Narkotyki dzieci kupują na przerwie szkolnej. Ekspert: w Polsce hitem jest jedna substancja

Żeby sądzić, że młodzież nie będzie czuła pokusy sięgnięcia po narkotyki, trzeba być fantastą. Eksperci, którzy o to apelują i straszą dzieciaki konsekwencjami, są całkowicie oderwani od specyfiki środowiska nastolatków. Środowisko to cechuje się ogromną presją społeczną i chęcią przynależności do grupy. W imię tego młodzież jest w stanie zrobić naprawdę wiele — mówi Boguś Janiszewski, edukator dzieci i młodzieży, autor skierowanej do nich "Książki o narkotykach", w których uświadamia, jakie są konsekwencje zażywania substancji psychoaktywnych. W rozmowie z Medonetem mówi, co "biorą" dzieci w Polsce i co wiedzą, a właściwie czego nie wiedzą o narkotykach.

Tagi

Źródło

medonet.pl / PAULINA WÓJTOWICZ

Komentarz [H]yperreala

Tekst stanowi przedruk z podanego źródła - pozdrawiamy serdecznie! Wszystkich czytelników materiałów udostępnianych na naszym portalu serdecznie i każdorazowo zachęcamy do wyciągnięcia w ich kwestii własnych wniosków i samodzielnej oceny wiarygodności przytaczanych faktów oraz zawartych tez.

Odsłony

1679

— Żeby sądzić, że młodzież nie będzie czuła pokusy sięgnięcia po narkotyki, trzeba być fantastą. Eksperci, którzy o to apelują i straszą dzieciaki konsekwencjami, są całkowicie oderwani od specyfiki środowiska nastolatków. Środowisko to cechuje się ogromną presją społeczną i chęcią przynależności do grupy. W imię tego młodzież jest w stanie zrobić naprawdę wiele — mówi Boguś Janiszewski, edukator dzieci i młodzieży, autor skierowanej do nich "Książki o narkotykach", w których uświadamia, jakie są konsekwencje zażywania substancji psychoaktywnych. W rozmowie z Medonetem mówi, co "biorą" dzieci w Polsce i co wiedzą, a właściwie czego nie wiedzą o narkotykach.

Tekst opiera się na osobistych doświadczeniach Bogusława Janiszewskiego oraz dr. Eryka Matuszkiewicza i zawiera ich prywatne opinie.

Paulina Wójtowicz, Medonet.pl: Co "biorą" polskie dzieci?

Boguś Janiszewski: Odpowiadając na to pytanie, możemy opierać się na rozmowach z nastolatkami, z lekarzami i terapeutami, ale też sięgnąć po oficjalne dane. Unia Europejska bardzo szczegółowo bada rynek narkotykowy i z ostatniego jej raportu wynika pewne przesłanie. Składa się ono z trzech wymownych słów: wszyscy, wszystko, wszędzie. Myślę, że nie wymaga to komentarza.

Najpopularniejszą substancją odurzającą — w Europie, ale też w Polsce — jest THC z marihuany, ale coraz mocniej na rynek wchodzą też substancje nienaturalne, wyprodukowane w laboratoriach. Młodzieżowym hitem ostatniego czasu jest mefedron. Ostatnio na Pomorzu zlikwidowano fabrykę klefedronu, czyli pochodnej amfetaminy, w której zgromadzono takie ilości, że można by z nich wyprodukować kilkanaście milionów dawek. To pokazuje skalę zjawiska.

Na Zachodzie ogromną popularnością cieszą się leki, takie jak opioidy, w tym siejący spustoszenie fentanyl. Jak wygląda sytuacja w Polsce?

Substancje częściowo legalne, czyli leki, cieszą się dużą popularnością. Królują leki uspokajające, służące redukowaniu napięcia, choćby benzodiazepiny. Fentanyl u nas jest dostępny właściwie tylko w szpitalach, ale i tak pojawia się na czarnym rynku. Część dawek jest wynoszona z placówek medycznych, część przyjeżdża z zagranicy, głównie z Indii i Chin. Dzieciom to nie robi różnicy, chcą eksperymentować.

Skąd w ogóle wiedzą, jak te substancje dostać?

Leki podbierają często rodzicom, którzy zażywają je z zalecenia lekarza. Inne substancje zdobywają w bardzo różny sposób. Nie chcę podsuwać pomysłów, więc powiem tylko tyle, że możliwości są ogromne. Każdy zna kogoś, kto zna kogoś i tak dalej. Łatwość w dostępie do substancji psychoaktywnych najlepiej obrazuje fakt, że dziś młodzież nawet nie musi wychodzić z domu czy szkoły — narkotyki dostaje pod drzwi albo za rogiem placówki, podczas przerwy międzylekcyjnej. Zamawia je podobnie jak pizzę.

Szkoła jest w ogóle idealnym miejscem sprzedaży narkotyków. Dzieciaki są wciągane w rolę dilerów, a że substancje wyglądają dziś bardzo niepozornie — są to małe tabletki lub malutkie saszetki z proszkiem — nie trzeba ich nawet za bardzo chować, a w razie czego można się ich łatwo pozbyć.

W jakim wieku dochodzi dziś do pierwszego kontaktu dzieci z narkotykami?

Odpowiem inaczej. Pierwszym przejawem naszej troski powinien być kontakt dzieci z nikotyną, bo to często pierwszy krok do zainteresowania się narkotykami. Dziś, za sprawą popularności e-papierosów, szczególnie tych jednorazowych, dochodzi do niego jeszcze wcześniej niż kiedyś, bo już ok. 13. roku życia. Z oficjalnych danych wynika, że aż 66 proc. osób w wieku 15-18 lat sięga po e-papierosy. Kontakt z nimi jest pierwszym momentem, kiedy młody człowiek widzi, że za pomocą jakiejś substancji może zmienić świadomość, poczuć się inaczej. Stąd już krótka droga choćby do marihuany czy mefedronu, które są niewiele droższe niż e-papieros. Takim punktem wyjścia jest też często alkohol, nawet "niewinne" piwo smakowe.

Coraz częściej zdarza się, że interwencji medycznej potrzebują już 13— i 14-latkowie. Dla większości jest to pierwszy lub jeden z pierwszych kontaktów z narkotykami. Ich organizm zareagował mocniej, niż się spodziewali, bywają przestraszeni, szukają pomocy. Do szpitala trafiają jednak także osoby uzależnione, które regularnie przyjmują substancje odurzające. U nich takiej refleksji, że może już wystarczy, że to niebezpieczne, nie ma. Jest raczej myśl: w sumie nic takiego się nie stało, wychodzę ze szpitala o własnych siłach, daję radę, a skoro tak, to wezmę kolejny raz.

Prowadzi pan zajęcia edukacyjne, których częścią jest test wiedzy o narkotykach. Co młodzież wie o tym, co zażywa?

Bardzo mało. Nie wiedzą, że są substancje, które działają szybko i krótko, ale też takie, których działanie utrzymuje się w organizmie godzinami. Gdy rozmawiamy, są zaskoczeni, że np. tzw. trip po psychodelikach może trwać kilkanaście godzin. Myślą, że mogą sobie je zażyć podczas przerwy między lekcjami i nikt się nie zorientuje. Nie zdają sobie też sprawy, że każda forma podania narkotyku wywołuje inny efekt i że reakcja organizmu bywa opóźniona. Zdarza się, że niepokoją się, gdy kumpel, który pali trawkę, odprężył się już po 20 minutach, a oni po zjedzeniu ciastka z marihuaną czekają godzinę i nic. Myślą, że wzięli za mało albo że nie działa i biorą kolejną dawkę. Nietrudno zgadnąć, co dzieje się, gdy substancja skumuluje się we krwi.

Poza tym często pytają o testy narkotykowe. Są zdziwieni, gdy mówię, że jeśli ktoś pali marihuanę codziennie, to taki test wykaże obecność THC w organizmie nawet do miesiąca po ostatnim kontakcie z narkotykiem. Nie znają też konsekwencji zażywania i rozprowadzania substancji psychoaktywnych. Nie zdają sobie sprawy, że mogą być zatrzymani w parku przez patrol policji po cywilnemu i poproszeni o okazanie zawartości kieszeni. Nie rozumieją, jakie są skutki poczęstowania skrętem młodszego kolegi, gdy oni sami są już pełnoletni.

Żyją w wirtualnej rzeczywistości, gdzie można znaleźć odpowiedź na każde pytanie. Nie szukają jej tam?

Kto dociekliwy, ten szuka, ale nie zawsze zadają właściwe pytania albo informacje, które znajdują, nie są rzetelne. W Internecie jest przecież wszystko.

Spotyka się pan też z rodzicami. U nich z tą wiedzą o skutkach zażywania narkotyków jest lepiej?

Niestety nie. Im także na początku spotkań proponuję "kartkówkę", by zorientować się, co wiedzą. Większość z nich tego testu nie zdaje, nie odpowiada poprawnie nawet na połowę pytań. A one naprawdę nie są szczególnie wymyślne, odpowiedzi na nie są bardzo łatwo dostępne.

Jedno z pytań dotyczy np. substancji, którą większość z nas zażywa na co dzień, czyli kofeiny: jaka jej dawka jest śmiertelna. Czy to jest łyżeczka, łyżka, pół kilograma, a może kofeina w ogóle nie jest tak groźna? Większość z nas nie wie, że zażycie już jednej łyżeczki kofeiny w postaci białego proszku odpowiada wypiciu stu kaw i nasze serce tego nie wytrzyma. Taką czystą kofeinę nasze dzieci mogą całkiem legalnie zamówić w internecie.

Rodzice są też zszokowani odpowiedzią na pytanie, ile kosztuje obecnie na czarnym rynku dawka mefedronu. Średnia cena to dziś 20-25 zł, co jest w zasięgu większości dzieci. Podobnie jest z marihuaną. W ubiegłym roku marihuany leczniczej, na receptę, sprzedano 4,5 tony. Można z niej zrobić ok. 10 mln skrętów. Ile jest używanych w celach terapeutycznych? Raczej nie tyle.

W swojej "Książce o narkotykach", która jest skierowanym do młodzieży (nie)poradnikiem na temat substancji psychoaktywnych, radzi pan, jak zażywać je rozsądnie. Dlaczego nie w ogóle?

Bo żeby sądzić, że młodzież nie będzie czuła pokusy sięgnięcia po narkotyki, trzeba być fantastą. Eksperci, którzy o to apelują i straszą dzieciaki konsekwencjami, są całkowicie oderwani od specyfiki środowiska nastolatków. Środowisko to cechuje się ogromną presją społeczną i chęcią przynależności do grupy. W imię tego młodzież jest w stanie zrobić naprawdę wiele.

Oczywiście najlepiej by było, żeby ten kontakt nigdy nie miał miejsca, ale jeśli już do niego dojdzie, to chcemy, by dzieci zachowały przy tym minimum zdrowego rozsądku.

Co to znaczy "minimum zdrowego rozsądku"?

To znaczy być trochę cwaniakiem i brać tylko te rzeczy, które już wypróbowali inni. Pod żadnym pozorem nie dać namówić się na to, by — kolokwialnie mówiąc — dać sobie w żyłę, nie nosić ze sobą żadnych substancji, nie trzymać ich w domu, nie kupować nic z nieznanego źródła. Nie przyjmować niczego, co jest nieznane i nowe. I na takie zachowania powinniśmy bezwzględnie zakontraktować się z naszym dzieckiem.

Brzmi jak redukcja szkód.

W takim duchu właśnie jest napisana ta książka.

No tak, ale pewnie nie każdy młody człowiek ją przeczyta. Skąd zatem dowie się, jak te szkody zredukować? Rodzice? Szkoła?

W idealnym świecie to są rzeczywiście najważniejsze "instancje" i pierwsze źródła wiedzy dla dzieci. W rzeczywistości wiemy, jak jest: szkoły uważają, że narkotyki są, ale w placówce obok, a rodzice albo nie mają wystarczającej wiedzy i świadomości, albo nie wiedzą, jak o tym z dziećmi rozmawiać.

Boją się, że gdy zainicjują taką rozmowę, a dziecko nigdy nie miało kontaktu z narkotykami, sięgnie po nie. Rozbudzą jego ciekawość.

To częsta obawa, ale zamiatanie problemu pod dywan to proszenie się o kłopoty. Warto podjąć temat, zanim trzeba będzie interweniować. Z moich rozmów z terapeutami uzależnień wynika, że rodzice w obliczu podejrzenia czy wręcz faktu, że dzieciak coś bierze, bywają tak przerażeni, że udają, iż nie widzą, oczekując, że problem jakoś sam przejdzie. Są bezradni, nie wiedzą, jak zareagować, jak przeprowadzić z dzieckiem rozmowę, czego od niego wymagać. To jest ogromne wyzwanie i tutaj nie ma szkoły, która by tego aspektu rodzicielstwa uczyła. Trzeba się z tym zmierzyć samodzielnie.

Rodzice niemal zawsze są głęboko zszokowani, nie dowierzają, że ich dziecko sięgnęło lub sięga regularnie po narkotyki. Często dowiadują się w momencie, gdy potrzebuje pomocy medycznej. Jadą do szpitala, bo ktoś znalazł to dziecko na ulicy — brudne, nieprzytomne, bez kontaktu — i przywiózł na izbę przyjęć. Czasami przyjeżdżają z nim sami, bo wróciło z imprezy i jest "jakieś dziwne", ciężko się z nim porozumieć i ten stan nie mija następnego dnia, pojawiają się dolegliwości typu przyspieszone bicie serca, brak koncentracji itd. To ich niepokoi, ale i tak nie zawsze wiedzą, co jest przyczyną.

Co powinno więc zwrócić uwagę rodziców? Co jest czerwoną flagą, że temat narkotyków w ich domu się pojawił?

Ja bym właśnie nie szukał tych czerwonych flag, tylko zainicjował temat, zanim rozpęta się burza. Wprowadziłbym kwestię substancji psychoaktywnych do rozmów, ale nie na zasadzie: "dziecko, nie wolno, zabraniam, spróbuj tylko, a pożałujesz", tylko neutralnie, nawiązując do sceny w serialu czy filmie, fragmentu programu telewizyjnego, wzmianki w mediach, książki — każdy pretekst jest dobry. Chodzi o to, by dziecko wiedziało, że w sytuacji kryzysowej będzie mogło nam zaufać. Żeby nie bało się awantury i szlabanów, tylko przyszło po pomoc tam, gdzie powinno ją uzyskać.

Nie dalej, jak wczoraj rozmawiałem ze znajomą psycholożką, która opowiadała mi przejmującą historię piętnastolatka, który uzależnił się od alkoholu. Rodzice nic nie wiedzieli, a on bardzo chciał, by się dowiedzieli. Przez dwa tygodnie pracował z psycholożką nad tym, jak przeprowadzić tę pierwszą rozmowę. W pewnym momencie ona zapytała go: czego ty właściwie od nich oczekujesz? Odparł, że tego, by go w tym pierwszym momencie po prostu przytulili. A potem zastanowili się, co mogą wspólnie z tym zrobić, jak mu pomóc. Tylko tyle i aż tyle.

Musimy sobie uświadomić, że dokonała się zmiana pokoleniowa i obyczajowa. Narkomania nie dotyczy już tylko osób pełnoletnich, ale także dzieci. Nie uciekniemy od tego problemu, musimy stawić mu czoła. Dziś nie sprawdza się już metoda straszenia, zakazów i nakazów. Młodzi chcą, by z nimi rozmawiać, tłumaczyć, odpowiadać na pytania, ale też, by po prostu ich dostrzec, być obok.

Jako dorośli jesteśmy odpowiedzialni za nasze dzieci. Nie ignorujmy sygnałów, pytajmy, drążmy. Nie rozmawiajmy z dzieckiem, gdy jest pod wpływem, poczekajmy, aż dojdzie do siebie. Nie róbmy awantur, nie rozmawiajmy na szybko, nie dajmy się rozproszyć czy zignorować. Wykażmy zrozumienie dla próbowania, ale postawmy też granice, co jesteśmy jako rodzice w stanie zaakceptować, co rozumiemy, a z czym będziemy mieli duży kłopot. Tu nie ma złotej recepty. Wszyscy rodzice wiedzą, jak złożonym procesem jest wychowanie, a to jest ważny kawałek tego procesu. A gdy sobie nie radzimy, nie ma niczego złego w sięganiu po pomoc specjalistów.

Oceń treść:

Average: 4.3 (3 votes)
Zajawki z NeuroGroove
  • Efedryna

Moja przygoda z Tussim zaczęła się wczoraj :) Wcześniej wyżerałam tylko Tramal, pozostawiony przez babcię w spadku :), ale Tramal się skończył i zmuszona zostałam do szukania innych tableteczek. Poczytałam sobie trochę waszych tekstów i postanowiłam następnego dnia wybrać się na spacer po aptekach, aby kupić Antidol i Tussipect. Niestety Antidolu nigdzie mi nie sprzedali ("lek z kodeiną bez recepty Pani chciała?"), no więc kupiłam 3 opakowania Tussiego. Jedno dla mnie, pozostałe 2 dla dwóch kumpeli.

  • Amfetamina
  • DXM
  • Ketony
  • Kodeina
  • Lorazepam
  • Oksykodon
  • Uzależnienie

Jestem w abstynencji od narkotyków, odstawiłem psychotropy i jestem szczęśliwszy. Trzeźwość nie jest taka szara, jak może się wydawać osobie, która jest na ciągu ponad rocznym, jak to było ostatnio u mnie. Oczywiście jest od groma objawów abstynencyjnych jak bezsenność, nudności, bóle głowy, zawroty głowy, szumienie w głowie, drżenia, ale to też przez to, że nie przyjmuję leków psychotropowych, które łagodziły bardzo te wszystkie negatywne czynniki odstawienne. Postanowiłem po prostu, że nie będę brał niczego psychoaktywnego, nieważne czy to lek na chorobę, czy to narkotyk.

  • Kodeina
  • Pozytywne przeżycie

Park następnie moje mieszkanie

 

Dawka: 300 mg kodeiny (dwie paczki Thiocodinu) + sok z białego grapefruta

Doświadczenie: Marihuana, DXM, Kodeina, Alkohol, Alprazolam, Lorazepam

 

  • Bad trip
  • Inne

W swoim domu, przyjaźnie, lekko spięty bo w domu była rodzina

Jest to mój pierwszy TR więc proszę o wyrozumiałość. Wszystko było miesiąc temu więc nie mogę pamiętać wszystkich szczegółów.

 

Dzień jak co dzień, tyle że dzisiaj do mnie przyszedł list z Niemiec a w nim znalazłem substancję opisaną na górze. Zamówiłem z Deep Webu kolejne "darmowe" probówki za które nie miałem zamiaru płacić. Szykowałem się na sylwestra z kolegami więc zbierałem co tylko się da, a ze względu na to że ten środek jest tak popularny i tani wybór padł na to. Dzisiaj także miałem spróbować i zobaczyć efekty działania tego cuda.

 

randomness