REKLAMA




Nedelmann: Doczekam legalnej marihuany

O tym, skąd wzięła się narkotykowa prohibicja i dlaczego trzeba z nią skończyć, opowiada Ethan Nedelmann, założyciel i prezes Drug Policy Alliance, największej amerykańskiej organizacji zabiegającej o reformę polityki narkotykowej.

Tagi

Źródło

„Przekrój” 43/2009

Odsłony

1808

O tym, skąd wzięła się narkotykowa prohibicja i dlaczego trzeba z nią skończyć, opowiada Ethan Nedelmann, założyciel i prezes Drug Policy Alliance, największej amerykańskiej organizacji zabiegającej o reformę polityki narkotykowej.

Zgadza się pan, że narkotyki są złe?

– Same w sobie nie są ani złe, ani dobre. Alkohol – legalny narkotyk – ma walory smakowe, w umiarkowanych ilościach przynosi odprężenie, może nawet mieć korzystny wpływ na zdrowie. Ale są ludzie, którzy niszczą siebie, swoje rodziny i robią straszne rzeczy pod jego wpływem. To samo tyczy się wszystkich narkotyków. Przede wszystkim trzeba zaakceptować, że narkotyki – te legalne i nielegalne – są globalnie pożądanym produktem. Jak kawa. Gdy brazylijskie plantacje wytnie mróz, świat nie wypije przecież mniej kawy, tylko więcej jej sprzedadzą producenci z Sumatry czy Kenii. To samo tyczy się narkotyków – zlikwidujesz produkcję w jednym miejscu, wyskoczy gdzie indziej.

Ten – jak pan mówi – „globalnie pożądany produkt”, z wyłączeniem alkoholu i tytoniu, objęty jest międzynarodową prohibicją umocnioną kilkoma konwencjami ONZ. Uderzająca jest konsekwencja świata w braku zgody na zalegalizowanie pewnych substancji. Z czego ona wynika?

– Największą siłą sprawczą globalizacji reżimu prohibicyjnego był rząd Stanów Zjednoczonych. Do końca XIX wieku większość nielegalnych dziś narkotyków – opium, heroina, kokaina, konopie – była legalna. Delegalizacja nie wzięła się z badań niezależnych komisji naukowo--medycznych, które by orzekły: tytoń i alkohol są mniej niebezpieczne, a reszta bardziej. To wszystko były decyzje polityczne, a chodziło o to, kto zażywa narkotyki. Do lat 70. XIX wieku głównym konsumentem opiatów były białe kobiety w średnim wieku. Nie mieliśmy aspiryny czy penicyliny, warunki sanitarne były złe, ludzie chorowali. Opium było więc panaceum na wszystkie bolączki, a szczególnie chętnie sięgały po nie kobiety, które przechodziły menopauzę, miewały migreny, depresję i tak dalej. Nikomu nie przeszło przez myśl, żeby wtedy opium zdelegalizować. Ale potem przyjechali Chińczycy, którzy pracowali przy budowie kolei, w kopalniach i przywieźli tradycję palenia opium – wracali do domu i palili fajkę opium, tak jak robili to w swojej ojczyźnie. Biali ludzie bali się też, że żółci zwabią białe kobiety do swoich opiumowych melin.

Czysta ksenofobia?

– Oczywiście. Pierwsze prawa antyopiumowe wprowadzone w Kalifornii i Newadzie w latach 70. XIX wieku skierowane były przeciw Chińczykom. Pierwsze prawa antykokainowe z początku poprzedniego stulecia pojawiły się na Południu i wymierzone były przeciw czarnym pracującym w portach. Pierwsze zakazy dotyczące marihuany to południowy zachód USA i cios w Meksykanów. Ten sam schemat – przyjeżdżają, zabierają pracę dobrym białym ludziom, a w domu palą te dziwnie pachnące papierosy. Podobny mechanizm działał w Wielkiej Brytanii czy w Australii.

Jak funkcjonował rynek przed prohibicją? Kto dostarczał narkotyki, kto na tym zarabiał?

– Różnie to wyglądało. Opium można było kupić w aptece albo w sklepiku na rogu. Produkowano je na miejscu w USA. Marihuanę uprawiało się samemu, przecież to zwykły chwast. Kokaina przypływała do portów z kupcami z Ameryki Południowej. Poza tym narkotyki zawierało wiele legalnych produktów, jak coca-cola, która przecież swoją nazwę wzięła od kokainy. Wiele leków było mieszankami opiatów i kokainy. Niektóre z nich były szkodliwe, inne nie. Ale choć przed prohibicją większy procent populacji niż dziś zażywał narkotyki, to delegalizacja dramatycznie zwiększyła negatywne konsekwencje ich zażywania.

Minęło sto lat od pierwszej międzynarodowej konferencji antyopiumowej w Szanghaju. Czy można wrócić do czasów sprzed prohibicji?

– Nie. Jesteśmy w całkiem nowej sytuacji. Dlatego nie apelujmy o wolny rynek narkotyków. Wnioskujemy o politykę kontroli i pełną regulację. Ludzie popełniają błąd, myśląc, że prohibicja jest ostateczną formą regulacji. Jest na odwrót. Przedmiot prohibicji wymyka się spod kontroli państwa i przechodzi w gestię przestępców. Jest kompletnie nieuregulowany. Nie da się ustalać norm – komu wolno, komu nie wolno, jak sprzedawać, w jakich ilościach i jakich standardów jakości się trzymać. My nie mówimy: uwolnić narkotyki! Mówimy: podatek, regulacja, kontrola, edukacja. Przecież to jest model, który dobrze funkcjonuje w przypadku wielu produktów i dziedzin życia społecznego. Papierosy są w gestii rządów i Światowej Organizacji Zdrowia. Mamy międzynarodową konwencję antytytoniową – ale nie prohibicyjną, tylko regulacyjną. Tytoń jest zagadnieniem zdrowia publicznego, a nie kryminalnym. Ten model sprawdziłby się w przypadku innych narkotyków.

Odejście od prohibicji musi być globalne. Jeśli część świata pozostanie nieuregulowana, dalej będzie szmugiel, kartele na tym zarabiające i zbrodnia z tym związana.

– Ani globalnie, ani w żadnym pojedynczym kraju nie jest możliwe automatyczne przejście z prohibicji do pełnej regulacji. To będzie powolny proces. Ewolucja. To jest wizja innego radzenia sobie z narkotykami w społeczeństwie, gdzie działanie systemu karnego jest zredukowane do minimum, ale organy ścigania nadal mają swoją rolę. Świat, w którym uzależnienie jest kwestią medyczną, a nie kryminalną, a ludzie, którzy zażywają narkotyki, nie robiąc nikomu krzywdy, nie są przedmiotem zainteresowania władzy. To jednak wizja wielopokoleniowa. Żyjemy w pierwszym pokoleniu rodzącego się globalnego ruchu na rzecz zakończenia obecnego systemu polityki narkotykowej.

Ale już dziś mówicie: skończmy wojnę z narkotykami. Dopóki wasza wizja się nie ziści, Meksyk ma pozwolić kartelom przejąć kontrolę nad państwem, a Kolumbia odpuścić utrzymującej się z kokainy FARC?

– Potrzebna jest pragmatyczna strategia. Popatrzmy na miasta: w każdym jest prostytucja i są narkotyki. Można sobie z tym radzić na wiele sposobów. Można robić ciągłe naloty – alfonsi i dilerzy rozpierzchną się po całym mieście, zostaną zepchnięci do głębokiego podziemia, co spotęguje przemoc z tym związaną. Ciut lepszą strategią jest dzielnica czerwonych świateł – zamykamy pewne zjawiska w jednym punkcie, staramy się je kontrolować, na ile się da. Ale można też przymknąć oko i pozwolić na działanie agencji towarzyskich czy drobnych dilerów. W Nowym Jorku są dziesiątki marihuanowych agencyjek. Drukują nawet wizytówki. Tak jak możesz zamówić sobie panią lub pana do towarzystwa, tak samo dzwonisz do nich i przywożą ci trawkę pod drzwi. Miasto o tym wie, numery są w gazetach. Te agencje nie mają interesu się rozrastać, bo wiedzą, że wtedy policja się do nich dobierze. Mają skromny pakiet klientów, nie ma wojen gangów, nikomu nie dzieje się krzywda. W ten sposób do pewnego stopnia stabilizuje się sytuację.
W Meksyku potęga karteli nie jest nowa. Od 40 lat w niektórych miastach nie zostaniesz burmistrzem bez pobratania się z gangsterami. Błąd prezydenta Felipe Calderóna polega na tym, że strzela się wszędzie ze wszystkimi, zamiast strategicznie zabrać się do najpotężniejszych karteli i wykorzystać animozje między nimi. Efekt będzie taki, że PRD [Partia Rewolucji Demokratycznej – przyp. red.] wróci do władzy – już odzyskali Kongres – i odnowi porozumienie z mafią. Wojna ucichnie, każdy dostanie swoją kasę i interes dalej będzie się kręcił.

Tylko jakieś 20 tysięcy trupów później.

– Właśnie. Afganistan dostarcza dziś na światowe rynki 90 procent heroiny. Wyobraźmy sobie, że przez masowe kampanie oprysków eliminujemy całkowicie tamtejsze uprawy maku. Co się dzieje? Świat przestaje brać heroinę? Nie. Mamy powrót upraw w Birmie, w Pakistanie czy Kolumbii. Tak jak z kawą. Pytanie – co robić? Moja odpowiedź: niech Afganistan będzie światową dzielnicą czerwonych świateł dla heroiny.

Ale ta heroina finansuje talibów!

– Pamiętajmy: pragmatyczna strategia. Wyeliminowaliśmy problem heroiny we wschodniej Azji i Pakistanie. Akceptujemy, że Afganistan będzie jedynym wielkim producentem opiatów. Co dalej? Kombinujemy, jak odebrać interes talibom i skierować go w ręce innych ludzi – może złych i skorumpowanych – ale takich, z którymi da się pracować. To cyniczna polityka, ale jedyną alternatywą jest uciskanie chłopów i popychanie ich w objęcia talibów. Richard Holbrooke, od niedawna wysłannik USA do Afganistanu i Pakistanu, ogłosił, że NATO skupi się na największych przemytnikach i nie będzie nękać plantatorów.

Czyli chce realizować pragmatyczną strategię?

– Do pewnego stopnia. Jaki jest interes NATO w Afganistanie? Pokój, stabilizacja, zneutralizowanie Al-Kaidy. Dziś 50 procent tamtejszego PKB to biznes heroinowy. Jak to zlikwidujemy, miliony ludzi pogrążą się w jeszcze większej nędzy. To nie przyniesie stabilizacji. Dopóki mamy prohibicję, potrzebne są polityczne strategie redukcji szkód z nią związanych. Początki takiego myślenia widać w Afganistanie, ale też w Kolumbii, gdzie prezydent Álvaro Uribe skupia się na eliminowaniu największych przemytników związanych z FARC, ale z innymi po cichu współpracuje. W Boliwii Evo Morales pozwala drobnym farmerom uprawiać kokę na kilku hektarach. Uprawiasz za dużo – jesteś ścigany. To eliminuje wielkich producentów.

Tylko że duża część towaru zostaje przejęta przez międzynarodowe syndykaty i idzie dalej w świat.

– Z perspektywy boliwijskiej to jest pragmatyczna polityka. Morales nie ma u siebie problemów z kartelami, nie mają siły politycznej jak w Kolumbii czy Meksyku, nie zagrażają stabilności państwa. Krytycy Boliwii w USA grzeszą hipokryzją, bo my realizujemy dokładnie tę samą strategię. Skąd pochodzi wspomniana marihuana na telefon w Nowym Jorku czy w innych miastach? To amerykański produkt od setek drobniutkich plantatorów. Dopóki uprawy są małe, państwo przymyka oko. Oczywiście zgodnie ze słowami noblisty Thomasa Schellinga – że przestępczość zorganizowana polega na okradaniu niezorganizowanych przestępców – nad wszystkim stoi mafia. Drobny diler lub producent odpala miesięczny haracz i ma względny spokój. I tu wracamy do naszej wielopokoleniowej wizji: zamiast mafii postawmy nad tym państwo. Podatek, regulacja, kontrola, edukacja.

Na jakim etapie jest dziś globalny ruch na rzecz reformy polityki narkotykowej?

– Tam, gdzie ruch na rzecz abolicji niewolnictwa był w 1820 roku, emancypacja kobiet na przełomie XIX i XX wieku, a ruch gejowski w późnych latach 60. Czyli coś zaczyna się dziać. Ludzie o zdroworozsądkowym podejściu do świata i duża część elity intelektualnej już rozumieją, że właśnie tędy droga. Po naszej stronie są argumenty ekonomiczne: prohibicja kosztuje miliardy. Ale strach i uprzedzenia ciągle są wielkie. Obrońcy status quo zawsze grają na ludzkim strachu o „nasze kobiety i dzieci”: „Czarni posiądą nasze białe kobiety, jeśli pozwolimy, by byli nam równi”, „Jak damy prawa homoseksualistom, zdeprawują nasze dzieci”. Z narkotykami jest tak samo.

Ale jest postęp?

– Tak, poparcie dla legalizacji konopi wyraża dziś 40 procent Amerykanów, a wśród ludzi przed trzydziestką – grubo ponad połowa. O potrzebie debaty nad polityką narkotykową mówi republikański gubernator Kalifornii Arnold Schwarzenegger. Obama zmienił kierunek w polityce międzynarodowej – jest poparcie USA dla redukcji szkód. Myślę, że doczekam legalnej marihuany. Pozostałą robotę wykonają następne pokolenia.

rozmawiał Maciej Jarkowiec


* - Doktor Ethan Nedelmann, ur. 1957 w Nowym Jorku. Absolwent Harvardu i London School of Economics. Założyciel i prezes Drug Policy Alliance, największej amerykańskiej organizacji zabiegającej o reformę polityki narkotykowej

Oceń treść:

Brak głosów
randomness