REKLAMA




Mama Koka i synalek koks

Koka i kokaina. Dziś prawie nikt nie odróżnia tych nazw, chociaż mają ze sobą tyle wspólnego, co ciasto makowe z heroiną, winogrono ze spirytusem albo czysta kofeina wstrzykiwana dożylnie z poranną kawą i herbatą.

Tagi

Źródło

Pozdrowienia dla Sebastiana

Odsłony

2972

Koka i kokaina. Dziś prawie nikt nie odróżnia tych nazw, chociaż mają ze sobą tyle wspólnego, co ciasto makowe z heroiną, winogrono ze spirytusem albo czysta kofeina wstrzykiwana dożylnie z poranną kawą i herbatą. W 1901 r. lekarz William Mortimer ostrzegał w trakcie nagonki na kokainę, że przypomina ona liście koki mniej więcej tak, jak właściwości kwasu pruskiego (cyjanowodór, bardzo silna trucizna) występującego w pestkach brzoskwiń dają pojęcie o efekcie działania brzoskwini.

Gdy ostatnio w Peru członkowie Parlamentu żuli liście koki przed kamerami telewizyjnymi, chcieli w ten sposób zaprotestować przeciw planowanemu przez ONZ całkowitemu zakazowi uprawy tej rośliny i zwrócić uwagę świata, że międzynarodowa społeczność nie rozumie ich kultury ani roli koki w ich życiu.

Krasnodrzew pospolity (Erythroxylum coca) był i jest dla wielu narodów w Płd Ameryce zwykłym składnikiem pożywienia. Tubylcy na pytanie dlaczego żują kokę odpowiadają: „Jestem przecież Indianinem”. Mówi się o niej Mama Koka, Inkowie nazywali ją boskim liściem nieśmiertelności, w krajach Ameryki Płd jest wykorzystywana w trakcie obrzędów religijnych. Indianie zawsze żuli liście koki, aby uniknąć głodu i zimna; miała też zastosowanie jako afrodyzjak i słaby stymulant. Mieszkańcy Andów spożywają nawet 1-2 kg liści dziennie (czystej kokainy w tej ilości zieleniny jest raptem kilka dziesiątych grama), dostarczając organizmowi mnóstwa niezbędnych witamin i minerałów, zwłaszcza wapnia (do przybycia Europejczyków mleko i jego przetwory były nieznane i do dziś stanowią rzadkość). W 1974 r. w amerykańskim Departamencie Rolnictwa zbadano próbki liści i stwierdzono, że ilość kokainy jest w nich minimalna, za to wapnia wyższa niż w jakiejkolwiek badanej roślinie. Także poziomy wielu witamin były wyższe niż przeciętne.

Wkrótce świat powinien poznać świętą dla Indian roślinę z zupełnie innej strony – chodzi o to, by przedstawić ludziom liście koki na zdrowszy, tradycyjny, leczniczy sposób - bez skojarzeń z zachodnią kokainą i Coca Colą. Liście koki mogą być lekarstwem i pełnowartościowym pożywieniem – potwierdziły to liczne badania, m. in. na prestiżowym Uniwersytecie Harvarda. Ich rezultaty od dawna dowodzą, że istnieje mnóstwo pozytywnych efektów używania liści koki. Uczeni harwardzcy już w 1978 r. opisali ich działanie pod postacią herbaty i podobnych produktów jako pozbawione negatywnych skutków ubocznych, lekko stymulujące, przeciwdepresyjne i lokalnie znieczulające, poprawiające funkcje żołądka, mięśni i krtani, oraz użyteczne przy leczeniu cukrzycy i otyłości. Także dzisiaj naukowcy są przekonani, że liście mogą mieć wiele zastosowań w medycynie – chronią m. in. przed choroba wysokościową, cukrzycą, zawałem oraz zaburzeniami wieńcowymi i krzepliwości krwi.

Dla Indian koka to pożywienie i święte lekarstwo na wiele dolegliwości, a nie narkotyk. Przez tysiące lat roślina pozwalała przeżyć południowoamerykańskim góralom w trudnych warunkach (zwalcza chorobę wysokogórską, zwiększając zawartość tlenu we krwi). Dla wielu narodów liście koki to podstawa życia, zdrowia i kultury. Indianie mówią, że zabierając im tę roślinę, która w naturalnej postaci nigdy nikomu nie zaszkodziła, biały człowiek niszczy ich ducha. Czulibyśmy to samo, gdyby ktoś podbił Europę i zabronił uprawy winorośli czy ziemniaków - gdyż ma problem z wódką.

Starszyzna górali andyjskich snuje następującą opowieść dla młodych pokoleń, legendę o tym jak Indianie otrzymali w darze święte liście koki: „Bóg powiedział Andyjczykom: strzeżcie tych liści z wielką miłością oraz oddaniem, i jeśli poczujecie żądło bólu w sercu, głód w ciele lub mrok w umyśle weźcie je do ust i poczujcie ich esencję oraz łagodnego ducha, który jest częścią Mnie…Odnajdziecie miłość dla Waszego bólu, pokarm dla ciała i światło dla umysłu…Obserwujcie liście tańczące na wietrze, a znajdziecie odpowiedzi na Wasze pytania…Ale jeśli Wasz kat, który przybył z Północy, biały zdobywca, chciwy poszukiwacz złota, dotknie tych liści, odnajdzie w nich tylko truciznę dla ciała i szaleństwo dla duszy, gdyż serce jego jest zimne i twarde jak stal jego oręża i zbroi…A kiedy Mama Koka, bo tak ją będziecie nazywać, zechce uleczyć jego serce, wstrząśnie nim tak jak kryształy lodu rodzące się w chmurach kruszą skały i niszczą góry”.

Papież, super! Coca Cola i demony

W XVIII wieku jezuita Antonio Julian proponował, aby liści koki używać w celu ochrony europejskiej biedoty przed głodem i pragnieniem oraz podtrzymania siły w pracy. W XIX wieku lekarz z Korsyki Angelo Mariani wrzucił liście koki do wina i otrzymał napój o nazwie Vin Mariani. Wkrótce stał on się ulubionym trunkiem królów, papieży, rosyjskiego cara, a także amerykańskich prezydentów. Do jego wielbicieli należeli angielska królowa Wiktoria, grecki król Jerzy, król Hiszpanii Alfons XII, a także pisarze Emil Zola, Henryk Ibsen, Alexander Dumas, Juliusz Verne, Artur Conan Doyle, Robert Luis Stevenson, wynalazca Thomas Edison czy twórca psychoanalizy Zygmunt Freud. Mariani otrzymał złoty medal za swoje zasługi z rąk papieża Leona XIII. Wkrótce tonik jego produkcji stał się najczęściej przepisywanym na świecie lekarstwem. Zainspirowało to wielu innych przemysłowców – w 1886 r. powstała Coca-Cola. Zaczęły się jednak pojawiać doniesienia o uzależniającym potencjale kokainy i od 1903 r. produkowano już napój bez kontrowersyjnego składnika. Kokaina zepsuła dobrą reputację liści koki i firma od stu lat wypiera się jakichkolwiek związków z indiańską rośliną. W dalszym ciągu jej tajemna receptura (liście koki smakują wręcz doskonale, aromatem przypominają orzechy) zależała jednak od tego surowca. Do dzisiaj jedyny legalny w USA importer liści (Stepan Chemical Company z Maywood, NJ) usuwa z nich kokainę, po czym wysyła firmie pozostałości: esencjonalne, aromatyczne olejki i flawonoidy. Coca Cola ukrywa to za tajemnicą handlową i nie jest specjalnie dumna z tego faktu – wielka szkoda, gdyż jej imperium zawdzięcza Indianom nie tylko nazwę. Mimo oficjalnego zakazu importu liści i nacisków rządu amerykańskiego na eliminację upraw koncern firma korzysta z nich, co przyznają władze w Ameryce Płd i urzędnicy administracji USA. Także w Unii Europejskiej obowiązuje podobny zakaz. Import liści pod różnymi postaciami rozważają natomiast Chiny i kilka innych krajów.

Demonizacja świętego dla tubylców leku i składnika diety wzięła się z pogardy dla innych ras i niewiedzy – myleniu liści koki z kokainą. Najpierw wyizolowano w laboratorium kokainę (1859) i nauczono się zażywać ją przez śluzówkę nosa. Później przyszła forma przeznaczona do palenia (ang. crack), nazywana diabelskim bratem - bliźniakiem kokainy i dziś bardzo łatwo wpaść w nałóg, a nawet przedawkować ze śmiertelnym skutkiem. Silnie uzależniający crack nazywany jest kokainą dla ubogich: cena porcji czystej kokainy to ok. 100$, crack kosztuje tylko 10$; niemniej uzależniony od niego człowiek jest gotowy wydać nawet 300-400$ w ciągu jednej nocy na przeżycie opisywane jako „lepsze od orgazmu”. Tak oto pożywny liść, wartościowy lek i słaby jak herbata symulant, który przez tysiące lat nie zrobił nikomu krzywdy, za sprawą chemików i czarnej propagandy stał się w oczach opinii publicznej kolejnym narkotykiem (w rzeczywistości jest to raczej stymulant) i śmiertelną trucizną. Kartele narkotykowe czerpią zyski liczone w setkach miliardów dolarów z nielegalnej sprzedaży swoich produktów na całym świecie, w południowoamerykańskich wojnach narkotykowych giną codziennie niewinni ludzie i policjanci. Jest to przykład do czego jest zdolny nowoczesny przemysł chemiczny znajdujący się w niewłaściwych rękach.

Niebezpieczeństwo w przypadku kokainy tkwi nie tyle w silnych doznaniach, co w potwornym kacu po jej odstawieniu przy dłuższym nadużywaniu środka. Jest to stan wybitnie samobójczy, totalnej beznadziei i depresji. Często jedynym wyjściem dla uzależnionego wydaje się być kolejna porcja. Nadużywanie kokainy prowadzi do manii prześladowczej i psychozy toksycznej. Z powodu przedawkowania umierają często nawet 20-latkowie i ludzie jeszcze młodsi. Lekarze obserwują wtedy przyśpieszenie akcji serca i wzrost temperatury ciała – organizm jakby gotuje się od środka. Leczenie uzależnienia jest bardzo trudne. W przypadku alkoholu i heroiny medycyna dysponuje jakimiś środkami, aby pomóc czy chociaż ulżyć w cierpieniu. Gdy chodzi o kokainę rozkłada bezradnie ręce. Uzależnieni próbują przestawić się na naturalne herbaty z liści koki, ostatnio dostępne w kilku krajach (w Polsce liście koki znajdują się na liście substancji zabronionych). Nie jest to takie proste – chroniczny alkoholik też miałby problem z zamianą bimbru na lekko sfermentowany sok. Skuteczne bywają alternatywne terapie, np. program dr. Mabita w Peru wykorzystujący święte lekarstwo amazońskich Indian i wielu nowych południowoamerykańskich kościołów chrześcijańskich - ayahuasca. Jest on chętnie odwiedzany przez kokainistów z całego świata. Problem z kokainą stał się tak wielki (zwłaszcza w USA), że trwają prace nad… szczepionką przeciw jej działaniu.

Bogaci i biedni: Szwadrony Śmierci kontra partyzanci

Przez dziesięciolecia członkowie partii komunistycznych w Ameryce Płd byli zabijani przez wojsko i prawicowe organizacje paramilitarne obszarników ziemskich. Trzeba przy tym pamiętać, że Indianie tradycyjnie dzielili się wszystkim, otaczali opieką sieroty i nie znali zjawiska bezdomności, więc ruchy marksistowskie i lewicowe cieszą się wielką popularnością wśród wielomilionowej rzeszy biedoty. Zarówno partyzanci, jak i prawicowe milicje utrzymują się często z handlu kokainą.

W latach 80. XX wieku kartele kolumbijskie zastąpiły starego wroga USA - komunizm. Dysponując armiami i budżetem przewyższającym dochody niejednego państwa syndykaty okazały się niemożliwe do pokonania. Obie strony prześcigały się w okrucieństwie, zapanował terroryzm, korupcja i bezwzględna przemoc. Dla przykładu, w 1980 r. gen. Luis Garcia Meza przeprowadził 189. (!) zamach stanu w historii Boliwii (podobno na życzenie gangsterów), zatrudniał niemieckich nazistów. Inny dyktator, słynny Manuel Noriega z Panamy, pracował i dla karteli, i dla amerykańskiego wywiadu (CIA).

Konflikt w Kolumbii trwa już od 40 lat, rocznie ginie ok. 30 tys. osób, w tym mnóstwo przypadkowych ofiar. W masakrach zginęło do tej pory ponad 300 tys. ludzi, wiele milionów wygnano z domów. Paramilitarne organizacje prawicowe zagarnęły ponad 6 mln hektarów ziemi, setki tysięcy sztuk bydła i tysiące firm. Panowie wojny stali się władcami życia i śmierci rolników, wykluczonych i strąconych na samo dno niewyobrażalnej biedy. Z drugiej strony jedna z ostatnich komunistycznych partyzantek na świecie FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii – Armia Ludowa) kontroluje połowę kraju, wysadza rurociągi i porywa ludzi. Wojna rządzi się swoimi prawami – przemoc nie zna granic. Wojskowym, partyzantom czy gangsterom zabijane są całe rodziny. Ofiarom obcina się głowy, kończyny, genitalia. W więzieniach siedzą nawet kobiety i dzieci. Wszystkie strony konfliktu oskarżają się o największe bestialstwa. Wojskowi mają zrzucać bomby na wioski; wysyłać przeciwko chłopom zwanym przez rząd narkopartyzantami czołgi i helikoptery; rozpylać nad uprawami trucizny - także znaną z wojny w Wietnamie mieszankę pomarańczową (niesławny Agent Orange), powodującą raka i deformacje genetyczne. Mordowani są cywile, zwłaszcza związkowcy i nauczyciele na wsi. Wojskowi dokonując zbrodni przebierają się za partyzantów, partyzanci – za wojskowych. Firmy naftowe sprowadzają najemników, którzy uczą policję brutalnych metod walki i zachęcają do ich stosowania wobec miejscowej ludności. Prawicowe Szwadrony Śmierci sieją terror wśród biedoty, z kolei korporacje padają ofiarą zamachów bombowych i wymuszeń, zaś ich pracownicy są porywani dla okupu. Niektóre rurociągi wysadzano i odnawiano setki razy. Nafciarzom śpieszy z pomocą rząd USA, wysyłając doradców z sił specjalnych oraz sprzęt i broń warte setki milionów dolarów. W Ameryce Płd całe armie chronią rurociągi, w niektórych rejonach dwóch żołnierzy przypada na jednego mieszkańca – ludzie nie widzą jednak zysków z ropy. Kokaina i wojna z narkotykami tak naprawdę to tylko przykrywka dla brutalnych rządów USA w Kolumbii i innych południowoamerykańskich krajach bogatych w ropę i gaz. Wielu ludzi marzy o wyczerpaniu się złóż i końcu tego koszmaru. Bieda i przemoc rządzą w jednym z najbogatszych krajów świata, posiadającym złoto, diamenty, gaz, ropę, kokę, szmaragdy i kamienie szlachetne warte kilkadziesiąt milionów dolarów za sztukę.

Końca wojny nie widać: w 2008 r. sąd w kolumbijskim Kali uznał za winnych 14 żołnierzy i ich dowódcę oskarżonych o zmasakrowanie 10 członków elitarnego, wyszkolonego w USA oddziału policji antynarkotykowej oraz ich informatora. Opłacani przez handlarzy żołnierze bronili 100 kg kokainy ukrytej na terenie szpitala psychiatrycznego: użyli granatów ręcznych i wystrzelili w policjantów setki sztuk amunicji z bliskiej odległości. W sądzie upadło oficjalne tłumaczenie wojska, że był to wypadek i przyznano w końcu, że wewnętrzne śledztwa ujawniają powiązania żołnierzy z miejscowymi kartelami. W ciągu ostatnich dwóch lat kilku wysokich rangą wojskowych zostało oskarżonych o sprzedawanie tajemnic handlarzom narkotyków i podkładanie atrap bomb w celu promocji ich kariery.

Rząd USA w ramach Planu Kolumbia przeznacza ostatnio 650 mln dolarów rocznie na wspieranie wojny z kartelami i lewicową partyzantką – mimo to kokaina wciąż płynie szerokim strumieniem do USA. Kartele szmuglują swój produkt drogą lądową, powietrzną, a także za pomocą wielu superszybkich łodzi, także podwodnych i zdalnie sterowanych. Przy zysku sięgającym 17.000% korupcja na wszystkich szczeblach władzy jest nieunikniona. Drobni liderzy stają się milionerami, rozwija się sztuka prania brudnych pieniędzy. W 2008 r. świat obiegła wiadomość, że nawet 1/3 kolumbijskich posłów i senatorów może pozostawać na usługach paramilitarnych organizacji – aresztowano dziesiątki parlamentarzystów, a także sędziów, prokuratorów, burmistrzów i generałów. Wielu obserwatorów uważa, że paramilitarni cieszą się protekcją samego prezydenta i ludzi z jego najbliższego otoczenia.
Wielkimi miastami w Ameryce Płd rządzą gangi, toczące regularne bitwy z policją. Tylko w samym brazylijskim stanie Rio de Janeiro ginie rocznie w zamachach ponad 6 tys. osób. Ostatnio uliczna bitwa o Sao Paulo sparaliżowała metropolię na ponad tydzień: płonęły autobusy, komisariaty, zginęło ponad 100 osób. W mieście działa ponad 10 tys. członków największego gangu, kontrolującego więzienia i ubogie dzielnice oraz zastępującego dla wielu biedaków rząd, policję, opiekę społeczną i ubezpieczenia. Płacone są regularne składki, oprócz handlu narkotykami gangsterzy trudnią się porywaniem bogaczy, napadają z bronią w ręku na banki czy turystów. Gang zwany Pierwszą Drużyną Stolicy (PDS) powstał w odpowiedzi na przemoc w brazylijskich więzieniach po masakrze w Curandiru, gdzie policja zastrzeliła 111 więźniów wszczynających bunt. Rasizm, bieda i wysokie kary więzienia z dożywociem włącznie doprowadziły do tego, że wielu ludzi nie ma nic do stracenia i mści się za krzywdy wyrządzone im oraz ich przodkom. Kontakty z więzionymi lewicowcami sprawiły, że kryminaliści naśladują styl działania partii politycznych i otaczają opieką biedotę, wyjątkowo liczną. Przywódca gangu udziela z więzienia wywiadów, w których nazywa swoich żołnierzy mutantami, anomaliami wykolejonego rozwoju kraju, wychowanymi w analfabetyzmie i więzieniach. Ostrzega w ten sposób przed nową formą proletariatu. Wiara w braterstwo gangów, walka z kapitalistycznymi krwiopijcami, wolność, pokój, sprawiedliwość, prawda – to kodeks gangu i program Partii, jak określa siebie PDS.

Dzisiejsi nastoletni bandyci to naśladowcy Pablo Escobara, słynnego handlarza kokainą i wroga USA. Waszyngton nazywał go Hitlerem, miejscowi mieli go za Robin Hooda. Escobar, nazywany narkotykowym królem, w chwili śmierci zajmował ponoć 4. miejsce na liście najbogatszych ludzi świata. Budował stadiony i domy mieszkalne dla biednych, podobno zaproponował rządowi spłatę długów zagranicznych Kolumbii. Escobar posiadał armię ok. 10 tys. żołnierzy, złą sławę zyskali zwłaszcza jego mordercy na szybkich motocyklach, nieuchwytni w miejskim ruchu ulicznym. Zabójcami zostawały nawet dzieci poniżej 10. roku życia. Kokainowy lord wypowiedział wojnę policji i systemowi – płacił za każdego zabitego policjanta, wysadził w powietrze budynek Sądu Najwyższego, samolot pasażerski ze 107 pasażerami na pokładzie, mordował polityków (w tym kandydata na prezydenta), sędziów i prokuratorów. W zamachach terrorystycznych ginęły setki przypadkowych ofiar. Dzisiaj fala przemocy tylko przybiera na sile. Coraz częściej lokalni przywódcy Ameryki Łacińskiej ogłaszają w swoich regionach stan wyjątkowy i toczą wojny z gangami – ostatnio nawet w turystycznym raju, na Jamajce. Niewiarygodną przemoc w dzisiejszej Ameryce Łacińskiej opisał Paulo Lins w swojej książce Miasto Boga (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006). Na jej podstawie powstał film o tym samym tytule (wykorzystujący jednak tylko niektóre wątki powieści). Lins przez lata zbierał materiał w ramach badań antropologicznych nad przestępczością w slumsach Brazylii.

Kokainowi kowboje złotej ery disco

Kokainy używa ok. 50 mln Amerykanów, ok. 1,5 mln ludzi jest od niej uzależnionych. Prawdziwą popularność kokaina zdobyła w latach 80. XX wieku. Dołączyła wówczas do innych uznanych amerykańskich wartości: pieniędzy, seksu, blichtru. Gazeta New York Times nazywała kokainę szampanem wśród narkotyków, muzycy z the Rolling Stones mówili o niej „gwiaździsty amerykański proszek”, nawiązując do hymnu i flagi USA. Miami na Florydzie, spokojne dotąd miasto emerytów, zmieniło się w centrum handlu kokainą i najniebezpieczniejsze w tamtych latach miejsce na świecie. Zjawiskami na porządku dziennym stały się strzelaniny na ulicach, masowe mordy, walki między „kokainowymi kowbojami” i policją, która często okazuje się być tylko zwykłą konkurencją i okrada dilerów. Dziesiątki funkcjonariuszy zostaje zawieszonych lub aresztowanych. Miami z czasem zaczyna przypominać wielką pralnią brudnych pieniędzy, za krwawe banknoty powstają nowoczesne wieżowce i całe dzielnice mieszkalne.

Wielu autorów i aktywistów politycznych, w tym dawni policjanci, pracownicy amerykańskiego wywiadu (CIA) czy antynarkotykowej agencji (DEA), oskarża członków rządu amerykańskiego o szmugiel kokainy i broni w celu finansowania antykomunistycznych przewrotów w Ameryce Płd. Słynna waszyngtońska afera znana jako „Iran – Contras” (1986) polegała na nielegalnym handlu bronią w Iranie i finansowaniu antykomunistycznej partyzantki Contras w Nikaragui, wiązana jest także z wybuchem epidemii palenia cracku w murzyńskich gettach na terenie USA. Największy skandal narkotykowy w historii USA, porównywalny jedynie do wcześniejszych o kilkanaście lat sensacji ujawnionych przez Komisję Knappa (dotyczących współpracy nowojorskich rodzin mafijnych oraz policji i prominentnych urzędników przy sprzedaży heroiny w murzyńskiej dzielnicy Harlem), do dzisiaj pozostaje niewyjaśniony.

W 1993 r. dawny szef DEA Robert Bonner przyznał w telewizyjnym wywiadzie Mike’a Wallace’a w programie 60 minut, że tona kokainy została przemycona do USA we współpracy z CIA. Książka Ciemny sojusz (Dark Alliance) dziennikarza Chrisa Webba wywołała wielkie poruszenie w całym USA. Webb udokumentował powiązania między służbami a dilerami kokainy. Danilo Blandon pracujący dla CIA i Contras był szefem importu produktów rolnych w Nikaragui, miał on także dostarczać kokainę gangowi Cripsów w murzyńskim gettcie South Central w Los Angeles. Blandon przyznał, że mógł przeprowadzać swoje operacje dzięki ochronie CIA, zaś profity z działalności w Los Angeles szły na konto Contras. On oraz jego szef Juan Meneses, obaj wywodzący się z uprzywilejowanych klas społeczeństwa nikaraguańskiego, sprzedali tony kokainy ulicznym gangom w Los Angeles, doprowadzając do eksplozji epidemii uzależnienia od taniego cracku w czarnych gettach USA. Wcześniej kokaina była prawie nieznana w społecznościach murzyńskich. Blandon jednocześnie zaopatrywał gangi w broń automatyczną. Codziennie dostarczał gangom kokainę wartości milionów dolarów, mimo to został skazany tylko na 2 lata więzienia zamiast dożywocia, następnie zaś trafił na listę płac DEA jako informator.

W 1989 r. Senacka Komisja ds. Terroryzmu, Narkotyków i Międzynarodowych Operacji (nazywana komisją sen. Johna Kerry’ego) po trzech latach śledztwa orzekła, że istniało wiele dowodów na szmugiel narkotyków w strefach wojennych przez Contras i urzędnicy amerykańscy w Ameryce Płd i agencje rządowe w USA wiedziały o tym, ale nie interweniowano ze strachu przed zaprzepaszczeniem wysiłku włożonego w wojnę z komunistami w Nikaragui. Komisja stwierdziła, że ustalający reguły wysocy rangą politycy nie byli odporni na pomysł, że pieniądze z handlu kokainą są idealnym rozwiązaniem problemów z finansowaniem Contras. W 1996 r. dyrektor CIA John Deutch spotkał się z przerażonymi skalą epidemii narkomanii mieszkańcami Los Angeles, aby odeprzeć zarzuty dotyczące udziału agencji w przemycie narkotyków do USA. Tłum rozgniewanych obywateli wiwatował, gdy zaskoczony Deutch musiał wysłuchać oskarżeń oficera policji Mike’a Rupperta, który przez lata zajmował się walką z dilerami kokainy. Ruppert wymienił nazwy operacji Amadeus, Pegasus i Watchtower oraz opisał próby zwerbowania go przez CIA do ochrony nielegalnych i tajnych manewrów agencji.

Agent DEA Celerino Castillo III przez kilkanaście lat skutecznie walczył ze zorganizowaną przestępczością na Manhattanie i w amazońskiej dżungli, nadzorował zwalczanie upraw koki z powietrza w Gwatemali, szkolił oddziały antynarkotykowe w wielu krajach. Castillo poinformował Georga’a W. Busha seniora o narkotykowej działalności nikaraguańskich Contras, ten jednak zbył go uśmiechem. Agent zdał sobie wówczas sprawę z faktu, że jego rząd wie o wszystkim i wojna z narkotykami to jedynie fasada, w istocie Biały Dom toczy wojnę z biedotą. Castillo chętnie opowiada o operacjach CIA, których był świadkiem. Często obserwował tankowanie rządowych samolotów pełnych kokainy wracających z Ameryki Płd do USA. Jego książka o związkach CIA i Contras z handlem kokainą jest solą w oku konspiratorów. Do dzisiaj jedynym skazanym w tej sprawie pozostaje murzyński diler z dzielnicy South Central w Los Angeles Ricky Ross, który nie wiedział nawet z jak ważnego i pewnego źródła korzysta. Także agent CIA Robert Steele oskarża swojego szefa o układ z Noriegą w sprawie Contras. Steele był jednym z pierwszych agentów CIA wyznaczonych w latach 80. do walki z terrorystami. Głęboko wierzył w swoją misję – z czasem zrozumiał, że wszystko jest robione tylko na pokaz. Dawny szef elitarnej amerykańskiej jednostki antynarkotykowej Dennis Dayle przyznał, że w ciągu 30 lat jego służby w DEA oraz pokrewnych agencjach, główni podejrzani i cele w prowadzonych przez niego śledztwach prawie zawsze okazywali się pracować dla CIA.

„Wiwat koka, śmierć jankesom!”

Evo Morales na początku XXI wieku został pierwszym demokratycznie wybranym indiańskim prezydentem Boliwii. Przez kilka ostatnich stuleci Indianie i Metysi byli w ogóle pozbawieni prawa głosu. Pomimo faktu, że stanowią ponad 90% społeczeństwa, byli rządzeni przez kilka wpływowych rodzin białych konkwistadorów oraz ich potomków i następców. Noblista Joseph E. Stiglitz, profesor na Columbia University (pełnił funkcje m. in. głównego ekonomisty przy prezydencie Clintonie i w Banku Światowym), cieszył się z tej historycznej chwili i przypominał, że zajęty przez wielkie koncerny paliwowe majątek narodowy Boliwii nie został nigdy legalnie sprzedany - trudno więc mówić o nacjonalizacji złóż ropy i gazu, raczej jest to odzyskanie skradzionego mienia. W końcu Indianie mają przywódców, którzy stanęli po stronie biednych.

Nowy prezydent to plantator koki i zwolennik legalizacji jej uprawy, podobnie jak prezydent Wenezueli Hugo Chavez. Ukuli oni hasło ‘Wiwat koka – śmierć jankesom!’ i doszli do władzy dzięki rodowitym mieszkańcom – Indianom, plantatorom koki. Waszyngton mówi już o nowej „osi zła” – Boliwii, Wenezueli i Kubie. Niektóre militarne umysły lubią straszyć mieszkańców USA szczególnie…gumą do żucia na bazie koki (pamiętajmy o tym, że liście koki tradycyjnie właśnie się żuje i sukcesie np. Coca Coli). Indianie wierzą, że Zachód dopuścił się profanacji ich świętej rośliny. Prezydent Morales nazywa handlarzami narkotyków „mafię w białych kołnierzykach” - polityków i prawników z Waszyngtonu oraz pragnące przypodobać się im rządy. W Ameryce Południowej powstaje coraz więcej lewicowych gabinetów. Były prezydent Kolumbii Andres Pastrana zauważył, że postawę wrogą wobec USA mają już całe narody. Silne nastroje antyamerykańskie panują wśród wielu rządów i większości społeczeństwa.

Prezydent Morales w 2009 r. wyprosił amerykańskich agentów narkotykowych DEA z Boliwii twierdząc, że przedstawi Prezydentowi USA Barackowi Obamie dowody na to, że agencja walcząca z handlem narkotykami wspierała ich przemyt. Agenci mieli nie szanować policji ani wojska boliwiańskiego i od lat 90. XX wieku gwałcić prawa człowieka, siać korupcję, ukrywać morderstwa, niszczyć mosty i drogi. Dowody mają ukazać „nielegalność działań, nadużycia oraz arogancję” wydziału amerykańskiej agencji narkotykowej DEA w Boliwii. Morales twierdzi, że w trakcie operacji w Parku Narodowym Huanchaca w 1986 r. ustalono, że największa wytwórnia kokainy była pod ochroną DEA. Oskarżył także agentów z USA o prześladowania działaczy politycznych oraz o zabijanie i strzelanie do Boliwijczyków w trakcie akcji antynarkotykowych, w tym do rolników i członków ruchu społecznego plantatorów koki. Boliwijski przywódca oświadczył, że bezterminowo zawiesza działalność DEA w tym kraju i oskarżył agencję o sprowokowanie politycznych zamieszek we wrześniu 2008 r. (w ich trakcie zginęło 19 osób).

Polityka nowych lewicowych przywódców Ameryki Łacińskiej wobec przeklętej przez Zachód i świętej dla tubylców rośliny jest prosta i logiczna: uprawa koki oraz jej eksport w formie herbaty, a nawet pasty do zębów czy gumy do żucia – tak; narkotyki, czyli kokaina – nie. Wojna o kokę to dla nich jednocześnie wojna przeciw kokainie. Wielu międzynarodowych specjalistów idzie jeszcze dalej i postuluje odebranie profitów mafii oraz przejęcie kontroli nad nielegalnymi dziś substancjami z rąk populistycznych polityków na powrót przez ludzi medycyny i nauki. Były wieloletni szef policji w Kansas City i San Jose dr Joseph Namara, obecnie pracujący w Instytucie Hoovera na prestiżowym Uniwersytecie Stanforda dziwi się, że świat w spokoju obserwuje przemoc, korupcję i przepływ pieniędzy związany z nielegalnymi narkotykami. Sędzia James P. Gray z Superior Court w kalifornijskim Orange County przeprowadził własne śledztwo w sprawie praw narkotykowych i stwierdził, że są one oparte na ignorancji i imperialnym podejściu. W historii nie istniało nigdy społeczeństwo wolne od narkotyków – jest to utopia. Dokumenty pokazują, że zakaz kokainy miał podłoże rasistowskie: miał chronić białe kobiety przed czarnymi mężczyznami. Sędzia Gray podkreśla, że prohibicja nigdy nie działa tak dobrze jak regulacja i kontrola. Gdy zakazujemy czegoś, tracimy nad tym kontrolę. Dzisiaj kontrolę mają dilerzy, którzy dla zysku uzależniają nastolatki. Sędzia chce chronić dzieci i uczynić narkotyki mniej dostępnymi dla młodzieży, efektywne wykorzystanie systemu sprawiedliwości widzi w odpowiedni sposób: jeśli ktoś np. prowadzi samochód pod wpływem narkotyku, powinien trafić przed sąd. Amerykańska telewizja History Channel w serii programów Nielegalne narkotyki – jak nimi się stały (Illegal Drugs and How They Got That Way) podkreślała rasistowskie podłoże większości zakazów. W 1901 r. Senat USA zakazał używania alkoholu i opiatów przez „niecywilizowane rasy”: Eskimosów, Hawajczyków, Aborygenów, imigrantów w biednych miastach, Murzynów. Także ówczesny zakaz używania kokainy miał więcej wspólnego z rasizmem niż z właściwościami tego stymulanta. Gazety lubowały się w doniesieniach o „zwariowanych czarnych kokainistach gwałcących białe kobiety”, dochodziło do linczów i zamieszek na tle rasowym. Policja domagała się kul większego kalibru, aby skuteczniej powstrzymać murzyńskich gwałcicieli. Zakaz uczynił kokainę nielegalną, ale nie niedostępną. Według historyków Kongres nie obrałby tej strategii, gdyby mógł przewidzieć jej długofalowe skutki: czarny rynek wart ponad 400 mld dolarów, przemoc i przepełnione więzienia.

Brutalizacja życia w amerykańskich i europejskich miastach jest skutkiem nielegalności narkotyku, nie zaś jego działania na mózg. Większość z ponad 2 mln więźniów w USA zostało skazanych na podstawie ustaw antynarkotykowych. Zdaniem organizacji broniących praw człowieka na Południu USA coraz częściej dochodzi do czystek etnicznych zamiast dawnych linczów, więzienia zaś to nowa forma niewolniczych plantacji – ludzie zamykani są dziesiątkami i setkami, całymi dzielnicami. Gazety informują wówczas o „wynoszeniu śmieci”. Murzyni i Latynosi wciąż żyją tam w ciągłym poczuciu zagrożenia życia, wyroki to często 99 czy 120 lat więzienia. Zasada wymierzania kary dożywocia przy potrójnej recydywie sprawiła, że w amerykańskich więzieniach przebywają tysiące nastolatków bez szansy wyjścia na wolność. Jeśli ktoś nie używa narkotyków, zawsze można je podrzucić. Prywatne więzienia w USA przynoszą rocznie właścicielom akcji ok. 40 mld dolarów – „firma” świadcząca te usługi dla rządów jest nawet obecna na giełdzie, jej zyski zależą od… liczby więźniów.

Były oficer ds. narkotyków w Departamencie Policji w Los Angeles Mike Ruppert przypomina, że gdy prezydent Nixon w 1972 r. uczynił wojnę z narkotykami narodowym priorytetem, rząd przeznaczył na ten cel 101 mln dolarów. W 2000 r. budżet antynarkotykowej policji przekroczył 20 mld dolarów, mimo to narkotyki są coraz tańsze, łatwiej dostępne i lepszej jakości. Cena kokainy w niektórych miastach w USA spadła od lat 80. XX wieku nawet o 80%. Ruppert głęboko wierzył w swoją misję i przez cała lata zwalczał narkomanię metodami policyjnymi. Dzisiaj uważa, że jest to problem medyczny i duchowy, nie policyjny i opowiada się za dekryminalizacją nielegalnych leków. Jego zdanie podziela rosnąca liczba szefów policji, prokuratorów, sędziów, lekarzy, naukowców oraz innych specjalistów w różnych krajach. Do orędowników ponownej klasyfikacji i regulacji niektórych nielegalnych dzisiaj używek i narkotyków należą też często ministrowie zdrowia.

Mieszkańcy Ameryki Płd bardzo liczą na zapowiadaną od dawna zmianę polityki ONZ wobec liści koki. Sygnały płynące z Białego Domu, gdzie nowym lokatorem od niedawna jest Prezydent Barack Obama, zwiększają te nadzieje. W bliższej lub dalszej przyszłości politycy muszą w końcu nauczyć się odróżniać kokę od kokainy albo pozostawić język nauki naukowcom. Słowa takie jak „kokaina” czy „narkotyk” to dla nich niezrozumiały, obcy żargon medyczny i nigdy nie powinny były trafić do języka polityki. Chyba, że politykom nie zależy na przyszłości, nie tylko dla Ameryki Południowej.

Oceń treść:

Average: 10 (2 votes)

Komentarze

Anonim (niezweryfikowany)

a co to jest? rozprawka do szkolki?

 

co to za pierdolety??

Anonim (niezweryfikowany)

te pierdolety to mądry artykuł który ma rozbódować twoją świadomość jeśli wiesz co to świadomość....eeee.... chyba jednak nie wiesz.

Anonim (niezweryfikowany)

W sumie nie

Anonim (niezweryfikowany)

Kolejny dobry i solidny artykół, który czytam na tej stronie. Pieniądze, ślepa propaganda, brud smród i ubóstwo, tworzące kolejne pieniądze - i tak w kółko. To nie koka winna tylko człowiek.Ehhhh

 

Tak poza tym to o polityce "antynarkotykowej" opowiada pewien film, którego tytułu dokładnie nie pamiętam, ale szło jakoś tak: "Marichuana - zioło płaczu i łez" czy jakoś tak.

Anonim (niezweryfikowany)

Mama koka syn ,koks , ojciec kokos, a córka kokosanka