy i to było moje zwycięstwo. Pancho powie mi później, że jestem bardzo silny. Stoczyłem straszliwą walkę z ayahuaską, którą musiałem przegrać, ale zrobiłem wszystko, aby się jej nie poddać. A wynikało to po prostu z lęku, że nie wrócę do ciała, to znaczy, że się nie obudzę.

Pomogli mi wstać. Na werandzie czakry stał długi stół, a mnie się wydawało, że to jest łóżko. Wskoczyłem na nie, położyłem się i ból począł mijać. Właściwie prawie znikał, kiedy zostałem zaatakowany przez inwazję dźwięku.

Przez chwilę było tak, jakby mnie ktoś wołał. I musiałem słuchać tego wołania. I zaraz usłyszałem idących do mnie ludzi, uzbrojonych w dzidy, miecze, noże, bagnety. Szczękali nimi, obijając jedne o drugie. Walczyli pomiędzy sobą, idąc na mnie, zbliżając się coraz bardziej do czakry. Za chwilę ich zobaczę. Szczęk, jaki wydawały ich miecze uderzające o siebie narastał i zagłuszał inne odgłosy dżungli.

Wtedy Stan ukląkł przed tym stołem. Nie patrzyłem w jego stronę, ale wiedziałem, że klęczy na obydwu kolanach i modli się. Nie mogłem się odwrócić. Pancho i tamci śpiewali egzekwie i nie mogłem tego znieść, zażądałem, aby zamilkli. Ciągle jeszcze broniłem się przed ayahuascą, to znaczy przed śmiercią.

W którejś chwili poczułem się poza ciałem. Moje ciało leżało pode mną na stole. Unosiłem się nad nim. Zniknęło mi z oczu. Leciałem nad rozmokłą w glinie drogą. Droga wznosiła się, z jej prawej strony była przepaść. Bardziej na prawo pojawił się las. Czarne drzewa stały nieruchome. Miały zaostrzone gałęzie i rozczapierzone korony. Musiała być późna jesień lub zima. Nigdzie nie było śniegu. Wśród tych drzew zobaczyłem gniazda wyrzutni rakietowych. To znaczy zdałem sobie sprawę, że są tam wyrzutnie rakiet, mimo że były słabo widoczne. Pojawiły się pociski wznoszące się łukiem w górę, daleko ode mnie. Przeciw nim wystartowały pociski z przeciwnej strony. Krzyżowały się, zderzały i eksplodowały, rozpadały się na kuliste szczątki. Nie słyszałem huku, ani eksplozji. Zupełnie jakby ktoś wyłączył dźwięk. Ta wojna dopiero nadejdzie w przyszłości.

Chciałem być w Warszawie, ale pokazał się chyba Kraków. Do końca nie wiedziałem. Może to były Kielce, albo Radom. Gotyckie wnętrze kościoła. Sarkofag jakiegoś dostojnika. Zaczęła się moja udręka. Nie mogłem niczego dotknąć. Zdałem sobie z tego sprawę, że nie mogę dotknąć żadnej rzeczy, przedmiotu, muru. Nie mogłem nawiązać żadnego kontaktu fizycznego z materialnym światem. Jeśli byłem już bardzo blisko murów, jakiejś kolumny, jakiejś wieży, wtedy unosiłem się nad nimi i mijałem je, pozostawiając w tyle.

Ciągle pragnąłem być w Warszawie. Wiedziałem, że lecę do niej od strony Pragi. Tuż obok jadącego przez most pociągu, zaglądałem w okna, widziałem pasażerów. Byli blisko mnie, ale nie mogłem ich dotknąć. Znalazłem się w pustym przedziale i z jego okna patrzyłem na Wisłę, która wyszła z brzegów i zalewała most. Chciałem kogoś o tym powiadomić, wyszedłem na korytarz, ale tam nie było nikogo. Mijaliśmy jakieś domy, w ich oknach pokazało się miękkie i kuszące światło sielanki. W uszach huczał mi sygnał, że muszę powiadomić kogoś o przeraźliwej powodzi. Zacząłem krzyczeć, ale nikt nie odpowiadał. Pociąg okazał się pusty.

Znalazłem się na Krakowskim Przedmieściu i szedłem w stronę kościoła św. Anny. Naprzeciw mnie pokazali się jacyś ludzie, którzy dawali mi znaki, abym się zatrzymał. Rozpoznałem ich twarze. Byli to moi znajomi, których uważałem za przyjaciół. Zatrzymałem się, a oni szli wprost na mnie: ich usta wydłużyły się, wargi napęczniały. Kiedy zrównali się ze mną, zobaczyłem, że zamiast ust mieli świńskie ryje. Otoczyli mnie i obwąchiwali nimi, głośno chrząkając.

I znowu uniosłem się. Warszawa zniknęła, pode mną była ta sama gliniasta droga, od której rozpocząłem podróż. Byłem zupełnie sam. Czułem zapach fiołków. Wiedziałem, że z nikim nie nawiążę kontaktu, nikomu nie uścisnę ręki, a moje słowa są niesłyszalne. Wszystko co widziałem miało kształty kubistyczne.

Miałem też świadomość, że ktoś chce ze mną nawiązać kontakt Narastało przerażenie, że nie mogę odpowiedzieć. Słyszałem słowa wymawiane po polsku, ale nie rozumiałem ich znaczenia. Wsłuchiwałem się w znajomy głos, ale nie wiedziałem, kto to mówi. Ten głos czegoś ode mnie chciał, domagał się, wibrował i zdawał się widoczny w powietrzu. Zobaczyłem książkę, na jej okładce były dwie skrzyżowane szpady.

Zaczęło się pokazywać światło, właściwie droga świetlna, która mnie wyprzedzała jak drogowskaz. Była ciągle przede mną i nie pozwala, abym się do niej zbliżył. Przenikałem przez mury jakichś domów, nie dotykając ich. Na mojej drodze pojawiło się drzewo, które uwięziło mnie w swoim pustym wnętrzu. Nie mogłem się wydostać. Bezskutecznie poszukiwałem obydwiema rękoma jakiegoś otworu, ale go nie było. Stoczyłem straszliwą walkę. Pień był wewnątrz gładki. Dłonie ślizgały się po idealnie wypolerowanym drewnie.

Usłyszałem swój krzyk. Stan też go usłyszał, bo powiedział: "Podaj mi rękę". Odnosiłem wrażenie, że nie mam ręki. Stan powiedział: "porusz nogą". To samo. Nie czułem nóg. Moje ciało było martwe i znajdowało się pode mną. Było mi zbyteczne jak kożuch w środku lata.

Paraliżowała mnie samotność. Chciałem się z niej wyrwać i nie mogłem. Znalazłem się na krawędzi dwóch rzeczywistości. Ciągle jeszcze była ta droga, ta nie osiągalna, blaknąca już poświata. Nie czułem swojego ciała, nie odczuwałem potrzeby powrotu.

Zaczęli się bać, że nie wrócę. Wylali na mnie dwa kubły wody. Było już zupełnie jasno, kiedy mnie obudzili. Czułem lekkość ciała i zawrót głowy.

Wracaliśmy do miasta i Stan ciągle mnie pytał, co widziałem. Powtarzałem mu kilkakrotnie moje przeżycia, a on znowu pytał, aż poczułem przeraźliwy ból głowy. Nie miałem siły odpowiadać.
Zaproponował, abyśmy coś zjedli i pojechaliśmy do jakiejś tawerny, gdzie można było dostać kurczaka z rożna. Niczego nie mogłem tknąć, po suficie maszerował wielki, latający karaluch, ściągał na mnie swój wzrok i słyszałem jego śmiech. Zatkałem uszy.

Poszedłem spać. Obudziłem się w południe i przesunąłem ręką po czole. Okazało się, że wyszły mi na wierzch żyły, grube jak lina, którą potem Stan przywiąże mnie do krzyża. Teraz wytyka mi mój błąd mówiąc, że walczyłem z ayahuascą, a powinienem był się jej poddać. Wyczerpałem całą swoją energię, i nie mogłem osiągnąć celu, to znaczy zobaczyć przyszłości. Sam wiem, że walczyłem z ayahuascą, i wiedziałem, że przegram, musiałem przegrać, ale bałem się utracić świadomość. Powodował mną straszny lęk przed utratą świadomości.

Świadomość pośmiertnej samotności prześladuje mnie ciągle, jakbym zapomniał, że wejdą ze mną w kontakt białe robale.

"Dalem sie ukrzyzowac Stanowi Tyminskiemu"
Autor: Roman Samsel
Książka została wydana przez Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 1992
Rzeczony tekst znajduje sie na stronach: 17-32.
Tekst podesłał kapelutek
thx

Oceń treść:

0
Brak głosów

Komentarze

.chudy. (niezweryfikowany)

ciekawy opis, ale gościowi to musiał się zryć beret po tym przeżyciu.

OOBEk (niezweryfikowany)

ciekawy opis, ale gościowi to musiał się zryć beret po tym przeżyciu.

Armageddon (niezweryfikowany)

ciekawy opis, ale gościowi to musiał się zryć beret po tym przeżyciu.

obe-o-bibok (niezweryfikowany)

ciekawy opis, ale gościowi to musiał się zryć beret po tym przeżyciu.

Pomruk (niezweryfikowany)

Tyminski... to chyba ten "dziwak", co na poczatku lat 90. uganial sie za stolkiem premiera czy prezydenta, psujac krew wszystkim solidarnosciowcom... ciekawe jakie glosil wowczas poglady?

kapelutek (niezweryfikowany)

Tyminski... to chyba ten "dziwak", co na poczatku lat 90. uganial sie za stolkiem premiera czy prezydenta, psujac krew wszystkim solidarnosciowcom... ciekawe jakie glosil wowczas poglady?

d (niezweryfikowany)

Szkoda, że nie wygrał tych wyborów... na pewno uśwadiomił by Polskę i zalegalizował marihiane :p

prosiak44 (niezweryfikowany)

Stan jesteś wielkim człowiekiem.Ze świecą w ręku szukać drugiego takiego gościa.Tak szczerze to ja już wielu rzeczy wiele razy próbowałem.Teraz jestem na etapie Salvi divinorum i podróży po innych wymiarach.Ayahuasca jest jedynym środkiem,którego się boję.Bo wiem,że walka z salvią trwa kilka minut,a z tą to długie godziny.Pewnie ulgą jest poddanie się ayahuasce tak jak i poddanie się salvi czyni tripy budującymi a nie męczącymi.W każdym razie pozdrawiam wszystkich fazolotków:)

jamajkapl (niezweryfikowany)
wraz z moim chlopakiem rowniez pilismy napoj bogow jakin jest ayahusca (i to nie raz). wspominam te dni... dziwie sie ludziom , ktorzy potrafia opisac ten stan slowami... kiesy mnie ludzie pytali sie jak bylo, nie potrafilam przekazac tego wszystkiego za pomoca slow... powiem tak: bylo mmagiiicznie... bless